01.06.2026
Tak, wiele sobie po tym pontyfikacie obiecywałem. Szczególnie zwycięskie potyczki z groteskowym i coraz bardziej nieodpowiedzialnym przywódcą USA i jego równie niebezpieczną administracją z wiceprezydentem JD Vancem na czele napełniały mnie nadzieją, że w Watykanie pojawiła się postać zdolna zrównoważyć szkody jakie powoduje polityka amerykańska. Stąd moje nadzieje związane z zapowiadaną i hucznie zaprezentowaną 25.05.2026 roku pierwszą encykliką amerykańskiego papieża. Tym większe jest moje rozczarowanie dokumentem, który uważnie przeczytałem. Wsłuchałem się też głosy go prezentujące jak i w dziesiątki, przeważnie pozytywnych a nawet entuzjastycznych komentarzy. Nie odnalazłem się w żadnym z nich.
Tak więc, nie podzielam tego zachwytu, nie rozumiem też jego źródła, a wyraz mojej frustracji wyraziłem w eseju opublikowanym na łamach Okopress (https://oko.press/lektura-encykliki-magnifica-humanitas-nuzaca-i-rozczarowujaca-obirek). To długi tekst i pewnie nie wszyscy mają cierpliwość go przeczytać, a poza tym niektórzy mogą mieć utrudniony do niego dostęp. Pozwalam wiec sobie w kilku zdaniach wyłożyć źródła mojej frustracji.
Po pierwsze tekst pierwszej encykliki Leona XIV Magnifica Humanitas jest powrotem do watykańskiej nowomowy, która dla osób postronnych i nieobznajmionych z tym żargonem jest nie tylko nużąca, ale i mało zrozumiała.
Po drugie, choć to mało widoczne na pierwszy rzut oka, jest to powrót do konserwatywnej i ekskluzywistycznej teologii Wojtyły i Ratzingera, tak jakby po drodze nie wydarzył się rewolucyjny w wielu wymiarach pontyfikat Bergoglio.
Po trzecie wreszcie, tytułowe wspaniałe człowieczeństwo dotyczy jedynie chrześcijan (najlepiej katolików), którzy odkryli jak to wspaniale uwierzyć w Jezusa Chrystusa jedynego zbawiciela. Nie jest to zbyt przyjazne wobec wyznawców innych religii, o ateistach nie wspominając. Prawdopodobnie również teologowie, którzy się w tym religijnym ekskluzywizmie nie odnajdują, zaczną mieć kłopoty, jak to było za pontyfikatu polskiego i niemieckiego papieża
Już tylko te trzy powody sprawiają, że nie jest to tekst wart uwagi, bo, jak mawiał mój stary profesor z polonistyki na UJ, jest to młócenie dawno wymłóconej słomy.


Z prawdziwą przyjemnością przeczytałem felieton pana Stanisława Obirka poświęcony pierwszej encyklice Leona XIV. Przyjemnością podwójną, bo rzadko zdarza się sytuacja, w której dwóch autorów pisze niemal równocześnie o tym samym dokumencie, a dochodzi do tak odmiennych wniosków.
To zresztą jeden z powodów, dla których lubię publiczne rozmowy prowadzone w formie osobnych felietonów. Nie trzeba się przekrzykiwać. Nie trzeba wygrywać. Wystarczy myśleć. A to dzisiaj staje się zajęciem niemal równie egzotycznym jak pisanie listów odręcznie.
Profesor Obirek odczytał encyklikę przede wszystkim jako dokument kościelny. I właśnie dlatego jego rozczarowanie jest tak wyraźne. Dostrzega w niej powrót do języka, teologii i sposobu myślenia, które jego zdaniem należą bardziej do czasów Wojtyły i Ratzingera niż do epoki Franciszka.
Ja czytałem ten sam tekst nieco inaczej.
Mniej interesowało mnie to, czy Leon XIV jest bardziej kontynuatorem jednego papieża czy drugiego. Bardziej interesowało mnie pytanie, dlaczego Kościół postanowił zabrać głos właśnie teraz i właśnie na temat sztucznej inteligencji.
Być może dlatego w moim odbiorze centrum encykliki nie stanowi sam Kościół, lecz człowiek. Człowiek, który coraz częściej rozmawia z ekranem zamiast z drugim człowiekiem. Człowiek, który ufa algorytmom bardziej niż własnemu osądowi. Człowiek, który od wieków szuka kogoś, komu mógłby przekazać odpowiedzialność za swoje życie. Dawniej byli to królowie, później ideologie, dzisiaj coraz częściej technologie.
Tam, gdzie profesor Obirek widzi przede wszystkim problem religijnego ekskluzywizmu, ja dostrzegam próbę zmierzenia się z nową formą ludzkiej zależności. Tam, gdzie on widzi powrót do starej teologii, ja widzę ostrzeżenie przed nową odmianą starej pokusy – pokusy stworzenia sobie kolejnego zbawcy.
Paradoksalnie jednak nasze teksty mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Obaj jesteśmy bowiem rozczarowani.
Profesor Obirek uważa, że Leon XIV nie poszedł wystarczająco daleko w stronę otwarcia Kościoła. Ja mam poczucie, że nie poszedł wystarczająco daleko w diagnozie cywilizacyjnego kryzysu, który wywołują nowe technologie.
Obaj oczekiwaliśmy większej odwagi. Tyle że każdy z nas szukał jej w innym miejscu.
I może właśnie dlatego warto było przeczytać oba teksty obok siebie, bo encyklika Leona XIV okazała się czymś więcej niż dokumentem religijnym. Stała się lustrem, w którym każdy z nas zobaczył własne pytania.
Profesor Obirek pyta o przyszłość Kościoła. Ja pytam o przyszłość człowieka.
Nie jestem pewien, które z tych pytań jest ważniejsze. Mam natomiast pewność, że dobrze jest móc o nich rozmawiać. Zwłaszcza z rozmówcą tak wymagającym i konsekwentnym jak Stanisław Obirek.
W czasach, gdy większość sporów przypomina walkę dwóch ludzi uzbrojonych w megafony, możliwość prowadzenia spokojnej wymiany argumentów jest wartością samą w sobie.
Nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, gdy dochodzimy do różnych wniosków po lekturze dokładnie tego samego tekstu.