Zbigniew Szczypiński: Pieniądze i szczęśliwe życie6 min czytania

()

13.04.2023

Przypadek Tomasza Komendy skazanego za niepopełnione czyny na 25 lat więzienia (z których odsiedział 18) – człowieka, który stał się bohaterem masowej wyobraźni i postacią medialną literatury i filmu o sobie, który otrzymał 13 milionów złotych tytułem zadośćuczynienia i odszkodowania od państwa polskiego – dowodzi starej prawdy/nieprawdy – że pieniądze szczęścia nie dają. A duże pieniądze tym bardziej.

O dziejach Tomasza Komendy zrobiło się głośno pięć lat po jego wyjściu z więzienia i dwa lata po tym, gdy uzyskał największe w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości odszkodowanie. Komenda znalazł się ostatnio na okładce znaczącego tygodnika „Polityka” gdzie na czterech kolumnach autorka tekstu „Bez happy endu” opisuje jak zmieniło się jego życie na wolności.

Chciałbym korzystając z tego przypadku pochylić się nad sprawą szerszą niż przypadek wielomilionowego zadośćuczynienia i odszkodowania za wieloletni pobyt w więzieniu orzeczony wyrokiem jakiegoś sądu, a po latach uznany za nieuzasadniony i uchylony wyrokiem innego sądu. Proponuję spojrzeć na sprawę jako na przykład tego, co zwykle się dzieje, gdy człowiek nagle uzyskuje bez związku ze swoją pracą wielkie pieniądze. Takie przypadki zdarzają się wielokrotnie każdego roku. Takie przypadki napędzają interes licznych firm, nad którym nadzór właścicielski sprawuje Ministerstwo Finansów. A więc Rząd RP.

Pamiętam dawne lata systemu „państwowego socjalizmu”. Był w nim Totalizator Sportowy, w którym można było wygrać milion złotych (z początku nie było żadnych kumulacji, jak obecnie). Wypełniając kupon skreślało się numerki, którym przypisane były różne dyscypliny sportowe – można się było ich nauczyć. Główna wygrana zdarzała się rzadko, pewnie było to pochodną od liczby wypełnianych kuponów.

Ta kwota przekładała się na marzenia o kupnie domku, samochodu i wycieczce zagranicznej do jednego z krajów „naszego obozu”. W tamtych warunkach milion złotych starczał na realizację takich marzeń, była to kwota niewyobrażalna dla tych wszystkich, którzy „wymęczeni, z dyplomami już w kieszeni, rozjeżdżają się pociągami, potem żenią się z żonami, potem wiążą koniec z końcem za te polskie dwa tysiące” – to o tych okularnikach co to gnieżdżą się w akademikach…

Ktoś, kto wygrywał milion – był bohaterem. Przeprowadzano z nim wywiady, z których można było się dowiedzieć, że już wtedy, dla zdecydowanej większości „tych szczęśliwców” wygrana oznaczała problemy: w rodzinie, w pracy, w całym dotychczasowym życiu.

Pamiętam jeden przypadek, w którym taki „szczęśliwiec” pytany po dwóch latach co zrobił z milionem skoro nie kupił domu, nie kupił samochodu i mieszka gdzie mieszka i pracuje gdzie pracował, powiedział, że pieniądze się rozeszły bo „codziennie była Wielkanoc”

Pamiętam też dramat człowieka, mieszkańca małego miasteczka na Podkarpaciu, któremu zdarzył się taki przypadek – jak co sobotę wysłał swojego synka do miasteczka, gdzie w rynku była kolektura totka, by nadał wypełniony kupon. Chłopak jak to chłopak zabawił z kolegami i spóźnił się, kolektura była już zamknięta.

Gdyby wyrzucił wypełniony i nie wysłany kupon do śmieci to nie stałoby się to, co się stało.

Mężczyzna zatrzymał jednak kupon i w niedzielę okazało się, że wygrałby milion złotych.

Przez następne dwa lata cała rodzina, a później całe miasto zaangażowało się w tę sprawę dowodząc, że kupon był wypełniony, a tylko spóźnienie syna spowodowało, że nie został nadany. Wysiłki te nie dały, bo dać nie mogły, żadnego rezultatu, mężczyzna popadł w alkoholizm, przestał pracować na swoim małym gospodarstwie. Pełen dramat.

Opowiadam o tym tak dokładnie, bo poznałem tych ludzi w trakcie badań dla Biblioteki Narodowej, którą interesował profil kulturowy mieszkańców, prowadzonych w małych miasteczkach ziem dawnej Galicji takich jak Biecz, Grybów, Pilzno, Niepołomice. W ich toku (polegały na przeprowadzaniu pogłębionych wywiadów z grupą wylosowanych do badań mieszkańców tych miasteczek, wywiadów trwających czasem kilka godzin) w którymś dniu zgłosił się do mnie ten człowiek, by upewnić się, czy to nie Totalizator przysłał taką grupę studentów rozmawiających z mieszkańcami, by sprawdzić, czy rzeczywiście ten kupon za milion wypełniony był przed losowaniem, a nie po. Pamiętam, że nie udało mi się przekonać, że to jest inne badanie, że nie o niego chodzi.

Ten przypadek dramatu człowieka, któremu wizja wygranej zrujnowała całe życie, któremu rozpadła się rodzina, pozwolił mi już wtedy sformułować tezę, że państwo nie może i nie powinno prowadzić gier hazardowych. Wizja wysokiej losowej wygranej za trafne skreślenie sześciu z czterdziestu dziewięciu numerków na kuponie nie może budować żadnej motywacji do pracy.

To było w tamtym „słusznie minionym” systemie. Przyszła transformacja i hazard wylał się szeroką strugą. Lokale są pełne „jednorękich bandytów”, te wszystkie zdrapki i kumulacje, te kupony do wielkich magazynów handlowych które bazują na szczęściu – będziesz miał szczęście, to wygrasz, nie będziesz miał to zagraj raz jeszcze, a wtedy szczęście się do ciebie uśmiechnie…

To, że tak działa biznes oparty na hazardzie, że on buduje taki przekaz obecny w masowej kulturze potrafię zrozumieć, biznes to biznes.

Ale państwo to więcej niż biznes, to wspólnota. Gdzie w polskim państwie, jakie instytucje kultury budują przekaz przeciwny niż ten, jaki niesie biznes oparty na hazardzie? Czy są takie instytucje, środowiska w których buduje się inne wzory społeczne niż te, które tworzą firmy żyjące z hazardu?

To chora cywilizacja, w której chciwość i traf określają sukces, w której zawodnik od kopania nadmuchanej skórzanej piłki zarabia zgodnie z prawem milion złotych za każdy dzień wieloletniego kontraktu, w której proces rozwarstwienia bogactwa w skali globu (już teraz 1% populacji ma więcej bogactwa niż 50% pozostałych) i proces tego rozwarstwienia dramatycznie przyspiesza. Przyspiesza szczególnie po każdej globalnej katastrofie – patrz ostatnia pandemia covid 19.

Polska, ten średni kraj ze średnim potencjałem, małpuje wszystkie złe wzorce ze świata i jednocześnie pokazuje, że jest w stanie zepsuć te wzorce jeszcze bardziej.

Wszystkie jej wzmożenia moralne i plany stania się ostoją moralną globu każdego dnia przegrywają z interesem firm ze świata – ale i rodzimych – zarabiających na hazardzie i nadziei na szybkie pieniądze bez związku z twórczą działalnością czy pracą każdego.

Zmiana kiedyś przyjdzie, za 30 za 50 lat. Ale to będzie bolało…

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

6 komentarzy

  1. wdrw 13.04.2023
  2. slawek 13.04.2023
  3. Mr E 14.04.2023
    • Zbigniew 15.04.2023
      • Darek 17.04.2023