Piotr Szczepanik śpiewał kiedyś tak:
Kochać – jak to łatwo powiedzieć
Kochać – tylko to więcej nic
Bo miłość jest niepokojem
nie zna dnia, który da się powtórzyć.
Nagle świat się mieści w Twoich oczach
Już nie wiem czy Ciebie znam
Chwile – kolorowe przeźrocza
w jedno, szybko zmienia je czas.
Kochać – jak to łatwo powiedzieć
Kochać – tylko to, więcej nic…
W tym słowie jest kolor nieba
Ale także rdzawy pył gorzkich dni.
Jeszcze obok Ciebie moje ramię,
A jednak szukamy się.
Może nie pójdziemy już razem,
Słowa z wolna tracą swój sens.
Kochać – jak to łatwo powiedzieć
Kochać – to nie pytać o nic
Bo miłość jest niewiadomą,
Lecz chcę wiedzieć czy wiary starczy mi.
Widać, że Piotr Szczepanik nie do końca wiedział, co to jest ta miłość, ale Jego problem nie był aż tak trudny poznawczo, bo w przypadku miłości ludzkiej, wyraz „kochać” może mieć wiele odcieni, ale, generalnie, nie jest bardzo trudno go zdefiniować.
Moja prywatna definicja jest taka, że „kochanie jest to proces myślowy zmierzający do unieśmiertelnienia genów kochającego”. Kocham Żonę, bo urodziła mi Dzieci i dzięki Niej będę żył 10 lat dłużej. Kocham pracowników firm PESA i Solaris, bo oni tworzą podstawy dobrobytu moich Wnuków. Kocham Leonarda Cohena, bo On przedłuży mi życie o dwa lata. I tak mógłbym wymieniać dalej.
Dalsza część mojej definicji jest taka, że „kochanie jest nastawione na odnoszenie korzyści, ale osiągnięcie ich wymaga wykonywania posług na rzecz kochanego”. Dlatego ja robię Żonie śniadania, zamiatam Sąsiadom śnieg spod Ich domów, podnoszę papierki na ulicy, no i staram się wykonywać swój zawód jak najlepiej potrafię, a dodatkowo, piszę notki do Studia Opinii!
Motywacją do zajęcia się wyrazem „kochać” była moja dyskusja z profesorem Stanisławem Obirkiem pod Jego jedną z ostatnich notek (Stanisław Obirek: Tęsknoty Plusa-Minusa za schizmą)
Profesor SO (inicjały te same, co Studio Opinii!!!) wyjaśniał mi znaczenia różnych wyrazów religijnych:
SO: „piekło – doświadczenie przemożnego bólu w chwili uświadomienia sobie, co straciłem nie kochając Boga (nie jest jasne, czy to jest stan ostateczny, według np. Orygenesa i dzisiaj ks.Wacława Hryniewicza, raczej przejściowy)
czyściec – proces oczyszczenia z tego wszystkiego, co nie pozwala w pełni kochać.
co do aniołów i diabłów – sprawa jest nader złożona, ale jeśli już się przyjęło wiarę w Boga to i te bytu pośrednie (pomagające w zbliżeniu lub oddaleniu od niego) nie powinny sprawiać większego problemu. Większość wierzących doświadcza na różne sposoby ich istnienia.”
Wtedy ja spytałem, a co to znaczy „kochać Boga”, i dostałem taką odpowiedź:
SO: „Wiedziałem, że na tym się skończy, więc z tym „kochaniem Boga” wyjechałem prowokacyjnie. Tego właśnie nie da się zdefiniować. Tzn. jest jedna wskazówka: Mt 25, 31-41, tam jest dwa razy powtórzone to samo (raz pozytywnie): „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. I raz negatywnie: „Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. Najciekawsze w tym wszystkim, że zarówno zbawieni jak i potępieni są zaskoczeni.Tu moje mądrości się kończą…”.
Jestem za tą szczerą odpowiedź Profesorowi Obirkowi bardzo wdzięczny i za nią dziękuję.
Jednak moje zdanie jest takie:
JEŻELI JAKIŚ WYRAZ NIE JEST ZDEFINIOWANY, TO NIE MA SENSU GO UŻYWAĆ.
Jeżeli jednak można zrozumieć podstawy religii, jakimi są piekło i czyściec, tylko poprzez „kochanie Boga”, to mamy kłopot, bo opis czegokolwiek za pomocą niedefiniowalnych słów jest mało logiczny. To tak, jakby ktoś usiłował opisać elektron, że jest to „bramburacja stymulowana kastopularyzacją” bez zdefiniowania, co te dziwne wyrazy oznaczają.
Jeszcze niedawno z opisem piekła nie było kłopotu. Smoła się gotowała, w smole cierpiały dusze grzeszników i było wiadomo, o co chodzi. „Smoła”, czy „gotowanie”, to są wyrazy dobrze zdefiniowane i piekło można było łatwo zwizualizować (namalować).
Współczuję obecnym Katolikom, że muszą (muszą?) wierzyć w coś, ale tak naprawdę nie wiadomo w co. Od 2000 lat Hierarchowie KK robią różne karkołomne zabiegi, aby choć trochę „ulogicznić” religię. A to wyrzucą z Dekalogu sformułowanie o zawistnym Bogu, co się mści do czwartego pokolenia, a to uznają Maryję za „zawsze dziewicę”, a to wprowadzą w XV wieku pojęcie „czyściec”. Zawsze mnie zastanawiało, jak można uznawać Biblię, czy Ewangelie, za święte księgi i je dowolnie przerabiać (na miejscu Autora bym się obraził!). Dodatkowo, to niedefiniowalne „kochanie Boga”!
Jak pisze SO, Jezus w Ewangelii sugeruje, że kocha się Go (Jezusa, nie Stanisława Obirka!) przez kochanie tych „najmniejszych” (czyli w domyśle wszystkich ludzi). Wynikałoby z tego jednak, że ja jestem w Bogu wręcz zakochany, a to absurd, bo uważam, że jeżeli takowy by istniał, to byłby jakimś potworem-okrutnikiem. Dlatego trop kochania Boga poprzez kochanie ludzi jest fałszywy.
Czyli, jak mówią na podwórku, „dupa blada”. Nie mamy definicji określenia „kochać Boga”, a przez to nie wiemy, co to jest piekło, nie wiemy, co to jest czyściec (wymyślony, albo jak kto woli, odkryty, w XV wieku n.e.!), i jedynym logicznym posunięciem powinno być zostanie Pastafarianinem. W tej religii wszystko jest dobrze zdefiniowane i logicznie opisane! Nie mówiąc o tym, że znacznie sympatyczniejsze!
Hazelhard



Jako ciekawostkę powiem Ci, jak wyglądało piekło w religii sumeryjskiej. Otóż była to szaro bura przestrzeń, w której siedzieli potępieni i … nie działo się nic. Kompletnie nic. Jak się dobrze zastanowić to taka sytuacja rzeczywiście może być psychiczną męką.
Słowiańska Nyja (nicość) miała podobnie. Strach budziła w żywych, bo tam nie działo się nic.
Najwyraźniej potrzeba zwyrodniałych w swej treści i formie opisów udręczeń fizycznych powstała później.
Bardzo ciekawa jest sprawa piekła, które pojawia się w Starym i Nowym Testamencie. Kolejne tłumaczenia tak zagmatwały sprawę, że w zasadzie nie wiadomo, jak piekło jest wyobrażone w tych Księgach. Warto o tym poczytać…
Takich opisów jest wiele, choćby w księgach prorockich.
A wracając do miłości, o której piszesz, to Twoja jej definicja nie odbiega wcale tak daleko od miłości do Boga 🙂
Nie możesz bowiem abstrahować od sytuacji, w której ona występuje – wiary. Jeśli ktoś wierzy, że Bóg stworzył świat i zapewnia mu byt tworząc zwierzęta i rośliny jadalne, to właśnie jest to Twoje „coś za coś”, nie sądzisz?
Mnie się taka definicja miłości nie podoba, bo nawet jeśli założymy, że u jej źródeł zawsze występuje jakiś rodzaj egoizmu, to nie jest to egoizm aż tak (przepraszam) prymitywny, ale tworzący wiele złożonych warstw i współzależności. Nietrudno sobie wyobrazić, że robienie czegoś dobrego dla kogoś NAM sprawia przyjemność i niekoniecznie musimy żądać od niego czegoś w zamian. Jest tu egoizm? No jest, ale jednak nieco bardziej wysublimowany.
Niedawno na przystanku autobusowym zauważyłem napis „Kocham cię – Bóg Ojciec”.
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/demo44.jpg
I zadałem sobie pytanie:” dlaczego? 🙂 Umiałbyś wymyślić odpowiedź?
j.Luk: ja w sekundę: dla świętego spokoju.
Pięknie 🙂
Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak On tęskni do świętego spokoju, który mu tylu zakłóca 🙂
Ja się skupię nad Hazelhardową definicją kochania jako takiego. Jest to równie transcendentny proces jak miłość do Boga dla tych, którzy w niego wierzą. I zakładanie że miłość to coś za coś… Gdyby to był proces myślowy, to zakochanego młodziana w kobiecie 10 lat starszej dałoby się odwieźć od zamiaru. Czy da się? To najprostszy przykład. Miłość to bardziej efekt procesów hormonalnych i reakcji fizjologicznych, dlatego tak trudno się „odkochać” czy namówić kogoś do odkochania, bo te procesy zwyczajnie zakłócają racjonalne myślenie. I dlatego bardziej podoba mi się tekst śpiewanej przez Szczepanika piosenki niż stwierdzenie niepoprawnego w racjonalizowaniu życia a tu nawet miłości – Hazelharda. Miłość procesem myśloweym? Na jakiej podstawie można wysnuwać taki wniosek?
Panie Andrzeju, ale od tego tylko krok do stwierdzenia, że nasza fizyczność bywa w opozycji do naszego rozumu, a to już niemal chrześcijańska teologia 🙂 Jeżeli przyjmujemy, że nasz rozum – ratio, nie jest w stanie ogarnąć świata, w którym żyjemy i który żyje w nas, to pomimo, że rozum odruchowo odrzuca wiarę, powinniśmy ją traktować jak równoprawny element naszego istnienia i nie zwalczać, tak jak nie zwalcza się miłości 🙂
Ileż to stron ,literatura poświęciła tym podłym osobnikom, którzy usiłowali ją złamać, zniszczyć itp.
Ha!
Miłość niejedno ma imię..
Wszystko można kochać, czyli oczekiwać od wszystkiego wzajemności. Najbezpieczniejsze jest kochanie czegoś niewidocznego. Nieistniejącego.. nie rozwiedzie się i z domu nie wyrzuci.
Miłość jest piękna, zwłaszcza ta nieszczęśliwa,
bo tak twierdza poeci.
Miałem sukę rasy Sznaucer, piękna potężna panienka.
Jak miała ten swoisty miłosny zapaszek, pieski szalały..
Był taki jeden, mniejszy od niej, który na spacerze biegł obok, patrzył mi w oczy i piszczal prosząco, abym pozwolił mu na coś tam.. przy całkowitej obojętności panienki.
To zrobiło na mnie wrażenie ale nie zgodziłem się na porubstwo.
Ta miłość była bez wzajemności i zezwolenia.. mojego..
A tak odnośnie dziewictwa, musiało być w cenie. Dziewica była jakąś gwarancją że jest zdrowa i nie choruje na syfilis gnębiący ludzi od tysięcy lat. Syfilis to był AIDS ludzkości do momentu pojawienia się penicyliny.
Wysłuchałem ostatnio ciekawej rozmowy w radio TOK FM.
Przedpołudnie Radia TOK FM 2015-03-02 11:00
Miłość wg. neurobiologi. Rozmowa z profesorem Jerzym Vetulanim PAN
ps.
Piosenka Szczepanika miała drugi tytuł, Hymn Impotentów.
Magogu, chyba masz na myśli trypelek (wiciowiec trypanosoma). Syfilis przyszedł do Europy z Kolumbem…
Magog:Coś Ci się pomyliło z tą Impotęcką. To było oczywiście „Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie śpieszmy”….
Magog: moja suka, (czeski wilczak) chimeryczna jak Palikot i zawsze gotowa do draki, traktuje jednak z reguły liberalnie Yorki i inne ratlerki, jak próbują wyszturchać ją w piętę. Więc ja też nie odpędzam. A wypróbowanym lekarstwem na syfa (przez Benvenuta Celliniego) był post i drewno Krzyża Pańskiego. Jak się zapasy (cudownie odnawiane) w końcu jednak zużyły, jeden Niemiec wymyślił Salwarsan. Natomiast Hymnem Impo była w moim środowisku nie pamiętam czyja piosenka z frazą : „Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie śpieszmy…”
@Jerzy: jak na wstępie zaznaczyłem, odniosłem się do przedziwnie interesownej definicji miłości Hazelharda. Nie interesowała mnie tu miłość do bogów i rzeczy, bo choć to zjawiska także irracjonalne, wynikają z interesowności a nie procesów nazwijmy to biologicznych, jakimi jest fascynacja drugim człowiekiem, zwana miłością. Jest kilka instynktów, które są dla nas ważniejsze od instynktu zachowania źycia. Tak nas wyposażyła natura. Instynkt zachowania gatunku to jeden z nich. Człowiek zakochany zaryzykuje życiem aby tylko zdobyć względy swojego pożądania czy ratować ukochaną osobę. Nasz drogi Hazelhard żyje w świecie zjawisk fizycznych i co rusz wchodzi w świat biologii, którego niestety nie bardzo rozumie.
Jest wyraźnie fanem socjobiologii. Cóż, to tyle tłumaczy, że wolno mu ulegać fascynacji. Z tym, że to jest całkiem podobne do wiary…
Bogdanie, Dyskusja, jak zwykle po moich tekstach, jest nie na temat. Nie chodziło w nim (tym tekście) o de