30.04.2026
Najpierw jest cisza, taka nienaturalna, jak w biurze tuż przed kontrolą, kiedy każdy udaje, że pracuje, a tak naprawdę tylko przesuwa papiery z lewej na prawą stronę biurka. Polska polityka też tak czasem milknie – na moment, na ułamek dnia – jakby sama przed sobą próbowała ukryć, że za chwilę znów zacznie krzyczeć.
I właśnie w takiej ciszy, między kolejnymi paskami w telewizji a nerwowym sprawdzaniem sondaży, państwo próbuje wyglądać poważnie. Premier mówi o jedności, ministrowie o odpowiedzialności, a koalicja o stabilności, która w rzeczywistości przypomina krzesło na trzech nogach – stoi, ale nikt rozsądny by na nim nie usiadł.
A potem przychodzi Sejm i wszystko wraca do normy, czyli do chaosu.
Wotum nieufności wobec minister zdrowia i minister klimatu zostało odrzucone, zgodnie z rytuałem, który w polskiej polityce jest równie pewny jak zmiana czasu i kolejki do lekarza. Opozycja musi żądać głów, koalicja musi je chronić, a państwo w tym czasie stoi gdzieś z boku i patrzy, jak politycy rozgrywają swoją partię szachów na stole, przy którym brakuje kilku figur i instrukcji.
Donald Tusk wyszedł z tego jak człowiek, który wygrał rozdanie, ale dobrze wie, że gra dopiero się zaczyna. Ogłosił jedność koalicji z powagą kapitana, który właśnie zameldował, że statek nie zatonął, choć woda wciąż stoi po kolana. Jedność była, owszem – z drobnym zgrzytem w postaci Bartosza Romowicza, który postanowił zagłosować jak sumienie mu podpowiadało, czyli trochę wbrew, trochę na pokaz, a trochę po to, żeby przypomnieć, że Polska 2050 to nie jest jeszcze całkiem zespawana część tej konstrukcji.
I wszystko byłoby w porządku, gdyby za tą jednością szła treść. Bo odrzucenie wotum nie zasypało dziury w budżecie NFZ, która – jak przyznał wiceprezes funduszu – wynosi dziś około 17 miliardów złotych i zachowuje się jak czarna dziura: pochłania wszystko, co się do niej zbliży, i nie oddaje nic w zamian. Kolejki do specjalistów nadal rosną jak drożdżowe ciasto zostawione bez nadzoru, a zamykane porodówki i „pokoje narodzin” brzmią jak projekt PR-owy pisany na kolanie między jednym kryzysem a drugim.
W klimacie jest podobnie. System kaucyjny skrzypi, „Czyste Powietrze” dławi się własną biurokracją, a napięcia w koalicji przypominają stare małżeństwo, które już nie krzyczy, tylko patrzy na siebie z cichą pretensją. Minister Hennig-Kloska przetrwała, ale problemy nie mają zwyczaju składać dymisji razem z wnioskami opozycji.
A opozycja? Opozycja robiła to, co potrafi najlepiej: hałas. Janusz Kowalski, zanim jeszcze zdążył odejść z klubu PiS, zdążył odegrać swoją rolę do końca – z energią człowieka, który pomylił parlament z estradą i uznał, że im głośniej, tym prawdziwiej. Jego wystąpienia przypominają już nie debatę, ale próbę generalną do spektaklu, w którym argument jest zbędny, a liczy się tylko efekt dźwiękowy.
Tusk odpowiedział na to swoją słynną już klatką, porównując Sejm do freak fightu. I miał rację, choć chyba nie do końca zdawał sobie sprawę, jak bardzo. W tej klatce nikt już nie udaje, że chodzi o politykę. To jest walka o uwagę.
Tymczasem gdzieś obok toczy się prawdziwa gra. Inflacja w kwietniu wyniosła 3,2 proc., więcej niż prognozowano, co oznacza, że domowe budżety znów dostają cichy, systematyczny cios, którego nie da się zagłuszyć sejmowym krzykiem. W Stanach Zjednoczonych gospodarka balansuje między sukcesem sektora AI a rosnącą presją na zwykłych ludzi, a Amerykanie zaczynają wycofywać swoje siły z Bliskiego Wschodu, jakby powoli tracili cierpliwość do roli globalnego policjanta.
A nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden obraz – z Berlina, gdzie robotyczne zwierzęta z twarzami Elona Muska, Jeffa Bezosa i Marka Zuckerberga patrzą na ludzi z silikonową obojętnością. Instalacja artystyczna, która wygląda jak metafora świata, w którym technologia zaczyna przypominać człowieka, a człowiek coraz częściej zachowuje się jak algorytm.
Polska polityka idealnie wpisuje się w ten krajobraz. Reaguje impulsami, szuka kliknięć, uczy się, że emocja jest walutą, a rozsądek kosztem.
I wtedy, niemal w tym samym rytmie dnia, pojawia się prezydent Karol Nawrocki z wetem, które brzmi jak kazanie wygłoszone do narodu z wysokości marmurowych schodów, tylko że kaznodzieja myli ambonę z kamerą, a Ewangelię z własnym interesem politycznym.
Weto do nowelizacji Kodeksu wyborczego – w imię uczciwości wyborów, którą jego własne środowisko przez lata traktowało jak sugestię, nie zasadę. Weto do zmian w Kodeksie rodzinnym – w obronie małżeństwa, które nagle stało się świętością, choć wcześniej było raczej wygodnym rekwizytem w kampaniach wyborczych.
Nawrocki mówi o „cieniu podejrzeń” z powagą człowieka, który sam stoi w półmroku politycznych powiązań i decyzji podejmowanych bardziej pod publiczkę niż pod państwo. Opowiada o „fundamentach wspólnoty”, jakby był ich architektem, a nie raczej administratorem prowizorycznego rusztowania, które trzeszczy przy każdym silniejszym podmuchu rzeczywistości.
Jest w tym coś wręcz rozbrajającego: prezydent, który jeszcze wczoraj budował swoją pozycję na politycznym hałasie i taniej symbolice, dziś przemawia językiem strażnika ładu, jakby nagle odkrył w sobie konserwatora zabytków, tylko że pilnuje ruin, które jego własne zaplecze pomagało rozmontowywać.
I tak dzień się zamyka: Tusk ogłasza jedność, której nie ma; opozycja krzyczy, żeby było ją słychać; prezydent gra w obrońcę wartości, które najlepiej wyglądają w świetle kamer; a państwo – jak to państwo – trwa, nie dlatego, że ktoś nim mądrze zarządza, ale dlatego, że jeszcze nikt nie znalazł sposobu, żeby je do końca zepsuć.
Bo może największy problem nie polega już na tym, kto tu rządzi, tylko na tym, że wszyscy zaczęli grać role, w które sami przestali wierzyć. Państwo nie jest sceną. Jest widownią. A na widowni ktoś właśnie wstaje i trzaska drzwiami. Janusz Kowalski, który jeszcze chwilę temu z zapałem przemawiał jak konferansjer gali freak fightów, ogłasza, że opuszcza klub Prawa i Sprawiedliwości i przechodzi do samotnego boksu posła niezrzeszonego. Dziękuje za „lata świetnej współpracy” i znika w kuluarach, jak zawodnik, który zorientował się, że publiczność klaszcze już komuś innemu. Premier rzuca za nim krótkie „a tak bardzo się dzisiaj starałeś”, co brzmi jak komentarz sędziego po walce, w której było dużo machania rękami, a mało trafień.
Dzień wcześniej z tej samej szatni wyszedł Łukasz Mejza, który – jak donoszą kroniki polityczne – rozważa karierę w świecie prawdziwych klatek i prawdziwych ciosów. Polska polityka zaczyna więc przypominać ligę transferową, w której jedni zmieniają barwy klubowe, drudzy dyscyplinę, a wszyscy razem udają, że chodzi o zasady.
Gdzieś obok tego wszystkiego płynie świat większy i bardziej bezlitosny. W Stanach Zjednoczonych gospodarka rośnie o 2 procent, napędzana inwestycjami w sztuczną inteligencję, które rosną najszybciej od lat, podczas gdy zwykły obywatel stoi przy dystrybutorze paliwa i patrzy, jak licznik obraca się szybciej niż jego pensja. Dwie Ameryki w jednym kraju: jedna pisze algorytmy, druga liczy dolary.
To jest może najuczciwszy obraz dnia: politycy w Warszawie walczą na słowa, w Waszyngtonie walczą o przyszłość technologii, a przeciętny człowiek wszędzie walczy o to, żeby starczyło do pierwszego.
I w tej całej układance najgorsze nie jest nawet to, że ktoś odchodzi, ktoś wetuje, ktoś przemawia. Najgorsze jest to, że wszystko zaczyna wyglądać jak powtarzalny spektakl, w którym role są już rozdane, kwestie zapisane, a jedyną niewiadomą pozostaje to, czy ktoś jeszcze wierzy w sens tej sztuki.
Bo jeśli nikt już nie wierzy, to nawet najgłośniejsze trzaskanie drzwiami nie robi wrażenia.
Robi tylko przeciąg.
Krzysztof Bielejewski
