Nie jest rzeczą łatwą wciąż wymyślać igrzyska. I to takie, które zajęłyby większość społeczeństwa, która w innym przypadku, z nudów, mogłaby zacząć zastanawiać się: dokąd my tak naprawdę zmierzamy?
Trzeba jednak przyznać, że pod tym względem nasz rząd spełnia oczekiwania ludu ponad wszelkie spodziewanie.
A ponieważ, co niejednokrotnie zostało dowiedzione, wzoruje się na retoryce i sposobie myślenia rodem z PRL, stosuje nie tylko podobne metody, ale wręcz kopiuje wiele tamtych sprawdzonych rozwiązań.
W ostatnich dniach mamy na tapecie istną histerię antyniemiecką.
Jest ona o tyle zastanawiająca, że tworzona i dobrze odbierana przez ludzi, którzy oficjalnie odżegnują się od PRL-u choć i rodowód i maniery są żywcem wzięte z tamtej właśnie epoki. Plus prostackie wykonanie – również przypomina czasy gomułkowskie.
W zasadzie nie ma nic złego w uczeniu się od wroga skuteczności, wręcz przeciwnie. Wtedy antyniemieckość była jedynym wyjściem komunistów, którzy chcąc rządzić skutecznie musieli skupić naród pod jakimś sztandarem akceptowalnym dla większości. Po doświadczeniach II wojny antyniemieckość narzucała się sama jako rozwiązanie problemu.
Przenoszenie tego doświadczenia na czasy współczesne wydawało się już nie takie oczywiste.
A jednak zadziałało. Całkiem poważne, wydawałoby się, osoby biorą rzecz serio, jak gdyby było to coś prowadzącego do jakiegokolwiek celu w stosunkach polsko niemieckich, choć prosta logika każe pukać się w czoło nad stratą czasu, jaką jest dyskusja na ten temat. Mało tego – temat staje się probierzem „patriotyzmu” i po raz nie wiem już który znowu dzieli Polaków na tych, którzy usiłują leczyć swoje kompleksy zmuszając kogoś do czegoś co „nam się należy” i tych, co widząc bezsens takich działań i ich na dłuższą metę szkodliwość narażają się na niekończący się strumień inwektyw, na odsądzanie ich od czci i wiary ze strony tych, dla których patriotyzm to „walka o Ojczyznę”, w dużo zaś mniejszym stopniu praca dla niej i dbanie o jej pomyślność oraz nieprzysparzanie jej nieprzyjaciół.
Dlaczego?
Całkiem niedawno BM na fb zadał pytanie o dziwne z pozoru zjawisko jakim jest wzrost nastrojów nacjonalistycznych i ksenofobicznych w świecie. Mamy XXI wiek, postęp techniczny galopujący jak koń na wyścigach, dostęp do niewyobrażalnej niegdyś ilości informacji itd.
Dlaczego więc?
Myślę, że właśnie dlatego.
Wielokrotnie pisząc o religii zwracałem uwagę na jej siłę, jaką jest uproszczony do maksimum obraz świata; obraz dostępny umysłowi, a przede wszystkim potrzebom większości społeczeństw. Ludzi zabieganych, zatroskanych o swój codzienny byt, którzy nie znają luksusu, jakim jest czas poświęcony na swobodne rozmyślania, lektury, konsumowanie dzieł kultury i tym podobne sprawy. Z innych przejawów takich potrzeb – to jest także przyczyną ogromnej przewagi pod względem oddziaływania jaką ma tzw. kultura masowa nad „sztuką wysoką”. Tak to działa i w innych obszarach.
Tzw. postęp cywilizacyjny w ostatnich 30, 40 czy 50 latach jest tak ogromny, że z góry można było przewidzieć, iż będzie nie do ogarnięcia dla większości, nawet jeśli ta większość w jakiś sposób korzysta z niego. Wystarczy przebadać do czego współcześnie służy ludziom komputer czy internet. Ilu ludzi i jak z niego korzysta?
Nieznany przeszłości, powszechny dostęp do informacji nastąpił tak szybko, że nie zdążono nauczyć się jej filtrowania, oddzielania ziarna od plew, odróżniania informacji rzetelnej od bzdur szerzonych przez ludzi albo głupich, albo celowo manipulujących innymi.
Tego nie da się nauczyć przez kilka czy kilkanaście lat. A narzędzia stoją gotowe już dziś – proszę – bierzcie i korzystajcie.
No to biorą i korzystają.
Miałem ostatnio okazję uczestniczyć w dyskusji nad niezwykłym rozwojem sekty Świadków Jehowy w Polsce. Kraju – wydawałoby się – katolickim do imentu, w którym nawet historyczne pozostałości w postaci prawosławia czy luteranizmu traktowane są jako „ciała obce”.
Z dyskusji wyszedł ten właśnie natłok informacji, coraz większy, coraz bardziej skomplikowany, na który ŚJ dają prostą receptę upraszczając do maksimum przekaz, pozwalając zrozumieć go właściwie każdemu.
A „zrozumienie wszechświata” jest przecież podstawą spokoju, poczucia bezpieczeństwa – czyli tego, co jest warunkiem dobrej egzystencji każdego człowieka. Jego względnie normalnego funkcjonowania.
Przy okazji poruszono też ciekawe zagadnienie, jakim jest przyjmowanie przez ludzi na wiarę „cytatów z Biblii” serwowanych przez ŚJ, które to cytaty są czasem ewidentnie fałszowane lub wyrywane z kontekstu, co miałem okazję stwierdzić osobiście. A ludzie je przyjmują „na wiarę”. Dlaczego? Tu odpowiedź jest prosta i znamienna – bo sami nie czytają Biblii i wierzą temu, kto ją czytał.
Dlaczego polski katolik nie czytuje Biblii? Jeszcze 100 lat temu było to źle widziane w kręgach kościelnych, znam to z historii mojej dociekliwej babci Katarzyny, która zamęczała księdza i pastora pytaniami, nasuwającymi się przy lekturze tego dzieła.
Dziś już niby nie jest to źle widziane. Ale… zna ktoś księdza, który w kościele zachęca wiernych, by czytali Biblię? Pewnie tacy są, ale założę się, że stanowią rzadkość w KK.
Czytanie Biblii też wymaga czasu, nawet więcej niż przeciętna lektura, bo to i język niedzisiejszy i zagadnienia mniej znane i tło historyczne obce. Kto ma ten czas? Na pewno nie tzw. przeciętny człowiek.
Pozostaje wierzyć księdzu, co to „czytał i wie”. Tyle, że księża są różni i w efekcie otrzymujemy wiernych KK wyznających czasem tak różne tzw. wartości, że człowiek za głowę się łapie, widząc ich w szeregach jednej konfesji.
I tak jest ze wszystkim.
Grupy tzw. narodowców dziwnym trafem nie zajmują się naukową definicją narodu, nawet nie próbują stworzyć własnej. Stosują „skrót” typu – „my to patrioci, a inni to wrogowie narodu”. I wielu to wystarcza. Bo to jest proste, łatwe do ogarnięcia i nie stwarza problemów natury intelektualnej, wymagających – jak już się powiedziało – czasu i wysiłku.
Czegokolwiek byśmy w naszym życiu społecznym dotknęli – schemat wygląda tak samo.
Czy istnieje na to jakaś rada? Nie sądzę.
Nasze elity intelektualne nie są przygotowane do dialogu ze społeczeństwem. W swej elitarności są tak naprawdę bardzo naiwne uważając, że coś co jest obiektywnie dobre samo się obroni. Nie obroni się.
W II wieku naszej ery w Aleksandrii wynaleziono silnik parowy. Wystarczył krok, a mielibyśmy rewolucję przemysłową 1600 lat wcześniej ze wszystkimi jej konsekwencjami. Historia ludzkości potoczyłaby się zupełnie inaczej. Tyle, że tego kroku nie zrobiono. Dlaczego? Najogólniej rzecz ujmując – nie przekonano ludzi, że możliwa jest zmiana warunków ich bytowania, i że jest to zmiana na lepsze. Szczerze mówiąc – nikomu w ogóle do głowy nie przyszło, by o tym kogoś przekonywać. Sprawa rozstrzygnęła się w zamkniętym kręgu ówczesnych elit.
To przykład tego, że sam postęp techniczny, czy szerzej – naukowy – nie jest żadnym argumentem za tym, by ludzie zmieniali sposób myślenia, decydowali się na zmiany w swoim życiu itd.
Tym bardziej, że o osiągnięciach współczesnej nauki wiemy na ogół tyle ile udostępnią nam media nastawione z natury swej na „sprzedanie czegoś ekscytującego”, a jak sprzedać w ten sposób informacje naukowe nie bardzo czasem wiadomo.
W moim rodzinnym mieście żyje wielu ludzi, którzy wierzą, że „zniszczono polskie stocznie”, pomimo że gdyńska pracuje i pracują w niej gdynianie. Fakt – nie produkuje tego co kiedyś, bo musi liczyć się z rachunkiem ekonomicznym i musi sama na siebie zarobić. Natomiast to, co produkuje może przyprawić o zawrót głowy – od podwodnego hotelu, wkręcanego jak śruba pod wodę dla Dubaju po dok stoczniowy dla Monako – wszystko w technologii niewyobrażalnej dla dawnego stoczniowca. Kto o tym wie?
W Parku Naukowo-Technologicznym ma siedzibę firma, która produkuje elektronikę dla „Jaguara” i elementy do amerykańskich programów kosmicznych. Ktoś o niej wie? Ktoś wskazuje ją jako „polską dumę”, jako element nowoczesnego patriotyzmu? Nie zauważyłem.
Mówiąc o Gdańsku wspomina się łzawo „rozkradzioną stocznię” d. im. Lenina, kolebkę i symbol. Zniszczoną rzeczywiście, ale – czego się już nie wspomina – nie przez Tuska tylko L. Kaczyńskiego, dzięki którego naciskom sprzedano ją inwestorowi, który usiłował wyłącznie doić skarb państwa, oraz związkowcom, którzy dbali wyłącznie o swój własny interes.
Jakoś nikt nie wspomina w relacjach z Gdańska o innej stoczni – tuż za płotem tamtej, która ma się świetnie, pracuje, produkuje i zarabia.
Nie puchniemy z dumy słysząc nazwę firmy „Solaris”, która w coraz większym stopniu opanowuje europejskie rynki komunikacyjne swoimi rewelacyjnymi autobusami, co stało się zresztą przyczyną interwencji niemieckich przemysłowców u Angeli Merkel postulujących „wzięcie ich w obronę przed polską konkurencją”. Za to pan Duda w kampanii wyborczej „marzył, by znowu były polskie autobusy”. O „Solarisie” najwyraźniej nie słyszał.
Poziom tzw. zwykłego człowieka – gdyńskie Zakłady Komunikacji Miejskiej i ich warsztaty. Nie żadna tam wielka firma producencka, ale zwykłe warsztaty.
Kiedy przed wojną w Gdyni chciano wprowadzić trolejbusy rozważano sprowadzenie ich ze Szwajcarii. Dziś warsztaty ZKM robią wynalazki na bazie „Solarisów” i zdobywane licencje sprzedają m.in.… do Szwajcarii.
I nikt nie puchnie z dumy! Dlaczego? To nie jest patriotyzm kiedy polska myśl techniczna okazuje się lepsza od wielu innych? Czy polski patriotyzm musi być definiowany jedynie poprzez „walkę”?
Nie, nie musi. Ale ktoś tego nowoczesnego patriotyzmu musi ludzi nauczyć. Ktoś to robi? Jeśli zauważam to z trudem i to szukając uparcie.
Wielu ludzi, większość – nie ma czasu na takie uparte szukanie.
Jeśli drażnią nas XIX wieczne pojęcia stosowane w retoryce współczesnej polityki, to zapytajmy sami siebie, czy zrobiliśmy coś, by to zmienić.
Tymczasem mamy dwa obozy – patriotów tęskniących za wojenką (pod warunkiem, że oni będą nią dowodzić i wyłącznie zwyciężać) i drugi, gdzie samo pojęcie patriotyzmu jest passѐ właśnie w dość naturalnej opozycji do anachronicznego pojmowania tego słowa.
Nie da się tego pogodzić? Nie zauważyłem, by ktoś próbował.
A konieczność jest coraz bardziej widoczna gołym okiem, bo dwa polskie plemiona są już na takim etapie wojny, że – co widać na portalach społecznościowych – obrywa się ludziom już nawet nie za to, że mają inne zdanie, ale kiedy komuś WYDAJE SIĘ, że ktoś ma inne zdanie. Granice absurdu dawno zostały przekroczone, co nie wróży niczego dobrego na przyszłość. Nikomu.
Jeśli więc uważasz się za mądrzejszego od innych, poświęć nieco swego cennego czasu na uczenie bliźnich tego, czego nie wiedzą, czego nie potrafią sami dostrzec. Nie pogardzaj nimi dlatego, że wiedzą mniej. To nie jest ich wina, a przynajmniej nie zawsze.
Taka jest, jak mi się wydaje, rola współczesnej inteligencji. Niełatwa, czasem niewdzięczna, ale będąca jedynym wyjściem w sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Z winy nas wszystkich, bez wyjątku.
Jerzy Łukaszewski


Pytanie o wzrost nacjonalizmu na świecie powinno się rozszerzyć, bo obserwujemy powrót do religijności, alternatywną medycynę, nasilenie się ideologii w dyskusjach o nauce, krótko mówiąc radosny marsz irracjonalizmu. Jednego wyjaśnienia pewnie nie ma, oczywiście szybki dostęp do dezinformacji robi swoje, niesamowity szum informacyjny zwiększa potrzebę uproszczonego obrazu świata, handlarze uproszczonymi obrazami świata czują się w tym świecie jak ryba w wodzie. Pytanie czy słusznie podejrzewam, że uniwersytety utraciły swój dawny prestiż (a przecie nie były święte). Poszukiwanie rzetelnej informacji wymaga czasu i metody, a to nie wszystkich kręci. Ciekawe co z tego wszystkiego wyniknie, ale czasem mam wrażenie, że nie jestem pewien, iż chciałbym tak na prawdę wiedzieć. Tymczasem cieszy mnie, jak spotykam znakomitych młodych ludzi, bo ci też oczywiście są.
Jak zwykle, z przyjemnością czytam zdania, pod którymi mógłbym się podpisać. Jednak wszystko, o czym piszesz, wynika z fatalnego, całkowicie nieadekwatnego do współczesnej cywilizacji, sposobu nauczania. Na SO słabo wyjaśniamy, jak ten sposób powinien wyglądać.
No i to jest właśnie problem. Nie mamy „gotowców” do zaproponowania ani obywatelom, ani politykom. A powinny zostać stworzone, bo nie ma prawdziwej dyskusji np. o edukacji bez pokazania konkretnego przykładu.
Mój plan minimum to to, by każdy znalazł sobie JEDNEGO znajomego, którego by przekonał do swoich racji. Łagodnie, przyjaźnie nauczył go poruszać się w świecie szalonego strumienia informacji. Ale to taki plan na dziś, interwencyjny, nie metoda.
Szerz oświatę wśród zdunów! Naucz czytać i pisać choć jednego zduna! Pokaż zdunowi choć cztery litery! (Zambrzycki, „Kwatera bożych pomyleńców”. Wydana zaraz po wojnie.)
*
A poważnie, ktoś pewnie musi sfinansować pracę Komisji Edukacji Narodowej (Hłehłehłe – narodowej). Wprowadzić w życie jej regulacje. „I sołnce wstaniet, nie dla nas…” (Okudżawa) Warto, niewątpliwie. Ale plan minimum = plan zero+. „Trzeba mieć ciało” ! (znowu cytat, z Goethego i z STS).
łagodnie podpowiem minimum wyboru racji do przekonywania: nie szkodzić i się na narzucać, szczególnie będąc nie proszonym, no i może nie koniecznie sprowadzać „noblistów” przed posprzątaniem podwórka
„na narzucać” ? nie narzucać, ach ta lelektronika użytkowa, szkoda sobie strzępić klawiatury..,
ale ale, skoro się znowu tu pojawiłem, przecież współczesna cywilizacja to właśnie my, czy też gdzieś jest jeszcze lepiej ?
@HAZELHARD i J.LUK – ponieważ sprawa nieadekwatnego medelu edukacji społecznej wraca z częstotliwością karabinu maszynowego i wyłazi przy wielu obszarach naszego życia, wydaje sie celowe przeprowadzenie dyskusji jak do takiego modelu doprowadzić. Ponieważ szanse na oficjalne, państwowe rozwiązanie sprawy są mizerne, dobrym punktem wyjścia byłoby stworzenie systemu społecznego. Powszechny dostęp do internetu wskazuje, że utworzenie czegoś w rodzaju uniwersytetu otwartego jako domeny publicznej, dostępnej nieodpłatnie, mogłoby być jakimś początkiem. Adresatami oferty mogliby być przede wszystkim nauczyciele ale także każdy zainteresowany internauta. Najważniejszym czynnikiem sukcesu takiego przedsięwziecia oprócz rzetelnosci informacji i wiedzy, powinna być atrakcyjność przekazu: – wykłady, quizy, filmiki, etc. Treści pisane dostępne byłyby tylko dla zainteresowanych jako forma archiwizacji informacji. Mając na względzie dostępność (jeszcze) funduszy UE może warto sie nad tym zastanowić?
Wzrost nastrojów nacjonalistycznych, ksenofobicznych oraz wszelkich irracjonalizmów jest prostą odpowiedzią na postępującą bezradność pojedynczego człowieka i wielkich grup społecznych wobec tempa postępu technologicznego, globalizacji i nadmiaru infromacji, w tym dezinformacji. Politycznym odbiciem tych zjawisk jest wzrost znaczenia ugrupowań populistycznych, w tym także faszystowskich, w wielu miejscach na świecie. Upadek autorytetów społecznych, w jego ramach prestiżu uniwersytetów i ludzi nauki, stanowi nieodłączną konsekwencję w/w zjawisk, w tym celowej pracy polityków zohydzających wszelkie wartości pozytywne.
Przyłączam się do konkluzji artykułu: „Jeśli więc uważasz się za mądrzejszego od innych, poświęć nieco swego cennego czasu na uczenie bliźnich tego, czego nie wiedzą, czego nie potrafią sami dostrzec. Nie pogardzaj nimi dlatego, że wiedzą mniej. To nie jest ich wina, a przynajmniej nie zawsze.”. Od siebie dodam, że internet właśnie może bardzo wzmacniać efekty takiej działalności.
* * *
Korzystając z okazji chciałbym prosić Pana Jerzego jako historyka o ocenę treści artykułu, który dzisiaj przeczytałem. Brzmi racjonalnie ale uwagę zwraca autor, który jest politykiem ugrupowania chłopskiego : https://opinie.wp.pl/piotr-zgorzelski-gdyby-nie-wincenty-witos-dlaczego-pilsudski-zostawil-polske-w-najtrudniejszych-chwilach-6155146999302273a
Bo to jest i prawdziwe i racjonalne. Ponieważ jednak tekst jest publicystyczny, nie naukowy, znajdują się w nim zwroty bardzo emocjonalne pod adresem bohatera ugrupowań chłopskich, co zresztą nie dziwi, bo była to postać nietuzinkowa, a mocno pomijana do dziś w nauczaniu szkolnym.
Nie jestem specem od okresu piłsudczyzny, dlatego nie umiem stwierdzić czy kult „wodza” był wynikiem jego wybujałych ambicji, czy raczej obozu klakierów, którzy robili kariery dzięki kadzeniu swemu bożyszczu. Skłaniałbym się do tej drugiej możliwości. Sprawa prześladowania uczestników bitwy warszawskiej przez obóz Marszałka jest znana i z punktu widzenia psychologii zrozumiała. Przedwojenna prasa np. na Pomorzu pisała o tym bardzo często, ale mało kto zdaje sobie sprawę, że wówczas – podobnie jak dziś – mieliśmy w Polsce dwa plemiona wzajemnie się zwalczające, co skończyło się wrześniem ’39. Nikt nikogo nie słuchał, nie było ważne CO się pisze tylko KTO pisze.
Kogo dziś się uczy, że w czasie wojny w Anglii Polacy mieli swoje „obozy odosobnienia”, w których osadzano „nieprawomyślnych politycznie”? Pobóg – Malinowski o tym pisał, ale kto go dziś cytuje w podręcznikach?
To co się dziś dzieje to naprawdę nic nowego. Tyle, że wiedząc jak skończyło się „tamto” trzeba szukać sposobów ratunku, póki jeszcze jest czas. Póki jeszcze jest.
Dziękuję. Wychowałem się w przekonaniu o wielkości Piłsudskiego i całe życie zmuszony jestem weryfikować swoje wyobrażenia o tej postaci. (Moja babka jako koleżanka szkolna gen. Kasprzyckiego miała jeden z poczatkowych nr POW.) Po wojnie ocalały „Pisma-mowy-rozkazy”, które przeczytałem w wieku ok. 10 lat. Powtórzyłem tę lekturę jako człowiek dorosły. Ponieważ w domu, w latach 50-tych mieszkało u nas sporo gości, trwały w nieskończoność dyskusje między piłsudczykami a endekami, z ciekawością słuchałem wielu ludzi wykształconych, nierzadko świadków historii. T0 istotnie były dwa plemiona, a pożoga wojny i okupacji niewiele ostudziły emocje. Dzisiejsze dwa plemiona nie mają nawet połowy tak rzeczowych argumentów, chociaż sa równie mało racjonalne. O ile jednak położenie II RP było bez porównania bardziej niefortunne niz sytuacja III RP wyglada na to, że JK koniecznie chce dorównać w nieszczęściu Polsce miedzywojennej.
Mówiąc o wzorcach edukacyjnych myślę także o demitologizacji takich postaci jak Piłsudski, Dmowski, JP II, Wałęsa czy choćby Mazowiecki i Geremek. Odmitologizowanie nie oznacza oplucia i oczerniania a wyważoną ocenę. Inaczej wszyscy będziemy skazani na „cenckiewiczów” tj. propagandystów jednej strony.
Ten artykuł należałoby obowiązkowo polecić polskim politykom. Niestety, są oni przekonani, że muszą się dostosować do ciemniejszej części elektoratu i walczyć z PiS cwaniactwem i emocjami. Obie strony uważają że wyborcy są głupi i nie warto do nich na poważnie.
Jedną z przyczyn niechęci do myślenia jest wspomniana przez Autora rola Kościoła katolickiego. Ludzie mają pośrednika między sobą a Bogiem i co ten pośrednik powie to jest OK. To zwalnia od myślenia i jest wzorcem działania (a raczej niedziałania) także w innych dziedzinach, w tym w polityce. Niewielu odczuwa potrzebę dowiedzenia się czy pomyślenia o tym jak jest.
Co do Świadków Jehowy to znają oni na pamięć Biblię (nie spotkałem się z pomyłkami z ich strony) i na wszelkie pytania odpowiadają cytatami. Wystarczy powiedzieć im że Biblia nie jest dla mnie autorytetem i już tracą zainteresowanie do dyskusji. Zrobiłem kiedyś eksperyment i próbowałem skłonić takiego misjonarza tej religii żeby mi odpowiadał swoimi zdaniami, bez cytatów. Po kilku minutach powiedział że jest okropnie zmęczony.
Nie jest rzeczą łatwą wciąż wymyślać igrzyska. I to takie, które zajęłyby większość społeczeństwa, która w innym przypadku, z nudów, mogłaby zacząć zastanawiać się: dokąd my tak naprawdę zmierzamy?
……………………………….
Panie Jerzy, nie jest łatwo dostarczyć rozrywkę i to o szerokim spektrum akceptacji.
Wczoraj poszedłem z młodym kuzynem z Gdańska na defiladę WP, no bo to święto Armii naszej,
co by nie gadać atrakcja.
Przyszliśmy wcześnie a i tak nie było miejsca na zaparkowanie samochodu w sensownej odległości.
Już waliły tłumy, robiło się ciasno na chodnikach no i te atrakcje pod postacią groźnie wyglądającego sprzętu wojskowego oraz goście z innych krajów co pokazują że w razie czego będą nas chronić.
Wojsko jak wojsko, interesowali mnie ludzie.
Tłumy z dziećmi na rękach i wózkami z najmłodszym pokoleniem.
Rozpiętość wieku od niemowlaka do lat stu.
Wszyscy zainteresowani wojskiem, atmosfera pikniku choć ludziska parli w stronę Belwederu, rozpychali się szukając miejsca dla dzieci przy barierkach ochronnych aby zobaczyły to wojskowe żelastwo z bliska.
Nie przeszkadzało nawet grzanie silników co postawiły siwą zasłonę dymną którą bez narzekania wdychali wszyscy. W odległości pod płotami ważnych budynków można było nabyć wszystko co niezbędne, flagi, lody, napoje, watę cukrową i popcorn.
Z dzieciństwa pamiętam, że podobnie wyglądały odpusty i ich rozrywkowe zaplecze.. nie było tylko popcornu.. każdy chętnie przychodził, bo była to rozrywka. Była też przed defiladą muzyka Szopena wykonywana na pianinie, głośno jak cholera ale wiadomo, pianino ciche nie jest.
Pytanie dokąd zmierzamy?
Nie wiem.. ale widziałem dużo dzieci z amerykańską nadwagą, młode kobiety też należą już do puszystych a panowie z brzuszkami piwnymi w wieku około 30-stki.
Powszechne są tatuaże, widoczne bo stroje były kuse a pogoda dopisała.
Zewnętrzne objawy dostatku są widoczne, ludzie nie wyglądają na przygnębionych, uśmiechają się i nic nie gadają na tematy pisowate… ot święto Wojska Polskiego.