Dawno temu Majka Jeżowska śpiewała: „Wszystkie dzieci nasze są…”. Hasło bardzo piękne, i łatwo akceptowalne, jeżeli mamy na myśli to, żeby żadne dziecko nie było głodne, żeby każde miało dostęp do lekarza, do wakacji, czy do edukacji. Problem zaczyna się wtedy gdy myślimy, jak ta edukacja ma wyglądać, i jak powinny wyglądać relacje pomiędzy rodzicami a nauczycielami.
Wyobraźmy sobie, że rodzice opowiadają dziecku, że Ziemia jest płaska, że pluskwy rodzą się z brudu, albo, że elektrony krążą wokół jąder atomowych. Czy nauczyciele mają prawo wyprowadzać dziecko z błędu i podawać argumenty, że Ziemia jest kulista, że pluskwy rozmnażają się tak samo, jak większość stworzeń, a elektrony nie są małymi kuleczkami, tylko są falowo rozciągnięte w czasoprzestrzeni prawdopobieństwa, że tam one (te elektrony) są?
Każdy się pewnie zgodzi, że nauczyciele powinni starać się przedstawiać świat fizyczno-biologiczny według najnowszej wiedzy na dany temat, nawet jeżeli rodzice uważają inaczej.
Co ma zrobić jednak nauczyciel, kiedy jedno dziecko w domu słyszy, że Polacy ratowali Żydów w czasie wojny, a drugie, że Polacy masowo donosili, bogacąc się na eksterminacji żydowskich sąsiadów? Albo, co ma zrobić nauczyciel, kiedy jedno dziecko słyszy od rodziców, że w 1939 roku trzeba było razem z Niemcami bić bolszewika, drugie, że wręcz przeciwnie- trzeba było sprzymierzyć się ze Stalinem, a trzecie, że najlepszym wyjściem był sojusz z Anglią i Francją.
Nierzetelny nauczyciel historii opowie się za wersją, która mu odpowiada. Rzetelny nauczyciel przedstawi różne wersje, zalecając, żeby uczniowie dalej już sami czytali różne książki i opracowania, wyrabiając własne zdanie na dany temat.
Podsumowując, dajemy prawo, a nawet nakładamy na nauczycieli obowiązek, aby uczyli dzieci samodzielnego myślenia na podstawie faktów i logicznego ich kojarzenia.
Dlaczego więc, kiedy dzieci w domu słyszą, na przykład, że „Dobry i wszechmocny Bóg zesłał swojego Syna (urodzonego przez Dziewicę), żeby przez ukrzyżowanie zbawił świat”, albo, że „Dziesięć przykazań zostało przekazane Mojżeszowi przez Boga na górze Synaj”, to Szkoła nie przedstawia absurdalności takich stwierdzeń? Co gorsza, jeszcze dopuszcza do lekcji religii, gdzie nie ma miejsca na myślenie, a jest tylko indoktrynacja.
Mam bardzo wielu Znajomych, którzy co prawda są ateistami, ale uważają, że religia pomaga wielu osobom odnaleźć swoje miejsce w świecie, że odebranie różnym Babciom sensu klepania pacierzy i nadziei na życie wieczne, byłoby wręcz niemoralne. Może byłoby, może nie, ale mi chodzi nie o Babcie (chociaż One też powinny nasze być!), tylko o Dzieci.
Postawmy sobie pytanie, czy karmiąc Je mitologicznymi makabrami wyrządzamy Im krzywdę, czy wręcz przeciwnie? Czy chcemy, aby nasze Dzieci umiały stawiać pytania, czy raczej chcemy, aby powtarzały za nami gotowe odpowiedzi?
Tekst powyższy powstał przed zamachem we Francji. Wydarzenie to bardzo mnie poruszyło, bo identyfikuję się ze Wszystkimi, którzy na wesoło chcą nam nasz świat zilustrować. Po zamachu pojawiła się olbrzymia ilość komentarzy i recept, co zrobić, aby spirala nienawiści religijnej (albo tylko werbalizowanej za pomocą religii) się nie rozkręcała?
Moja recepta jest prosta, aczkolwiek nie natychmiastowa:
PRZESTAŃMY SIĘ BAĆ DYSKUSJI O PODSTAWACH RELIGII (KAŻDEJ) W MEDIACH I SZKOLE.
Gdyby zamachowcy z Paryża spotkali we francuskiej szkole nauczyciela, który nie ex-cathedra przedstawia absurdalności religijne, tylko naprowadza uczniów, aby sami to wymyślili, to może tego zamachu by nie było.
Niestety, czy to w Polsce, czy we Francji, nauczyciel robi wszystko, aby spraw religijnych nie omawiać, ani nie dyskutować o nich. Podobnie sytuacja wygląda w mediach, gdzie polityczna poprawność uniemożliwia prawdziwą dyskusję o wpływie obecności religii na nasze życie.
Amen, a nawet Ament.
Hazelhard
PS Rysunek wykonał Andrzej Markusz.


Jest jeszcze gorzej. Dziecko, którego wcześniej w domu nie edukowano pierwszy kontakt z „wiedzą” ma w przedszkolu. Tę „wiedzę” dostaje od księdza. I zamiast pobudzania ciekawości i zachęcania do stawiania pytań ma gotowe odpowiedzi.
„dajemy prawo, a nawet nakładamy na nauczycieli obowiązek, aby uczyli dzieci samodzielnego myślenia na podstawie faktów i logicznego ich kojarzenia.”
Ma pan rację, ale trochę upraszcza pan sprawę.
Po pierwsze, musi wziąć pan pod uwagę, że nauczyciel nie wszystko może, a w miarę reformowania naszego systemu nauczania może coraz mniej. Nawet jeśli założymy, że potrafi. Dochodzimy do stanu, w którym nauczyciel jest od tego żeby stawiać dobre stopnie i dawać świadectwo, bo tego sobie życzą rodzice. Obserwowałem kiedyś forum, na którym rodzice szukali najlepszej szkoły dla swoich pociech. Najmniej pytań padało o poziom nauczania. Zaskoczony? Ja już nie.
„PRZESTAŃMY SIĘ BAĆ DYSKUSJI O PODSTAWACH RELIGII (KAŻDEJ) W MEDIACH I SZKOLE.”
Na jakiej lekcji? Matematyki czy chemii? Bo od religii to jest katecheta, święta krowa, której nawet dyrektor szkoły nie jest w stanie niczego nakazać i to zgodnie z prawem.
Po drugie nie każdy uczeń (plus rodzina) jest w stanie docenić pańską troskę o jego rozwój. Wielu będzie takich, którzy się jej sprzeciwią. I co wtedy?
Po trzecie większości ludzi to o czym pan pisze nie spędza snu z powiek, oni chcą mieć święty spokój, odklepać tyle pacierzy ile się od nich wymaga i robić swoje. To całkiem dobry sposób na przetrwanie. W każdych warunkach. Ich pan nie namówi na żaden bunt „w imię”.
Rozum w każdej epoce był na pozycji przegranej, a te „światlejsze” tym się różniły od innych, że był w nich tolerowany. Nic się nie zmieniło pod tym względem. I nie widać, by miało się zmienić.
Słuszny postulat i logiczny, ale jak przekonać biskupów aby się zgodzili pozwolić posłom wprowadzić takie zmiany? Na razie od lat nie można wprowadzić etyki do szkół, nie mówiąc o tym żeby zamiast religii w szkołach była nauka o religiach, a religie w świątyniach – dla chętnych.
@PIRS
To, czego uczy Nauczyciel, zależy od Niego samego. Na przykład, nauczyciel historii w liceum może puścić rewelacyjny serial „The Borgias” pokazujący, jak była budowana potęga KK. Z kolei nauczyciel polskiego powinien zarządzić obowiązkowe czytanie Biblii- makabry tam występujące szybko by dały Dzieciom do myślenia, że identyfikacja Ich rodziców z religią, to identyfikacja nie z miłosierdziem, a wręcz przeciwnie. A na lekcjach wychowawczych Nauczyciel nie powinien zajmować się wagarami Jasia, tylko zastanawiać się z Uczniami skąd się biorą nakazy moralne (dekalog vs socjobiologia).
Wychowaniem dzieci powinno sie zajac panstwo. Odczekac okres karmienia piersia i odbierac. Wychowywac koedukacyjnie do czasu gdy berbec odkryje swoja plec a potem juz wedlug potrzeb narodu – do lopaty, do obory, do armii.
@WB
Uwielbiam polemikę z poglądem niewygłoszonym (nienapisanym).
Dzieckiem jak najdłużej powinni zajmować się troskliwi i kochający Rodzice, bo to jest konieczne do późniejszego wytwarzania serotoniny.
Natomiast chodzi zupełnie o coś innego- o zapewnienie w szkołach swobodnej wymiany myśli bez jakichkolwiek tabu. Szkoła ma nauczyć myśleć, a nie klepać bezmyślnie formułki typu „I z duchem Twoim”.
Czy naprawdę nie chcesz, aby ludzie zastanawiali się na każdy temat?
@Hazellhard
„To, czego uczy Nauczyciel, zależy od Niego samego. ”
Pan tak serio?
@JŁ
Błagam o „niepanowanie”.
Z jednym Nauczycielem fizyki z Norwida uczymy Dzieci o kocie Schroedingera. Nie ma tego w programie szkolnym, a jednak można…
Problem w tym, że wymagania, stawiane przez Hazelharda, są nieosiągalne dla większości nauczycieli. Niestety, Nauczyciele są w zdecydowanej mniejszości.
@Tetryk 56
Niestety, masz rację… Zresztą jak każdy z 1956!
Hazelhard:
Słusznie i pięknie. Ale te wszystkie absurdy, choćby z religią w szkole, widzą nie tylko nieliczni, a mimo to nie udaje się wprowadzić zmian. Oczywiście, jeśli znajdą się tacy nauczyciele i dzięki nim dzieci zaczną myśleć, to może jak dorosną zaczną wprowadzać rozsądne zmiany. Ale czy to nie dziwne że teraz dorośli jakoś nie potrafią tych zmian sami wprowadzić? Rodzice, ministerstwo, posłowie, urzędnicy.
Nauczycieli łatwo spacyfikować, trzeba im stworzyć możliwość mądrego działania. Ale więcej jest takich którzy zastraszą władze a te zlikwidują możliwość krzewienia samodzielnego myślenia.
2015/01/10 o 11:13
@ Hazelhard
Moj komentarz byl do panskiego artykulu, jak i do wpisow innych. Czy w tej pana szkole zmiesci sie wyklad ” Od oko za oko do nadstaw drugi policzek – milowy krok ludzkiej cywilizacji”. Edukacja byla kiedys prywatna sprawa ludzi, dopoki nie odkryto, ze jest zbyt wazna w budowaniu nowoczesnego panstwa. Tak budowala swoje imperium Wielka Brytania, tak zbudowaly swoja hegemonie Niemcy. Przyklad Ukrainy pokazuje skutki zaniedban narodowej edukacji. Mieszkalem wiele lat w Kanadzie, moje dzieci ksztalcily sie tam od kindergarden do uniwersytetow. Nigdy, powtarzam nigdy moje dzieci nie uczuly sie w szkole o rdzennej ludnosci Kanady.
@ W.Bujak, a w Kanadzie dzieci się nauczyły prawidłowo pisać kindergaten? 🙂
PS. ja w Kanadzie nie byłem i jak widać wyżej, miewam kłopoty. Kindergarten
🙂
@ Mr E
Fajna rzecz pan wylapal. Myslalem, ze rozumiem slowo kindergarten, po angielsku przedszkole, jako ogrod dzieciecy. Tak mozna by je tlumaczyc z niemieckiego kinder(dzieci) garten(ogrod). W angielskim slowa kinder i garten nie istnieja. Nie mam dobrego ucha by wylapac roznice w wymowie t i d w slowach garden – kindergarten. Mam taka teorie, ze zdolnosci jezykowe, ida w parze ze sluchem muzycznym. Nie mam obu.
@WB
Czytam:
„Edukacja byla kiedys prywatna sprawa ludzi, dopoki nie odkryto, ze jest zbyt wazna w budowaniu nowoczesnego panstwa”
Kiedyś wyżywienie dziecka też było sprawą tylko rodziców, natomiast wszystko się we mnie burzy, jak jakiekolwiek dziecko w bogatym kraju (np., Polsce) jest naprawdę głodne. Dlatego wszelkie akcje dożywiania takich dzieci z pieniędzy innych ludzi bardzo popieram. Edukacja jest podobnym dobrem jak jedzenie.
Nasze doświadczenia z historycznymi państwami nie są do końca adekwatne (do tego o czym piszę), bo wszystkie opierały się na ideologiach lub religii, wykorzystywanych do łupienia innych. Mamy jednak przykłady teraz wielu państw (np., skandynawskich), gdzie celem najważniejszym jest dobrostan jak największej ilości ludzi. Oczywiście, i w tych państwach ludzie robią wiele błędów, i wiele rzeczy powinno wyglądać inaczej, ale nie obraziłbym się, gdyby Polska za lat 10 wyglądała jak Dania obecnie.
@PIRS
Masz rację, ale ja jestem zwolennikiem nie odgórnych zarządzeń, tylko poprzez „soft power”, którą prezentujemy w mediach i w prywatnych rozmowach. Pamiętam swoje teksty sprzed kilkunastu lat, kiedy atakowałem JPII za ukrywanie pedofilów. Spotykałem się ze skrajnym ostracyzmem za szarganie narodowej świętości. Teraz już niemal Wszyscy przyznają mi rację, że to było przestępstwo kryminalne, za które JPII powinien być aresztowany, a nie wyniesiony do świętości. Dlatego jestem optymistą- należy tylko się nie bać pisania i mówienia tego, co się naprawdę myśli.
@JŁ
Odpowiadam między wierszami:
JŁ: Po pierwsze, musi wziąć pan pod uwagę, że nauczyciel nie wszystko może, a w miarę reformowania naszego systemu nauczania może coraz mniej. Nawet jeśli założymy, że potrafi.
ML: Oczywiście tak i bardzo dobrze, że to jest artykułowane (między innymi, przez nas).
JŁ: Dochodzimy do stanu, w którym nauczyciel jest od tego żeby stawiać dobre stopnie i dawać świadectwo, bo tego sobie życzą rodzice. Obserwowałem kiedyś forum, na którym rodzice szukali najlepszej szkoły dla swoich pociech. Najmniej pytań padało o poziom nauczania. Zaskoczony? Ja już nie.
ML: Edukacja nie powinna zamykać się na uczenie dzieci, ale także i rodziców. Marzy mi się szkoła, gdzie lekcje są wspólne dla dzieci i rodziców!
JŁ: „PRZESTAŃMY SIĘ BAĆ DYSKUSJI O PODSTAWACH RELIGII (KAŻDEJ) W MEDIACH I SZKOLE.”
Na jakiej lekcji? Matematyki czy chemii? Bo od religii to jest katecheta, święta krowa, której nawet dyrektor szkoły nie jest w stanie niczego nakazać i to zgodnie z prawem.
ML: Lekcje religii to jest jeden wielki skandal finansowy i merytoryczny. Natomiast lekcje polskiego, historii, religioznawstwa są adekwatne.
jŁ: Po drugie nie każdy uczeń (plus rodzina) jest w stanie docenić pańską troskę o jego rozwój. Wielu będzie takich, którzy się jej sprzeciwią. I co wtedy?
ML: Spytajmy rodziców, czy wolą, żeby stopnie były stawiane za wykucie formułek, czy za umiejętność logicznego myślenia. Jestem przekonany, że wybraliby to drugie.
JŁ: Po trzecie większości ludzi to o czym pan pisze nie spędza snu z powiek, oni chcą mieć święty spokój, odklepać tyle pacierzy ile się od nich wymaga i robić swoje. To całkiem dobry sposób na przetrwanie. W każdych warunkach. Ich pan nie namówi na żaden bunt „w imię”.
ML: Znowu „pan”… Błagam! W internecie nie ma panowania. Piszę to jako jeden z pierwszych polskich internautów. A co do ludzi, to przede wszystkim nie lubią być okradani. Jak sobie uświadomią, że są, to zrezygnują ze świętego spokoju.
JŁ:Rozum w każdej epoce był na pozycji przegranej, a te „światlejsze” tym się różniły od innych, że był w nich tolerowany. Nic się nie zmieniło pod tym względem. I nie widać, by miało się zmienić.
ML: Wyciąganie wniosków dotyczących przyszłości na podstawie historii prowadzi często na manowce. 120 lat temu ludzie bardzo martwili się, że miasta utoną pod tonami odchodów końskich. Jakoś nie utonęły! Podobnie może być z tym „rozumem” :-).
Najogólniej chodziło mi o to, że są programy nauczania, a których nauczyciel jest rozliczany. Nie jest rozliczany z tego, czy uczeń potrafi zanalizować wierzenia religijne, ale czy zda test. Może od czasu do czasu wprowadzić jakąś innowację, ale na zasadzie raczej incydentu, niż reguły. Nie może więc na lekcji historii zająć się omawianiem systemów religijnych, bo musi wbić do głowy parę faktów z życia Aleksandra Macedońskiego i chwalić go za rozpowszechnianie kultury greckiej (a nie za krzyżowanie tysiącami jak w Tyrze i Sydonie). Musi przygotować uczniów do testu maturalnego, jednakiego w całym kraju, więc nie może sobie pozwolić na własne pomysły częściej, niż raz – dwa razy w roku przy założeniu, że ma niezłych uczniów.
A program nauczania zależy od nas w takim stopniu jak system opieki zdrowotnej. Możemy sobie pogadać.
I nie ma żadnego znaczenia, czy nauka religii w szkole to skandal czy nie. Wbrew pozorom obchodzi to niewielu ludzi. Czasem przebywając w środowisku podobnie myślących ulegamy złudzeniu, że nasze poglądy są powszechne. Nie są.
Widział pan awantury, które rodzice robili dyrektorowi szkoły, że dzieci z klas 1 – 3 uczone są kindersztuby? A ja tak. Kiedy wychowawczyni uczyła jak chłopiec prosi dziewczynkę do tańca, oskarżano ją o … zboczenia! I to nie była żadna przysłowiowa „ciemna masa”, ale całkiem nieźle sytuowani rodzice, w okolicach 30-tki.
A to, że do szkoły idzie się po świadectwo jest tak rozpowszechnione, że nie wierzę, by ktoś tego nie widział na co dzień.
Nawet tu, na tym forum pojawiają się głosy (i to wcale nie trolli na gościnnych występach) kwestionujące sens nauczania przedmiotów humanistycznych, „bo szkoła powinna przygotować do konkretnych rzeczy”, jak np, wbijania gwoździ, wkręcania śrubek itp. bo „tylko to się w życiu przyda”. I proszę sprawdzić – programy nauczania JUŻ są dostosowywane do takiego myślenia.
Myślałem kiedyś nad przeprowadzeniem badań socjologicznych w środowisku rodziców i zadaniu im pytań obecnych w tym tekście (i komentarzach), ale doszedłem do wniosku, że nie będą wiarygodne, bo u nas ludzie co innego odpowiedzą, gdy będą badani, a co innego na co dzień.
Mam swoją receptę na dobra szkołę, opartą na dodatek na osobistym doświadczeniu, ale i tak jej nikt nie wprowadzi w życie.
@JŁ
Bardzo trudno różne rzeczy przeprowadzić, ale ja miałem w domu trójkę Dzieci. Mogłem obserwować, jak po kilku latach mojego „mantyczenia” nagle Dzieci mnie zaczynały pouczać podając… moje argumenty. Dlatego jestem optymistą.
Czy mam rozumieć, że ignorowanie mojej prośby o „niepanowanie” jest celowym środkiem dania mi do zrozumienia, że „kultura internetowa” ma się tak do kultury, jak krzesło do krzesła elektrycznego?
Hazelhard – reaktywacja!
Temat jak najbardziej na czasie. Mimo ze polskie zmagania z religia to pikus w porownaniu z orzechem jaki ma do zgryzienia Zachod, niewatpliwie i na letnie trzeba mocno dmuchac.
@Eternal
Zobaczyć wpis Eternala bezcenne! Za resztę można zapłacić Master Card. Cheers!
„Czy mam rozumieć, że ignorowanie mojej prośby o „niepanowanie” jest celowym środkiem dania mi do zrozumienia…”
Sorry, mówię jak mówię, nie zastanawiam się nad tym i nie wydaje mi się to akurat najistotniejsze w dyskusji. Nie wiem co to jest kultura internetowa. Kultura albo jest albo jej nie ma.
A poza tym – tak o suchym pysku? No jak?
Ja wiem, że dzieci można wychować (też z autopsji), ale proszę zrozumieć, że dziś coraz mniejsza liczba rodziców to robi. Widzę to i jestem chwilami przerażony. Rodzic więcej uwagi potrafi przyłożyć do posiadania przez swoja pociechę najnowszego ajfona, niż na jego wiedzę czy sposób rozumowania. Bo ON nie chce być gorszy od rodziców, którzy takiego ajfona swoim kupili. Wydaje mu się, że to jest właściwy wyznacznik pozycji i poziomu dbałości o dziecko. To pewnie kiedyś minie, ale na razie trwa.
@ J. Łukaszewski,
Zacząłem się zastanawiać nad tymi przedmiotami humanistycznymi, co to rodzice by się ich chcieli ze szkoły pozbyć, jako że niby zbędne. Wkręcanie śrubek się przyda. Liczenie odsetek może też. Ale humanistyka?
W pierwszej chwili jako humanista z wykształcenia aż z oburzenia zadrżałem. Ale później pojawiła się taka myśl (Terry Prachett wspomina o „drugiej myśli”) – a komu rzeczywiście są potrzebne lekcje historii, WOSu, czy języka polskiego w takiej formie, jaką sam Pan przedstawił (albo Gombrowicz: „Słowacki wielkim poetom był!”) Bez zastanowienia, bez refleksji to chyba rzeczywiście strata czasu. Jeśli jednak (nagle trzecia myśl zaświtała) od czasów pisania Ferdydurke do dziś szkoły opuszczają osoby potrafiące coś przeczytać ze zrozumieniem a potem jeszcze tekst przetworzyć i coś mądrego napisać, to może jednak aż tak źle nie jest. Trafiają się widać nauczyciele, którzy nie potrafią pomiędzy realizowanie programu coś mądrego wcisnąć.
.
I druga sprawa – kultura jakaś zawsze jest. Tak jak pogoda. Bardzo różna w różnych miejscach (w czasie i przestrzeni, czy choćby klasie społecznej) i stale podlega zmianom, o czym chyba akurat Pana przekonywać nie trzeba, prawda?
.
Kłaniam się.
@JŁ
„Tak o suchym pysku”- może się nam uda kiedyś je (te pyski) zamoczyć. Niestety, internet oferuje virtualną miłość, więc i virtualne bruderschafty. 🙂
Co do dzieci wychowania, to problem jest nie tylko z rodzicami, ale i całą naszą cywilizacją, która zaczyna na zawsze żegnać się z religią, zachłysnęła się konsumpcją, a nie jest jeszcze w stanie zrozumieć, że tylko poprzez Sztukę i Naukę możemy polepszyć nasz dobrostan.
No to Cię trzymam za pół litra 🙂
Co do reszty, zgodzimy się bez trudu, choć jak przypomnę sobie dyskusje z Giertychem na temat lektur szkolnych, to jeszcze dziś mnie skręca.
Pan Kaczyński już obiecuje „właściwą politykę historyczną”.
Kto to powstrzyma? Święty Ogórek z SLD? Coś jakbym wątpił.
@Mr E , chodziło mi tylko o to, że młodego człowieka kształcić należy wszechstronnie i nie dla czyjegoś widzimisię, ale dlatego, że specyfika poszczególnych przedmiotów rozwija przypisane sobie obszary mózgu. Takie to prozaiczne, a czasem ciężko zrozumieć. Nie mógł pojąć profesor matematyki, po co jego córce wiedza o budowie szkieletu żaby. Serio. Ciężko mu było wytłumaczyć, że choćby po to, by poćwiczyła pamięć (dziś mnóstwo nauczycieli narzeka na słaba pamięć uczniów, ale do uczenia się wierszyków nie wrócą, bo „to takie niemodne”).
Sprowadzając wykształcenie (to jeszcze można nazwać wykształceniem?) do rzeczy tzw. praktycznych otrzymamy może sprawnego przykręcacza śrubek, co samo w sobie jest oczywiście cenne i potrzebne, ale na pewno nie faceta, który zdecyduje czy i po co je przykręcać.
Podobnie nie będzie dobrym humanistą ktoś, komu matematyka czy fizyka jest obca jak nie przymierzając mi pan Kaczyński. Proponowałem temu profesorowi matematyki wprowadzenie obowiązkowych zajęć plastycznych dla jego studentów. Myślał, że żartuję.
Na Harvardzie można wybrać sobie wykłady z fizyki kwantowej i literatury rosyjskiej. Czy to tak trudno pojąć, że tak też powinno być na polskich uczelniach?
No najwyraźniej trudno. Próbowałem, to wiem 🙂
Pozwolę sobie wtrącić dygresję: genialne pomysly na formułę edukacji (np. słynny Program Hazelharda) nie wystarczą, potrzeba też wyjątkowych Nauczycieli do ich realizacji. Jest to jak sądzę jeden z powodów dla których w zgniłym kapitalizmie najlepsza edukacja z reguly słono kosztuje.
Żeby być fair, P.H. sprytnie przewiduje odstrzał dolnej (lewej) połowy grona pedagogicznego przy zachowaniu tego samego budżetu – niestety już nie pamiętam czy dla równowagi nie trzeba byłoby wyeliminować odpowiedniej części uczniów 😉
@ JŁ
Z jednej strony w pełni się z Panem zgadzam. Dobrze byłoby kształcić „wszystkie dzieci, co nasze są” wszechstronnie. W pełni się zgadzam, że humanista to powinien być ktoś wykształcony wszechstronnie. Obecnie o dziwo panuje przekonanie, że humanista to ktoś, kto nie rozumie matematyki, nie zna praw fizyki, nie pojął chemii, a i informatyka okazuje się dla niego za trudna.
Dziwne. Ale też znów wróćmy do szkoły i sposobów nauczania w niej, owego programu, który nauczyciel musi realizować. Pan pisał, że każdy z przedmiotów powinien rozwijać inne obszary mózgu. Ale czy rozwija? Wydaje się, że gros nauczania polega na tym samym: wbić sobie do głowy coś, a potem jak najszybciej zapomnieć, żeby w mózgu zrobić miejsce na kolejne wiadomości, które się wkrótce zapomni. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nawet matematykę da się tak potraktować! Sam uczyłem przez rok w gimnazjum. Uczyłem języka niemieckiego. Żeby przybliżyć pewne zagadnienie z gramatyki (zgodnie z programem) odwołałem się do wiadomości dzieci z polskiego i podawałem przykłady na użycie w języku polskim i niemieckim (własny pomysł, kiedy usłyszałem, że to głupie, żeby przyimek rządził przypadkiem).
Później wychowawczyni tej klasy zwróciła mi uwagę, że dzieci skarżą się, że na niemieckim jakieś zagadnienia z polskiego przerabiamy. Dzieciom to przeszkadzało. Dla nich to było burzące harmonogram nauczania pomieszanie. Na niemieckim trzeba było się nauczyć, że „mit” będzie się łączył z „Dativem” (broń Boże z „celownikiem”, to już by zbytni zamęt wprowadziło). Jak niemiecki minie, to o tym zapomnieć i wykuć nazwiska przywódców Powstania Warszawskiego – to był cel. Po historii – WF, więc zwolnienie z WF i godzina na to, żeby przypomnieć sobie, jak się nazywają przypadki na język polski. Taka smutna obserwacja z pracy w szkole. Ale też, jak pisałem wyżej, mimo wszystko szkołę opuszczają przecież także absolwenci potrafiący i czytać ze zrozumieniem i mówić rozsądnie i dodać dwa do dwóch. Czyli może nie jest jednak aż tak źle?
Problem w proporcjach. Tych zwolenników metody ZZZ jest znacznie więcej. Ale czy rzeczywiście to problem?
.
Pisze Pan o sprawnym przykręcaczu śrubek i zestawia z człowiekiem, który by wiedział po co te śrubki kręcić, albo nawet wymyślał, gdzie je przykręcić trzeba.
Otóż na jednego, co wymyśli gdzie wkręcać śrubki potrzebnych będzie dziesięciu, którzy to zrozumieją.
A na jednego, który rozumie, po co się śrubki przykręca, potrzebnych 10 sprawnych wkręcaczy.
.
Czy może jednak nie rozsądniej byłoby poświęcić czas na pełne wykształcenie dla niektórych, a reszcie zaproponować to, czego chcą, czyli sprawne przykręcanie śrubek? To tylko gdybanie.
.
Harvard i możliwość wyboru wykładów.
Fajnie. Na UW gros zajęć miałem w jednym instytucie, ale też miałem obowiązek kilka zajęć zaliczyć poza swoim wydziałem. Obowiązek zaliczyłem (sporą popularnością cieszyły się wykłady z archeologii sródziemnomorskiej, bo wystarczyło indeks na ostatnie zajęcia przynieść, żeby zaliczeni dostać), ale też zorientowałem się co gdzie jest i później mając np. 3 i pół godziny przerwy między jednymi a drugimi zajęciami (a nie mając paru złotych na piwo) chodziłem na różne zajęcia na różnych wydziałach. Nikt mnie nigdy nie wyrzucił. Może w międzyczasie to się zmieniło, ale ja czułem się autentycznie studentem UW, a nie tylko jednego instytutu. Także, jak ktoś chce to teoretycznie nie powinien mieć problemu z uczęszczaniem na takie i takie wykłady (pytanie, czy uda się to zgrać w czasie i przestrzeni, bo UW, nad czym ubolewam, jest dość rozrzucony po kilku częściach miasta. Ot, z katedry lingwistyki formalnej (Browarna) na wydział fizyki (gdzieś przy Banacha) trzeba jakoś dotrzeć.)
Pozdrawiam serdecznie
@Mr E
Niemal ze wszystkim się zgadzam, tylko mam jedną uwagę. Nauczyciel niemieckiego nie powinien ani słowa na lekcji wypowiedzieć po polsku. Naprawdę! Przy nauczaniu języka największy błąd nauczyciela to coś wyjaśniać po polsku. A uczniowie też nie mają prawa po polsku mówić.
@Mr E , ja pisałem o zasadzie, nie o jej wykonaniu.
Ale jak już tak sobie gdybamy, to moim pomysłem jest po pierwsze znieść obowiązek szkolny, albo przenieść go na rodziców, nie na szkołę jak dziś.
Wiem, to rewolucja. Szkoła nie powinna mieć obowiązku kształcenia dziecka, które uczyć się nie chce a jego rodzice mają to w zupie.
Po drugie zmiana statusu nauczyciela i zniesienie Karty.
To druga rewolucja.
Wstrząs byłby, ale jestem dziwnie przekonany, że na krótko.
Rodzice szybko zrozumieliby, że to szkoła robi im łaskę, że kształci ich dziecko, a nie odwrotnie (jak dziś), a dziecko szybko pojęłoby, że nie dostanie promocji za samo przychodzenie do szkoły, a jego głównym zadaniem jest uczenie się, a nie nakładania nauczycielowi kosza na głowę.
Idę o zakład, że przystosowanie trwałoby zaledwie kilka lat. Jasne, że w atmosferze krzyku i protestów, ale krótko.
Nie jestem zwolennikiem masowego kształcenia wyższego. To strata czasu i pieniędzy.
A teraz niech pan spróbuje powiedzieć coś takiego publicznie 🙂
Drogi Jerzy: wielokrotnie mówiłem i pisałem to samo. Żyję. Nawet nie dostałem po ryju. Tylko mnie zwymyślali; a to da się przeżyć.
Wiesz, kiedy od pani Hall usłyszałem, że współczesna szkoła jest „za bardzo opresyjna”, wiedziałem, że jesteśmy na dnie. A jeszcze co i rusz coś nam stuka od spodu. I wszystkim z tym (ponoć) dobrze.
Hazelhard,
.
A więc moje odejście od zawodu nauczyciela skończyło się z pożytkiem dla nauczania! 🙂
Pozdrawiam serdecznie.
.
PS. Gdybyśmy zgadzali się we wszystkim, to byłoby nudno, a i rozmowy nie miałyby sensu. 🙂
@ JŁ
.
Znieść obowiązek szkolny całkowicie – tak to prawdziwa rewolucja.
Ale chyba tak daleko bym się nie posunął.
W moim przekonaniu wystarczyłoby ograniczenie obowiązku do 15 roku życia (może 14? po reformie 6-latków)
Dlaczego tak?
Bo w szkole podstawowej dzieci jeszcze są, że nie sięgną koszem do głowy nauczyciela. Główny problem zaczyna się w gimnazjum. To tam pojawiają się: burza hormonów, cierpienia okresu dojrzewania, okres buntu itp.
Z doświadczenia pracy w gimnazjum – promocję do wyższej klasy otrzymuje się automatycznie. Naprawdę napracować się trzeba, żeby nie dostać. A jak się już 3 klasę osiągnęło – to w zasadzie było niemożliwością nieukończenie szkoły. Szkoła dając świadectwo ukończenie pozbywała się problemu, z którym, przy obowiązku szkolnym do 18 roku życia, musiałaby by się zmagać przez kolejne lata. koniec obowiązku edukacyjnego w wieku 14 (15) lat ten problem by rozwiązał.
Pisze Pan:
„Rodzice szybko zrozumieliby, że to szkoła robi im łaskę, że kształci ich dziecko, a nie odwrotnie (jak dziś), a dziecko szybko pojęłoby, że nie dostanie promocji za samo przychodzenie do szkoły, a jego głównym zadaniem jest uczenie się, a nie nakładania nauczycielowi kosza na głowę.”
Wydaje mi się, że większość z zacytowanych celów udałoby się zrealizować ograniczając obowiązek szkolny, a nie znosząc go całkowicie. Uczeń, któremu groziłby koniec kariery szkolnej po ukończeniu pierwszej czy drugiej klasy gimnazjum też odpowiednio myślenie przestawi.
.
Ale jest jeszcze drugi warunek.
Absolutnie konieczny, żeby majstrowanie przy obowiązku szkolnym cokolwiek dało.
Ministerstwo Edukacji i podległe służby musiałby zaufać szkołom. Na ten moment, jeśli uczeń promocji do wyższej klasy nie otrzymuje, jeśli szkoły nie kończy, to szkoła się musi z tego tłumaczyć, tony pism wysyłać, usprawiedliwiać się, udowadniać, że wszystkiego próbowała. Nawet całkowite zniesienie obowiązku szkolnego nie pomoże, jeśli ministerstwo i kuratorium i tak będzie szkołę obwiniało o wszelkie uczniów niepowodzenia i to szkoła będzie musiała przepraszać.
Po co się gęsto kuratorium tłumaczyć, nerwy tracić? By uniknąć wypisywania tomów akt, uczeń i tak otrzyma promocję do wyższej klasy, a szkoła pozostanie petentem proszącym ucznia i rodziców na kolanach, żeby zechciał jednak choć alfabetu się nauczyć. A i w rankingach szkoła będzie uznawana za lepszą, skoro bardziej skuteczną.
.
Pozdrawiam