Jan Hartman: Zjednoczona Lewica!6 min czytania

()

hartman2015-08-14.

Zarejestrowaliśmy Koalicyjny Komitet Wyborczy „Zjednoczona Lewica”. To gest symboliczny i formalny, ale bardzo wymowny. […] Gdy wiosną, w efekcie „listu profesorów”, powołaliśmy w szerokim gronie inicjatywę zjednoczenia lewicy Wolność i Równość, nawołując do partnerskich rozmów nie o „jedynkach”, lecz o dobrym programie i mocnych, wszechstronnych listach, wyzwanie podjęło OPZZ i związane z nim bliskimi więzami SLD.

Rozpoczęły się rozmowy, które może nie były w pełnym tego słowa znaczeniu partnerskie, lecz jednak różniły się od typowych partyjniackich „deali”, czyli pokątnego handlu miejscami na listach, połączonego z przekupstwem i szantażem.

Tak to najczęściej wygląda w polityce, lecz naszą ambicją było porzucić te brzydkie obyczaje i zacząć uprawiać politykę w nowy sposób: przyjaźnie, transparentnie, po partnersku. Wierzyliśmy w szeroką, otwartą koalicję, w której bardziej niż aparat partyjny i jego interesy liczyć się będą prawdziwi działacze społeczni. Niestety, niektórzy koledzy nie wytrzymali tej „presji”.

Jakiś czas temu doszło do zawarcia pokątnego układu między Leszkiem Millerem i Januszem Palikotem, którzy bez wiedzy, a tym bardziej zgody partnerów, przyznali sobie odpowiednio 25 (!) i 10 (!) „jedynek”, ogłaszając następnie niekonsultowane z partnerami nazwiska swoich kandydatów. Swój układ, zawarty całkowicie oddzielnie, narzucony partnerom i ogłoszony niczym jakiś fakt dokonany, nazwali „zjednoczeniem lewicy”, próbując tym sposobem całkowicie przywłaszczyć sobie zafałszowany i zepsuty przez ich własny partyjny egoizm i arogancję nasz wspólny projekt.

Dziś więc przypomnieliśmy kolegom z SLD, że nie mają praw własności w tym zakresie i że nie zamierzamy biernie patrzeć na to, jak pokątny „deal” Leszka Millera z Januszem Palikotem, sprzedawany opinii publicznej jako „zjednoczenie”, prowadzi lewicę do zguby. […]

Z Sojuszu Lewicy Demokratycznej została może jedna trzecia tego, co miał jeszcze po przegranych wyborach 2011 r. Z TR nie zostało w zasadzie już nic. Kilkadziesiąt osób, trochę długów, dwa znane nazwiska. Sojusz Millera z Palikotem nie ma żadnych szans na przekroczenie progu 8 proc., wymaganego dla koalicji partyjnych.

Elektoraty SLD (5 proc.) i TR (1 proc.) nie dodają się do siebie, a przywłaszczenie sobie chwały „jednoczycieli” przez Millera i Palikota zostanie bez trudu zdezawuowane przez wyborców lewicy, którzy wszak nie są głupi. Premii za jedność nie będzie. Bo nie ma jedności, gdy oszukuje się i lekceważy koleżanki i kolegów. Potencjał lewicy nie leży dziś w markach partyjnych (bo wszystkie są zużyte!) ani w „strukturach” partyjnych (bo wszystkie partie mają struktury szczątkowe), lecz w osobach działaczy społecznych, których mamy w Polsce tysiące.

To oni, a nie nasze „sojusze”, „ruchy” i „unie”, są siłą, która musi się zjednoczyć. Politycy powinni być promotorami i notariuszami tego procesu. Zadaniem polityków lewicy jest wprowadzić żywioł społeczny do Sejmu, a nie ratować własne szanowne zadki. To drugie jest zresztą możliwe tylko wtedy, gdy zrealizuje się to pierwsze.

Od samego początku, gdy z myślą o jednoczeniu lewicy zakładaliśmy WiR i prosiliśmy wszystkich o konstruktywne i uczciwe rozmowy o realnych aktywach polskiej lewicy, część kolegów wolała zamiast tego „gadać o jedynkach” za cienkim parawanem dość płytkich i chaotycznych rozmów programowych. Od kogoś usłyszeliśmy nawet, że jeśli chcemy zrobić coś wielkiego (czytaj: zjednoczyć lewicę), to na początek możemy umyć konia.

To nawet całkiem dowcipne. Osobiste ambicje, miłość do poselskich pensji, urazy i partyjne egoizmy przez dobry kwartał walczyły o lepsze z duchem uczciwej współpracy. I oto znaleźliśmy się w punkcie, w którym kalendarz zmusza nas do ostatecznych porozumień. Czas stroszenia piórek, pasjansów z „jedynkami”, wrednych handelków i pokątnych partyjek pokera na zapleczu – zdecydowanie już się skończył. Porzućmy te gierki. […]

Jest tylu świetnych ludzi na polskiej lewicy! Jest tylu działaczy, tyle organizacji, stowarzyszeń, fundacji… Wyjdźmy z ciasnych ogródków naszych partii i otwórzmy się wreszcie na tę wielką przestrzeń lewicy społecznej i na problemy ludzi pracy, ludzi starszych, ludzi niepełnosprawnych, bezrobotnych i bezdomnych, wyzyskiwanych i pozbawionych życiowych perspektyw, chorych i pokrzywdzonych przez los – tych wszystkich, dla których i przez których istnieje lewica.

Lewica, nie tylko w Polsce, stała się ofiarą swojego wielkiego dziejowego sukcesu. Zrobiła swoje i może odejść? Lewica to przecież ośmiogodzinny dzień pracy, renty i emerytury, powszechny system ochrony zdrowia, budownictwo spółdzielcze i komunalne. Te wszystkie oczywiste rzeczy istnieją na świecie, bo wywalczyła je w ciągu drugiej połowy XIX i pierwszej połowy XX wieku światowa lewica.

A i w dzisiejszej Polsce najważniejsi politycy mówią językiem lewicy, gdy szukają głosów wyborców. „Idą do ludzi”, „słuchają, rozumieją, pomagają” i w ogóle przyjmują „perspektywę zwykłego człowieka”. I bardzo dobrze! Oby tak dalej. Ale nic z tego nie będzie, jeśli w polskiej polityce nie będzie prawdziwej lewicy, dla której sprawy bezrobotnych, wyzyskiwanych i dyskryminowanych to nie „tematy na wybory”, lecz chleb codzienny politycznej roboty. Bez lewicy Polska bez reszty stanie się łupem polityków-karierowiczów, zblatowanych z biznesem i różnego rodzaju lobbystami, a wszystko to za bezpiecznym parawanem świętoszkowatego niby-patriotyzmu i konserwatywnej ideologii.

Bez lewicy na scenie politycznej człowiek pracy nie ma prawdziwej ochrony i oparcia w państwie. Bez lewicy na scenie politycznej nie ma mowy o równości szans i dochowaniu przez państwo konstytucyjnych gwarancji swobód osobistych i obywatelskich, a zwłaszcza o zabezpieczeniu osób i grup społecznie słabszych przed dyskryminacją.

Jeśli zawiedziemy Polki i Polaków, którzy od tylu lat czekają na uwolnienie ich z uścisku dwóch z pozoru nienawidzących się, lecz de facto symbiotycznych względem siebie prawicowych partii, zasłużymy sobie wszyscy na polityczny niebyt. A tak może się stać, jeśli w tych wyborach pójdziemy osobno, rozbici i pełni wzajemnej urazy lub jeśli zamiast zjednoczonej lewicy wystartuje w nich sklecona byle jak łajba, mająca dowieźć raz jeszcze Millera i Palikota do Sejmu.

Ten pierwszy wariant jest dziś bardzo prawdopodobny, gdyż ukonstytuowała się grupa zdolna zebrać podpisy pod listą konkurencyjną w stosunku do koalicji SLD-TR. Tylko czy musi tak się stać? Czy mamy na złość sobie nawzajem poodmrażać sobie (każdy swoje) uszy? Bądźmy nareszcie poważni, uczciwi i odpowiedzialni. Albo zabierajmy swoje zabawki i idźmy do domu.

Jan Hartman

Blog Autora w portalu polityka.pl

Tamże pełny tekst. Skróty – redakcja SO.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

6 komentarzy

  1. otoosh 14.08.2015
  2. W. Bujak 14.08.2015
  3. Aleksy 15.08.2015
  4. john 16.08.2015
  5. slawek 18.08.2015
  6. MaSZ 19.08.2015