03.10.2018

Dziś trochę z innej beczki. Nie samą przecież polityką człowiek żyje.
Otaczająca mnie rzeczywistość skłaniała nieraz przekorną naturę do wymyślania przeróżnych złośliwości na jej temat, które z czasem przybierały formę czy to wierszowaną, czy to krótkich opowiadanek, czy też rysunków satyrycznych. Zebrało się tego trochę, choć nie przypuszczałem, że kiedyś zostaną wykorzystane.
Kiedy zakiełkowała we mnie myśl stworzenia kabaretu zrobiłem przegląd współczesnej sceny kabaretowej i stwierdziłem, że zupełnie nie o to chodzi.
Z lat młodości pamiętałem Piwnicę pod Baranami, z lat studenckich Salon Niezależnych, starsi ode mnie pamiętali Bim Bom i STS i – mówiąc poetycko – wezbrała we mnie jakaś tęsknota za tamtą formą.
Czasy mamy inne, ale czy koniecznie zmusza nas to do porzucenia literackiej formy na rzecz prostackich gagów okraszonych na poły wulgarnym językiem?
Okazało się, że nie ja jeden tęsknię za czymś innym jakościowo.
Aktor i reżyser Teatru Muzycznego w Gdyni Marek Richter miał zdanie podobne do tego stopnia, że dogadaliśmy się dosłownie w pięć minut. Marek miał dla mnie dodatkowy atut – kiedyś budował i prowadził znany w Trójmieście Teatr Atelier z Agnieszką Osiecką. Ja wiedziałem tylko czego chcę, a on dodatkowo – jak to zrobić.
No i tak się zaczęło.
Jeśli chodzi o teksty do wykorzystania w scenariuszu, to szybko okazało się, że twórców chętnych do współpracy jest aż nadto i to z nazwiskami mogącymi imponować. Szczerze mówiąc, nie rozumiałem dlaczego przy takiej „podaży” nie zrobiono czegoś podobnego wcześniej, ale ja jeszcze wielu rzecz nie rozumiałem i nie rozumiem.
Najważniejsze, że było od czego zacząć.
Ostatecznie Marek wybrał kilkanaście utworów wybrzeżowych wierszopiśców plus Ernesta Brylla, a to z racji jego urodzenia się w Gdyni (no i dlatego, że były po prostu znakomite). To miejsce urodzenia podkreślam dlatego, że założeniem Marka było, że wszyscy twórcy mają być „tutejsi”.
Muzyką zajął się znany z różnych formacji muzycznych Maciej Łyszkiewicz, a w kilku przypadkach kompozytor z Teatru Muzycznego w Gdyni Piotr Jan Ulatowski.
Do pracy nad spektaklem przystąpili aktorzy Teatru Muzycznego z doświadczonymi Andrzejem Śledziem i Markiem Richterem, którzy przyprowadzili „młodą gwardię”, która od pierwszych chwil zaimponowała mi podejściem do pracy.
Pozostawał problem: gdzie? Tu zdobyłem kolejne doświadczenie, ucząc się w tempie przyspieszonym jak działa nasza kultura i po jakich wybojach musi jeździć, by zaistnieć. Wbrew moim wcześniejszym poglądom, nie wystarczy zaproponować czegoś dobrego. To, że jakieś instytucje czy to państwowe, czy samorządowe powołane są teoretycznie do szerzenia kultury nie znaczy wcale, że są otwarte na nowe propozycje.
Pojęcia nie miałem jak one funkcjonują, toteż z pewnym zaskoczeniem zorientowałem się, że nawet gdyby przyszedł ktoś z receptą na szczęście ludzkości i zdobyłby przychylność władców danej instytucji, musiałby poczekać, aż to szczęście zostanie ujęte w planie na któryś tam rok, bo…
Instytucje kulturalne działają nieomal jak urzędy, a przyczyna tego jest oczywiście prozaiczna – kasa. Nikt nie ma „luźnych” pieniędzy na wypadek gdyby np. Duch Święty Kultury zstąpił z nieba i zechciał dać u nas koncert. Też musiałby czekać i to bez gwarancji, że da się to załatwić.
Przepraszam za te uwagi, ale dla mnie to wszystko była nowość, Marek Richter znosił to wszystko z anielską cierpliwością, wykorzystując dodatkowo swoje kontakty i „znajomość terenu”.
Zdradzę przy okazji, że Marek, młodszy ode mnie, zakochany jest w legendzie Bim Bomu, do którego chciałby nawiązywać.
Tu „na scenę” wkroczyło Studio Opinii, dzięki któremu nawiązałem kontakt z p. Jackiem Fedorowiczem, jednym z nielicznych już żyjących twórców i wykonawców legendarnego gdańskiego teatrzyku, a który to zdradził mi co nieco z kulisów pracy w tamtych czasach, za co jestem mu bardzo wdzięczny, bo one pozwalały, choć nie bezpośrednio, na zrozumienie atmosfery tamtych lat i wyraźnie zauważenie różnic między nimi a czasem dzisiejszym. Nie udało się nam co prawda sprowadzić go na premierę, ale wciąż żyjemy nadzieją na to 🙂
Bo w końcu przecież do premiery doszło.
Marek Richter skonstruował całość na zasadzie spektaklu teatralnego, a więc nie było konferansjera zapowiadającego kolejne „numery”. Wypływały one jeden z drugiego w sposób logiczny i konsekwentny.
I jeszcze jedna uwaga: rozmawialiśmy o obecności polityki na scenie. Tego przecież nie da się uniknąć w kabarecie. Ponieważ nazwaliśmy naszą grupę kabaretem literackim zgodziliśmy się, że nie będziemy dawać tekstów typu „Kaczyński jezd gupi” bo szanując inteligencję widzów uznaliśmy, że nie można im wciskać do głowy oczywistości. Daliśmy za to piosenki, które – jak się okazało – publiczność bez trudu kojarzyła z sytuacją polityczną w Polsce, którą najlepiej w skrócie opisał Krzysztof Buszman w piosence „Nadeszła era błaznów”.
Do premiery doszło w oliwskim Domu Zarazy (stąd nazwa kabaretu), który ma swoją własną historię. W 1709 roku w czasie epidemii dżumy był mianowicie „składowiskiem” trupów zbieranych z ulic Gdańska. Nawiasem mówiąc (o czym wspomniałem na początku spektaklu) ówczesne władze nawet w obliczu ewidentnej katastrofy udawały, że wszystko jest w porządku i że mieszkańcom nic nie grozi. Na dodatek wielu w to uwierzyło, z tragicznym skutkiem. Daleka, ale przecież też analogia do czasów współczesnych.
Niewątpliwymi gwiazdami były dziewczyny – Agnieszka Brenzak i Ewelina Jaworska – rewelacyjne głosy i doskonałe aktorstwo. Bez nich to by się nigdy nie udało.
I ostatnia rzecz. Nawiązaniem do naszej tęsknoty do starych form było umieszczenie w programie szmoncesu. Nowego, napisanego specjalnie do tego występu. Niegdysiejsze kabarety nie mogły się bez nich obyć, więc trudno byśmy to zignorowali. Brawurowe wykonania Andrzeja Śledzia i Marka Richtera było niesamowitym przeżyciem dla mnie, który przecież obserwował ich pracę w czasie prób. Na premierze jednak i mnie potrafili zaskoczyć.
Dlaczego to wszystko piszę? Dlatego, że jest w tym wszystkim pewien akcent optymistyczny.
Przyzwyczajeni do pogarszającej się sytuacji społeczno-politycznej w kraju, do coraz częstszego warczenia jednego człowieka na drugiego, musimy zdać sobie sprawę, że czasem nawet w takich ponurych czasach może się udać coś, czego chcemy, wystarczy znaleźć innych mających te same pragnienia i po prostu wziąć się do roboty. Niezależnie od obszaru, w jakim zechcielibyśmy działać.
Nie ma innej recepty na rzeczywistość.
Kabaret Literacki „Dom Zarazy” nie ma wciąż swojej stałej siedziby. Graliśmy w Domu zarazy w Oliwie, graliśmy w Teatrze Atelier w Sopocie, na początku listopada zagramy w Konsulacie Kultury w Gdyni, na który to spektakl zapraszam wszystkich chętnych.
O stałej siedzibie, takiej jaka nam się marzy – z kawiarnianą widownią spożywającą to i owo w czasie oglądania spektaklu – na razie możemy tylko pomarzyć.
No i marzymy.
Na pokusę – fragmenty spektaklu z marca 2018 roku.
Nie bójmy się marzyć! Oby tylko na marzeniach się nie kończyło.
Jerzy Łukaszewski

Rewelacja!!! A crowdfunding?
@ Crwodfunding…
Czy jest szansa, żeby gdzieś na SO pojawił się zbiór/katalog inicjatyw współ-tworzonych przez autorów, którym przyda się wsparcie finansowe? (lub chociaż linków do nich)
Takich jak np. inicjatywa: Towarzystwo Poszukiwań Historycznych opisywana tu bodaj półtora roku temu.
Albo gdyby któryś z autorów potrzebował dodatkowych funduszy na wydanie książki etc.
Mam szczery zamiar wygrac w Eurojackpot 211 milionów i wtedy spożytkowac te pieniądze 😉
Same pieniądze załatwiają coś doraźnie. TPH dostało takie wsparcie, także od dwóch osób z SO, zdążyliśmy zorganizować lekcje historii dla grup wielopokoleniowych i … nagle szkoły stanęły dęba. Koniec. Okazało się, że nieformalne związki dyrekcji z posłami stoją na przeszkodzie. Stołek dyrektora nie jest czymś z czego się tak łatwo rezygnuje.
Na szczęście nie mogły nam zablokować wypadów w teren z młodzieżą szkół średnich. Dla nauki posługiwania się sprzętem poszukiwawczym, ale nie tylko.
Teraz powoli organizujemy wszystko od początku w dwóch gminach kaszubskich, ale nawet na torturach nie powiem jakich. Nie będę drugi raz ryzykował.
Jeśli chodzi o kabaret „Dom Zarazy” to pieniądze mogą załatwić coś doraźnie, np. sfinansować spektakl. Nam jednak chodzi o coś innego. O miejsce. W Trójmieście aż się roi od opuszczonych i niewykorzystanych miejsc, które można by zagospodarować, ale na przeszkodzie stoją kwestie własnościowe. Na środku Świętojańskiej w Gdyni była kiedyś kawiarnia „Liliput” z kapitalną, idealną do naszych celów piwnicą. Niestety, wspólnoty mieszkaniowe nie życzą sobie tam „lokali rozrywkowych”. Marek Richter znalazł aż dwóch restauratorów, którzy gotowi byli zainwestować w lokal zorganizowany wg naszego pomysłu, ale pod warunkiem długoletniej dzierżawy. No i tak można bez końca. W samym Domu Zarazy w Oliwie się nie da, bo osoba dzierżawiąca od miasta „nie ufa” restauratorowi”. Coś dodać?
A poza tym mamy okres przedwyborczy, który skutkuje kompletnym paraliżem decyzyjnym. Urzędnicy boją się wydać jakąkolwiek decyzję, bo z góry wiadomo, że kandydaci z obozu przeciwnego natychmiast wykorzystają to przeciw nim. Jesteśmy po rozmowach z kilkoma bardzo nam życzliwymi, ale …
Kraina absurdu.
Od listopada chcemy wzmóc naciski, bo udało się stworzyć zbyt fajną rzecz, aby tak po prostu ją porzucić.
Niedługo św. Mikołaja, napiszemy list, może się uda 🙂
Panie Jerzy, najważniejsze że ruszyło..
W sztuce szeroko rozumianej zawsze jest „pod górkę”.
Georg Bizet, geniusz! a za życia…. no cóż, życie.
https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/962580,Georges-Bizet-–-tworca-najpopularniejszej-opery-wszechczasow
Każdy początek nie jest łatwy…
Pozdrawiam serdecznie
Magog