23.01.2021
Na marginesie losów pewnej pani prokurator

Wiele złego da się powiedzieć o prezesie rządzącej obecnie w Polsce partii, ale jest i podziw. Wychowałam się pod berłem biur politycznych rządzącej wtedy jedynowładczo partii — z nazwy robotniczej, w praktyce biurokratycznej. Przywódca partii miał głos decydujący, pod dywanem trwały walki podjazdowe, wygryzania itp., kto był ciekawski — włączał Wolną Europę; większość ludzi wiedziała, że tak musi być i szkoda gadać.
A teraz proszę – możemy mieć tyle partii, ile tylko cierpliwość społeczna wytrzyma, niesfornych prawników można zsyłać… No nie, nie do białych niedźwiedzi. Ale na prowincję, skąd się głos słabo niesie, niezborną panią prokurator właśnie wyniesiono. Bajki na temat katastrofy smoleńskiej można powielać, niezależnie od tego, jak wiele argumentów i autorytetów dowiodło ich bajeczności — i jak ta smutna prawda faktycznie wyglądała. Słowem przyszło nam żyć w kraju, gdzie obowiązuje zasada, że z demokracji daje się to i owo odkroić a ona, chociaż kulawa, będzie kuśtykała dalej.
Nie trzeba dyktatora, przewrotów, rewolty, żeby zmienić kierunek jazdy – formę można zostawić bez zmian, byle ją wypełnić własną treścią. Potrzebne są jednak właściwe narzędzia. Po pierwsze zgromadzić pod swoją batutą dostatek ludzi zawiedzionych. Nie jest trudno takich znaleźć, byle właściwie do nich trafić. Nigdy nie brakuje przecież zawiedzionych, że poprzednicy nie brali ich pod uwagę. Tym razem też nie brakowało. A więc uwieść rozczarowanych — a pełnych nadziei, że stać ich na więcej, że mają potencjał tylko był on do tej pory blokowany przez układy i sitwy. Czas układy rozgonić. Czas dobrej zmiany!
I teraz paradoks – prezes całego tego pomysłu powinien być w euforii! Formalnie wszystko się udało: sądy nasze, telewizja nasza, lud wdzięczny, doceniony materialnie, głosuje — na razie — jak trzeba. Ale oto słyszymy, że prezes — mózg i dyrygent całego przedsięwzięcia — chowa się z dala od swojego domu, bo zamiast wdzięcznego ludu krążą wokół wrogie siły. W prawdziwej dyktaturze nie do pomyślenia! Jest przecież wojsko, policja, czołgi – prawdziwy władca narodu mógłby tylko palcem kiwnąć…
Tak dobrze prezes wszystko obmyślił – poparcie wielkie, kadry załatwione, połowa społeczeństwa uprzednio rozgoryczona jest za nami, zaniedbania w sferze socjalnej – arsenał, do którego można i trzeba było sięgnąć – naprawiane, ludzie, którzy żyli w poczuciu opuszczonych w biedzie – są z nami. Zdawałoby się — czas wejść na podium i ogłosić zwycięstwo.
I tu – okazuje się – geniusz prezesa zawiódł. Podobnie jak jajeczko nie może być częściowo nieświeże, tak nie da się osiągnąć pełni sukcesu w panowaniu nad krajem i jego narodem wyrywając z kanonu demokracji tylko te kąski, które mogą być przydatne. Takie założenie ma krótkie nogi i musi przegrać – że owszem Unia Europejska – ale bez jej wymagań, na które kraj się wprawdzie zgodził, ale obecna władza – nie. Owszem parlament, ale racja musi być nasza. Sądy owszem, wolne, ale polityka kadrowa w sądownictwie ma być trzymana w naszej zaciśniętej dłoni.
Kraj się – na szczęście – od tego poronionego eksperymentu – nie zawalił. Głównie dlatego, że eksperyment zaczerpnięty z kanonów słusznie minionego ustroju — nie mógł się udać tak, jak sobie autorzy pomysłu wymyślili. Ponadto nie wszyscy na urzędach to karierowicze. No i dlatego, że społeczeństwo – boleśnie – ale jest podzielone. Znaczna jego część nie chce być tak bezwolna, jak ją autor pomysłu widział. Ponadto — UE przeszkadza, a bez niej nie da rady, dziennikarze mają głos, a cenzura nie przejdzie, sędziowie się nie lękają, chociaż Ziobro czuwa.
I jak w takiej sytuacji „robić swoje” nawet kiedy się ma w parlamencie większość i w garnizonach wojsko?
Towarzysz Stalin miał rację – jajeczko nie ma prawa być tylko częściowo nieświeże.

Komentarz z forum GW autorstwa asiatereska :
Nie mogłam uwierzyć w to co widziałam i słyszałam w wykonaniu osoby zajmującej prezydencki stołek.
Mina dziamdziaka i słowa przedszkolaka. Adrian z „ucha prezesa” to przy tym ocean mądrości.
Nie szanuję tego człowieka ani jego mocodawców i nigdy nie szanowałam – za te głupkowate miny, te pozy rodem z filmów Chaplina, te „poglądy” rodem ze średniowiecza i za tę dewocję.
Ale wczoraj przeszedł sam siebie, można powiedzieć że stworzył „the best of duduś”.
Zdrowo sobie poprzeklinałam, że żyję w kraju, którego obywatele wybierają takich ludzi.
I po co był ten rok 1989 jak mamy i tak „Rok 1984” i „zwierzęcy folwark” ?
No po co do cholery jasnej nam to było ?
Za moich młodych lat jajeczko całkiem cuchnące lub tylko nieco zielonawe tak czy tak nazywano zbukiem 😉
agnieszko, masz pełne prawo do tytułu. po raz pierwszy dostrzegłem owe nie całkiem świeże produkty nabiałowe jeszcze za moich polskich czasów w jakimś tekście zygmunta kałużyńskiego. pogratulowałem mu celnej metafory.
– nigdy bym na to nie wpadł, powiedział. zobaczyłem kartkę z takim napisem przy stoisku z jajkami w lubelskim spożywczaku.