Jerzy Łukaszewski: Lem potrzebny od zaraz10 min czytania

()

2016-02-14.

Ddroga1awno temu apelowałem, by zgodzić na SO dyżurnego psychologa, który na bieżąco i słowem fachowym pomagałby zrozumieć niektóre zjawiska, z którymi mamy do czynienia, także pośród nas samych. Tak pomyślany portal byłby i klubem towarzyskim i lecznicą jednocześnie, bowiem w ostatnich czasach ilość zjawisk niezrozumiałych „na zdrowy rozum” jest wręcz przytłaczająca i wielu z nas wyraźnie sobie z nią nie radzi.

Określenie „na zdrowy rozum” zaczyna też zresztą być poddawane w wątpliwość wobec swojego braku precyzji „na pierwszy rzut oka” (czyli – kolejne nieprecyzyjne określenie).

Nadal uważam mój dawny postulat za aktualny, ba – coraz bardziej aktualny w sytuacji, z którą mamy do czynienia, a z którą wyraźnie nie wszyscy sobie radzimy.

Ja sobie nie radzę.

Sytuacji, w której np. pali się chałupa, a gospodarz cieszy się jak dziecko, bo to i cieplej od razu i wrażenia estetyczne wyraziste jak mało kiedy, a plastycznie rzecz ujmując feeria barw zaspokaja potrzebę piękna – nie rozumiem.

Nie rozumiem też kiedy gospodarz twierdzi, że wcale chałupa nie płonie, a wręcz przeciwnie – właśnie dobudowuje się kolejne piętro.

Moje dawniejsze podejrzenia, że społeczeństwo żyje w kilku odrębnych światach równoległych zbliżyły się ostatnio do granic absolutnej pewności na skutek eksperymentu, na który sobie pozwoliłem.

W godzinach, w których udaję się na zajęcia, korzystając z tych samych środków komunikacji, jeździ do szkoły syn sąsiadów, maturzysta. Podkreślam jego wiek, bo chłopak posiada już prawo wyborcze, co dla całej opowieści nie jest bez znaczenia.

Wsiada, zajmuje miejsce i jedzie. Tzn. ja wiem, że jedzie – czy on wie, nie jestem pewien. Dlaczego?

W uszach ma słuchawki tłoczące muzykę do umysłu chronionego w ten sposób przed dźwiękami dnia codziennego, przenoszące go w inny świat doznań, inną rzeczywistość. Oczy zajęte klikaniem i przesuwaniem po ekranie urządzenia niezbędnego w podróży, czyli wg jego własnego określenia – gra w grę.

Podkusiło mnie, by któregoś dnia koło domu odezwać się do młodego człowieka.

– Widziałeś jak pomalowali tę wiatę przy Centrum Nauki? Dziwne kolory nie? Różowe jakieś… i te paski…

Chłopak wiaty nie widział, nie mógł widzieć, choć przejeżdża obok niej codziennie. Zajęty słuchaniem i grą nie interesuje się tym co jest za oknem.

Jednak podjął rozmowę i to nawet, powiedziałbym – z pewnym zaangażowaniem.

– Kupa debili i pedałów! Trzymają się stołków i tylko naszą kasę wyrzucają w błoto! (chłopak, póki co, nie pracuje). Całe szczęście – ich czas się kończy bo by nas do samego dna doprowadzili…

Jestem winien czytelnikowi wyjaśnienie: żadnej wiaty na różowo, ani tym bardziej w paski nie pomalowano. To mój wymysł na potrzeby eksperymentu.

Tylko skąd młody człowiek miałby to wiedzieć? On nie patrzy na otaczającą go rzeczywistość zajęty ważniejszymi czynnościami w czasie jazdy.

Natomiast zdanie na jej temat posiada i to jak widać – dość zdecydowane.

A potem idzie do urny i z pewnością nie zagłosuje na tych debili i pedałów, co mu na różowo przemalowują przystanki.

Może to i drobiazg, incydent, głupi żart, ale powoli zaczynam wierzyć, że to najpoważniejszy problem społeczny z jakim się w życiu spotkałem.

Brak ciekawości świata, świadome ograniczanie go do scenariusza    wymyślonych przez kogo innego gier, wiara w największe głupstwo bez próby sprawdzenia informacji – taki obrazek z początku śmieszy, potem zniesmacza, ale tak naprawdę – przejmuje grozą.

Przecież tak naprawdę to bez wysiłku wpuściłem w kanał przyszłość narodu!

Oczywiście, pierwszy odruch człowieka – jak temu zaradzić?

I kolejna odsłona grozy – nie mam pojęcia.

Mało tego – nie widzę żeby ktoś miał.

Jeśli czynniki oficjalne od lat starają się zrobić z kolejnych pokoleń coraz większych idiotów ograniczając dopływ do ich mózgów jakiejkolwiek wiedzy i umiejętności jej pozyskiwania, a wszystko to w atmosferze „troski o przyszłość narodu”, jeśli rodzicom wmówiono, że od wychowania to jest szkoła, od kosztów utrzymania państwo (da po pińset), a rodzice mają „się realizować i być sobą”, to trudno o coś pocieszającego w tej sytuacji.

Jedno z wydawnictw z mojego miasta wypuściło na rynek książkę Małgorzaty Sokołowskiej „Dni bezmięsne czyli umiarkowany optymizm w sprawie gumiaków” złożoną w całości z wycinków i cytatów prasowych z lat 1956 – 1989 zawężonych geograficznie do Gdyni, ale charakterystycznych dla bodaj wszystkich miast w czasach, które pamiętamy. Podkreślam – pamiętamy bośmy widzieli patrząc i słuchając, nie odwracając wzroku i uszu od mijanej przystanek po przystanku rzeczywistości.

Książka wydała mi się idealnym wręcz podręcznikiem dla klas maturalnych, możliwym do wykorzystania na lekcjach zarówno wychowania obywatelskiego jak i przysposobienia do życia w rodzinie.

Z założenia humorystyczna, po pewnym czasie bawić przestaje, przechodzi na poziom takiej abstrakcji, a wręcz absurdu, że obawiam się, czy mój młody sąsiad uwierzy, że to prawdziwe wycinki prasowe.

Przekonajcie się zresztą sami.

Towarzysz Cz., przewodniczący ówczesnej Miejskiej Rady Narodowej w wywiadzie prasowym uznał, że zaopatrzenie w sklepach się poprawiło, ponieważ … są kolejki.

Trudno odmówić swoistej logiki temu stwierdzeniu. Przecież gdyby w sklepie niczego nie było, kolejka by się nie ustawiała, prawda?

Gdynia, przez której port przechodziła większość cytrusów „rzucanych” na PRL-owski rynek, a w której sklepach ten rarytas był równie rzadko obecny co w reszcie Polski czytywała wówczas w gazetach takie doniesienia:

  • „Pierwsze figi i rodzynki na święta! Hiszpańskie pomarańcze i cytryny!”
  • „Pierwszy transport bananów przybył do Gdyni!
  • „Cytrusy tylko z Kuby”
  • „Dolarowe cytrusy” (to o Baltonie)
  • I mój „hit” – ankieta dla czytelników na temat: „Czego poszukujesz bezskutecznie?”
  • Kolejne tytuły:
  • „Kapuściane kłopoty”
  • „Co piszczy w konserwach”
  • „Czekając na meble”
  • „Parówki ale jakie?”
  • „Kończy się zapas gorczycy – zaczynają kłopoty z musztardą”.
  • „Dlaczego nie ma obuwia tekstylnego?”
  • „Tylko jedno pytanie: kiedy będą kieliszki?”
  • „Co się dzieje z mlekiem w proszku?”
  • „Tylko jedno pytanie: czym rozpalić w piecu?”
  • „Reporterski zwiad: czym wyleczyć pacjenta?”
  • „Tylko jedno pytanie: dlaczego nie ma rękawiczek dla niemowlaków?”
  • „Czy lodów w lecie wystarczy dla wszystkich?”
  • „Tylko jedno pytanie: dlaczego brakuje świec?”
  • „Dlaczego w sklepach brakuje sanek?”
  • „Tylko jedno pytanie: dlaczego brakuje cebuli?”
  • „Znów brakuje opakowań. Gdzie są płatki?!”

I wreszcie coś optymistycznego:

  • „Eksperyment musi się udać! Cały dzień świeże pieczywo!”

Coś jakby początek sensacyjnego filmu:

  • „Zniknęła wata i lignina!”

A potem po staremu:

  • „Tylko jedno pytanie: gdzie są rajstopy?”
  • „Czy wystarczy jaj na świąteczne wypieki?”
  • „Dlaczego masło się kruszy?”
  • „Tylko jedno pytanie: gdzie się podział żółty ser?”

I coś w rodzaju podsumowania:

  • „Klient jak myśliwy”.

Przy każdej notce źródło i data wydania.

Dziś to dla nas jest wspomnieniem, czasem zabawnym, czasem denerwującym, czasem (o czym świadczy popularność nie tylko w Polsce knajp stylizowanych na socrealizm) rozczulającym, ale zawsze – prawdziwym.

A dla syna sąsiadów?

Czy nie weźmie on tego za jeszcze jedną bajkę „okrągłostołowych zdrajców”?

Wciskanie kitu dla uzasadnienie swojej okupacji stołków?

W naszym jest interesie, by uwierzył, że właśnie stamtąd przychodzimy. Łatwiej mu będzie wtedy zrozumieć dokąd i dlaczego idziemy. Potrząsanie szabelką i okrzyki „komuna, złodzieje, pachołki Rosji” nie pomoże mu w podjęciu zdroworozsądkowej decyzji co do dalszego życia.

Siostra, mająca kontakt z młodszymi dziećmi, dzwoniła ostatnio wzburzona, gdyż jej uczeń wyznał, że nienawidzi swojego brata. Dlaczego? Dlatego, że rodzice kupili tamtemu lepszy model i-Pada!

Poza całym ubóstwem emocjonalnym – jak wytłumaczyć temu smarkaczowi kim był Gomułka? Dla niego to żaden problem – wszedłby na Facebooka, skrzyknął kumpli, wypuściliby serię memów i po Gomułce! Proste, nie?

Potem tylko komentarz, że „Zdzichu zmasakrował Gomułkę” i po zabawie.

Od lat wykładając historię staram się skupiać na tzw. życiu codziennym, usiłuję przekazać słuchaczom stan umysłów ludzkich w poszczególnych epokach wykorzystując w tym celu w miarę wiarygodne opisy warunków życia i wpływu na nie okoliczności zewnętrznych, tzw. wielkiej historii.

Czasem jednak myślę, że te wysiłki z góry skazane są na porażkę. Chcąc być uczciwy muszę przyznać, że nie wiem co tak naprawdę skłaniało ludzi w dziejach do takich czy innych zachowań, decyzji, nie odnajduję wszystkich motywów ich postępowania itd.

Nie jestem w stanie wejść w ich skórę i zrozumieć wszystkiego do końca.

Czy syn sąsiadów zrozumie opowieści ze wspomnianej książki? Zakładając, że w ogóle go one zainteresują.

A to właśnie ci młodzi będą decydowali o przyszłości naszego kraju i nie tylko.

Nietrudno wyobrazić sobie, jak łatwo ulegną manipulacji każdego trochę sprytniejszego, który dla swoich wyłącznie celów wciśnie im, że wiatę na przystanku pomalowano na różowo. I nie poczują potrzeby sprawdzenia tego faktu.

Czymże bowiem innym jest zapowiadana dziś głośno „polityka historyczna”?

To groźba, groźba wymierzona w nas wszystkich.

W czasie pierwszej wyprawy krzyżowej pobożni „pątnicy” wymordowali mieszkańców co najmniej dwóch miast w całości chrześcijańskich. Jakim cudem? Żadnym cudem – ktoś im wmówił, że to nie są „prawdziwi chrześcijanie”. Da się? No da się, jak widać.

Instynkt samozachowawczy powinien nam podpowiedzieć co jeszcze da się wmówić ludziom. Zaręczam, że nie tylko przemalowanie wiaty na różowo.

Jeśli więc postulowałem zgodzenie na stałe psychologa, to nie dla żartu, a dla pomocy w znalezieniu środków zaradczych. Bo tu potrzeba podejścia fachowego, systemowego i żadne wyższościowe prychanie nie pomoże. Mam zresztą wrażenie, że to ono głównie doprowadziło do tego co mamy.

Oczywiście jest to obraz o tyle przerysowany, że (na szczęście) mamy także inną młodzież. W to nie wątpię. Nie byłoby jednak potrzeby pisania tego wszystkiego, gdyby była ona zdolna do zawrócenia świata z drogi, po której nas wloką jak zdechłą krowę po gościńcu.

Nie jest zaś zdolna do tego głównie z powodu liczby odgrywającej zasadniczą role przy urnie. Takie to proste, że aż mrożące krew w żyłach.

Nie oprzemy się na „autorytetach” bo ich nie ma. Albo same się spłaszczyły pod naciskiem własnej małości wyłażącej w konkretnych sytuacjach jak słoma z butów, albo zostały „zmasakrowane” przy aplauzie innych „autorytetów” – samobójców, a wszystko w atmosferze zaczadzenia i ślepoty nie pozwalającej dojrzeć innej rzeczywistości, niż nasza własna, nie dopuszczającej myśli o możliwości jej istnienia.

Tego nie da się zwalczyć żadną akcją, żadnym nowym tworem budowanym sztampowo wg naszych dotychczasowych wyobrażeń.

Marzeniem są tysiące nauczycieli – mrówek odkrywających przed ludzkością istnienie tych „innych światów” jako wstępu niezbędnego do znalezienia ew. punktów stycznych, dróg porozumienia. Tylko skąd ich wziąć?

Kiedy w powieściach czy filmach sf rozważamy sposoby porozumienia się z kosmitami nie zapominajmy, że ten problem dotyczy nas samych. Tu i teraz.

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

10 komentarzy

  1. Marian. 14.02.2016
  2. PIRS 14.02.2016
    • Woziwoda 14.02.2016
  3. Magog 14.02.2016
  4. slawek 15.02.2016
  5. jotesz 15.02.2016
  6. Magog 15.02.2016
  7. Mr E 15.02.2016
  8. SAWA 15.02.2016
  9. Demetria 18.02.2016