Niente nuove – buone nuove – mówi stare przysłowie włoskie. Gdyby ktoś nie znał języka Dantego, to D.O. przetłumaczy. Chociaż sam języka Dantego też nie zna, bo dzisiejsze italiano niemal nijak się ma do wczesnorenesansowego toscano. A „niente nuove – buone nuove” znaczy: „brak wiadomości to dobra wiadomość”. Czyli jest miejsce na głupstwa, frywolności i imponderabilia.
Uniform dziennikarza. W klimacie umiarkowanym – mówi się trudno, w innych – może być problemem. Np. tu: zgadniesz, Czytelniku, gdzie to? Jest spora szansa, że tam byłeś i patrzyłeś na ten krajobraz. Bo to Asyż. W dniu, w którym przyjechał tam papież Franciszek. Na szczęście była to późna jesień, więc nie było upiornie gorąco, tylko po prostu gorąco. No a na papieża nie pójdziesz przecież w gatkach i koszulce gimnastycznej. No i buty: wygodne tenisówki nie wchodzą w grę, a Asyż, jak wiadomo, na płaskim nie leży, a chodzi się po bazaltowej kostce. No, summa summarum, trzeba być w zbroi, nogi spocone, plamy pod pachami… Godziny na stojąco, przerywane łączeniami „live” ze studiem… D.O. opisywał, jak wybrał się za JPII do klasztoru św. Katarzyny na Synaju. 7 godzin w autobusie, przez pustynię, potem półtora kilometra w górę. Choć wcześnie rano – temperatura zabójcza. A D.O. w świeżo kupionych, ulubionych tenisówkach tzw. papieskich, bo, czarne, z daleka mogły być wzięte za lakierki, a były zupełnie ażurowe i leciutkie. Niestety, droga od parkingu do klasztoru usiana była ostrymi odłamkami skalnymi, na których te buty, mimo stosunkowo grubej podeszwy, zostały dosłownie posiekane. A wraz z butami posiekane zostały stopy D.O. Tortura! Słoneczko, słoneczko, poza doznaniami termicznymi, miało zawsze niszczycielski efekt na garniturach. Bez żadnej przesady” dwa-trzy dni „lajfowania” z rzymskiej ulicy i marynarka z granatowej robiła się szara, a pod wpływem strumieni potu, z marynarki robiła się nieforemnym worem. Ale i zimą D.O. w jeden sezon „przerobił” dwa płaszcze z Bytomia: kompletnie wypłowiały. Ale D.O. kochał to robić. Był w swoim żywiole. Kiedy jeszcze nadawało się reportaże i opowieści z zagranicy, to była frajda. Zwłaszcza wielkie spotkania międzynarodowe, czyli szczyty G7, UE, ONZ, Rady Europy, G-20; wyspecjalizowanych reporterów było w sumie niewielu, więc po kilku szczytach wszyscy się znali, pomagali sobie i chodzili wieczorami na wspólne, wesołe kolacje, raz w jednym kraju, raz w innym… Potem wszystko się jakoś zrobiło „szybko, szybko”, głupio, głupio”, a najlepiej „oblecimy to w redakcji, będzie taniej”.
D.O. różnych współbiesiadników miewał. Najczęściej były to po prostu wróble, kiedy wróble nie były rzadkością w Europie. Gdy zamknie oczy, przenosi się na brzeg Jeziora Bodeńskiego, do Rorschach, przy stoliku pod parasolem: siedzi, skubie jakieś jedzonko i rozdziela okruszki między grupkę wróbelków, które, niebojący, przycupnęły na tymże stoliku. Nie pakowały się do talerza, tylko, w lot zrozumiawszy reguły, stały i cierpliwie czekały na swoją kolej. Najpierw kład okruszek przed dziobkiem wybranego wróbelka, potem już podawał okruszek w palcach. Potem to się powtórzyło jeszcze wiele razy, ale takiego stopnia zażyłości, jak wtedy, w Rorschach już nie było. D.O. ciągnie do portów, jest nimi zafascynowany, widokami, zapachami, faktem, że stanowią ucywilizowaną granicę między dwoma jakże odmiennymi żywiołami… No a mewy i rybitwy słyną z bezczelności. Więc tutaj raczej dwunożna istota intymności nie szuka, tym bardziej, że takie ptaki potrafią ważyć ze trzy, albo i więcej kilogramów, a dzioby wyglądają na stalowe. Najbardziej jednak odpowiada u towarzystwo papug, pelikanów i czapli, stałych towarzyszy posiłków na Florydzie
Nad tamtymi stolikami stały kiedyś parasole, a z przeszkolonego pawilonu po prawej donoszono jedzenie i napoje… Dawno już tam D.O. nie było, a Jezioro Bodeńskie potrafi dostarczyć niezwykłych doznań: gdzieś leżą na półce zdjęcia zrobione tuż po burzy: mimo środka lata nie było widać drugiego brzegu, a przykrywająca je mgła, jak lusterka w kalejdoskopie odbijała kolejne kolory, kiedy chmury jasne, ciemne, przefruwały między falą a zachodzącym słońcem.
No i właśnie to jest Rzym. Stara siedziba Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej mieściła się o jakieś 200 metrów od Piazza di Spagna, więc kiedy była chwila przerwy w pracy, kiedy organizm domagał się rozprostowana nóg, to się czasem szło właśnie tam na spacerek. Szczerze mówiąc, niezbyt często, bo dla Rzymianina autentycznym problemem są turyści, a ci, jak się postarają, to przejście przez Piazza di Spagna robią torturą. Ale z drugiej strony… W tej plątaninie wąskich uliczek barokowego Rzymu taka przestrzeń to jak haust powietrza… No i stoją tam Schody Hiszpańskie, zwieńczone dzwonnicami Kościoła Trinita’ dei Monti… Przez dziesięciolecia, władze miasta ustawiały na schodach wielkie donice z azaliami, aż pachniało. Na schodach rozsiadali się młodzi ludzie, znużeni wędrówką w upale, paplający setką różnych języków, o różnych kolorach skóry, o różnych kształtach oczu. Przytulali się, czasem całowali. Było magicznie. Aż ostatnia pani burmistrz zakazała na schodach siadać i teraz stoją tam głównie stójkowi miejscy, znienawidzony przez Rzymian gang przestępczy, uprzykrzający życie miejscowym i przyjezdnym. Stoją i polują na tych, którzy przyłożą pośladki do białego trawertynu i pędzą spisywać protokół wykroczenia i zapisywać mandaty, od cudzoziemców ściągane na miejscu, albo – do suki! Ale D.O. wchodził zawsze po tych schodach te kilkanaście stopni, do pierwszego zakrętu, żeby popatrzeć na Fontana della Barcaccia, swoją ulubioną. Kiedy w 1626 papież Urban VIII zlecił staremu Pietro Berniniemu (ojcu) jej budowę, schodów jeszcze nie było i stała po prostu pod ostrą skarpą. Ciśnienie wody z nowego akweduktu było słabe, więc geniusz Bernini wymyślił, żeby kamienną łódź umieścić w kamiennej niecce, pod poziomem gruntu. Prace dokończył po śmierci ojca w 1629 roku syn Pietra, wielki Gian Lorenzo. Obecna Siedziba Prasy Zagranicznej jest o 500 metrów od Piazza di Spagna, ale z punktu widzenia zatłoczenia turystycznego, w jeszcze gorszym miejscu, bo tuż obok Fontana di Trevi. D.O. tęskni za nią jak pies. A mimo to szło się pod Barcaccię, bo nigdy człowiek nie wiedział, na co się tam natknie. To chyba ostatnie zdjęcie z czasów przedcovidowych, z beztroskiej przechadzki, kiedy D.O. ściągnęły tam dźwięki orkiestry, policyjnej, jak się okazało. I to jest Rzym: fortepian z długa codą ustawiony bezpośrednio na bruku, przed chwilą zszedł deszcz, a orkiestra gra. A, że to są Włosi, więc gra wspaniale, po prostu magia, aż się w głowie może zakręcić. A ten bruk, to, ho, ho! Nie byle jaki bruk, tylko bazaltowy. Kostki rzymskiego bruku mają swoją, specyficzną nazwę: sanpietrini. Jeden sanpietrino, dwa sanpietrino. Czyli świętopietrek. Już starożytni Rzymianie takie kładli, kładą i dzisiejsi. Źle się po tym chodzi, jeszcze gorzej jeździ na skuterze po deszczu: mokre zmieniają się w prawdziwe lodowisko.
A to ulubiona knajpeczka D.O. w Grado. Poszukaj sobie, Czytelniku, na mapie, gdzie to Grado sobie jest na wyspie, nad laguną. Też lepiej zjawić się tam poza sezonem turystycznym, ale spragnionych kontaktów towarzyskich D.O. namawia na podszlifowanie niemieckiego, zupełnie jak na wschodnim wybrzeżu Jeziora Garda: znacznie łatwiej będzie się dogadać. Knajpka stoi na palafitach, cała przeszklona, drewniana, minimal, Wysklepiony, półprzezroczysty sufit, przysłaniany latem, by nie parzyło. D.O. przychodził tam na kolację o określonej godzinie, tzw. magic hour, kiedy jedne okna są już granatowe, a inne – jeszcze lila-róż. Pani właścicielka, która podaje do stołów, piękna kobieta, ale już raczej po czterdziestce, przebiera się do pracy w długą suknię, nieco tyrolizującą, z ogromnym, ogromnym dekoltem i trzeba sporego wysiłku, żeby patrzeć wyliczającej potrawy pani w oczy. I tu nawet nie chodzi o aspekt erotyczny, ile o ogromną, jasną plamę w tym półmroku. No i dobrze się tam je: oczywiście większość potraw na bazie ryb i frutti di mare. A lokalne wina, głównie białe, może nie są wielkie, ale naprawdę dobrze pasują do miejscowych potraw… Jak oni to robią?!
A to ulubiona Mattinata D.O. Mattinata to znaczy “Poranek” i to zdjęcie rzeczywiście zostało zrobione o poranku i to w listopadzie. Ale tak się składa, że i miejscowość nazywa się Mattinata. Leży w cudownej Apulii, słynącej wszakże i z tego, że mieszkają tam ludzie bodaj jeszcze bardziej antypatyczni niż Toskańczycy. Nic nie szkodzi: piękno tej ziemi wynagradza kontakty z mrukami. Miejsce, z którego zrobione zostało to zdjęcie to spory ośrodek wybudowany wśród dawnego gaju oliwnego. Jest tam luksusowy hotel, ale też stoi kilkanaście willi, niektórych kilkurodzinnych, niektórych jedno. Za 45 euro D.O. wynajął spory apartament w jednej z takich willi i kiedy rano otwierał okiennice, to miał taki widok. Trudno sobie wyobrazić, co musiałoby się stać, by popsuć na dobre dzień w ten sposób rozpoczęty. Niespiesznie D.O. przygotowywał sobie kawę, wyciągał paczuszkę crackersów, siadał na rozległym tarasie i i się gapił; bezczelnie i zachłannie. Potem dopiero przypominał sobie, że kilka kilometrów na północ są dwa autentyczne cudy świata: miasteczka Peschici i Vieste, a kilka kilometrów na południe jest Pugnochiuso (Zaciśnięta Pięść) ze swoim granitowym łukiem skalnym osadzonym na dnie morskim. A D.O. Pugnochiuso widział, nim jeszcze ów łuk zawalił się: po dziesiątkach, może setkach milionów lat zawziętej walki morze wreszcie zwyciężyło. Takie poranki, queste mattinate a Mattinata… Gdzież ten D.O. miał rozum!?
Ulubiona D.O. Sycylia. Ulubiony południowy-wschód Sycylii. Tam daleko, pod zimowymi chmurami, błyszczy Mare Nostrum, gdzieś tam jest nabrzeżne miasteczko Donnalucata. Kiedy się wspiąć jeszcze kawałek w górę i rozejrzeć, to zobaczy się sześć z ośmiu miasteczek, będących Dziedzictwem Kulturalnym Ludzkości. A więc masz, Czytelniku, wszystko, czego dusza twoja może zapragnąć. To blisko masz zielone pola, a każde pole w inny odcieniu zieleni. Masz też góry; nie do wspinaczki, ale do wymagającego trekkingu. Dalej masz morze z cudnymi, żółciutkimi, szerokimi plażami. Te plaże upstrzone są, nie za gęsto, cudnymi, rybackimi miasteczkami, a w każdym z tych miasteczek czeka na ciebie kilka knajpeczek bezpośrednio nad morzem, a w każdej knajpeczce czeka na ciebie dymiący talerz spaghetti AI frutti di mare, podlany dobrym, bo sycylijskim winem. I butelką pysznej, bo sycylijskiej oliwy, byś sobie sałatę przyprawił. A potem możesz niespiesznie pojechać do Scicli, albo do Modiki, Ispiki, Ragusy, a kiedy, zuchwale, zechcesz się obetrzeć o Absolut, możesz pojechać do Noto, albo wręcz do Syrakuz. Tylko nie rób tego lekkomyślnie, znienacka, przygotuj się, bo nieprzywykły organizm na taka ilość piękna i magii może zareagować bardzo gwałtownie…
No to jeszcze, żeby nie było tak rzewnie-łzawo, na podniesienie ciśnienia https://www.theguardian.com/…/new-zealands-catholic… Kościół katolicki w Nowej Zelandii przyznaje, że 14% duchownych zostało oskarżonych o nadużycia od 1950 roku Kościół opublikował dane na prośbę królewskiej komisji ds. nadużyć w opiece, powołanej w 2018 r. przez premier Jacindę Ardern, która powiedziała, że kraj musi stawić czoło „mrocznemu rozdziałowi” swojej historii, a później rozszerzył go o kościoły i inne instytucje oparte na wierze. Raport tymczasowy komisji z grudnia wykazał, że do ćwierć miliona dzieci, młodzieży i osób dorosłych słabszych było fizycznie i seksualnie wykorzystywanych w nowozelandzkich wyznaniowych i państwowych instytucjach opieki od 1960 do początku 2000 roku. Badaniami objęto 428 parafii katolickich, 370 szkół katolickich i 67 innych placówek opiekuńczych. Zarzuty postawiono: 14% duchownych diecezjalnych katolickich, którzy pracowali dla biskupa, a nie kongregacji, 8% męskiej kongregacji (braci lub księży) i 3% żeńskiej kongregacji (siostry lub zakonnice).