08.10.2025
Pierwszy dzień na Filipinach pachnie wilgocią, spaloną benzyną w korkach ale nikt się denerwuje. Słońce majaczy za nasiąkniętymi wilgocią chmurami a już czuję, jak pot wsiąka mi w koszulę. Chavit śmieje się, jakby wszystko było tu proste.
— Nie bój się. Jak będzie chciał cię ugryźć, to ty ugryź pierwszy — rzuca do mnie, kiedy jego ludzie prowadzą geparda na smyczy, jakby to był przerośnięty kot sąsiadów. Zwierzę staje przede mną, skacze na stół, leniwie przeciąga się w słońcu i patrzy mi w oczy. Patrzy, jakby pozował do zdjęcia. Ja udaję, że się nie boję. W środku drży mi żołądek.
Przyjechałem do kraju, który od rana mówi mi szeptem: uważaj, tu nic nie jest takie, jak wygląda. Filipiny — archipelag wysp, ale też klanów, rodzin, starych układów. Historia jest tu jak dżungla: piękna, gęsta i pełna tego, co może cię nagle ugryźć.
Po zwycięstwie wyborczym prezydentem został Ferdinand „Bongbong” Marcos Junior — syn dyktatora obalonego przed laty w „rewolucji ludzi”. Wiceprezydentką została Sara Duterte, córka Rodrigo Duterte, który rządził twardą ręką, nie pytając o prawa człowieka, tylko o skuteczność.

Ojcem chrzestnym tego kompromisu jest Chavit .
Na początku młodzi trzymali się u władzy razem, mówili o jedności. Marcos obiecywał stabilizację, Sara dyscyplinę. Ale sojusz zaczął pękać — tak jak pękają wszystkie rzeczy, które zrobiono z kalkulacji, a nie z zaufania.
Polityka tu to nie partie, to nazwiska. Marcosowie. Duterte. Singsonowie. Każde nazwisko jak osobna wyspa, każdy klan jak państwo w państwie.
I wtedy wracam do stołu, do człowieka, który siedzi naprzeciwko mnie. Luis „Chavit” Singson. Mój gospodarz. Mój pierwszy adres na Filipinach. Człowiek, o którym mówią „ten, co przeżył wszystko”.
Ma spokojny głos człowieka, który już widział krew, ogień i polityków błagających o pomoc.
— Tu nic nie dzieje się bez powodu — mówi, odstawiając słoik miodu z polski, który ofiarnie przyleciał ze mną z Warszawy— I nikt nie zapomina.
Patrzę na jego dłonie. Blizny. Kiedyś próbowano go wysadzić granatem. Innym razem ostrzelali jego samochód, tak jak się strzela w filmach, tylko to nie był film. Przeżył. Wrócił. Został znów gubernatorem Ilocos Sur. Potem biznesmenem. Zbudował własne zoo, jakby chciał mieć pod kontrolą choć część dzikiego świata.
Siedzimy nad ryżem, rybą i papają. On tłumaczy mi Filipiny.
— Żeby zrozumieć ten kraj, musisz zrozumieć ludzi, nie mapy. Każda wyspa ma swojego króla. A czasem więcej niż jednego.
Patrzę na tego człowieka, co uśmiecha się lekko, jakby znał wszystkie odpowiedzi. Nad nami krąży wiatrak, z boku warczy generator prądu. Za oknem słońce rozcina powietrze na dwie części — światło i cień. A gepard, ten sam co rano, leży już w cieniu werandy i mruga powoli, jakby wszystko na Filipinach było tylko snem. Albo ostrzeżeniem.
Chavit odsuwa filiżankę, jakby odstawiał na bok uprzejmość. Patrzy na mnie poważniej.
— Pytałeś o Marcosa. O jego ojca. O to, dlaczego ten kraj, mimo demokracji, wciąż walczy sam ze sobą. Dlaczego nie ma tu spokoju — mówi.
— Więc? — pytam.
— Korupcja. Prawie każdy urząd, każda instytucja. To jak choroba krwi — odpowiada bez wahania. — Dlatego ludzie walczą. Bo jak system jest chory, to każdy próbuje urwać coś dla siebie. A jak ktoś nie chce się dzielić, to zaczyna się wojna.
— Czyli teraz? Teraz też?
— Teraz. Teraz — potwierdza. — Demokracja tu nie oznacza pokoju. Oznacza liczenie głosów, ale prawdziwa walka dzieje się wcześniej — kto ma pieniądze, kto ma ludzi, kto ma strach po swojej stronie.
Milknie na chwilę, po czym nachyla się bliżej.
— Marcos Junior nie zostałby prezydentem bez mnie — mówi spokojnie, jakby podawał pogodę.
— Bez pana?
— Tak. Przyszedł do mnie, chciał być tylko wiceprezydentem. Vice president. A ja mu powiedziałem: jeśli będziesz kandydował na wice, wszyscy cię rozszarpią. Za dużo kandydatów, uderzą z każdej strony. — Chavit robi ręką ruch jak cięcie nożem. — Powiedziałem mu: startuj na prezydenta. A jeśli Sara Duterte wystartuje, wtedy zejdziesz i zostaniesz wice. A ja porozmawiam z Sarą. Będziesz bezpieczny.
— I co? — pytam.
— Wszyscy się śmiali. Myśleli, że żartuję. A Marcos tylko powtarzał: Thank you, Manong, thank you… Bo wiedział, że mam rację.
Chavit odchyla się na krześle. Gepard z werandy podnosi głowę, jakby też słuchał.
— Więc jeśli pytasz: „dlaczego Filipińczycy walczą”, „dlaczego demokracja tu nie działa jak w książkach”… — Chavit wzrusza ramionami. — Bo demokracja bez uczciwości to tylko teatr. A tutaj teatr jest piękny, głośny i pełen krwi za kulisami.
Mój gospodarz odkłada widelec, patrzy gdzieś ponad moim ramieniem, jakby w pustkę, która nagle wypełnia się historią.
— Pytasz, kiedy się zaczęło. Czy był moment, taka jedna chwila, gdy Filipiny zaczęły walczyć same ze sobą. Tak, był… ale to nie tylko jeden moment. To kilka ran, jedna po drugiej — mówi cicho.
Zasłania dłonią oczy przed słońcem.
— Najpierw Hiszpanie. Przyszli, zabrali ziemię, język, religię. Ale zostawili nam coś jeszcze — że kraj można mieć jak własność. Że władza to teren, ludzie, podatki. Tak powstały pierwsze klany.
Potem Amerykanie. Dużo ludzi zginęło. Uczyli nas demokracji, ale takiej, którą oni mogą kontrolować. Kiedy odeszli, zostawili wybory, ale nie nauczyli, jak mieć kraj.
A potem Japonia. Wojna, obozy, gwałty, głód. Amerykanie wrócili, kazali Filipińczykom walczyć przeciw Japonii. Walczyliśmy. Ale kiedy wojna się skończyła, nasi przywódcy chcieli natychmiast wolności, nie znając jeszcze, jak się rządzi.
Robi krótką pauzę, jakby sprawdzał, czy nadążam.
— A potem przyszedł Marcos, ojciec tego obecnego prezydenta. Najpierw ludzie go kochali — bo mówił o porządku, silnym państwie. Ale kiedy ogłosił stan wojenny w siedemdziesiątym drugim, wszystko się zmieniło. Ludzie zaczęli się bać. Inni zaczęli walczyć. Wojsko, studenci, komuniści, Kościół… każdy przeciw każdemu. To był ten moment, kiedy Filipiny pękły.
Patrzy na mnie uważnie.
— A kiedy go obalili w ’86, w tej rewolucji EDSA, ludzie myśleli, że będzie nowy początek. Demokracja, wolność, koniec klanów. Ale nie. Marcos odszedł, ale system został. I zaczęli walczyć dalej — tylko inaczej, ciszej, bardziej elegancko. Uśmiech przy wyborach, nóż pod stołem.
Milknie. Słychać tylko wiatrak i daleki krzyk koguta.
— Dlatego pytasz, czy jest tu demokracja? Jest. Ale pokój? Nie zawsze. Bo dopóki korupcja, dopóki władza to rodzinna własność — ludzie będą walczyć.
Nachyla się, jakby mówił coś ważniejszego, niż wszystko, co powiedział wcześniej.
— Wiesz, co jest największym problemem? My, Filipińczycy, nigdy nie mieliśmy czasu dorosnąć jako naród. Zawsze ktoś nami rządził — Hiszpanie, Amerykanie, Japończycy. A kiedy w końcu zostaliśmy sami, zaczęliśmy rządzić się tak, jak rządzi się w rodzinie. A rodziny, jak wiesz, potrafią kochać. I potrafią nienawidzić.
Po rozmowie z Chavitem wychodzę na ulicę w Vigan. Asfalt paruje po deszczu, a powietrze pachnie smażonym bananem, spaliną i kadzidłem z pobliskiego kościoła. Czeka na mnie tricykl — motor z doczepioną budką, trochę jak motocykl, który próbuje zostać taksówką.
Kierowca ma na imię Ramil, ma może czterdzieści lat, choć wygląda na więcej. Skóra spalona słońcem, oczy zmęczone.
— Pan zna Chavita? — pytam, gdy wsiadam.
— Sir Chavit? Of course. On pomagał mojej rodzinie, kiedy był burmistrzem. Rozdawał ryż, kiedy były powodzie. Ludzie go lubią. Ale polityka? — śmieje się krótko — polityka tutaj to jak telenowela. Marcos, Duterte, Sara, Bongbong — jeden odchodzi, drugi wraca. A my wciąż tutaj, na ulicy.
Zatrzymuje się na czerwonym świetle, macha do kogoś na chodniku.
— Pan pyta o pojednanie? Możliwe. Ale najpierw niech ktoś naprawi ceny benzyny. Bo pojednanie nie zatankuje mi baku.
Patrzy na kampus, gdzie grupka studentów śmieje się, siedząc na trawie.
— Demokracja tutaj to teatr. Zawsze ta sama obsada, tylko dekoracje się zmieniają. Ale może to już jest początek zmiany — że ludzie nie klaszczą automatycznie. Że pytają. Że przestają się bać.
Z moich rozmów, które prowadzę tutaj, w Manili i poza nią, słyszę mniej więcej to samo. Gdy pytam o władzę, o to, kto naprawdę rządzi Filipinami, odpowiedzi padają bez wahania: klany. I nawet jeśli w Konstytucji zapisano, że państwo powinno dążyć do wyeliminowania dynastii politycznych, to wszyscy wiedzą, że te rodziny będą rządzić dalej. – „Tak tu było, tak jest i tak będzie” – mówi mi studentka z Quezon City, jakby podając fakt, a nie opinię.
Skąd to się wzięło?
Pytam: od kiedy? Odpowiadają, że to nie jest wynalazek nowej demokracji. To jeszcze czasy Hiszpanów i Amerykanów. Kolonialna administracja potrzebowała ludzi, którzy będą zarządzać prowincjami, ziemią, podatkami. I wtedy uformowały się lokalne elity — właściciele ziem, bogate rody, które potrafiły dogadać się z kolejnymi władcami. Zmieniały się flagi, ale nie zmieniali się ci, którzy podpisywali dokumenty.
Potem było tąpnięcie — obalenie Marcosa seniora. Ferdinand Marcos, dyktator, który rządził krajem ponad 20 lat, skończył na wygnaniu, a jego rządy symbolicznie przerwała rewolucja EDSA w 1986 roku. Myślano wtedy, że wszystko się zmieni. Że demokracja wygoni stare układy. A dziś? Paradoks historii: prezydentem jest jego syn, Ferdinand „Bongbong” Marcos Jr. — nazwisko wróciło do Pałacu Malacañang, a z nim wróciło wspomnienie, że władza na Filipinach porusza się po liniach rodzinnych, nie ideologicznych.
W Konstytucji z 1987 roku wpisano zakaz dynastii politycznych. Ale nie stworzono żadnego prawa, które by to realnie wprowadziło. Zapis jak puste pudełko. W praktyce władza przechodzi z ojca na córkę, z żony na męża, z siostry na brata. W jednym mieście burmistrzem jest matka, w sąsiedniej gminie syn, a w kongresie brat. – „Nie dlatego, że wszyscy ich kochają”, słyszę. – „Po prostu mają pieniądze, struktury, a ludzie wiedzą, czego się spodziewać”.
A konflikt? Kiedy się zaczął
Nie ma jednej daty. Raczej długie pasmo napięć między rodami. Jedni mówią: „to zaczęło się, gdy Amerykanie oddali nam władzę”. Inni — „gdy Marcos zaczął obsadzać wojsko swoimi ludźmi”. Ale istotne jest coś innego: za każdym razem, kiedy wydawało się, że system się załamie, klany potrafiły się przegrupować. Raz przeciwko dyktaturze, raz razem z nią. Dlatego trwają. Bo potrafią przetrwać każdą burzę.
Tutaj, w Manili, w dzielnicach z centrami handlowymi, hotelami, światłem i klimatyzacją, nikt się specjalnie nie boi. Infrastruktura działa, są kamery, policja, a ludzi dużo o każdej porze. Ale kiedy w rozmowach pojawiają się prowincje — ton zmienia się od razu. – „Tam jest inaczej” – mówią. – „Tam policja przyjeżdża, jak już jest po wszystkim. Tam rządzi kto ma broń albo wpływy”.

Kwitnie przestępczość internetowa. Cyberoszustwa, fałszywe inwestycje, wyłudzanie pieniędzy — to nowa twarz starej biedy i braku perspektyw. – „Ale przecież nie o przestępczości tu przyjechałeś pisać, prawda?” – słyszę raz. I rzeczywiście — nie o przestępczości. Bardziej o pytaniu: jak to jest, że ludzie tak pogodni i uprzejmi żyją w kraju, gdzie na szczycie trwa nieustanna gra o władzę, a historia zatacza koło.
Dlaczego to trwa?
Może właśnie dlatego: bo ludzie chcą spokoju, codzienności, świątecznych czapek już w listopadzie, uprzejmości w kolejce do kasy i kogoś, kto poda hasło do Wi-Fi. A sprawy polityki zostawiają tym na górze. Bo tak było zawsze. I może dlatego tak trudno to przerwać.
Wracam do domu Chavita. Na podjeździe wciąż czeka gepard, jak cierpliwy strażnik. W głowie mieszają mi się ich głosy — głos człowieka, który przeżył zamachy i prezydentów, i głosy tych, którzy codziennie przeżywają tylko jedno: Filipiny.

Chavit rozumie ulicę. Zna jej strach, jej zapach, jej problem. Zanim jeszcze zaczniemy rozmawiać, mówi do mnie: „Tu nikt nie jest niewinny. Tu każdy coś komuś zawdzięcza albo czegoś się boi.”
Pytam go, czy są tu jakieś autorytety. Czy ktoś jeszcze ma taką siłę, żeby powiedzieć „dość”. Patrzy na mnie chwilę i mówi: „Był jeden. Pojechałem do niego. Powiedział mi: mów prawdę. Bóg będzie z tobą. I jedź.”
To był miejscowy kardynał.
I od tego momentu zaczyna się opowieść
– Ci ludzie… oni nie byli skorumpowani?
– Nie wszyscy. Ale jeśli ktoś ma władzę – gladiator, kardynał, biskup – może pomóc w konflikcie. Chociaż to nie zawsze coś zmienia.
– Kościół miał tu jakąś siłę?
– Najsilniejszy spośród lokalnych przywódców kościelnych, w historii… to był pewien duchowny. Dlatego kiedy wszedłem w konflikt z prezydentem, pojechałem do niego.
Powiedział mi: „Powiedz prawdę. Bóg będzie z tobą. Bóg cię ochroni.”
– Masz niezwykłe życie. Próbowano cię zabić sześć razy… Jak to możliwe, że żyjesz?
– Kiedy startowałem na gubernatora, było sześć, może siedem zasadzek. Strzelali z karabinów maszynowych, używali granatników. Ludzie ginęli.
– Ludzie ginęli obok ?
– Tak. Tuż obok.
Raz tańczyłem na placu, podczas święta. Rzucili dwa granaty ręczne. Szesnaście zabitych, tysiące rannych. A ja przeżyłem.
Ale jako lider muszę chronić swoich ludzi.
Gdy byłem młody – codziennie kogoś zabijali. Nikt nie składał skarg. Bo oni kontrolowali sądy. Kontrolowali wszystko. Mieli własne armie. Zabijali bez konsekwencji.
Nie chciałem się mieszać. Choć byliśmy rodziną, unikałem ich.
Aż w końcu stali się chciwi. Chcieli zabrać moją elektrownię. Byłem młody. I wtedy nie mogłem już tylko patrzeć.
Jak to jest w tej Manili?
Zastanawiam się nad tym, patrząc w ciemną ulicę obok luksusowego Westina, w którym mnie ulokowano. Mijam wielu młodych ludzi – można pozazdrościć im tyle młodości. Na ich twarzach niemal bez przerwy widać uśmiech. Idę przez wilgotną, deszczową Manilę, a co jakiś czas ktoś proponuje, że poniesie mi parasol. W galeriach handlowych panuje gwar. Jest listopad, a oni już chodzą w świątecznych czapkach. Grupy nastolatków włóczą się między sklepami, rozmawiają, śmieją się.
Kiedy proszę kogoś o pomoc z hasłem do Wi-Fi, nie zostawiają mnie samego z problemem — uprzejmie pomagają do końca. W markecie, gdzie kupuję kilka rzeczy na śniadanie, zapominam zważyć mango. Kolejka jest długa. Spodziewam się zniecierpliwienia, może westchnień, przewracania oczami. Tymczasem nikt się nie denerwuje. Gdy przychodzi moja kolej i okazuje się, że mango trzeba zważyć, chłopak przy kasie mówi spokojnie, żebym się nie przejmował. Jego kolega bez słowa idzie zrobić to za mnie. Boję się odwrócić, by nie natrafić na surowe spojrzenia oczekujących, ale nie — oni stoją cierpliwie, jakby to było zupełnie naturalne.
I wtedy myślę: jak to możliwe, że tu, w tej Manili pełnej uśmiechów, życzliwości i codziennej cierpliwości, tam, na samej górze, w świecie władzy, dochodzi do tak gwałtownych sporów? Jak to się dzieje, że społeczeństwo tak spokojne w codzienności funkcjonuje w kraju targanym politycznymi kłótniami?
Myślę, że jeszcze długo będę szukał odpowiedzi na to pytanie.
Artur Nowak

Artykuł zachwyca świeżością spojrzenia na Filipiny i ich polityczną codzienność, przeplatając osobiste doświadczenia z wnikliwą obserwacją społeczeństwa. Autor nie tylko pokazuje złożoność władzy, rodzinnych klanów i historii kraju, ale też ukazuje pogodę ducha zwykłych Filipińczyków, którzy mimo trudnych realiów pozostają uprzejmi, pomocni i cierpliwi. Tekst ma unikalny klimat: jest nie tylko reporterski, ale i bardzo ludzki – bohaterowie zyskują głos, a codzienność pachnie, smakuje i tętni życiem. Szczególnie cenne są subtelne refleksje na temat konfliktu między cichą, łagodną codziennością a burzliwym światem władzy, co sprawia, że reportaż zostaje z czytelnikiem na długo.