Tomasz Lis: Nasz następny premier4 min czytania

()

2012-08-14. Stacje telewizyjne prezentują właśnie jesienne ramówki. Niestety żadna nie zamierza transplantować na polski rynek kanadyjskiego – jak to się ślicznie mówi – formatu pod tytułem „Twój następny premier”.

Program ten to tak zwany talent show. Zgłaszają się ludzie przekonani, że nadawaliby się na premiera – czyli, umówmy się, mający talenty mniejsze niż utalentowani śpiewacy, żonglerzy, zaklinacze węży, magicy i tancerze. Programu u nas nie będzie, nie odbędzie się więc casting na premiera. Zamiast castingu proponuję zatem obywatelską refleksję na temat tego, jaki ten nasz następny premier powinien być.

Nasz następny premier powinien mieć wnuki, nie mając dzieci. Powinien być dziadkiem i ojcem narodu, ale nie ojcem dzieci. Dzieci bowiem to kłopot. Mogą się upić i narozrabiać. A gdy są starsze, jest jeszcze gorzej, bo mogą na przykład chcieć pracować, a wtedy pojawia się konflikt interesów. Oczywiście nie mogą nie pracować, bo co to za przywódca, który własną latorośl wychował na nygusa, lesera i bumelanta. Premier mógłby dzieci nie mieć, pojawiałoby się jednak wtedy podejrzenie, że dzieci albo mieć nie chce, albo nie może, albo jedno i drugie – każdy wariant jest zły.

Nasz następny premier nie może zarabiać więcej niż średnia krajowa. Polityka to przecież służba, służba nie może zarabiać więcej niż pan, a panem jest obywatel, szczególnie tzw. przeciętny obywatel. Aby móc niewiele zarabiać, premier powinien być bogaty przed objęciem stanowiska, ale z drugiej strony premier nie może być bogaty przed objęciem funkcji, bo uzasadnia to przypuszczenia, że jest cwaniakiem, nuworyszem albo – co gorsza – złodziejem. Tym niemniej jeśli premier przed zostaniem premierem się nie dorobił, to dowód, że jest niedorajdą.

Nasz premier musi być twardy i zdolny do podejmowania decyzji. Dobry premier nie może jednak podejmować żadnych decyzji, bo stanie się wtedy niepopularny, a premier niepopularny traci zdolność rządzenia. Oczywiście nie chcemy, by nasz premier był jakimś lizusem. Chcemy tylko, by nam się sprytnie podlizywał. Byle nie za sprytnie, bo wtedy od razu będzie wiadomo, że to krętacz, który zajmuje się nie rządzeniem, ale PR. A przecież idzie nam wszystkim o RP, nie o PR.

Nasz premier musi mieć jasne i słuszne poglądy. Wystarczy, by ich nie prezentował, bo poglądy słuszne według jednych są według innych absolutnie niesłuszne. Premier musi nam mówić prawdę, byle tylko w rozsądnych dawkach. Prawda prawdziwa bywa bowiem niepopularna, a nie po to sobie bie-rzemy premiera, żeby nam mówił to, co nam się nie podoba. W końcu premier ma nam służyć. Najkrócej rzecz ujmując – premier ma walczyć o naszą sympatię, ale bez przesady. Gdy walczy za bardzo, to podważa swą wiarygodność, bo przecież chcemy, by był premierem, a nie zwycięzcą konkursu popularności. Jeśli z kolei o popularność nie walczy, pojawia się uzasadnione podejrzenie, że jest wyobcowany i arogancki.

Nasz premier powinien znać języki, ale nie powinien manifestować, że je zna, Polacy bowiem nie gęsi i swój język mają. Poza tym posługiwanie się publicznie obcymi językami byłoby protekcjonalne wobec obywateli, którzy języków nie znają. Premier nieznający języków wydaje się obywatelom bardziej swojski.

Nasz premier powinien być elegancki, ale nie zanadto zadbany. Nadmierna dbałość o elegancję nasuwa podejrzenie, że jest skupiony na sobie, a przecież powinien być skupiony na nas. Powinien być też nasz premier żonaty, by dawać nam gwarancję, że polityka nie jest dla niego całym życiem. Ale – oczywiście -jest zdecydowanie lepiej, gdy premier nie jest żonaty. Naród ma bowiem wówczas poczucie, że premier całym sobą oddany jest krajowi i narodowi. Jasna sprawa, że gdy premier jest kawalerem, włączają się dzwonki alarmowe. Chcemy przecież, by nasz premier był prawdziwym mężczyzną, a co to za mężczyzna bez kobiety.

Nie da się ukryć, nasz premier musi być ideałem. Wystarczy, by nie był zbyt idealny, bo ideał nie może być prawdziwy, a my, obywatele, cenimy sobie autentyzm.

Przedstawione powyżej obywatelskie refleksje na temat przyszłego premiera wskazują, że nasze obywatelskie oczekiwania wobec przyszłego premiera są całkowicie racjonalne. Kryteria, które premier musi spełniać, owszem, łatwe do spełnienia nie są, ale da się je spełnić. Nie ma między nimi sprzeczności, a jeśli jakaś minimalna występuje, to przecież mamy prawo oczekiwać, że człowiek chcący nami rządzić da sobie radę z tą ewentualną sprzecznością.

Niech nikt nie mówi, że bycie naszym premierem wymaga solidnej dozy masochizmu. Nieprawda. Bycie nim jest po prostu kwestią powołania, wymagającego pewnych nieznacznych poświęceń.

Tomasz Lis

Newsweek, nr. 33/2012

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. andrzej Pokonos 14.08.2012
  2. Magog 15.08.2012
  3. Anna 15.08.2012