2015-05-06. Nie rozumiem, dlaczego telewizja nazwała debatą to, co zaprezentowała we wtorkowy wieczór. W dodatku sugestia okazała się tak silna, że ulegli jej rozliczni komentatorzy oceniający „debatę”.
Tymczasem telewizja publiczna nie zaprezentowała żadnej debaty, pokazała kolejny zestaw wyborczych klipów. Na dobrą sprawę czas poświęcony na ten program powinien zostać zaliczony do czasu antenowego, przysługującego poszczególnym komitetom wyborczym. Własnego dziennikarza telewizja potraktowała najgorzej jak można, sprowadzając jego rolę do biernego, stojącego zegara. […]
Pytania można było przecież wyświetlać na ekranie i być może wówczas kandydaci (pisząc „kandydaci”, za każdym razem mam na myśli także kandydatkę), mając tekst przed oczami, mówiliby bardziej na temat, a nie za każdym razem o wszystkim, czyli w gruncie rzeczy o niczym. Zaś komunikat, że czas minął, mogło po prostu sygnalizować wyłączenie mikrofonu. To metoda bardzo skuteczna, o wiele skuteczniejsza niż skrępowany redaktor Ziemiec.
Taką formułę „debaty”, jak rozumiem, ustaliły sztaby. Często to podkreślano. Rozumiem, że sztaby chcą i muszą mieć wpływ na kształt debaty, ale dlaczego nie zastrzegła go dla siebie także telewizja i nie postawiła żadnych warunków, choćby podstawowego: czynnego udziału dziennikarza, a najlepiej dziennikarzy? Dlaczego aż tak skapitulowała?
To, że nie postawiła pustego krzesła czy mównicy dla prezydenta Komorowskiego, nie było żadnym bohaterstwem, mównica mogła sobie stać, w takim tłumie i tak nikt by jej nie zauważył. […]
Mieliśmy ciąg recytacji tekstów lepiej lub gorzej – najczęściej gorzej – wyuczonych, pełnych bzdur, których nikt nie miał szans i ochoty prostować. To zresztą też świadczy o jakości kandydatów. Bo jeśli znali ustalony przez sztaby tok spotkania i pytania – one zresztą nie były pytaniami, ale określeniem ogólnych ram tematycznych (polityka zagraniczna, kwestie gospodarczo-społeczne, wizja państwa) – to mogli sami napisać albo zlecić komuś napisanie ciekawego tekstu na dwie minuty. A potem wyćwiczyć jego wygłoszenie. […] Jak się okazuje, kandydaci na urząd prezydenta RP nawet do tego okazali się niezdolni.
Obronił się jedynie profesjonalny polityk, choć akurat schodzący ze sceny – Janusz Palikot. Z kolei narodowiec Kowalski okazał się zdolniejszy od kandydata największej partii opozycyjnej Andrzeja Dudy. Jak się okazało w kategorii „wrażenia ogólne”, bo tylko o tym możemy mówić, Duda uległ nawet Grzegorzowi Braunowi, który sam siebie nienajlepiej wyreżyserował, ale chociaż czasu nie nadużywał i nie udawał, że ma jakiś program – poza programem pochodzącym z innego świata, od Boga samego. – Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści – powiedział, gdy rzecz dotyczyła finansowania obietnic i być może była to najlepsza konkluzja dla tak zwanych „programów” kandydatów. W przypadku tego konkretnego programu telewizyjnego najwyraźniej „Bóg nie dopuścił”. Dopuściło, niestety, kierownictwo telewizji publicznej.
Czy ten program w ogóle mógł się udać? Otóż klęska była weń wpisana od początku. […]
Kulturę debatowania kształtuje się latami, są specjalne gremia, które się tym zajmują. Są wyspecjalizowani dziennikarze. Przy naszych nawykach, przy naszej kulturze politycznej, a raczej jej braku, można to robić w grupach dwu, trzyosobowych – z aktywnym udziałem dobrze przygotowanych dziennikarzy lub ekspertów. Telewizja tłumaczy, że do debaty zmusiła ją Krajowa Rada Radiofonii Telewizji, ponieważ były narzekania, że w kampaniach się nie debatuje. KRRiT postąpiła głupio, nakazując przynajmniej jedną debatę, a telewizja idiotycznie ten obowiązek wykonała, choć trzeba przyznać, że z pompą.
Co może być efektem? Jedna ciekawa i ważna deklaracja Andrzeja Dudy, że jeśli w ciągu roku nie przygotuje (o uchwaleniu nie było mowy) dwóch ustaw, dość prostych zresztą do napisania, to zrezygnuje z urzędu. A ponadto kandydaci twierdzili, że ich wzajemne zbliżenie jest ogromne, jest tą wartością, która wreszcie system obali, bo przecież, wyjąwszy Palikota, mówili w zasadzie jednym głosem. Zgodę, w kraju generalnie skłóconym i nieufnym, trzeba cenić.
Ten pokój trwał jednak tylko do rana, bo rano Kukiz zerwał z Korwinem, gdyż Korwin zabił mu ukochane JOW–y. A przecież wcześniej w restauracji „Lotos” obaj umówili się na współpracę. Najwyraźniej umawiali się, kiedy Kukiz był słaby, a Korwin mocny. Teraz role się odwróciły i Korwin musi walić w Kukiza.
Okazuje się, nie po raz pierwszy zresztą, że rozmowy polityków w restauracjach mają na ogół opłakane skutki. Brak sojuszu Kukiza i Korwina jest być może zjawiskiem przejściowym, ale program telewizyjny z udziałem kandydatów mógł zniechęcić wyborców do głosowania. Niekoniecznie to mamy na myśli, mówiąc o telewizji publicznej i jej misji. Jesteśmy w oparach absurdu – powiedział na zakończenie programu Palikot, który szczęśliwie wylosował ostatni numer swego „słowa ostatniego”. To była niezła pointa całego telewizyjnego przedsięwzięcia, choć bardzo w gruncie rzeczy łagodna.
Janina Paradowska
Blog Autorki w portalu Polityka.pl
Tamże cały felieton; skróty – redakcja „Studia Opinii”

NIE DA SIĘ PRZECZYTAĆ, BO TEKSTY NAKŁADAJĄ SIĘ Z BOCZNYMI „REKLAMAMI”…
Poprawiono. Wina Firefoxa.
Aby do grudnia…
Wtedy może odpoczniemy od tych kaskad bzdur wylewanych przez odrealnionych politykierów i wzmacnianych przez dziennikarskie hieny…
Niech wygra ktokolwiek, aby tylko był oddech od tego chlewa…
Zdaje się, że na jakieś trzy lata!
Czego wszystkim życzę…
Nie jestem zaskoczony, Korwin wie juz co jest grane i probuje temu zapobiec. Ja i pani Paradowska, to swietny przyklad na teze, badz otwarty. Musze sie z nia zgodzic. Demokracja nasza cierpi bo brak dobrych politykow, a juz szczegolnie bo brak dobrych dziennikarzy.