12.05.2026
Poranek w Warszawie zaczyna się niewinnie, jak zawsze: kawa pachnie obietnicą sensu, tramwaj dzwoni jak sumienie, telefon mruga wiadomościami, które mają udawać rzeczywistość. Człowiek czyta nagłówki i ma to dziwne wrażenie, że ktoś nocą przesunął meble w państwie o kilka centymetrów – niby wszystko stoi, gdzie stało, a jednak obijam się o kanty, których wcześniej nie było.
Bo Polska ostatnich miesięcy to nie jest kraj, który się zmienia – to kraj, który się przekrzywia. Nie wali się, nie wybucha, nie płonie. On po prostu zaczyna chodzić krzywo, jak człowiek, który jeszcze twierdzi, że jest trzeźwy, ale już opiera się o ściany.
I w tym momencie na scenę wchodzi premier, zwięzły jak rozkaz i pewny jak człowiek, który wie, że kamera go lubi, i mówi: „Państwo ma obowiązek usunięcia przeszkód. Dotarło?”. Zdanie krótkie, twarde, metaliczne. Zdanie, które jeszcze niedawno w ustach przeciwników politycznych uchodziło za przejaw buty, dziś brzmi jak pragmatyzm.
I tu zaczyna się najciekawszy spektakl tej epoki. Nie polega on na tym, że zmienili się aktorzy. Polega na tym, że zaczęli grać w tych samych kostiumach. Jeszcze wczoraj wszystko było proste jak rachunek za prąd. Trybunały europejskie były nasze, wyroki były święte, a konstytucja była wspólnym językiem przyzwoitości. Kto twierdził inaczej, był podejrzany o polityczną herezję.
Dziś to już zależy od pogody politycznej. Jeżeli wyrok pasuje – jest europejski, cywilizacyjny, niemal oświeceniowy. Jeżeli nie pasuje – robi się nagle obcy, podejrzany, trochę natrętny, jak kuzyn, który przyjechał bez zapowiedzi i zaczyna komentować sposób prowadzenia domu. Europa zamienia się więc powoli w rodzinę, która lubi się tylko wtedy, gdy nikt nikomu nie mówi prawdy.
Donald Tusk nie tyle walczy dziś z prawicową falą, ile coraz sprawniej uczy się na niej surfować. Raz przyklęknie w stronę wyborców centrum, raz puści oko do tych bardziej na prawo, raz powie „Europa”, raz „nikt nam nic nie narzuci”. I wszystko to z elegancją człowieka, który liczy, że publiczność nie zauważy, że zmienia scenariusz w trakcie spektaklu. To nie jest brak konsekwencji. To jest nowa doktryna: mówić wszystko, co działa, i niczego nie pamiętać.
Tymczasem druga strona nie ma takich dylematów. Ona od dawna nie gra w szachy. Ona wchodzi do pokoju, przewraca stolik i sprzedaje bierki jako broń masowego przekazu.
Peter Pomerantsev nazwał to „mentalnością wojenną” i trudno o trafniejsze określenie. Jedni analizują, drudzy atakują. Jedni piszą ekspertyzy, drudzy produkują fakty dokonane. Jedni wierzą w procedury, drudzy wierzą w tempo.
I to tempo wygrywa. W Polsce widać to jak na dłoni. Trybunał Konstytucyjny działa tak, jakby nie chciał działać. Sędziowie są i ich nie ma jednocześnie, jak kot Schrödingera w todze. Prezes uznaje tylko tych, których uznać chce, a resztę traktuje jak gości bez zaproszenia. Sędziowie skarżą się do Europy. Europa wydaje wyrok. Rząd się cieszy. Trybunał mówi, że Europa nie ma prawa się wtrącać. I wszystko zostaje dokładnie tam, gdzie było.
To nie jest spór prawny. To jest teatr absurdu z ambicjami konstytucyjnymi. Jedni mają moralną rację, drudzy mają władzę nad klamką do sali rozpraw. I w polskich realiach to drugie jest bardziej praktyczne.
Najciekawsze jednak dzieje się gdzie indziej. W języku, bo kiedy polityk proeuropejski zaczyna mówić „obce trybunały”, to prawica nie musi już nic robić – ona tylko notuje. Kiedy premier mówi „nikt nam niczego nie narzuci”, to nacjonalista może spokojnie pójść dalej i powiedzieć: „właśnie, dlatego wyrzućmy ich wszystkich”.
Centrum nie rozbraja radykałów. Centrum ich uwiarygadnia. I tak powstaje zjawisko, które politolodzy nazywają elegancko „przesunięciem dyskursu”, a zwykły człowiek nazywa po prostu bałaganem. W tym bałaganie demokracja zaczyna przypominać mebel po przeprowadzce – stoi, ale nikt już nie wie, do czego dokładnie służy.
Polska nie jest dziś ani pełną demokracją, ani jawną autokracją. Jest czymś pośrodku – krajem, w którym wybory są realne, instytucje istnieją, a zasady można naginać jak miękki drut.
To właśnie ten moment jest najgroźniejszy. Nie ten, w którym ktoś burzy system. Ten, w którym wszyscy uczą się żyć z jego deformacją. Deformacja jest wygodna. Można ją tłumaczyć, rozmywać, interpretować. Nie trzeba się z nią bić – wystarczy ją oswoić.
I dlatego ten felieton nie kończy się krzykiem, tylko zdaniem, które powinno zaboleć bardziej niż krzyk:
kiedy demokracja zaczyna mówić językiem swoich przeciwników, to nie wygrywa z nimi – tylko powoli zaczyna ich przypominać.
Krzysztof Bielejewski
