2015-01-04.
Byłem wtedy małym chłopcem. Jechałem z ciotką tramwajem w Krakowie. Ciotka pokazała mi czerwony budynek wśród drzew i powiedziała, że to jest Uniwersytet Jagielloński. Budynek wydał mi się niezwykle dostojny. Przybytek nauki. I od tej chwili stał się dla mnie czymś w rodzaju życiowego ideału.[…]
DŁUGA DROGA
Wszystko zaczęło się od edukacyjnego boomu na przełomie XII i XIII w. Około roku 1100 typowa szkoła miejska składała się z jednego nauczyciela (magistra) i kilku uczniów. Bywało, że do miasta przybywał nauczyciel. Jeżeli był bardziej znany lub lepiej się reklamował, gromadził wokół siebie uczniów. Sam musiał znaleźć miejsce, w którym mógłby uczyć. Niektóre szkoły – czy raczej „prywatne lekcje” – zaczęły przyciągać więcej uczniów. Proces był spontaniczny i dlatego pozostał nieudokumentowany.
Między rokiem 1190 a 1209 w Oksfordzie uczyło już ponad siedemdziesięciu magistrów. Gdy zaczęły się rodzić napięcia i społeczne problemy – niekiedy dochodziło nawet do rękoczynów między żakami a mieszczanami – zrodziła się potrzeba organizacji. Wzorem stały się miejskie cechy. […]
Podział na późniejsze wydziały wymusiła konieczność. Przygotowaniem do dalszych studiów stały się artes liberales – sztuki wyzwolone. Dawały one coś w rodzaju ogólnego wykształcenia i bardzo wielu studentów na nich kończyło swoją edukację. Pozostałe trzy wydziały pozostawały w związku z trzema zawodami, które były ważne dla społeczeństwa: medycyna, prawo, teologia. [..]
Edukacja i badania nigdy nie były identyczne, ale dziś coraz wyraźniej oddzielają się od siebie. Organizacyjne struktury uniwersytetu uległy daleko idącej ewolucji, zmieniły się strategie i zapotrzebowania.
Rodzi się niepokojące pytanie: czy nie za bardzo odeszliśmy od założycielskiej idei?
SZTUKI WYZWOLONE
Wspomniałem, że artes liberales stanowiły warunek konieczny do studiów na pozostałych wydziałach. Były sztukami wyzwolonymi nie tylko dlatego, że zwalniały z pańszczyzny, jeżeli ktoś jej dotychczas podlegał, ale również dlatego, że dawały swoistą wolność ducha. Otwierały drzwi do świata kultury. Dziś podobną funkcję mają spełniać studia średnie zwieńczone maturą. Ale nie spełniają.
Ponad pół wieku pracuję w zawodzie nauczyciela akademickiego (tak to się obecnie nazywa) i bez wahania stwierdzam, że po każdej reformie podstawowego i średniego nauczania otrzymywaliśmy na pierwszy rok studiów uniwersyteckich gorzej przygotowanych studentów. Nie pomimo reform, lecz z ich powodu. Bo przecież jeżeli nauczanie ma być coraz bardziej dostępne, to trzeba dostosować wymagania do średniego (a więc coraz niższego) poziomu.
I zapewne tak właśnie powinno być: to dobrze, jeżeli coraz większy procent populacji będzie znać alfabet i cztery działania. Tylko że ja od mojego studenta na pierwszym roku wymagam czegoś więcej. Niewiele, ale jednak więcej. Chcę, żeby znał język polski na poziomie podstawowym: żeby potrafił przeczytać polski tekst ze zrozumieniem, żeby potrafił napisać pracę seminaryjną poprawnym językiem i bez błędów ortograficznych. A gdyby od czasu do czasu sięgnął po jakąś książkę dla własnej przyjemności, to już byłby prawdziwy luksus. […]
Kardynał Newman w swojej znanej książce o idei uniwersytetu wymagał, by na poziomie przygotowawczym uczono gramatyki i matematyki. Moje postulaty sprowadzają się w gruncie rzeczy do tego samego, tyle że są wysłowione w postaci bardziej nawiązującej do obecnych realiów. Naprawdę nie żądam wiele. Gdy czytając pracę magisterską, nie muszę poprawiać ortografii i stylu, staram się zapamiętać studenta jako takiego, który rokuje nadzieje. A to przecież powinno być normą, poziomem zero, od którego się startuje.
Ale jest jeszcze jeden postulat. Przystępując do studiów na wydziale artes liberales, kandydat musiał przejść wstępne stadium edukacji: u opłacanego nauczyciela, w szkole parafialnej lub bezpośrednio u proboszcza. Tam musiał opanować łacinę, i w mowie, i w piśmie. Łacina była językiem nauki i na wydziale artes liberales wszystko, od pierwszych zajęć, odbywało się po łacinie. Dzisiejszą łaciną jest język angielski – czy nam się to podoba, czy nie. Studenci rozumieją to lepiej niż programy nauczania dla szkół średnich i podczas studiów zdobywają się na wiele wymagających samozaparcia wysiłków, by ten język opanować w miarę biegle. I są tego rezultaty. […]
Jak zapewnić studentom normalny (tzn. z dobrym przygotowaniem) start w studiach uniwersyteckich? Sposób taki już dawno wynaleźli Amerykanie. Tamtejszy system dwuletnich college’ów pomiędzy szkołą średnią a właściwymi studiami uniwersyteckimi ma w gruncie rzeczy wyrównać niedostatki high school. Gdy podczas jakiejś dyskusji w Polsce rzuciłem ten pomysł, usłyszałem w odpowiedzi, że wprowadzony u nas system licencjatów ma właśnie spełniać taką rolę. Grube nieporozumienie! System licencjatów ma za zadanie upowszechnić wyższe wykształcenie. W istocie nie wyższe, lecz jedynie półwyższe, i upowszechnić, czyli obniżyć poziom. Natomiast nam, nauczycielom akademickim, chodzi o to, żebyśmy mogli z czystym sumieniem zakładać, że nasz student zna język polski i potrafi poprawnie formułować swoje myśli.
FIZYKA ADMINISTRACYJNA
Uniwersytety powstały na zasadach wysoce demokratycznych. Nigdy potem takiego stopnia demokracji w nauczaniu nie udało się osiągnąć. Struktury uniwersyteckie narodziły się z wolnych kooperacji studentów i uczących. Bardzo często to właśnie kooperacje studenckie wyłaniały spośród swoich członków „władze”, które pilnowały wspólnych interesów i zarządzały całością. Co więcej, różnica między studentami a magistrami nie była ostra. Niejednokrotnie magister na Wydziale Artium był studentem na Wydziale Teologii.
Z czasem jednak życie okazywało się silniejsze od tendencji demokratycznych i wymuszało coraz sztywniejsze struktury organizacyjne. Władcy różnego kalibru: papieże, królowie, lokalni biskupi – szybko zrozumieli doniosłość uniwersytetów (prestiż też jest wartością polityczną) i stawali się ich protektorami, a to powodowało edykty, dotacje i przywileje. Pewien stopień biurokracji stał się nieunikniony.
Sama nauka, ze swej istoty, nie jest demokratyczna: jedni pobierają naukę, drudzy uczą, jedni są zdolniejsi, inni mniej. Znaczny procent pobierających naukę eliminuje się niemal automatycznie. Nauka jest elitarna i jeżeli się o tym zapomina, droga do bylejakości staje otworem. […]
Jak uczy historia, różnie z tym bywa. Jest to ogromny temat, który trzeba odłożyć na inną okazję. Tu chciałbym poruszyć tylko jedno zagrożenie demokracji – nadmierną biurokrację.
Wszyscy widzą nonsens dziejący się pod tym względem na naszych uniwersytetach i w instytutach badawczych. I wszyscy pozwalają się wciągnąć w ten wsysający lej. Nie da się procesu nauczania i badania zamienić na klikanie w odpowiednie rubryki na ekranie komputera.
Przed laty dziennikarz zapytał prof. Henryka Niewodniczańskiego, czym się obecnie zajmuje. Profesor odpowiedział, że „fizyką administracyjną”. Ale to były dobre czasy, kiedy jeszcze nie używano komputera do produkowania niewyobrażalnej liczby formularzy (w których nierzadko na datę urodzenia przewidziano trzy linijki, a na temat pracy naukowej miejsce, w którym z trudem można zmieścić siedem liter). Ale porzućmy to zbyt łatwe, bo oczywiste utyskiwanie. Problem ma bowiem składową filozoficzną.
Na portalu w Collegium Maius UJ znajduje się napis: Plus ratio quam vis. Są to słowa rzymskiego poety z I w. przed Chrystusem, Caiusa Corneliusa Gallusa, które Uniwersytet Jagielloński przyjął jako swoją dewizę: „Bardziej rozum niż siła”. Na dłuższą metę siła zawsze przegrywa z racjami rozumowymi, ale doraźnie przemoc może zamknąć usta racjom. Najniebezpieczniejsza pod tym względem jest inercja, czyli siła bezwładności: „tak jest i nic nie da się zrobić”.
Taką siłę wywiera biurokracja. Nie „obsługa administracyjna” czy „administrowanie nauką” – to zabiegi konieczne i pożyteczne. Biurokracja ma miejsce wtedy, gdy mamy do czynienia z przerostem administracyjnym. Granica między administracją a biurokracją jest oczywiście płynna, ale w przypadku naszych uniwersytetów i instytutów badawczych wszelkie granice zostały już dawno przekroczone.
Tradycyjnym przywilejem uniwersytetów – ale przywilejem wyrastającym niejako z ich istoty – jest wolność uniwersytecka. Nawet władza państwowa ma ograniczony wstęp na teren uniwersytetu. Biurokracja jest bardzo zdradliwym zagrożeniem tej wolności. Ona nie musi wkraczać na teren uniwersytetu; ona tam po prostu jest i działa od wewnątrz. Jej zdradliwość polega na tym, że udaje, iż wspiera działalność naukową, a w istocie paraliżuje ją, zamieniając pracę badawczą i dydaktyczną na produkowanie papierów, które napędzają cały proces.
***
Z nostalgią patrzymy na średniowieczne uniwersytety z ich wspólnotą uczących się i magistrów, z ich przywilejami i estymą społeczną, z wielkimi Mistrzami przyciągającymi rzesze studentów z różnych krajów. Oczywiście idealizujemy ten obraz. […]
Musimy jednak strzec tego dziedzictwa. Cieszymy się, że wyższe wykształcenie obejmuje dziś coraz szersze warstwy społeczeństwa, i chcemy ten proces popierać, ale nie wolno nam zamieniać wyższych uczelni w zakłady produkujące rzesze niedouczonych absolwentów, których dyplomy nie mają pokrycia w ich wiedzy. Wyrządza się w ten sposób krzywdę i tym młodym ludziom, i społeczeństwu.
Warto pamiętać anegdotę o dyktatorze, który chcąc podnieść poziom wykształcenia w swoim państwie, wszystkim obywatelom powyżej osiemnastego roku życia nadał tytuł doktora. Nauka jest demokratyczna, bo powinna być dostępna dla wszystkich, ale jest również elitarna, bo wymaga od swoich adeptów zdolności i pracy znacznie ponad przeciętną miarę. Twórzmy więc na uniwersytetach dla tych, którzy się wybijają, warunki do rozwijania ich możliwości: elitarne kierunki, systemy promocji, specjalne zespoły badawcze. Inwestycja w elitarność nie sprzeciwia się upowszechnianiu wykształcenia. Wyższy poziom intelektualny jest zaraźliwy, poprzez tworzenie środowiska przenosi się na innych i bardzo szybko wydaje owoce.
Jesienią 1491 r. przybył do Krakowa z odległego Torunia Mikołaj Kopernik wraz ze swoim starszym bratem Andrzejem. Mikołaj miał wówczas 18 lat i pozostał w Krakowie cztery lata. Uniwersytet Krakowski (tak się wówczas nazywał) przeżywał okres rozkwitu. Był on pierwszym uniwersytetem w Europie, który w 1406 r. otworzył katedry matematyki i astronomii. Niemiecki historyk Hartman Schedel w swojej „Kronice Świata” (wydanej w Norymberdze w 1493 r.) pisał: „[w Krakowie] przy kościele św. Anny znajduje się głośny z bardzo wielu sławnych i uczonych mężów uniwersytet, w którym uprawiane są wszelkie umiejętności (…) Najbardziej kwitnie tam astronomia, a pod tym względem, jak wiem od wielu osób, w całych Niemczech nie ma szkoły sławniejszej”.
To jest właśnie idea uniwersytetu: uczyć, rozwijać naukę, służyć ludzkości w poznawaniu prawdy. Czy można zatrzymać gwiazdy i planety w ich biegu? Na tej uczelni studiował ktoś, kto tego dokonał: zatrzymał Słońce i poruszył Ziemię. Tak potężna jest Idea Uniwersytetu. Nie pozwólmy zamienić jej na zbiór przepisów.
Ks. MICHAŁ HELLER
jest kosmologiem i filozofem, laureatem Nagrody Templetona, przyznawanej za pokonywanie barier między nauką a religią.
Stały współpracownik „TP”, autor ponad 30 książek – w tym opublikowanych ostatnio przez Znak „Kosmicznych rekolekcji”.
Tekst publikowany za portalem Onet.pl, gdzie znajduje się cały artykuł bez skrótów. Wytłuszczenia i skrót – redakcja „Studia Opinii”


Pracowałem w życiu na kilku”ujotach”. Rozstałem się z tym jeszcze dość młodo, ale już wtedy zaświtało mi, i do tej pory jestem zdania że:
Brakuje na każdej z tych „uczelni” urzędu trefnisia, który wyposażony w „Narrenfreiheit” miałby przywilej krytykowania i wyśmiewania wszystkich bez wyjątku przedsięwzięć kolegów. Zarówno administracyjnych, jak naukowych. Zdaję sobie sprawę, że trudno będzie znaleźć kandydatów spełniających warunki, ale warto spróbować.
„… niemało cierpiał, niemało
żeśmy byli winni sami…”
Tak się śpiewa akurat w tym okresie w jednej z kolęd.
Kiedy uniwersytet finansowany był przez władcę, mógł on nie wnikać w szczegóły. Kiedy uniwersytet finansuje lud pracujący miast i wsi, automatycznie włącza się system nieufności wszystkich wobec wszystkich, w Polsce dopracowany do stopnia doskonałego, a panująca dziś powszechnie ekonomia absurdu każe sprawdzać „efekty” badań naukowych nawet w dziedzinach, w których nie da się ich położyć na stole, zmierzyć i zważyć. Jak to się nie da?! Ależ trzeba koniecznie!
No, jak trzeba to trzeba…
I tak, jak prof. Heller mówi, wszyscy dają się w to wciągać, nie widząc wyjścia.
@A. Goryński, ja już próbowałem na jednej uczelni zgłosić wniosek, by uposażenie profesora historii zależało od tego, ilu nowych królów Polski odkrył. Nikt się nie śmiał 🙁
@A. Goryński
Trefnisi -trefnisiów ci w Polsce jest pod dostatkiem i nie tylko na „ujotach”.
A to szefa skrytykują,urodę posłanki wyśmieją,z wiary bliźniego swego zakpią.
@Jerzy Łukaszewski
„Rozwiąż przypadkiem prawidłowo trzy zagadki pod rząd a zyskasz opinię eksperta.”- L.Peter.
Marian, marudzisz. Trzeba odróżniać głupią błazenadę od niezapomnianych, mimo wieków oddalenia, akcji Stańczyka. Zaś
na poziomie studenckim zawsze pożyteczna jest chociażby konfrontacja mejnstrimu z para- i pseudonauką. Jako szczepionka. Natomiast mój ojciec (J.Goryński) mawiał: Jeśli się na czymś nie znam, mogę na ten temat napisać książkę. Wtedy zyskam opinię eksperta. Nie robił tego, bo już był w pierwszej dziesiątce ekspertów ONZ w paru dziedzinach. Niektórzy tak mogą.
15.listopada, w PRII, w rozmowie w Klubie Ludzi Ciekawych Wszystkiego Ks.Profesor dałbył wskazówkę dlaczego jest jak jest. Otóż, wg Ks.Profesora winna jest natura, a ściślej nasz leniwy mózg. Każda bowiem czynność myślenia pochłania zasoby energetyczne organizmu. Broniąc się przed jej stratami mózg „broni” się przed zbyt intensywnym wysiłkiem, tj. myśleniem. Zapotrzebowanie energetyczne jest spore, bo ok. 20% całej energii wytwarzanej przez procesy metabolizmu. Wniosek wysnuli już nasi ojcowie: myślenie boli. A skoro tak, to po co zadawać sobie ból? Można wszak przez życie przejść bezboleśnie. Zostając, na ten przykład urzędnikiem oświatowym, można zrobić coś dobrego dla społeczeństwa, np. oszczędzić cierpień i bólu reformując odpowiednio system edukacji. I o to chodzi, aby obywatele zdrowi byli i głowy ich nie bolały. Dla takich, co to ich pomimo wszystko głowy bolą miejsca w naszej Najjaśniejszej Urzędniczej nie ma. Niech się zabierają stąd do USA, albo innej Brytfanii.
Pozdrawiam
i między innymi dlatego potrzebny nam jest na uniwersytetach odpowiedni mix badań podstawowych i zastosowawczych, przy czym drugie powinny utrzymywać część pierwszych, zdając sobie sprawę, że nie powinny próbować ich pochłonąć.
Dwuletnie studia dostosowawcze w Stanach ? chodzi może o community colleges przyznające tzw. associated degrees po dwóch latach ? czy raczej o rok zerowy (płatny, wolny słuchacz) organizowany przez uniwersytety ?, te pierwsze to w części edukacja zawodowa dorosłych przy czym istotnie niektóre przedmioty uniwersyteckie można tam podciągnąć a przy dostatecznie dobrym stopniu tzw. kredyt przepisać w poczet przyszłych studiów uniwersyteckich przenosząc się na uniwersytet. Wydaje mi się, że to istotnie sposoby na dość niski poziom niektórych amerykańskich szkół średnich, tak zresztą jak Pan pisze, jednak o niewielkim znaczeniu w przekroju rynku edukacji.
System licencjatów nie ma za zadanie obniżyć poziomu edukacji lecz rozdzielić część studiów wyższych, które mogą adekwatnie do potrzeb rynku przygotowywać zawodowo od wtedy możliwie bardziej specjalizowanych studiów magisterskich i doktorskich. Sądzę, że to rozsądne.
@PK, mała uwaga: system licencjacki nie sprawdza się jednako na wszystkich kierunkach. W efekcie produkuje się rzeszę nikomu niepotrzebnych, niedouczonych absolwentów, na poziom których potem narzekają ci sami, co ich kształcili. Sprawdzone w praktyce.
Może nie jest aż tak źle, jak ks.Prof. Heller pisze. Biurokracja i niedouczoność pleni się w chyba całym świecie. Może dobrze mieć masę niedouczonych, bo z pośród wielu łatwiej wyrośnie ktoś wybitny, jeśli potem sam się douczy. W końcu uczelnie i w PRL-u wydały, mimo wszystko, wielu wybitnych postaci, którzy ostatnio się tragicznie wykruszają. Ważne,by rozbudzić głód wiedzy i sukcesu. Chęć dokonań „rewolucyjnych” w każdej dziedzinie jest cechą zwycięzców, nawet tych, którzy rewolucji nie akceptują. No i mamy to, co mamy. Konserwatyzm ma więc wiele zalet. Autor niniejszego uważa się za niedouczonego, szkoła i uczelnia dała jednak wskazówki, czego i gdzie szukać.