Walter Chełstowski: Deska do krojenia5 min czytania

()

09.03.2023

Prawie rok temu dowiedziałem się, że do naszego miasta (Biskupiec 11-300 – ok. 9700 mieszkańców a cała nasza Gmina niecałe 19 000) przyjechali uchodźcy z Ukrainy. I że nasz Przyjaciel, Piotr Cąkała (bez Niego to by się nie stało) udostępnił im swój lokal/mieszkanie.

Natychmiast z Żoną tam pojechaliśmy.

Późne popołudnie i zimno bardzo. 11 osób, same kobiety, w tym 5 dzieci. Przerażone, zagubione i samotne w obcym kraju. Z nieznanym językiem, prawem i przepisami.

Uciekające z miasta Zaporoże (gdzieś tam ok.800 000 mieszkańców), które nie wiadomo gdzie jest. Nic o ich mieście nie wiedziałem, choć o „Kozakach Zaporoskich i o ich historii” jakieś ogólne pojęcie miałem.

Całe szczęście, że były rosyjskojęzyczne (ok.30-40% Ukraińców jest „rosyjsko języcznych” – nie mylić z poczuciem narodowości). Jak czytam ukraiński to 90% rozumiem, ale jak słucham to 20-30% .

Pytamy się z Żoną czego potrzebują?

Żona zagląda do lodówki (mieszkanie/lokal bardziej niż przyzwoite – kilka pokoi, łazienka, ogrzewanie, meble, łóżka, w pełni wyposażona kuchnia), a tam pusto. Chwilę rozmawiam (rosyjski ze szkoły) i już wiemy.

Pędzimy do sklepów. Przywozimy wszystko, co potrzeba Im do jedzenia na pierwsze kilka dni. Łącznie z przyprawami, (choć tu mój rosyjski troszkę za słaby do wielu nazw i nie tylko przypraw).

Wracamy i wyładowujemy pełne jedzenia siatki. Widzimy pierwsze nieśmiałe uśmiechy na Ich twarzach. Pytam się: „Czego jeszcze potrzeba?”

„Deska do krojenia” – słabo po rosyjsku, ale z gestów zrozumiałem. Dla mnie faceta to jakiś idiotyzm. „Deska do krojenia”, w straszliwej ucieczce przed bombami, śmiercią i rakietami?

Żona zrozumiała natychmiast. Samochód i do domu. Żona deskę znalazła od razu.

Grzebiemy w lodówce i wszędzie, wybierając wszystko, co możliwe i co Im potrzebne, przez te kilka pierwszych dni. I nie tylko jedzenie. Wracamy do Nich. Późny wieczór a właściwie już noc.

Dwa dni później wracamy i pytam się: „Czego potrzeba?” Mówią; „nic”.

Widzimy (a już za chwilę ciepło), że wszystkie mają takie zimowe buty, w których uciekały. Szybka akcja i znów Przyjaciele z Biskupca (mają sklep z butami). Dzwonimy i z całym kompletem (11 osób) przyjeżdżamy do Nich.

Przymierzanie, oglądanie (no bo to mimo wszystko kobiety) i na końcu każda wychodzi z nowymi, lżejszymi butami.

Pytam się naszych przyjaciół/właścicieli sklepu: „Ile za to?” Patrzą się na mnie, jak na idiotę i mówią: „Chyba żartujesz? Nie pierdol. Oczywiście, że bez żadnej kasy”.

Mijają dni i tygodnie.

Zawiozłem je do naszego punktu (w dawnym naszym dworcu kolejowym), gdzie mogły z setki różnych darów/ rzeczy pierwszej potrzeby wybrać za darmo wszystko, czego potrzebowały. Nie wiedziały, że coś takiego – dzięki Ludziom dobrej woli – u nas istnieje.

Potem rejestracja PESEL-e itd. Mijają dni i tygodnie. Co tydzień spotkanie i zakupy dla nich. Całusy i coraz lepszy rosyjski ( mój).

„Pakiet” u nich, to u nas plastikowa torba (reklamówka) na zakupy.

Piwnica ( gdzie się chowały z dziećmi) to „podwał”.

Pomoc to „dopomoga”.

Rozwijam mój rosyjski. Każde następne spotkanie zaczynam od pytania: „Kak doma? Wsie żywyje?” (Jak w domu? Wszyscy żywi?). I ulga, że tak.

Mijają dni i tygodnie.

Masza (12 lat) chodzi u nas do szkoły. Do ukraińskiej klasy, ale już niedługo do polskiej. Śmieje się, że największy problem ma z polskim na lekcjach biologii. Bo u nas „pantofelek”, kto pamięta z lekcji biologii, to wie, a u nich nazywa się zupełnie inaczej.

Wiem i rozumiem, że u nas „małpa” to po rosyjsku „obiezjana” a „żółw” to „czeriepacha”. Ja i ona wiemy, że przekleństwa podobne, choć nie bardzo. Nie dam przykładów.

Dasza (19) od pół roku studiuje w Olsztynie. A jaka zabawa była z przysięgłym (o kasie nie wspomnę) z tłumaczeniem jej matury z ukraińskiego na polski. Tamta matura zupełnie inna niż nasze.

Jana (20) kilka miesięcy temu urodziła u nas w szpitalu w Biskupcu dziecko. Wszystko ok. Mieszka z mamą W\w Biskupcu.

Dasza i Ira (?) – Dwie słodkie bliźniaczki (4 lata) niedawno wyjechały z mamą i nie wiem gdzie. A były takie słodkie. Po prostu „cukiereczki”.

Nie wiedziałem, jak je po rosyjsku nazywać. Cukier po rosyjsku to „sachar”. Więc mówiłem o nich „sacharki”. One (dorosłe) uśmiały się do łez. I przypomniały mi, że po rosyjsku „cukierki” to „konfiety”. I już zawsze mówiłem o nich (tych przesłodkich bliźniaczkach) „konfietki”, czyli „cukiereczki”.

Rotacja trwa. Czasem kilka z nich jedzie z powrotem na Ukrainę. Ale po chwili wróciły. Dla życia i bezpieczeństwa.

Dorosłe znalazły prace u nas w Biskupcu. Oczywiście zwykłą i nieodpowiadającą ich wykształceniu. Taki los emigrantów. Taki jak nasz, Polaków wyjeżdżających za granicę. Tak jak One/Oni zaczynaliśmy za granicą od najprostszych podstaw.

Jestem u nich, co najmniej co tydzień.

Usamodzielniają się niesamowicie. Pytają się mnie czasem: „A co będzie dalej?” Odpowiadam: „Super, że mieszkacie w Polsce. I myślę, że tak będzie długo. A wasze dzieci będą tu na zawsze. Tak jak dzieci nas Polek/Polaków, którzy wyemigrowali z Polski do innych krajów i tam zostaną na zawsze.

Cieszę się, że jesteście tu u nas w Polsce. Oby na zawsze.

Слава Україні. Героям слава.

Walter Chełstowski

Polski reżyser i producent programów i widowisk telewizyjnych. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV[1].

Więcej: Wikipedia

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. Paweł 09.03.2023
  2. slawek 10.03.2023