18.05.2026
Donald Trump nie naprawił Ameryki. Przyspieszył jej kryzys jako mocarstwa zdolnego narzucać reguły, budować zaufanie i spajać Zachód wokół wspólnego interesu. Jego polityka nie jest korektą kursu, lecz demonstracją, że największe państwo świata może samo podkopać fundamenty własnej przewagi: wiarygodność, przewidywalność i zdolność do przywództwa.[1][2][3]
W tym właśnie sensie trumpizm okazał się fatalny nie tylko dla samej Ameryki, ale także dla Europy i całego wolnego świata. Sojuszników traktuje jak klientów, handel jak broń polityczną, a strategiczne zobowiązania jak temat do licytacji w kampanijnym widowisku. Tak nie zachowuje się odpowiedzialny hegemon. Tak zachowuje się mocarstwo, które zaczyna mylić brutalność z siłą i kaprys z realizmem.[2][4][5][1]
Trump obiecywał, że uczyni Amerykę znowu wielką. Tymczasem odsłonił jej słabość: głębokie pęknięcie społeczne, niezdolność elit do myślenia kategoriami długiego trwania oraz rosnącą pokusę, by politykę globalną zastąpić prymitywnym transakcjonizmem. Państwo, które przez dekady czerpało siłę z zaufania partnerów, zaczęło samo podważać sens własnych gwarancji i własnej roli.[3][5][1][2]
To jest dla USA groźniejsze niż chwilowe spory handlowe czy dyplomatyczne awantury. Potęga Ameryki po 1945 r. zasadzała się nie tylko na lotniskowcach, dolarze i technologiach, ale również na tym, że inni wierzyli w trwałość amerykańskiego słowa. Jeśli ta wiara słabnie, słabnie także realna zdolność odstraszania, bo przeciwnik zaczyna kalkulować, że deklaracja Waszyngtonu może być mniej pewna niż dawniej.[5][6][2][3]
Trump nie jest oczywiście jedyną przyczyną schyłku potęgi USA. Stał się przyspieszaczem, politycznym akceleratorem procesów, które już wcześniej podmywały amerykańską dominację. Chciał zatrzymać historię prostym hasłem i prostą wolą, a tymczasem jeszcze bardziej obniżył zdolność Ameryki do kontrolowania świata, który tym samym stał się bardziej nieuporządkowany.[1][2]
Dla Europy trumpizm był i jest wstrząsem, który zakończył epokę strategicznej beztroski. Kontynent przez lata żył w przekonaniu, że amerykański parasol ochronny należy do porządku natury, a nie do porządku polityki. Wygodnie było wierzyć, że Stany Zjednoczone będą zawsze obecne, zawsze gotowe i zawsze przewidywalne. Dziś wiadomo, że żadna z tych trzech rzeczy nie jest już oczywista.[4][7][8][5]
Z tej perspektywy Trump zrobił Europie brutalną, ale pouczającą przysługę. Odebrał jej złudzenia. Zmusił europejskie stolice do zadania pytania, którego przez lata unikano: co stanie się z bezpieczeństwem kontynentu, jeśli Ameryka nie tyle formalnie opuści NATO, ile faktycznie wycofa się z gotowości ponoszenia ryzyka w obronie sojuszników?[7][8][4][5]
To pytanie przestało być teoretyczne. W Europie pojawiają się już analizy, scenariusze i polityczne przymiarki do rozwiązań, które miałyby pozwolić funkcjonować systemowi bezpieczeństwa z mniejszą rolą USA, albo nawet bez ich bezpośredniego udziału. Sam fakt, że takie warianty są dziś poważnie rozważane, najlepiej pokazuje skalę kryzysu zaufania do amerykańskiej wiarygodności.[8][9][5][7]
Dla Polski wniosek powinien być jasny: trzeba jednocześnie utrzymywać więź transatlantycką i przygotowywać się na moment, w którym nie wystarczy ona jako jedyny filar bezpieczeństwa. Nie ma w tym żadnej antyamerykańskości. Jest realizm państwa którego położenie geograficzne skazuje na myślenie w kategoriach najgorszego wariantu, a nie najbardziej pocieszającej deklaracji.[6][10][5]
Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego pozostaje formalnym fundamentem zbiorowej obrony. Ale litera traktatu nie działa sama z siebie. Działa tylko wtedy, gdy stoi za nią polityczna wola głównych mocarstw sojuszu, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Jeżeli w Waszyngtonie rośnie skłonność do traktowania sojuszy jak kosztownego balastu, Polska ma obowiązek budować także alternatywne warstwy odstraszania i wsparcia.[5][6][7]
Dlatego polska racja stanu nie może już sprowadzać się do modlitwy o amerykańską obecność. Musi oznaczać aktywną budowę europejskich i regionalnych mechanizmów bezpieczeństwa, które będą działały również wtedy, gdy Biały Dom stanie się niechętny, sparaliżowany albo zwyczajnie obojętny.[10][7][8]
W nowej sytuacji strategicznej szczególnego znaczenia nabierają Francja i Wielka Brytania jako jedyne europejskie mocarstwa nuklearne. To one mogą stać się rdzeniem europejskiego odstraszania na wypadek dalszej erozji amerykańskich gwarancji. Publiczne debaty i analizy coraz wyraźniej wskazują, że francuski potencjał odstraszania może zostać szerzej wpisany w bezpieczeństwo Europy, a współpraca z Londynem nadałaby temu rozwiązaniu większą wiarygodność polityczną i wojskową.[11][12][13][14]
Dla Polski oznacza to konieczność wyjścia poza tradycyjny schemat myślenia, w którym bezpieczeństwo atomowe jest wyłącznie amerykańską usługą eksportową. Warszawa powinna zabiegać o ścisłe konsultacje strategiczne z Paryżem i Londynem, o włączenie się w europejską debatę odstraszania oraz o budowę politycznych mechanizmów, które wiązałyby bezpieczeństwo Europy Środkowo-Wschodniej z francuskim i brytyjskim potencjałem odstraszającym.[12][14][11]
Nie chodzi o zastąpienie NATO. Chodzi o stworzenie europejskiej polisy ubezpieczeniowej na wypadek tego, że amerykańska gwarancja stanie się bardziej warunkowa i mniej automatyczna. Państwo poważne nie czeka, aż parasol zniknie nad głową. Państwo poważne zawczasu szuka drugiego.[14][4][7][11]
Równolegle Polska powinna budować twardy regionalny blok bezpieczeństwa skupiony wokół państw, które najlepiej rozumieją rosyjskie zagrożenie: Polski, Danii, Norwegii, Szwecji, Finlandii, Ukrainy, Rumunii i Turcji. Taki układ nie musiałby od razu przybierać formy nowego traktatu z efektowną nazwą. Ważniejsze byłoby to, by tworzył realną sieć współpracy operacyjnej, wywiadowczej, przemysłowej i logistycznej na osi Bałtyk–Morze Czarne.[7][10]
To właśnie te państwa mają dziś najwięcej powodów, by traktować Rosję nie jako abstrakcyjne wyzwanie, lecz jako bezpośrednie zagrożenie militarne. Szwecja i Finlandia, Norwegia i Dania wzmacniają północną flankę oraz kontrolę nad Bałtykiem, Rumunia jest kluczowa dla południowo-wschodniej części frontu bezpieczeństwa, Turcja pozostaje graczem niezbędnym ze względu na Morze Czarne i własny potencjał wojskowy, a Ukraina jest już nie tylko państwem frontowym, ale także strategicznym nauczycielem nowoczesnej wojny.[15][16][10]
Taki regionalny sojusz antyrosyjski byłby dla Polski czymś więcej niż dyplomatycznym dodatkiem do NATO. Byłby praktycznym antidotum na sytuację, w której art. 5 pozostaje w mocy na papierze, ale polityczna gotowość USA do jego pełnej realizacji staje się mniej pewna. W świecie rozchwianych gwarancji przetrwają ci, którzy mają nie tylko dokumenty, ale również własne zdolności, własne rezerwy i własnych sąsiadów gotowych działać bez zwłoki.[6][10][5][7]
Coraz wyraźniej rysuje się w Europie także temat nowego układu bezpieczeństwa bez USA, albo co najmniej z ograniczoną rolą amerykańską. To jeszcze nie jest jeden, gotowy projekt polityczny. To raczej zespół idei, scenariuszy i cichych przygotowań do świata, w którym NATO nie rozpada się formalnie, lecz przestaje być psychologicznie i strategicznie samowystarczalne.[9][8][7]
Trzeba ten proces rozumieć właściwie. To nie jest bunt przeciw Ameryce, lecz reakcja obronna na Amerykę, która sama stała się mniej przewidywalna. Europa zaczyna dojrzewać do myśli, że jeśli chce zachować zachodni model bezpieczeństwa, to musi umieć go bronić także bez pełnego amerykańskiego zaangażowania.[8][14][5][7]
Jeżeli taki nowy sojusz europejski miałby kiedykolwiek powstać, jego fundamentami musiałyby być trzy elementy: francusko-brytyjskie odstraszanie nuklearne, regionalne bloki obronne w Europie Północnej i Środkowo-Wschodniej oraz gwałtowne zwiększenie europejskich zdolności produkcyjnych w przemyśle obronnym. Bez tego wszelka opowieść o strategicznej autonomii pozostanie tylko retoryką uprawianą przez polityków, którzy nadal liczą, że historię da się przeczekać.[13][10][11][12][14][7]
Do tej układanki trzeba dopisać jeszcze jedną sprawę zasadniczą: polska polityka obronna powinna zostać zracjonalizowana przez doświadczenie Ukrainy. Wojna pokazała, że nowoczesnego państwa nie obronią same prestiżowe i kosztowne platformy. O wyniku coraz częściej decydują zdolność do masowej produkcji dronów, umiejętność szybkiego wdrażania innowacji oraz budowa wielowarstwowej obrony przed zmasowanymi atakami dronów i rakiet.[16][17][18][19][20][15]
Ukraina stała się dziś najważniejszym laboratorium wojny przyszłości. Rozwinęła nie tylko masową produkcję systemów bezzałogowych, ale także praktykę użycia dronów przechwytujących, mobilnych środków obrony powietrznej krótkiego zasięgu, rozproszonych czujników i walki radioelektronicznej. Publiczne doniesienia pokazują, że ukraińskie zdolności w zakresie dostaw dronów przechwytujących i rozwoju małej obrony powietrznej szybko rosną, a eksperci opisują je jako rozwiązania światowej klasy.[18][20][21][16]
Dla Polski płynie z tego bardzo konkretny wniosek. Należy przesunąć część ciężaru modernizacji armii z logiki pojedynczych, bardzo drogich zakupów na logikę wojny przemysłowej, seryjnej i odpornej na wyczerpanie. Potrzebna jest masowa produkcja polskich dronów rozpoznawczych, uderzeniowych i przechwytujących, a zarazem budowa krajowych systemów obrony przed rojami dronów oraz zmasowanymi atakami rakietowymi na miasta, lotniska, porty, elektrownie i węzły transportowe.[17][22][23][15]
To nie jest techniczny dodatek do wielkiej strategii, lecz jej centralny element. Państwo położone na wschodniej flance Europy nie może zakładać, że każdą rakietę i każdego drona będzie strącało wyłącznie najdroższą amunicją importowaną z zagranicy. Musi mieć własny, gęsty, tani i skalowalny ekosystem obrony, oparty na krajowym przemyśle, szybkiej adaptacji i współpracy z ukraińskim know-how.[20][23][15][16][17]
W tym sensie Ukraina nie jest dla Polski tylko państwem, które należy wspierać. Jest również źródłem bezcennej wiedzy o tym, jak wygląda wojna, która może nadejść także do innych krajów Europy. Rozsądna polityka Warszawy powinna oznaczać nie tylko solidarność z Kijowem, ale i praktyczne wchłanianie ukraińskich doświadczeń do polskiego systemu obronnego, przemysłowego i szkoleniowego.[23][15][16][17]
Trump chce pokazywać Amerykę jako państwo brutalnie skuteczne. Pokazuje ją raczej jako mocarstwo zmęczone własną rolą i coraz mniej pewne sensu własnych zobowiązań. Europie odbiera wygodę, ale daje jej coś ważniejszego – przymus dojrzewania.[2][4][1][5][7][8]
Dla Polski ten przymus dojrzewania oznacza konieczność prowadzenia polityki podwójnej. Trzeba podtrzymywać więź z USA, ale nie wolno już uzależniać od niej całego myślenia strategicznego. Trzeba wzmacniać NATO, ale równocześnie budować europejskie i regionalne zabezpieczenia na wypadek osłabienia amerykańskiej wiarygodności. Trzeba kupować nowoczesną broń, ale równocześnie rozwijać masową produkcję dronów i systemów obrony antydronowej według lekcji ukraińskiej.[10][15][16][17][5][6][7][8]
Polska nie może być już tylko petentem czekającym na cudze gwarancje. Powinna stać się współarchitektem nowej europejskiej równowagi: opartej na regionalnych sojuszach, na francusko-brytyjskim parasolu odstraszania, na ukraińskim doświadczeniu wojennym i na własnym potencjale przemysłowym. W epoce trumpizmu to nie jest ambitny luksus. To jest zwykły obowiązek państwa, które chce przetrwać w świecie, gdzie stary porządek właśnie się kończy.[4][11][15][16][1][2][10]
⁂
- https://www.money.pl/gospodarka/donald-trump-wywrocil-stolik-nie-ma-powrotu-do-starego-porzadku-opinia-7286128803633184a.html
- https://www.money.pl/gospodarka/chcial-przywrocic-ameryce-wielkosc-przyspieszyl-schylek-jej-potegi-analiza-728623750969
- https://wiadomosci.onet.pl/swiat/donald-trump-niszczy-najwiekszy-atut-ameryki-ekonomista-z-harvardu-wskazuje/fhm9vw0
- https://www.money.pl/gospodarka/trump-zabral-europie-parasol-dzieki-temu-zaczelismy-myslec-o-plaszczu-opinia-7286106046195776a.htm
- https://www.bakerinstitute.org/research/us-policy-shifts-and-future-transatlantic-alliance
- https://www.nato.int/en/what-we-do/introduction-to-nato/collective-defence-and-article-5
- https://www.bloomberg.com/news/articles/2026-04-17/eu-to-test-nato-style-defense-guarantees-to-operate-without-us
- https://www.dw.com/en/europe-mulls-the-prospect-of-a-nato-without-the-us/a-76682522
- https://moderndiplomacy.eu/2026/04/13/article-42-7-vs-article-5-europes-quiet-contingency-for-a-post-nato-world/
- https://eng.lsm.lv/article/society/defence/17.02.2026-baltics-nordics-poland-and-ukraine-are-europes-shield.a635056/
- https://www.bruegel.org/first-glance/europe-should-build-frances-nuclear-deterrent-extension-offer
- https://www.armscontrol.org/act/2026-03/news/france-increase-nuclear-force-and-european-nuclear-cooperation
- https://www.bbc.com/news/articles/cj4zlnezrl7o
- https://www.chathamhouse.org/2026/03/macrons-nuclear-weapons-offer-europe-gaullist-policy-updated-more-unstable-world
- https://www.pravda.com.ua/eng/news/2026/04/28/8032224/
- https://cepa.org/article/ukraines-air-defenses-world-class-and-improving/
- https://www.aerotime.aero/articles/poland-drone-armada-ukraine-knowhow-rzeszow
- https://militarnyi.com/en/news/ukrainian-defense-forces-receive-twice-as-many-interceptor-drones-in-2026-as-in-all-of-2025/
- https://www.reuters.com/business/aerospace-defense/ukraine-missile-maker-targets-game-changer-air-defence-system-by-2027-2026-04-06/
- https://www.newgeopolitics.org/2026/03/11/ukraines-small-air-defense-revolution-and-why-america-should-be-paying-attention/
- https://euromaidanpress.com/2026/01/26/ukraine-aims-to-build-7-million-drones-in-2026-70-times-more-than-the-us/
- https://www.theatlantic.com/national-security/2026/03/WHO-needs-tanks-age-drones/686540/
- https://notesfrompoland.com/2026/04/27/poland-announces-plans-for-drone-armada-to-be-developed-with-ukrainian-expertise/
Sławek

Tylko ktoś kto ma nos wtulony między pośladki Trumpa, jak nasza patoprawica nie widzi tego co widzi już coraz więcej państw.
https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/usa-debatuja-nad-stanem-zdrowia-donalda-trumpa-lekarze-zadaja-badan/mfvdww3,79cfc278?utm_source=livebar&utm_campaign=newsy_sg
Najgorsze, ze Trump nie jest ani pierwszym, ano jedynym człowiekiem „zachwianym”, którego wybrano do sprawowania władzy. Co nas czeka gdyby ci „pośladkowcy” objęli w Polsce władzę? Przecież nie jest to wykluczone. Uznaliby zwiększanie własnego potencjału obronnego za „politykę antyamerykańską”? Tak, bo to mówią.
A to już dotyka skóry każdego z nas, więc uważajmy co robimy.
To wszystko prawda – rozważna, spokojna… Tyle, że mało użyteczna – dla prezydenta, który nie wie o wycofywaniu wojsk amerykańskich z Polski, a szef BBN winą o to obarcza rząd… Dla rządu, którego ministrowie tłumaczą ruch Amerykanów, jakby się czuli za niego odpowiedzialni… Dla szefie sztab gen., który przez dobę zataja przed ministrem obrony wiadomość o wycofaniu… Dla opozycji, która zachowuje się gorzej niż komuniści wobec naszego ówczesnego sojusznika.. I tak dalej, i dalej… Okrzyki w polskim sejmie po zwycięstwie amerykańskiego paranoika to oczywisty wyraz braku politycznego rozumu… Jednak pojawił się 'promyk słońca’ (jak w greckiej tragedii): na pytanie Radia Zet: czy Ameryka jest w stanie przyjść nam z pomocą w razie wojny z Rosją? 70% respondentów odpowiedziało – Nie!
Nie potrafię znaleźć kontaktu do Redakcji, więc tu zamieszczam uwagę techniczną: W tym artykule linki do literatury, np. [11], nie działają.
Ten felieton jest sprawny retorycznie i momentami całkiem trafny, ale brakuje mu jednej rzeczy fundamentalnej: poczucia kosztu i skali alternatywy.
Autor bardzo dobrze opisuje kryzys zaufania wobec USA, trumpowski transakcjonizm i europejskie przebudzenie strategiczne. Problem w tym, że tekst momentami brzmi tak, jakby wystarczyło „bardziej chcieć Europy”, zrobić kilka paneli eksperckich w Brukseli, dokupić drony i już mamy nowy ład bezpieczeństwa. A rzeczywistość jest niestety mniej romantyczna niż powerpointy think tanków finansowane z cateringu i grantów.
Felietonowi brakuje przede wszystkim:
1. Realizmu politycznego wobec Europy
Autor zakłada, że Europa może stosunkowo szybko stać się samodzielnym biegunem bezpieczeństwa. Tyle że Europa:
nie ma wspólnej kultury strategicznej,
ma rozbieżne interesy,
ma gigantyczne różnice w gotowości do ryzyka,
i od dekad delegowała brutalną część geopolityki do USA.
Francja myśli inaczej niż Polska. Niemcy inaczej niż Rumunia. Turcja w ogóle siedzi przy stole tylko częściowo, jedną nogą już w osobnym pokoju, gdzie handluje wpływami z każdym po kolei jak bazarowy sułtan NATO. To nie jest detal — to sedno problemu.
Felieton mówi o „europejskim parasolu”, ale nie odpowiada na pytanie:
kto naprawdę umrze za Tallin albo Białystok bez Amerykanów w tle?
To jest brutalne pytanie, ale właśnie jego brakuje.
2. Niedocenienia skali amerykańskiej przewagi
Tekst trochę sugeruje, że USA są już prawie schodzącym imperium, a Europa może wejść w lukę. Tymczasem:
amerykański wywiad,
logistyka,
satelity,
projekcja siły,
przemysł wojskowy,
dominacja dolara,
kontrola technologii,
i zdolność koordynacji sojuszy
— nadal są na poziomie, którego Europa nawet nie zaczęła budować samodzielnie.
To trochę jakby ktoś powiedział:
„Mój stary samochód się psuje, więc chyba zbuduję własny myśliwiec piątej generacji.”
No powodzenia, Grzegorzu z Opola. Trzymam kciuki za lutownicę.
3. Brakuje refleksji nad źródłem trumpizmu
To chyba największa luka.
Autor opisuje Trumpa głównie jako problem, ale nie analizuje:
dlaczego połowa Ameryki uznała trumpizm za racjonalną odpowiedź na rzeczywistość?
Bez tego tekst jest trochę elitarny i jednostronny. Bo trumpizm nie pojawił się z kosmosu:
wojny bez końca,
deindustrializacja,
kryzys klasy średniej,
poczucie zdrady elit,
koszty globalizacji,
zmęczenie rolą „policjanta świata”.
To wszystko jest prawdziwe, nawet jeśli Trump często proponuje odpowiedzi chaotyczne albo destrukcyjne.
Felieton chce pokazać skutki trumpizmu, ale nie chce naprawdę wejść w jego społeczne przyczyny. Trochę jak lekarz opisujący gorączkę bez pytania o infekcję. Bardzo elegancki stetoskop, diagnoza już mniej kompletna.
4. Za mało o ekonomii wojny
Autor słusznie mówi o dronach, produkcji i Ukrainie, ale brakuje twardego pytania:
kto za to zapłaci i kosztem czego?
Bo Europa jednocześnie:
starzeje się,
ma kryzys energetyczny,
ma ogromne państwa opiekuńcze,
niską dynamikę gospodarczą,
i społeczeństwa raczej niegotowe na wyrzeczenia militarne.
Budowa realnej autonomii strategicznej oznaczałaby:
wyższe podatki,
cięcia socjalne,
militaryzację przemysłu,
częściowe odejście od komfortowego modelu życia.
A tego w felietonie prawie nie ma. Jest geopolityka, ale bez rachunku ekonomicznego. Czyli klasyczny europejski sport intelektualny.
5. Za dużo pewności tonu
Tekst jest bardzo stanowczy. Może nawet za bardzo.
Najciekawsze byłoby pokazanie napięcia:
Trump osłabia zaufanie do USA,
ALE jednocześnie Europa nadal dramatycznie potrzebuje USA,
a alternatywy są częściowe, drogie i politycznie kruche.
Tego tragicznego paradoksu tam brakuje. Autor chwilami pisze tak, jakby historia już wydała wyrok. A geopolityka zwykle uwielbia upokarzać ludzi zbyt pewnych własnych syntez. Taka jej toksyczna pasja.