15.02.2022. Jeden dzień do wojny
1. Co to jest „światopogląd”?
D.O. nie wyklucza, że jest to jeden z najbardziej absurdalnych terminów w powszechnym użyciu.
Światopogląd powinien znajdować się w książkach. Światopogląd nie powinien być wiarą, powinien być wiedzą. Summą aktualnej wiedzy, potwierdzonej i zweryfikowanej.
Niestety nie jest.
Światopoglądem może być zbiór klechd. Światopoglądem może być uwielbienie nieprawdy. Może być nienawiść do prawdy i ludzi, którzy ją głoszą.
Ale tu pojawia się problem: czymże jest prawda?
Powinna być summą aktualnej wiedzy… itd.
Niestety nie jest.
Prawda leży tam, gdzie leży, a nie tam, gdzie ktoś wierzy, że leży.
Normy współżycia społecznego, zwane ostatnio modnie „poprawnością polityczną” (?) wymagają, żeby mieć szacunek dla odmiennych od własnego światopoglądów.
A co, jeśli światopogląd bliźniego jest drastycznie odległy od summy aktualnej wiedzy?
Co, jeśli światopogląd bliźniego usprawiedliwia kłamstwa, stosowanie przemocy, ma za nic prawo własności? Co, jeśli światopogląd bliźniego sam jest przemocą, tj. jest ci siłą narzucany, Czytelniku?
Co wtedy?
Jak nazwiesz, Czytelniku, swoje prawo do zachowania własnego światopoglądu, opartego na summie aktualnej wiedzy? Wolnością?
Przecież wszyscy wiemy, że twoja wolność jest serdecznie nienawistna ludziom, których światopogląd oparty jest na przemocy, nienawiści i kłamstwie.
Nie, to niedopuszczalne – powiesz, Czytelniku.
A jednak na to pozwalasz…
2. Motto: „L’ambasciator non porta pena” (przysłowie włoskie).
Jaki jest zakres odpowiedzialności ambasadora? Historia obfituje w przykłady, hmmm… obcesowego potraktowania ambasadorów, przynoszących niepożądane wieści. Niektórych zabito, innych wzięto na męki, jeszcze innych podobno zjedzono.
Takie myśli przebiegły przez głowę autora D.O. po otrzymaniu rozpaczliwego przekazu P.T. Czytelniczki, że ona już nie może, nie wytrzyma, nie będzie D.O. czytać, bo tam są same straszne wieści.
Niestety, to bardzo słuszna, a przynajmniej wysoce uzasadniona uwaga.
Każdy z P.T. Czytelników ma mnóstwo swoich własnych problemów, często osobistych tragedii. Wielu z nich prześladują koszmary: i za dnia, i – zwłaszcza – w nocy. Jakież prawo ma zatem D.O. dorzucać do nich jeszcze dramatyczne, często tragiczne, przeważnie pesymistycznie nastrajające kompilacje okropieństw?
D.O. może się usprawiedliwiać: „przecież taki jest świat, przecież te właśnie wiadomości widnieją na czołówkach najpoważniejszych mediów świata”. Albo: „ignorowanie rzeczywistości, rzeczywistości nie zmienia”. Albo nawet: „to jest podejście strusia: schowa głowę w piasek, a kiedy ją tam schowa, to nie widzi zbliżającego się niebezpieczeństwa. A przecież rozsądniej byłoby uciekać, przedsięwziąć jakieś środki, by zapobiec zbliżającemu się niebezpieczeństwu”.
To wszystko może racja, ale przecież jednym z najpotężniejszych instynktów istoty ludzkiej jest dążenie do „normalności” i „stabilizacji”. D.O. niedawno pisał o musicalu, wystawionym w Warszawskim Getcie, na krótko przed jego likwidacją. Zdarzały się zakochania w obozach koncentracyjnych, ludzie starali sobie ułożyć jakoś normalnie życie nawet wśród ekstremalnych warunków.

Może D.O. powinien sprzyjać tej „naszej małej stabilizacji”, tej „normalności” w warunkach skrajnego napięcia, prawdopodobnie w przeddzień wielkiej i krwawej wojny?
A może powinien robić to, co robi, lecz namawiać P.T. Czytelników, by go nie czytali?
Albo robić to, co robi, ale nie publikować?
Albo przestać robić to, co robi?
Bo przecież w gruncie rzeczy robi to dla siebie.
Żeby mieć powód do wstawania z łóżka i pozory zachowania jakiejś przydatności, a, co za tym idzie, resztek godności?
3. Cóż – D.O. pamięta z młodości, jak go śmieszyli staruszkowie, starający się zachować godność wśród trupiego uwiądu. Staruszki, noszące zalotne sukienki, farbujące włosy, tańczące młodzieżowe wygibasy.
Miał kilkanaście lat, kiedy stał przed jakimś abstrakcyjnym obrazem w Zachęcie, kiedy podszedł do niego śmieszny staruszek, grzecznie się przedstawił i poprosił, żeby mu on, przedstawiciel najmłodszego pokolenia konsumentów sztuki, powiedział, co sądzi o tym obrazie. D.O. coś wybełkotał. Bo raz, że o tym obrazie nie sądził niczego mądrego, dwa, że nie miał warsztatu intelektualnego i retorycznego, by spójnie wyartykułować jakieś myśli, a trzy, że ów staruszek nazywał się Tadeusz Peiper. Wybitny poeta i dramaturg, który tak wiele namieszał w polskiej sztuce międzywojnia. D.O. już o nim słyszał, czytał go, więc się bardzo skonfundował
Ale czasy się zmieniły i gdyby dziś to D.O. podszedł do jakiegoś nastolatka (nie w Zachęcie, bo światopogląd nakazuje mu bojkotować placówki pisowskich gauleiterów) i zapytał, co sądzi o jakimś obrazie, usłyszałby z pewnością cytat z klasyka: „spieprzaj dziadu”.
3. Gdy sięgnie pamięcią do czasów swojej młodości, gdy spróbuje przywołać pod powieki jakieś z tamtych czasów obrazy, to one, te obrazy, są nieodmiennie szare. Tylko amerykańskie czy francuskie filmy były kolorowe. Tylko sztuki w teatrze, a i to nie wszystkie. Pamiętał, jak był zachwycony kolorami Baletu XX Wieku Bejarta, kiedy ten zawitał do Warszawy i występował w nieistniejącym już dziś stałym metalowym cyrku na rogu Solca i Rozbrat.
Kiedy D.O. spróbuje – bardzo niechętnie – przywołać pod powieki sylwetki głównych rozgrywających obecnej władzy, to oni też są szarzy.
Strzeż się, Czytelniku, szarych ludzi.
Szarzy ludzie uczynią szarą rzeczywistość wokół ciebie. Ciebie też poszarzą.

Kiedy D.O. jeździ po Polsce i trafia do małych, prowincjonalnych miasteczek z dala od popularnych szlaków, to widzi, że domki na rynku i w okolicy mają biedny wygląd, ale są nieporównanie bardziej kolorowe, niż kiedyś. Czasem to kwestia tynków, czasem szyldów, czasem jednego i drugiego.
Nie bez zadowolenia D.O. widzi, że o tę starą, biedną zabudowę zaczynają dbać konserwatorzy zabytków. Nie, nie jest tak dobrze: rynki są zalane betonem, drzewa wtłoczone w obramowania. Ale te miasteczka, które się uchowały bez wstrętnych, pełnych butnej przemocy „plomb” gomułkowskich czy gierkowskich, zaczynają być traktowane, jak zabytki. Kolorowe zabytki.
I jeszcze jedno D.O. w małych, prowincjonalnych miasteczkach uderza: egzotyczne bary. Nie ma właściwie polskiego miasteczka bez lokalu z kebabem albo ze specjałami wietnamskimi. Często są własnością egzotycznych przybyszów.
Choć głowy by nie dał za jakość serwowanych tam potraw, to serce D.O. na ten widok rośnie.
Bo, choć urodził się w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, to duszą był zawsze obywatelem Rzeczypospolitej. Rzeczypospolitej bezprzymiotnikowej. Nie polskiej, nie litewskiej, nie ruskiej. Rzeczypospolitej i basta. Pięknej, kolorowej, otwartej dla wszystkich, którzy gotowi byli ją pokochać.
4. A co będzie, kiedy wybuchnie wojna?
Czy ktoś podczas wojny, w słoneczny, lutowy dzień, kiedy na drzewach pojawiają się zielone kiełki i bazie, poczuje bolesny w sercu ucisk tęsknoty za wiosną? Za nowym życiem? Za euforią zmartwychwstania natury? Czy zatrzyma się wtedy, wyciągnie z kieszeni kartkę i ołówek, pardon, smartfona i gorączkowo podyktuje strofy lirycznego wiersza, sławiącego ciepły, kolorowy świat?
Czy pokój sprzyja powstawianiu wielkich dzieł sztuki?
Hm.
Są różne klasyfikacje najlepszych książek kiedykolwiek napisanych. Poniżej jedna z nich. Większość tytułów powtarza się niemal we wszystkich rankingach; różnią się tylko miejscami,
Popatrzmy: niemal wszyscy zgadzają się, że numerem jeden jest „Wojna i Pokój” Tołstoja. Napisał ją podczas wojny austriacko-pruskiej, a opublikował w 1869 r., podczas krwawego tłumienia rewolty na Krecie i w przededniu wojny francusko-pruskiej.
Drugą na liście „Annę Kareninę” napisał podczas wojny rosyjsko-tureckiej.
Don Quijote’a Cervantes napisał podczas wojny hiszpańsko-tureckiej, zginęło co najmniej 15 tysięcy ludzi.

Flaubert tworzył swoją Madame Bovary podczas Wojny Krymskiej, w której jego kraj walczył razem z Brytyjczykami, Turkami i Piemontczykami przeciw Imperium Rosyjskiemu.
George Eliot pisała swoje „Miasteczko Middlemarch” (uznawane przez BBC za najlepszą książkę wszechczasów) podczas wojny francusko-pruskiej.
James Joyce pisał Ulissesa podczas potwornego zamieszania wojennego w całej Europie, która dopiero szukała równowagi po zakończeniu I Wojny Światowej, a jego Irlandia wstrząsana była jeszcze starciami IRA z wojskami Brytyjskimi.
I tak dalej, i tak dalej, każdy może sobie poprzypominać, co działo się w chwili publikacji tego dzieła.
W tym kontekście mały konkurs: kto z P.T. Czytelników wskaże jakieś wybitne dzieło literatury polskiej, które nie powstałoby podczas jakiejś angażującej Rzeczpospolitą wojny, podczas zaborów lub zgoła w niewoli?
5. W wywiadzie dla „Guardiana”, od 17 lat ambasador Rosji przy UE Władimir Czyżow powiedział, że Moskwa ma prawo do przeprowadzenia „kontrataku”, jeśli uzna, że jest to konieczne, aby chronić obywateli rosyjskich mieszkających na wschodzie Ukrainy (https://www.theguardian.com/…/russian-envoy-warns-of…). „Jeśli Ukraińcy przystąpią do ataku na Rosję, nie powinniście się dziwić, że zrobimy kontratak. Albo jeśli zaczną rażąco zabijać rosyjskich obywateli gdziekolwiek – w Donbasie czy gdziekolwiek”.

Czy to oznacza: „zmontujemy prowokację w Donbasie i może jeszcze gdzieś, lipni ukraińscy żołnierze zabiją niewinnych obywateli rosyjskich (Rosja Ukraińcom z Donbasu rozdała setki tysięcy paszportów, nie wypadało nie brać, bo represje), pokażemy całemu światu film, który od dawna mamy gotowy i rozpoczniemy atak”?

6. Po spotkaniu z Putinem i ministrem „Obrony” Szojgu przy stole jeszcze dłuższym niż z Macronem potwór o nazwisku Siergiej Wiktorowicz Ławrow stwierdził, że „dyplomatyczne rozwiązanie jej eskalacji konfliktu z Zachodem jest wciąż możliwe”.

D.O. nie potrafi oczywiście odpowiedzieć na pytanie, czy ten jastrząb nagle przebrał się za gołębia, by uśpić czujność Zachodu w przeddzień inwazji, czy naprawdę, wespół z Putinem, postanowił spróbować jeszcze znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji z honorem.

7. Może P.T. Czytelnicy nie wiedzą, że „Ławrow” to przybrane nazwisko. Naprawdę nazywa się Kalantarjan. Urodził się 21 marca 1950 r. w Moskwie jako syn Ormianina z Tbilisi i Rosjanki z Nogińska. W 2005 w Erywaniu, odpowiadając na pytanie, czy jego ormiańskie korzenie pomagają mu w jego pracy, Ławrow odpowiedział: „moje korzenie są gruzińskie – mój ojciec pochodzi z Tbilisi, ale naprawdę krew jest ormiańska”.
Na studiach Ławrow wraz z kolegami grał i reżyserował spektakle teatralne, które później co semestr prezentowane były na głównej scenie uczelni. Na trzecim roku studiów Ławrow ożenił się z Marią Ławrową, o której nic nie wiadomo. Mają jedną córkę i co najmniej 1 wnuka. Córka Jekaterina spędziła większość życia w USA i Londynie, towarzysząc ojcu podczas jego pracy w ONZ. Ukończyła Columbia University. Do 2014 roku mieszkała w Nowym Jorku. Nie mówi biegle po rosyjsku. Jest żoną rosyjskiego biznesmena Aleksandra Winokurowa, prezesa holdingu Marathon i właściciela największej w Rosji sieci sklepów spożywczych „Magnit”..
Ławrow jest zapalonym kibicem sportowym. Lubi oglądać mecze piłki nożnej w telewizji, jest fanem moskiewskiego klubu Spartak i piłkarzem amatorem.
8. Moskwa podobno zmniejszyła zakres przeprowadzanych manewrów. D.O. nie potrafi powiedzieć, czy jest to sygnał deeskalacji, czy najzwyklejsza cisza przed burzą, 48 godzin dla żołnierzy, by wypoczęli przed szturmem.
9. Kłamca Patologiczny Nawylocie nadal rozbija jedność Unii Europejskiej i Zachodu (https://tvn24.pl/…/premier-mateusz-morawiecki-o…). Ten nieudany brat Ławrowa, kłamliwie oskarżył Unię Europejską, że „trzyma pistolet przy głowie” Polski, więc on i reszta szajki zrezygnują z KPO, czyli z 770 miliardów złotych dla Polaków. Bez których nb. Jego „pisowski nieład” może iść się bujać (https://natemat.pl/396619,allegro-ma-non-troppo-roman…). No i zachodzi pytanie: z czego oni w takim razie będą kraść?

10. D.O. nie jest pewien, czy posłanie ambasadora USA w Polsce Marka Brzezińskiego jest aluzją do rozbijackiej polityki szajki. Powiedział mianowicie, że „konieczna jest współpraca w celu zapewnienia trwałości zasad demokratycznych w obu krajach”.

Otóż D.O. bardzo by nie chciał, żeby Polska, niezależnie od tego, kto będzie u steru rządów, „zapewniała trwałość zasad demokratycznych” w USA. W drugą stronę – OK, choć nie bez zastrzeżeń. D.O. poleca to przesłanie: https://twitter.com/USEmbas…/status/1493265388318068739…
Acha: Amerykanie też przenieśli swoją ambasadę z Kijowa do Lwowa. Czyżby wiedzieli, że Rosjanie szykują rozbiór Ukrainy?
Może P.T. Czytelnicy pamiętają, jak Putin powiedział jednemu z polskich polityków: „przecież wiadomo, że zachodnia Ukraina jest polska, a reszta to my”?
Jak zareaguje szajka? Mają już układ z Putinem? Od jak dawna?
Jacek Pałasiński
