Piotr Szczepanik śpiewał kiedyś tak:
Kochać – jak to łatwo powiedzieć
Kochać – tylko to więcej nic
Bo miłość jest niepokojem
nie zna dnia, który da się powtórzyć.
Nagle świat się mieści w Twoich oczach
Już nie wiem czy Ciebie znam
Chwile – kolorowe przeźrocza
w jedno, szybko zmienia je czas.
Kochać – jak to łatwo powiedzieć
Kochać – tylko to, więcej nic…
W tym słowie jest kolor nieba
Ale także rdzawy pył gorzkich dni.
Jeszcze obok Ciebie moje ramię,
A jednak szukamy się.
Może nie pójdziemy już razem,
Słowa z wolna tracą swój sens.
Kochać – jak to łatwo powiedzieć
Kochać – to nie pytać o nic
Bo miłość jest niewiadomą,
Lecz chcę wiedzieć czy wiary starczy mi.
Widać, że Piotr Szczepanik nie do końca wiedział, co to jest ta miłość, ale Jego problem nie był aż tak trudny poznawczo, bo w przypadku miłości ludzkiej, wyraz „kochać” może mieć wiele odcieni, ale, generalnie, nie jest bardzo trudno go zdefiniować.
Moja prywatna definicja jest taka, że „kochanie jest to proces myślowy zmierzający do unieśmiertelnienia genów kochającego”. Kocham Żonę, bo urodziła mi Dzieci i dzięki Niej będę żył 10 lat dłużej. Kocham pracowników firm PESA i Solaris, bo oni tworzą podstawy dobrobytu moich Wnuków. Kocham Leonarda Cohena, bo On przedłuży mi życie o dwa lata. I tak mógłbym wymieniać dalej.
Dalsza część mojej definicji jest taka, że „kochanie jest nastawione na odnoszenie korzyści, ale osiągnięcie ich wymaga wykonywania posług na rzecz kochanego”. Dlatego ja robię Żonie śniadania, zamiatam Sąsiadom śnieg spod Ich domów, podnoszę papierki na ulicy, no i staram się wykonywać swój zawód jak najlepiej potrafię, a dodatkowo, piszę notki do Studia Opinii!
Motywacją do zajęcia się wyrazem „kochać” była moja dyskusja z profesorem Stanisławem Obirkiem pod Jego jedną z ostatnich notek (Stanisław Obirek: Tęsknoty Plusa-Minusa za schizmą)
Profesor SO (inicjały te same, co Studio Opinii!!!) wyjaśniał mi znaczenia różnych wyrazów religijnych:
SO: „piekło – doświadczenie przemożnego bólu w chwili uświadomienia sobie, co straciłem nie kochając Boga (nie jest jasne, czy to jest stan ostateczny, według np. Orygenesa i dzisiaj ks.Wacława Hryniewicza, raczej przejściowy)
czyściec – proces oczyszczenia z tego wszystkiego, co nie pozwala w pełni kochać.
co do aniołów i diabłów – sprawa jest nader złożona, ale jeśli już się przyjęło wiarę w Boga to i te bytu pośrednie (pomagające w zbliżeniu lub oddaleniu od niego) nie powinny sprawiać większego problemu. Większość wierzących doświadcza na różne sposoby ich istnienia.”
Wtedy ja spytałem, a co to znaczy „kochać Boga”, i dostałem taką odpowiedź:
SO: „Wiedziałem, że na tym się skończy, więc z tym „kochaniem Boga” wyjechałem prowokacyjnie. Tego właśnie nie da się zdefiniować. Tzn. jest jedna wskazówka: Mt 25, 31-41, tam jest dwa razy powtórzone to samo (raz pozytywnie): „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. I raz negatywnie: „Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. Najciekawsze w tym wszystkim, że zarówno zbawieni jak i potępieni są zaskoczeni.Tu moje mądrości się kończą…”.
Jestem za tą szczerą odpowiedź Profesorowi Obirkowi bardzo wdzięczny i za nią dziękuję.
Jednak moje zdanie jest takie:
JEŻELI JAKIŚ WYRAZ NIE JEST ZDEFINIOWANY, TO NIE MA SENSU GO UŻYWAĆ.
Jeżeli jednak można zrozumieć podstawy religii, jakimi są piekło i czyściec, tylko poprzez „kochanie Boga”, to mamy kłopot, bo opis czegokolwiek za pomocą niedefiniowalnych słów jest mało logiczny. To tak, jakby ktoś usiłował opisać elektron, że jest to „bramburacja stymulowana kastopularyzacją” bez zdefiniowania, co te dziwne wyrazy oznaczają.
Jeszcze niedawno z opisem piekła nie było kłopotu. Smoła się gotowała, w smole cierpiały dusze grzeszników i było wiadomo, o co chodzi. „Smoła”, czy „gotowanie”, to są wyrazy dobrze zdefiniowane i piekło można było łatwo zwizualizować (namalować).
Współczuję obecnym Katolikom, że muszą (muszą?) wierzyć w coś, ale tak naprawdę nie wiadomo w co. Od 2000 lat Hierarchowie KK robią różne karkołomne zabiegi, aby choć trochę „ulogicznić” religię. A to wyrzucą z Dekalogu sformułowanie o zawistnym Bogu, co się mści do czwartego pokolenia, a to uznają Maryję za „zawsze dziewicę”, a to wprowadzą w XV wieku pojęcie „czyściec”. Zawsze mnie zastanawiało, jak można uznawać Biblię, czy Ewangelie, za święte księgi i je dowolnie przerabiać (na miejscu Autora bym się obraził!). Dodatkowo, to niedefiniowalne „kochanie Boga”!
Jak pisze SO, Jezus w Ewangelii sugeruje, że kocha się Go (Jezusa, nie Stanisława Obirka!) przez kochanie tych „najmniejszych” (czyli w domyśle wszystkich ludzi). Wynikałoby z tego jednak, że ja jestem w Bogu wręcz zakochany, a to absurd, bo uważam, że jeżeli takowy by istniał, to byłby jakimś potworem-okrutnikiem. Dlatego trop kochania Boga poprzez kochanie ludzi jest fałszywy.
Czyli, jak mówią na podwórku, „dupa blada”. Nie mamy definicji określenia „kochać Boga”, a przez to nie wiemy, co to jest piekło, nie wiemy, co to jest czyściec (wymyślony, albo jak kto woli, odkryty, w XV wieku n.e.!), i jedynym logicznym posunięciem powinno być zostanie Pastafarianinem. W tej religii wszystko jest dobrze zdefiniowane i logicznie opisane! Nie mówiąc o tym, że znacznie sympatyczniejsze!
Hazelhard



Jako ciekawostkę powiem Ci, jak wyglądało piekło w religii sumeryjskiej. Otóż była to szaro bura przestrzeń, w której siedzieli potępieni i … nie działo się nic. Kompletnie nic. Jak się dobrze zastanowić to taka sytuacja rzeczywiście może być psychiczną męką.
Słowiańska Nyja (nicość) miała podobnie. Strach budziła w żywych, bo tam nie działo się nic.
Najwyraźniej potrzeba zwyrodniałych w swej treści i formie opisów udręczeń fizycznych powstała później.
Bardzo ciekawa jest sprawa piekła, które pojawia się w Starym i Nowym Testamencie. Kolejne tłumaczenia tak zagmatwały sprawę, że w zasadzie nie wiadomo, jak piekło jest wyobrażone w tych Księgach. Warto o tym poczytać…
Takich opisów jest wiele, choćby w księgach prorockich.
A wracając do miłości, o której piszesz, to Twoja jej definicja nie odbiega wcale tak daleko od miłości do Boga 🙂
Nie możesz bowiem abstrahować od sytuacji, w której ona występuje – wiary. Jeśli ktoś wierzy, że Bóg stworzył świat i zapewnia mu byt tworząc zwierzęta i rośliny jadalne, to właśnie jest to Twoje „coś za coś”, nie sądzisz?
Mnie się taka definicja miłości nie podoba, bo nawet jeśli założymy, że u jej źródeł zawsze występuje jakiś rodzaj egoizmu, to nie jest to egoizm aż tak (przepraszam) prymitywny, ale tworzący wiele złożonych warstw i współzależności. Nietrudno sobie wyobrazić, że robienie czegoś dobrego dla kogoś NAM sprawia przyjemność i niekoniecznie musimy żądać od niego czegoś w zamian. Jest tu egoizm? No jest, ale jednak nieco bardziej wysublimowany.
Niedawno na przystanku autobusowym zauważyłem napis „Kocham cię – Bóg Ojciec”.
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/demo44.jpg
I zadałem sobie pytanie:” dlaczego? 🙂 Umiałbyś wymyślić odpowiedź?
j.Luk: ja w sekundę: dla świętego spokoju.
Pięknie 🙂
Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak On tęskni do świętego spokoju, który mu tylu zakłóca 🙂
Ja się skupię nad Hazelhardową definicją kochania jako takiego. Jest to równie transcendentny proces jak miłość do Boga dla tych, którzy w niego wierzą. I zakładanie że miłość to coś za coś… Gdyby to był proces myślowy, to zakochanego młodziana w kobiecie 10 lat starszej dałoby się odwieźć od zamiaru. Czy da się? To najprostszy przykład. Miłość to bardziej efekt procesów hormonalnych i reakcji fizjologicznych, dlatego tak trudno się „odkochać” czy namówić kogoś do odkochania, bo te procesy zwyczajnie zakłócają racjonalne myślenie. I dlatego bardziej podoba mi się tekst śpiewanej przez Szczepanika piosenki niż stwierdzenie niepoprawnego w racjonalizowaniu życia a tu nawet miłości – Hazelharda. Miłość procesem myśloweym? Na jakiej podstawie można wysnuwać taki wniosek?
Panie Andrzeju, ale od tego tylko krok do stwierdzenia, że nasza fizyczność bywa w opozycji do naszego rozumu, a to już niemal chrześcijańska teologia 🙂 Jeżeli przyjmujemy, że nasz rozum – ratio, nie jest w stanie ogarnąć świata, w którym żyjemy i który żyje w nas, to pomimo, że rozum odruchowo odrzuca wiarę, powinniśmy ją traktować jak równoprawny element naszego istnienia i nie zwalczać, tak jak nie zwalcza się miłości 🙂
Ileż to stron ,literatura poświęciła tym podłym osobnikom, którzy usiłowali ją złamać, zniszczyć itp.
Ha!
Miłość niejedno ma imię..
Wszystko można kochać, czyli oczekiwać od wszystkiego wzajemności. Najbezpieczniejsze jest kochanie czegoś niewidocznego. Nieistniejącego.. nie rozwiedzie się i z domu nie wyrzuci.
Miłość jest piękna, zwłaszcza ta nieszczęśliwa,
bo tak twierdza poeci.
Miałem sukę rasy Sznaucer, piękna potężna panienka.
Jak miała ten swoisty miłosny zapaszek, pieski szalały..
Był taki jeden, mniejszy od niej, który na spacerze biegł obok, patrzył mi w oczy i piszczal prosząco, abym pozwolił mu na coś tam.. przy całkowitej obojętności panienki.
To zrobiło na mnie wrażenie ale nie zgodziłem się na porubstwo.
Ta miłość była bez wzajemności i zezwolenia.. mojego..
A tak odnośnie dziewictwa, musiało być w cenie. Dziewica była jakąś gwarancją że jest zdrowa i nie choruje na syfilis gnębiący ludzi od tysięcy lat. Syfilis to był AIDS ludzkości do momentu pojawienia się penicyliny.
Wysłuchałem ostatnio ciekawej rozmowy w radio TOK FM.
Przedpołudnie Radia TOK FM 2015-03-02 11:00
Miłość wg. neurobiologi. Rozmowa z profesorem Jerzym Vetulanim PAN
ps.
Piosenka Szczepanika miała drugi tytuł, Hymn Impotentów.
Magogu, chyba masz na myśli trypelek (wiciowiec trypanosoma). Syfilis przyszedł do Europy z Kolumbem…
Magog:Coś Ci się pomyliło z tą Impotęcką. To było oczywiście „Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie śpieszmy”….
Magog: moja suka, (czeski wilczak) chimeryczna jak Palikot i zawsze gotowa do draki, traktuje jednak z reguły liberalnie Yorki i inne ratlerki, jak próbują wyszturchać ją w piętę. Więc ja też nie odpędzam. A wypróbowanym lekarstwem na syfa (przez Benvenuta Celliniego) był post i drewno Krzyża Pańskiego. Jak się zapasy (cudownie odnawiane) w końcu jednak zużyły, jeden Niemiec wymyślił Salwarsan. Natomiast Hymnem Impo była w moim środowisku nie pamiętam czyja piosenka z frazą : „Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie śpieszmy…”
@Jerzy: jak na wstępie zaznaczyłem, odniosłem się do przedziwnie interesownej definicji miłości Hazelharda. Nie interesowała mnie tu miłość do bogów i rzeczy, bo choć to zjawiska także irracjonalne, wynikają z interesowności a nie procesów nazwijmy to biologicznych, jakimi jest fascynacja drugim człowiekiem, zwana miłością. Jest kilka instynktów, które są dla nas ważniejsze od instynktu zachowania źycia. Tak nas wyposażyła natura. Instynkt zachowania gatunku to jeden z nich. Człowiek zakochany zaryzykuje życiem aby tylko zdobyć względy swojego pożądania czy ratować ukochaną osobę. Nasz drogi Hazelhard żyje w świecie zjawisk fizycznych i co rusz wchodzi w świat biologii, którego niestety nie bardzo rozumie.
Jest wyraźnie fanem socjobiologii. Cóż, to tyle tłumaczy, że wolno mu ulegać fascynacji. Z tym, że to jest całkiem podobne do wiary…
Bogdanie, Dyskusja, jak zwykle po moich tekstach, jest nie na temat. Nie chodziło w nim (tym tekście) o definicję wyrazu „kochać”, tylko o to, aby ona jakaś była. Ja jakąś zaproponowałem, ale zupełnie się nie upieram, żeby ona była właśnie taka. CHODZI TYLKO O TO, ŻEBY JAKAŚ DEFINICJA BYŁA. Zdziwiłbyś się, jak ten sam wyraz (np., „templejt”) różnie definiują fizycy, jak chemicy, a jak biolodzy. Zupełnie to nie przeszkadza- ważne tylko, żeby podczas dyskusji znać definicję przyjętą na jej (tej dyskusji) potrzeby.
Ale najwyraźniej każdy ma inną definicję i nic na to nie poradzisz. Tym bardziej trudno oceniać czyjeś relacje z domniemanym bądź rzeczywistym demiurgiem, bo nie wiesz na ogół jaką on definicję stosuje. Kiedy czasem jakiś osobnik mówi, że kocha Boga, to we mnie wzrasta poziom empatii dla pana B., bo w końcu czy on jest temu winien? No ale to już inny problem 🙂
Nawet relacje międzyludzkie określane, jak sam widzisz – nieprecyzyjnie, jako miłość różnią się od siebie.
Ale może to i lepiej? 🙂
Nie ma problemu z faktem, że są różne definicje, ale jak się zaczyna rozmawiać, to trzeba mieć ustaloną jedną. Jeżeli Ksiądz na kazaniu mówi o miłości do Boga (oraz o piekle, czyśćcu, itp), to powinien podać definicję wyrazów, których używa. Jeżeli nie potrafi, to powinien się podać do dymisji.
Co do zasady – rozmawiać tylko o pojęciach ściśle określonych – jesteśmy zgodni. W końcu, jestem z wykształcenia matematykiem, przyzwyczajonym do tego, że większość wykładów zaczyna się od definicji pojęć, których potem używamy. Ale może gdybyśmy we wszystkim byli tacy ściśli, to dyskusje niematematyczne by zamarły? Bo może w toku dyskusji niedookreślone pojęcie się precyzuje? Może taki „wstępny chaos” jest właśnie tą protozupą, z której dopiero wyłania się jakaś wiedza? Nie wiem. Głowa za mała.
BM a podobałaby Ci się scena, gdy mówisz do panienki : ” F _{0}=0 , F _{1}=1 , F _{n+2}= F _{n+1} + F _{n} , n \ge 0″?
I możesz wszystko wyliczyć (spuszczam jeden, dwa w rozumie…) A na dodatek gdyby okazało się, że ona Ciebie też, ale bez tego (n+2).
No, może w jakiejś komedii 🙂 🙂
Myślę, że jak się dobrze zastanowić, to rzeczywiście wszystko dałoby się zmierzyć, zważyć i policzyć. Tylko po co?
Z tym „procesem myślowym” to nie jest tak prosto. Robiono pomiary aktywności nerwu ręki i odpowiedniego miejsca w mózgu. Oczekiwano, że najpierw pojawia się sygnał w mózgu „zegnij rękę”, a następnie nerw ręki reaguje i powoduje jej zgięcie. Okazało się, że jest odwrotnie. Najpierw nerw ręki ją zgina, a dopiero później mamy sygnał w mózgu. Nie rozumiem tego, nie wiem, czy badania były rzetelne, ale pod moim określeniem „procesy myślowe” rozumiem cały układ nerwowy, a nie tylko jego centralną część.
Może chodziło tu nie o świadome zginanie ręki, tylko wywołane np przez ukłócie. A to powoduje odruch bezwarunkowy, (polisynaptyczny odruch zginania) którego bodźce neuronowe dochodzą do rdzenia z pominięciem centralnego układu nerwowego.
Wiele czynności nabytych także możemy wykonywać automatycznie po wielokrotnym ich powtarzaniu, jak np prowadzenie samochodu, bez udziału świadomości.
@Imienniku, lubię cię, ale widzi mi się, że tego eksperymentu Libeta nie znasz, a się wypowiadasz. Ponadto podpadłeś mi już parę wpisów pod górę, z tymi trypanosomami (wiciowcami, Jezu!). Jak wiadomo Spirocheci, czyli Krętkowie bladzi wywołują syfa, natomiast za trynia odpowiedzialni są Dwoinkowie Neissera, zwani przez nas, co leczyli kiedyś swój koniec żałosny – geminiakami. Bo akurat była taka misja kosmiczna NASY.
@A.Goryński: Tak nie znałem i nie wynikało to z komentarza autora. Ale przyglądnąłem się i widzę, że to eksperymenty typu ile diabłów mieści się na główce szpilki. Następne badania pokazywały, że nasz mózg podwyższa gotowość a nie podejmuje decyzje przed naszą wolą. Nasz układ nerwowy i jego centrum posiada wiele zagadek, których takie proste eksperymenty nie muszą wyjaśniać. Ponieważ nie wiedziałem o co chodzi, użyłem trybu warunkowego w swojej wypowiedzi. Teraz z kolei przekazuję pałeczkę niewiedzy w Pańskie ręce:
Namawiam do poczytania czym się różni wiciowiec protozoa trypanosoma od krętka bladego, spiralnej i ruchliwej bakterii Treponema (syfilisu). (Bez dalszego komentarza:) (i bez Jezu!:)
Sam się muszę poprawić. Pierwsze stwierdzenie że w Europie najpierw dominował trypelek (ale też bakteryjne zarażenie chlamydia) było właściwe. Tyle, że trypelek (rzeżączka) to bakteryjna choroba wywołana przez gonokoki. Wiciowcowa choroba płciowa jest wywołana przez rzęsistka pochwowego. Natomiast przywołany wiciowiec trypanosoma to m. In. śpiączka afrykańska. Dzwoniło, ale nie z tej parafii.
Pokonos: dzięki za dociekliwość. Ja jestem w zasadzie bezwyznaniowy, ale w tym temacie trochę się wyznaję, na zasadzie „poznaj swych wrogów”. Stąd pamiętam nawet, że jak mnie w 1981 dopadła w Indiach ameba, waliłem ją w prawy policzek jakimś amerykańskim pierwoznikiem od pana Fajzera, i zaraz w lewy naszym rodzimym Flażilem od Polfy, co był w zasadzie na rzęsistka (flagellata) i w tydzień zdechła.
W końcu rzęsistki i ameby to pierwotniaki (protozoa). Może jest w tym wspomnianym leczeniu sens. Ale na lekach się nie znam. Niektóre z tych pierwotniaków, jak żyjące sobie w morzach foraminifera i tworzące osady z których kiedyś w przyszłości powstać mają góry wapienne, (w sumie są one bliskie amebom), to cuda natury o niezwykle finezyjnych „muszelkach”.
Hazelhard, kocham cię, rzeczywiście przeczytałeś Prechta, co go reklamowałem na tym forum, chyba rok temu. I zapamiętałeś jedną z ważnych rzeczy, czyli eksperyment Libeta dotyczący wolności zachcianki i niechcianki, co Schopenhauer też na to wpadł, ale jeszcze nie miał aparatury.
zobaczcie na FB zdjęcie „Boże daj mi znak” https://www.facebook.com/profile.php?id=1776230026
„Miłość jest to równanie z nieskończoną ilością niewiadomych”. Może być? 🙂
Powiedzmy delikatniej: z dostatecznie dużą, by nie dało się tego układu rozwiązać. A poza tym (to nie brzydkie słowa, tylko terminologia dla znających matematykę…) macierz tego układu jest bardzo bliska osobliwej i układ w związku z tym chaotyczny.
I coś dla Bogdana 🙂
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/matematyka.jpg
Świat jest wystarczająco niezrozumiały nawet jak używamy dobrze zdefiniowanych wyrażeń. Wystarczy zastanowić się nad kotem Schroedingera, który jest jednocześnie żywy i martwy, dopóki tego nie sprawdzimy.
Słuchanie kaznodziei, polityków, i innych ideologów, którzy bełkocą używając wyrazów niezdefiniowanych, jest wielką stratą czasu.
Natomiast jest coś diametralnie innego w działalności wielkich artystów- malarzy, pisarzy, muzyków, film-makerów, którzy tłumaczą świat za pomocą nowych definicji i nowych połączeń różnych wyrażeń. Dostojewski wyprzedził wielu psychoanalityków, a ci wyprzedzili wielu neurologów.
I jeszcze uwaga na temat miłości (ludzkiej)- jest ona równie frapująca, jeżeli wiemy dużo o psychologii, socjobiologii, a także o… zarabianiu pieniędzy, które w miłości bardzo się przydają!
Jest wiek, kiedy jest miłość i jest robienie miłości za pieniądze kiedy nie ma się tego wieku.
No nie, panie Andrzeju. Albo mówimy o miłości albo o ersatzach. A ponieważ teoretyzujemy, ersatze nie mają tu prawa obywatelstwa 🙂
Miłość to nie tylko sex, ale i nakarmienie dzieci, zapewnienie im edukacji, wspólne pójście do chińskiej restauracji, do kina, czy pojechanie do Wenecji. Bez kasy tego w żadnym wieku nie będziesz miał.
@hazelhard , a tu pełna zgoda. Teoretycznie każdy kaznodzieja, polityk, ideolog mógłby (i chyba powinien) być artystą, ale niestety, większość to nawet nie czeladnicy. Zapotrzebowanie na ich produkcje jest zbyt wielkie, by obsadzić te etaty artystami.
Poza tym zwróć uwagę, że w kwestiach duchowych (niech będzie: religijnych) im większa ostrość definicji, tym mniejsza władza kaznodziei, jako instancji interpretacyjno decyzyjnej. Z tego się łatwo nie rezygnuje.
Zapamiętam to zdanie: „w kwestiach duchowych (niech będzie: religijnych) im większa ostrość definicji, tym mniejsza władza kaznodziei, jako instancji interpretacyjno decyzyjnej”. Dokładnie mi o to chodziło pisząc powyższą notkę, tylko, jak to u mnie często bywa, nie potrafiłem moich chęci odpowiednio zwerbalizować.
Jednak w dawnych wiekach opis piekła był precyzyjny. Gotująca się smoła, diabły z widłami wpychający do kotłów dusze grzeszników i innowierców- wszystko to można było sobie dokładnie wyobrazić i obejrzeć na obrazach.
Jedna rzecz nie została poruszona w notce i dyskusji, mianowicie, wzajemność. Z małymi wyjątkami, ale najczęściej kochamy tych, co nas kochają. Opowiadanie, że „Bóg nas kocha” jest chyba największą nielogicznością obecnej religii. Starożytni Grecy, Rzymianie, czy nawet Żydzi, takiego kitu wiernym nie wciskali.
Recte Corylus dicis !
Czy Cię nigdy nie zastanawiało podobieństwo wyrazów „rectus” i „rectum”? Nie mówiąc już o „erectus”! 🙂
Za to starsi od łacinników nazywali to uczucie έρωτας, dziś skrajnie zawężone w znaczeniu 🙂 Έρωτας zbliżyło się do rectum, oczywiście pod warunkiem, że erectus zechce dokonać aktu άναστάσης 🙂
Po grecku, oprócz „dzień dobry” i „dziękuję” znam tylko wyraz μαλάκας (malaka), który często używają moi greccy przyjaciele, i nie tylko oni.
ale znasz na pewno także θάλασσα (talassa) – morze, jako, że w szkole uczyli o talassokracji.
Έρωτας (erotas) bym przetłumaczył, ale oskarżą nas o szerzenie pornografii 🙂 A άναστάσης (anastasis) używa się w kontekście religijnym w Wielkanoc, ale w tym przypadku chodziło o znaczenie, które kojarzyło Ci się z erectus 🙂
Szczepanik o tym nie śpiewał 🙂
Szanowni forumowicze,
pozwolę sobie przytoczyć i doprecyzować niektóre rodzaje miłości:
Różne rodzaje okazywanej miłości
Wolontariusze działają często w imię agape
Agape (gr., łac. Caritas) – to typ miłości bezinteresownej, opierającej się na altruizmie i duchowej więzi, często motywowanej religijnie.
Philia (gr., łac. Amicitia) – miłość platoniczna, wolna od seksu i zmysłowości, przyjacielska, bezinteresowna, lojalna i wierna. Platon w „Uczcie” opisuje historię opowiadaną przez Arystofanesa o bardzo silnej istocie ludzkiej o dwu twarzach, czterech rękach, czterech nogach, plecach i piersiach naokoło, zagrażającej bogom. Zeus znalazł sposób, by, nie zabijając ludzi (jak chcieli inni bogowie), osłabić ich przez przecięcie każdego na dwie połowy. Od tej pory każdy szuka drugiej połowy, a gdy ją znajdzie, druga osoba, choć obca, staje się nagle bliska.
Eros (gr., łac. Amor) – miłość twórcza, kreatywna lub romantyczna, w której dominującą rolę odgrywa sentyment, tęsknota, oczarowanie, pragnienie coraz większej pełni.
Sexus – miłość zmysłowa, realizująca się w zbliżeniach płciowych, oparta na wzajemnym pożądaniu; najczęściej ma swój początek w zakochaniu.
narcyzm – (por. egoizm), miłość do samego siebie.
pozdrawiam serdecznie
Szanowny panie @janwojciech. Jak już precyzujemy, to do końca.
Dawno temu opowiadano takie coś:
Jakaś organizacja partyjna w ZSRR zorganizowała dla swych członków …wykład o miłości. Zdziwiło się trochę towarzystwo, ale cóż – lektor przyjechał – trzeba wysłuchać.
No i mówca zaczyna:
– Towarzysze! W świecie rozróżniamy cztery rodzaje miłości.
1) występująca na całym świecie miłość kobiety i mężczyzny.
2) rzadsza, na ogół występująca tylko w kapitalizmie, w socjalizmie nie – miłość mężczyzny i mężczyzny.
3) taka, która oprócz Niny Pawłowny i Anny Pietrowny w socjalistycznych krajach nie występuje, za to w kapitalistycznych bardzo często – miłość kobiety i kobiety.
4) taka, która w krajach kapitalistycznych nigdy i nigdzie nie występuje, występuje za to w krajach socjalistycznych, a najczęściej w Związku Radzieckim – miłość partii i narodu!
Na tym zakończył wykład.
– Są pytania?
Zgłosił się jakiś starszy dieduszka i grzecznie pyta:
– Towarzyszu lektorze! A w tym czwartym przypadku miłości, to kto kogo…..?