29.01.2022
1. Sobota, dzień, w którym D.O. jedzie. Jedzie naładować oczy naturą. Oczy są jej spragnione. Oczy pieką. Od ekranu laptopa, pewnie, bo kiepskiej jakości, ale jeszcze bardziej od tego, co na nim czyta: niezmierzone ludzkie cierpienie, zamknięte w linearnym kodzie liter.
D.O. ma świadomość, że zrzuca ma P.T. Czytelników całe pudy tych nieszczęść, rygoryzmu moralnego. Jakby Czytelnicy nie mieli mnóstwa własnych zmartwień, jakby byli ślepi i nie widzieli co szajka robi z Polską, a inne szajki, polityczne i ekonomiczne, z resztą świata.
Sorry.
2. D.O. otworzył wieczorem komputer, a system dobrał mu na taki oto obrazek, jak poniżej. W jednej chwili w głowie D.O. zaroiło się od wspomnień. I pomyślał że w lawinę kamiennych wieści na chwilę zatrzyma.

3. D.O. stał nad przepaścią na North Rim, Północnej Krawędzi Wielkiego Kanionu. Zabawił za długo, bo raz, że nie mógł się napatrzeć, a dwa, że chciał nakręcić tak wiele filmu, ile się dało; wyszło z tego kilkadziesiąt sekund dwuodcinkowego filmiku z 2011 r., dostępnego na YT J.P.

Zamieszkał wtedy na kilka dni w Page, Arizona. Kiedy dojechał do wyszperanego w Internecie lodge, myślał, że go szlag trafi: była to niewiele więcej niż psia buda z pogiętej tektury, ale już zerżnęli z jego karty 70$, więc wściekły, wyniósł swoją walizkę z wynajętego w Las Vegas vana. „Na szczęście jest air conditioning” – pocieszał się. Bo latem w Arizonie A.C. to nie jest kaprys rozpieszczonego burżuja: to kwestia przeżycia. Bo temperatura dochodzi do 50 stopni w cieniu, z tym że cienia nie ma, bo to pustynia: czerwony piach i kremowe skały.

Potem okazało się, że to jeden z najprzyjemniejszych hotelików, w jakich zdarzyło mu się w Ameryce przemieszkiwać. Przeuroczy gospodarze, a za sąsiadów – miła rodzina francuska, która tak się ucieszyła, że ktoś mówi ich językiem. Przemiłe wieczory przy barbecue i winie – och, jak ci Lyończycy cieszyli się, że ktoś docenia wino i nikt ich nie przekonuje, że whisky jest „more American”.

Na wspomnianym filmie widać też powód, dla którego do Page warto jechać z najdalszego zakątka świata: D.O. uważa, że w życiu nigdy nic piękniejszego nie widział i nie zobaczy. Nie sposób uwierzyć własnym oczom. No i kiedy już się raz to zobaczy – nigdy się nie zapomni.
Z North Rim do Page są 123 mile, 200 kilometrów. Daleko. D.O. czuł się zmęczony i chciał do domu. Ale kiedy wyjechał z lasu, który stoi na ostatnich kilku kilometrach przed Kanionem, znalazł się na wzgórzu, z którego rozciągał się widok, jakiego przedtem, ani potem D.O. nie widział. Rozciągała się przed nim obszerna dolina, zamknięta po lewej stronie ciemniejącą ścianą skał. Ziemia była czerwona, a porastały ją jakieś – glony, bo przecież „trawą tego nazwać nie było można. Było kilka wyraźnych pasm o zróżnicowanych proporcjach owej czerwieni i zieleni, raz to wyglądało jak bogata ochra, raz blezer niedowidzącej babuni, której, tkając, pomyliły się włóczki. No i jak tu się nie zatrzymać? Jak tego subtelnego spektaklu nie nakręcić? D.O. nie miał jeszcze wtedy doświadczenia, ale już wiedział, że na filmie to nie wyjdzie, że elektrony, zapisane na kartach pamięci skapitulują przed takimi niuansami. Ale D.O. wyciągnął statyw i kamerę, w nadziei, że przynajmniej jemu się ten spektakl odtworzy, kiedy będzie stary.
Stary już jest, a spektakl odtworzyć się nie daje, bo to było w 2010 r., obiektywy nie te, o HD dopiero się zaczynało mówić… Więc tamten obraz został tylko pod powiekami D.O. w jego masowej pamięci, do której jednak coraz trudniej dotrzeć.
Kiedy ruszył w drogę zaczął się zachód słońca. Jeden z najbardziej spektakularnych w życiu D.O., choć oglądał go tylko we wstecznym lusterku. Ale po opuszczeniu równiny zaczęły się arizońskie skały, które, oświetlane kolejnymi, właściwymi zachodowi odcieniami czerwieni, odegrały spektakl niezrównany.
No i musiało się to skończyć jednym z najbezczelniejszym połamaniem prawa: Zbliżający się zmierzch + 200 kilometrów dało rezultat 160 mil na godzinę. 257 km/h. D.O. wie, że tak nie wolno, ale noc na pustyni to żadna frajda. No i przez 190 z tych 200 kilometrów nie było nic, czemu D.O. mógłby zrobić krzywdę. Szosa szeroka, jak to w Ameryce, żadnych ludzkich osiedli, żadnych zwierząt: środowisko zbyt nieprzyjazne. Kiedy minął Most Navajo nad rzeką Kolorado zwolnił: było już niedaleko; Francuzi poczekają. Potem zaczęły się światła miasta. A potem już był leżak, kolacja z grilla i kieliszek wina w ręku. Stawiali Francuzi, który w bagażniku swojego vana – autobusu niemal – mieli zapasik dobrego, kupionego jeszcze w Las Vegas. W supermarkecie Safeway w Page, jeśli chodzi o buzz, były dwulitrowe, plastikowe – kanistry, bardziej niż butelki – wody ognistej z dumnym napisem „carbon filtred”. Brrr… Nabywcami byli głównie Native Americans, niestety.

4. Zachody Słońca zachwycają kiedy jedzie się przed siebie. Kiedy się człowiek spieszy, zwiastują problemy, bo jazda w nocy to zawsze jednak wyzwanie. Kiedy jednak jedzie się – jak D.O. w soboty – by napawać oczy, ach, to zwiastują wzloty ducha i nieskończone inspiracje.



D.O. wspomina z równym zachwytem zwłaszcza trzy Szosy Zachodzącego Słońca.
Dwie z nich biegną wzdłuż oceanów, trzecia – wzdłuż ulubionego morza D.O.
N247 między Cabo da Roca a Cascais w Portugalii. 8 kilometrów praktycznie po plaży. A gdy zachodzi słońce, gdy Atlantyk ma odpływ… Ojojoj! Lepiej się zatrzymać!

„5”, czyli North Pacific Highway między San Diego a Los Angeles, a właściwie równoległe szoski tuż bok plaży, oraz „1” Cabrillo Road między San Francisco a Santa Cruz. Paręset kilometrów niezapomnianych wrażeń. Część przebiega wykutymi w ostrych, nadoceanicznych skałach półkach.
Kolejne Strade Provinciali między Scoglitti a Capo Passero w południowo-wschodniej Sycylii. I te wszystkie, mijane po drodze miasteczka, poczynając od samego, uroczego Scoglitti, poprzez Samperi, Marinę di Ragusa, Donnalucata, Pozzallo do Porto Palo di Capo Passero, a nawet dalej, gdzie brzeg zakręca ostro na północ, mijając Pachino, gdzie małe pomidorki rosną na podziemnych żyłach słonej wody. Fragmenty „załapały się” do jednego z filmów JP o Sycylii, w sumie siedem, dostępnych na Playerze.
Jacek Pałasiński
