26.04.2026
Czasami, aby spojrzeć w przyszłość, trzeba skierować wzrok wstecz. Do „Pianoli” Kurta Vonneguta wróciłem po czterdziestu latach. Wtedy, dla nastoletniego chłopaka, była to tylko ciekawostka – jedna z wielu powieści science-fiction. Prawdopodobieństwo ziszczenia się opisanej w niej rzeczywistości wydawało się równie niskie, jak wizje lotów na Marsa czy inwazja kosmitów z Andromedy.

Pamiętałem niewiele. W zasadzie tylko główny wątek, opisujący Stany Zjednoczone w nieokreślonej choć raczej niezbyt dalekiej przyszłości, w której doszło do ogromnego rozwoju automatyzacji. Tak ogromnego, że człowiek jako siła robocza stał się praktycznie bezużyteczny. Brzmi znajomo i niepokojąco? Dlatego w jednym z internetowych antykwariatów za kilkanaście złotych nabyłem pierwsze polskie wydanie z 1977 roku, by przypomnieć sobie więcej.
Nie tylko z kronikarskiego obowiązku trzeba dodać, że amerykański oryginał miał swoją premierę w 1952 roku. A więc dosłownie kilka lat po końcu krwawej drugiej wojny światowej. Jak wielu wówczas sądziło – w przededniu ostatecznej atomowej rozgrywki między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, która miała doprowadzić do unicestwienia i tak już mocno nadwątlonego świata. Bo rok 1952 to ledwo pięć lat od ogłoszenia doktryny Trumana, trzy od zakończenia blokady Berlina i pierwszej udanej detonacji radzieckiej bomby atomowej, a wojna koreańska trwa właśnie w najlepsze.
Taki świat, a właściwie czas tuż po nim, przedstawia Vonnegut w „Pianoli”. Minęło kilkanaście lat od zakończenia krwawej, trzeciej wielkiej wojny. Ameryka ją wygrała, ale głównie dzięki ogromnemu wysiłkowi przemysłu i to przemysłu, który zaczął się coraz bardziej automatyzować: chłopcy i mężczyźni opuścili fabryki, by walczyć na froncie, a przecież wciąż były potrzebne nowe czołgi, samoloty i bomby, ale też samochody, piekarniki czy dystrybutory z Coca-Colą.
W powieści Vonneguta nastała powojenna stabilizacja, ale automatyzacja nie zwolniła. Zmyślni naukowcy i inżynierowie coraz bardziej doskonalą procesy produkcyjne, kopiując na taśmach ruchy najlepszych operatorów tokarek, eliminując procesy manualne i wprowadzając kolejne usprawnienia nie tylko na produkcji, ale na przykład w procesach kadrowych: Dyplom był niczym a o wszystkim decydował wykres. Kiedy nadchodziła pora ukończenia studiów, komputer badał oceny studenta oraz inne zalety i scalał je w jednym wykresie […] Kiedy absolwent otrzymywał pracę w krajowej gospodarce, wszystkie załamania linii wykresu znajdowały wyraz w perforacjach jego karty osobowej.
Automatyzacja wkroczyła też w inne obszary życia, zastępując sklepikarzy, usługodawców czy nawet artystów (zgadza się, właśnie stąd tytuł powieści). Jak błyskotliwie zauważa jedna z bohaterek powieści, Katarzyna Finch: To śmieszne, że ludzie tkwili w jednym miejscu cały dzień, po prostu wytężając wzrok, potem wykonując coś odruchowo, potem znowu wytężając wzrok i znowu wykonując coś odruchowo, i tak naprawdę wcale nie myśląc.
I tu pojawia się fundamentalne pytanie stawiane przez Vonneguta: Jakie jest miejsce ludzi w takim świecie? Latami zdobywane i doskonalone umiejętności stają się zupełnie nieprzydatne. Pracę mogą znaleźć co najwyżej w armii lub w usługach komunalnych jako pracownicy Korpusu Naprawczo-Odtworzeniowego, pogardliwie nazywający siebie KNOTami. Reszta jest skazana na przesiadywanie w barach na przedmieściach i picie kiepskiego piwa kupowanego za pieniądze z dochodu gwarantowanego.
Nieliczną elitę tworzą najzdolniejsi i najinteligentniejsi wynalazcy. Wszyscy muszą mieć co najmniej doktorat, by myśleć o zatrudnieniu. Zajmują się wymyślaniem i wdrażaniem kolejnych automatycznych usprawnień, z pełną świadomością, że kręcą bicz na siebie, gdyż dzięki tym usprawnieniom i oni wkrótce przestaną być potrzebni.
Czy Vonnegut był prorokiem? Myślę, że nie bardziej niż na przykład Stanisław Lem. Obaj bowiem stosowali ten sam zabieg futurystyczny – przyglądanie się istniejącym trendom, doprowadzanie ich ad absurdum i wyciąganie wniosków. Autor „Pianoli” w wielu kwestiach się pomylił lub ich nie przewidział. Komputery w jego świecie to wciąż stosunkowo prymitywne maszyny programowane z użyciem papierowych kart perforowanych, nie licząc centralnego komputera EPICAC, który: Otrzymując fakty od ludzi […] dostarczał mądrego kierownictwa, jakiego rozsądny, miłujący prawdę, błyskotliwy i wysoce wykształcony kwiat amerykańskiego geniuszu mógłby dostarczyć, gdyby miał natchnionych przywódców, nieograniczone środki i dwa tysiące lat do dyspozycji.[…] system nerwowy EPICAC-a rozrastał się w Jaskiniach Karlsbadzkich – inteligencja, kupowana na stopy, funty i kilowaty.
Vonnegut przewidywał, że w wyniku automatyzacji w pierwszej kolejności znikną zawody robotnicze. Jego wielka wyobraźnia nie dostrzegła jednak możliwości, że tańsze niż zastępowanie siły fizycznej i zręczności rąk okaże się wyrugowanie znacznej części pracy umysłowej. Dzięki rozwojowi sztucznej inteligencji okazało się bowiem, że cyfrowy umysł kosztuje mniej niż wytworzenie i utrzymanie o wiele bardziej materiałochłonnego i zużywającego się humanoidalnego robota. W efekcie w pierwszej kolejności eliminacji ulegają nie zawody najniżej kwalifikowane, ale wydawałoby się bezpieczne stanowiska białych kołnierzyków.
Świat dzisiaj wygląda inaczej niż w powieści, ale podstawowe pytanie, które zadał Vonnegut wciąż pozostają aktualne. Co mają z sobą zrobić ludzie pozbawieni pracy przez automaty? Jak z goryczą rozpamiętuje jeden z bohaterów: Sam chciałem założyć warsztat, jak mnie zwolnili z pracy. Tak samo Joe, tak samo Sam, tak samo Alf. Wszyscy mamy sprytne ręce, więc wszyscy otwórzmy warsztaty. Jeden warsztat na każdą zepsutą rzecz w Ilium. Tymczasem nasze żony mogą zostać krawcowymi… Jedna krawcowa dla każdej kobiety w mieście.
Vonnegut opisuje sytuację klasy robotniczej, która jest świeżo po utracie pracy w wyniku automatyzacji. Są to więc fachowcy, którzy jeszcze niedawno ciężko pracowali fizycznie i nagle utracili swoje zawody, a wraz z nimi poczucie sensu życia i własnej wartości. Są to ludzie pełni etosu, z którym nie mają co począć. Czy dziś wyglądałoby to tak samo? Śmiem wątpić.
Vonnegut przewidywał konsekwencje postępu technologicznego w postaci gwałtownego zmniejszenia zatrudnienia. Jednak swoje obserwacje odniósł do społeczeństwa z połowy XX wieku. Innymi słowy, w swojej wizji rozwinął technologię, ale zamroził zmiany społeczne. To wszystko daje niepokojący efekt, gdyż z jednej strony dostrzegamy celną prognozę, a z drugiej odczuwamy dysonans próbując dopasować ją do naszej rzeczywistości. Jak to niedawno trafnie ujął Bill Maher, popularny amerykański satyryk: „Nikt już dzisiaj nie marzy o powrocie do budynków fabrycznych z czerwonej cegły.” Według badań cytowanych przez tegoż Mahera 58% amerykańskiej młodzieży jako wymarzony zawód wskazuje bycie celebrytą.
W „Pianoli” jest taka wymowna scena, w której awarii ulega samochód głównego bohatera, doktora Paula Proteusa. Paul należy do elity dyrektorskiej. Jest synem twórcy nowoczesnego amerykańskiego przemysłu i dyrektorem ogromnych, automatycznych oczywiście zakładów produkcyjnych Illium. Wspiera postęp, ma jednak słabość do swojego starego, manualnego wehikułu. I tenże pojazd nagle odmawia posłuszeństwa, tuż w pobliżu brygady KNOT-ów naprawiających asfalt. Ci natychmiast spieszą z pomocą. Jeden z nich diagnozuje usterkę i zaczyna wymieniać uszczelkę, wycinając ją z potnika (ach, cóż za cudowne, zapomniane słowo!) własnego kapelusza, zaś inni przypatrywali mu się pilnie, podawali odpowiednie narzędzia i starali się być przydatni, jak tylko mogli. Jeden z nich zdrapał zielono-białe kryształki ze styków akumulatora. Inny obszedł samochód, dokręcając nakrętki na wentylach kół. Ilu przedstawicieli pokolenia Z i młodszych potrafiłoby naprawić zepsuty na drodze samochód? Tu znowu fikcja Vonneguta rozmija się z naszą rzeczywistością.
Są jednak w powieści fragmenty, które brzmią przeraźliwie realistycznie i proroczo. Chociażby ten fragment rozmowy zbuntowanych technokratów, Lashera i Finnerty’ego:
– Sprawy, panowie, dojrzały do przyjścia fałszywego mesjasza, a kiedy on przyjdzie, krew się poleje na pewno.
– Mesjasza?
– Prędzej czy później ktoś zawładnie wyobraźnią tych ludzi za pomocą jakiegoś nowego czaru. U podłoża tego czaru będzie obietnica odzyskania poczucia uczestnictwa, poczucia, że są potrzebni…. Do licha, poczucia godności!
W przedmowie autor pisze: Niniejsza książka nie traktuje o tym, co jest, ale o tym, co być może. Postaci w niej występujące są wzorowane na ludziach jeszcze nienarodzonych lub będących dziećmi. Trudno oprzeć się wrażeniu, że te dzieci i jeszcze nienarodzeni ponad siedemdziesiąt lat temu właśnie rządzą naszym światem.
„Pianola” – stara książka na nowe czasy. Polecam.
Piotr Stokłosa

Dziękuję, skorzystam z rekomendacji.