Jan Subart (właśc. Stanisław Strasburger) jest pisarzem i menadżerem kultury. Zajmuje się zagadnieniami wielokulturowości, migracji i pamięci zbiorowej. Debiut Subarta „Handlarz wspomnień” ukazał się również w Libanie i jest pierwszą od dziesięcioleci powieścią polskojęzyczną w przekładzie arabskim. Autor mieszka na przemian w Kolonii, Bejrucie i w Warszawie. Posługuje się również pseudonimem Jonasz Ryba. Przed dwoma tygodniami odwiedził „Studio Opinii”, wygłaszając pasjonującą opowieść o Bliskim Wschodzie.
„Opętanie. Liban” powstało z osobistej fascynacji miejscem, które kojarzy się z migawkami rozwścieczonego tłumu albo dokąd cichaczem eksportujemy broń (surprise-surprise!, robi to nie tylko nieszczęsny PRL, ale też III Rzeczpospolita). Wiem, Bliskiego Wschodu można dziś mieć dosyć. Jego wszechobecność w mediach jest tyleż natarczywa, co mętna. Ale obrazy z telewizji i te w naszych głowach, to przede wszystkim opowieści o nas samych. O naszym opętaniu.
Pełna normalizacja
Bejrut, 2007-2013
(…) Przeciwieństwem taksówkarzy są kierowcy autobusów. Ich uprzejmość po prostu nie zna granic. Mijając samotnego piesze¬go, dostosowują się do tempa marszu i tak długo namawiają, aż wsiądzie. Bilet idzie wtedy na koszt firmy. W mieście jest zaledwie kilka przystanków, ale kiedy chcesz zatrzymać autobus, wystarczy stać przy krawężniku.
– Skąd jesteście? – otyły, spocony mężczyzna za kierownicą wy¬stawia nam bilety. – Podoba wam się tu? Moje biedne miasto… Prawie jak mój autobus… – Czerwono-białe caio ma swoje lata. Klimatyzacja nie działa, przyspieszenie jest żadne, a pod górkę jedzie się w tempie rowerzysty.
– Po co przyjechaliście do Bejrutu?
Vis-à-vis przystanku, na którym trzeba się przesiąść, jest Ministerstwo Turystyki i budka wartownicza. Żołnierze opierają się o nadprute worki z piaskiem, M-16 niedbale dyndają na haczy¬kach. Posterunki, niekiedy wóz bojowy zamiast budki, rozsiane są po mieście: na Rondzie, przy konserwatorium i na placu Tayuni, między hipodromem a Dahiyeh. Żołnierze są częścią życia: flirtują z dziewczynami, gawędzą przez komórkę i chętnie pomagają. Dopiero kiedy znikają z ulic, wiadomo, że czai się zło – nawet wojsko woli zejść mu z drogi.
Komunikat dowództwa Libańskich Sił Zbrojnych: Dziś rano izraelski nieprzyjaciel usunął graniczny słupek demarkacyjny i po raz kolejny naruszył naszą suwerenność. Wrogi buldożer zmiażdżył oznaczenie tak zwanej niebieskiej linii w rejonie Ferm Shebaa. Słupek oddzielał wyzwolone terytoria libańskie od okupowanych. Ponadto nieprzyjacielski patrol uprowadził 900 kóz należących do obywatela Libanu. W związku z incydentem jednostki armii w okręgu południowym zostały postawione w stan podwyższonej gotowości. Wykonujemy szereg czynności operacyjnych, które ko¬ordynujemy z UNIFIL-em.
– Bardzo przepraszam, chwileczkę! – szeregowiec podnosi się i macha na nas znad worków. – Proszę podejść. Co masz w plecaku?
– Ale się rumieni – rzuca Ina po ukraińsku.
– Sąsiedzi ciągle mają lepszy pomysł na nasz kraj – żołnierz grzebie w plecaku. – Syria i Izrael, dalej mamy Iran, Arabię Saudyjską, kiedyś był Irak. Są Francuzi, Amerykanie… I jeszcze obozy Palestyńczyków. Pół miliona ludzi w naszym niespełna czteromilionowym państwie. Nikt ich nie chce. Dlaczego akurat na nas padło?
Szczęśliwi ci, którzy swój kraj nazywają Bożym Igrzyskiem. Liban jest grą całkiem ludzką.
– Jeszcze raz przepraszam. Możesz spakować.
Ruszamy z przystanku. Pełna normalizacja?
Dahiyeh to zaniedbane przedmieście, w którym życie jest uciążliwe. Przed wojną domową na terenach między centrum a lotniskiem rozciągały się majątki feudałów. Na piękne miejscowe plaże zjeżdżali amatorzy najnowszej mody kąpielowej. Z biegiem czasu wyparli ich ubodzy imigranci z południa. Dziś w Dahiyeh mieszka około pół miliona ludzi. Mało kto posiada ziemię na własność, zabudowa powstała nielegalnie. Ciasnota wymusza powstawanie kolejnych pięter i dobudówek – istnych cudów sztuki inżynieryjnej. Liczba mieszkańców dawno przerosła możliwości infrastruktury: brakuje wody, państwowy prąd dociera co cztery godziny. Lukę wypełniają prywatni dostawcy. Władza interweniuje sporadycznie: kiedy w pobliżu lotniska budynek robi się za wysoki, wkracza wojsko i burzy kondygnację.
Południowe przedmieścia zamieszkują różni ludzie. Część te¬renu zajmują obozy palestyńskie, które w przeciwieństwie do ich odpowiedników na wschodzie miasta przetrwały falangistowskie czystki. Niedobitki feudalizmu sąsiadują w Dahiyeh ze skrajną biedotą i repatriantami. Choć dominują szyici, struktura wyznaniowa jest mieszana. Religijna misja Partii Boga idzie w parze z postępem społecznym, o który daremnie walczyły poprzednie pokolenia. Nic dziwnego, że dawna lewica dała się uwieść boskim sztandarom.
– Świętego Michała, wysiadajcie – uprzejmy kierowca pomaga nam się zorientować. W Bejrucie łatwo o pomyłkę: święty Michał jest patronem wschodniej dzielnicy barów nocnych i maronickiego kościoła w Dahiyeh. Tu kilka miesięcy przed wybuchem wojny 2006 roku Hassan Nasrallah podpisał słynne porozumienie z generałem Aounem. Obaj zadeklarowali, że rozbrojenie Hezbollahu będzie miało sens tylko wtedy, gdy powstanie skuteczna doktryna obronna kraju. Przyjazne relacje z Syrią uznali za oczywiste. Generał pochodzi z Dahiyeh i wykazał się doskonałym wyczuciem politycznym: rozruchy między zwolennikami obu partii, którzy zwalczali się tu od dobrych 20 lat, ustały jak ręką odjął (…)

