Bogdan Miś: Paszkwil na naukę i większość polityków8 min czytania

()

sports-science-22015-10-11.

Mogę o sobie nie bez dumy – całkowicie bezsensownej z punktu widzenia naszej współczesności – powiedzieć, że jestem z nauką związany od urodzenia, a nawet wcześniej. Jako syn i wnuk uczonych, jako człowiek wychowany wśród książek i od nich od dzieciństwa uzależniony, jako wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny paru uczelni, wreszcie – z wyboru – jako dziennikarz, zajmujący się problematyką naukową od paru dziesiątków lat. Żyję w tym świecie i pasjonuję się nim. Proszę mi wybaczyć, że tym razem nie opiszę żadnych nowych – ani dawnych – odkryć czy wynalazków, tylko ostro ponarzekam. Bo już mnie cholera bierze.

Czuję bowiem coraz większe przerażenie. Ten świat – sądzę, że nie tylko w moich okolicach – zaczyna wyglądać i pachnieć coraz gorzej.

Wyższe uczelnie z kuźni inteligencji i ośrodków postępowej myśli pomału zamieniają się w nastawione na doraźny zarobek fabryki licencjatów czy innych B. Sc.; wymagania stawiane przed zdobywcami tego stopnia są zaś mniej więcej takie, jakim pół wieku temu musiał sprostać średnio pracowity maturzysta. Poziom ogólny wiedzy i zainteresowań dzisiejszego przeciętnego (w każdym razie polskiego) studenta budzi zgrozę: w pogoni za zdobyciem doraźnych kwalifikacji i formalnego papierka nic nie czyta, niczym się nie interesuje, jest wręcz typowym półinteligentem; często zresztą po prostu dlatego, że cały swój wolny czas musi poświęcać na zarabianie na czesne. Wiem co mówię. Dopóki nie zakończyłem działalności dydaktycznej spotykałem się z tym zjawiskiem co roku. Narastająco.

Ludzie zatrudnieni w uczelniach – celowo unikam tu ogólnego określenia ich mianem „uczonych”, bo zgoła nie wszyscy na nie zasługują – są w tych fabrykach bardziej majstrami czy brygadzistami pracującymi wedle jakichś nie za mądrych schematów, niż czymkolwiek innym. Zabiegani w pogoni za etatami, czy zajęciami zleconymi na kolejnej prywatnej Wyższej Szkole Gotowania Kartofli Na Gazie Ziemnym i Parzenia Herbaty, nie mają czasu na badania. Publikują – dla zaspokojenia wymogów formalnych – przyczynkarskie pracki w jakichś „Zeszytach (Pseudo)Naukowych” prowincjonalnych szkółek zawodowych; dobrze jeszcze, jeśli „dzieła” te nie są żywcem skopiowane z Internetu.

Nie ma szkół naukowych – takich jak niegdysiejsza Polska Szkoła Matematyczna – nie ma atmosfery fermentu intelektualnego, brak jest ożywczych publicznych dyskusji nad wielkimi problemami współczesności. Uczeni nie mają czasu już nie tylko dla swoich studentów, ale dla najbliższych młodszych współpracowników. Układ mistrz – uczeń przechodzi pomału do przeszłości. Życie uczonych „jak w rodzinie” – takoż.

Brak jest pieniędzy: nauka polska dostaje na swe potrzeby mniej więcej dziesiątą część tego, co jako minimum zaleca Unia Europejska w swych strategiach długookresowych. Zarobki profesorów najlepszych polskich uczelni zostałyby wyśmiane przez sekretarkę czy kierowcę prezesa byle jakiej firemki typu „Krzak S.A”. Nie ma na pensje dla asystentów, więc środowisko naukowe jest coraz sędziwsze.

Nie istnieje żaden system obsługi nauki. Nie ma managerów nauki (ich rolę usiłują pełnić zazwyczaj jakieś zupełne miernoty i odpady z rzeczywistego środowiska naukowego), nie ma personelu pomocniczego; ludzie, których zadaniem powinno być myślenie nad Wielkimi Problemami, muszą sami wypełniać jakieś idiotyczne druki i wycierać dywany w urzędach by „zorganizować” jakieś fundusze na cokolwiek.

I proszę mi nie mówić, że mamy przecież wyodrębnione tematycznie specjalne ministerstwo; bo odpowiem z całą złośliwością, że w związku z tym zamiast informatyzacji mamy… wiceministra, albo coś w tym rodzaju. I tak jest prawie ze wszystkim.

Nauką nikt się właściwie u nas – poza samym środowiskiem – nie interesuje.

Polityk nie chce o niej nawet gadać. Jest dla niego – z reguły człowieka o niskim wykształceniu i niewielkiej kulturze osobistej, żeby nie powiedzieć: zbyt często prostaka i ciemniaka, nawet półanalfabety kulturowego i naukowego – nie tylko niezrozumiała, ale jeszcze w dodatku wpędza go w (silnie uzasadniony) kompleks niższości. Może przy tym być niebezpieczna: niektóre jej tezy okażą się bez wątpienia nie w smak na przykład Kościołowi, i po co się narażać? Budową akceleratorów cząstek elementarnych się przy tym w trakcie wyborów nie pochwalisz, bo ani ty, ani twój wyborca nie ma pojęcia, co to jest. A jak to nawet wybudują, to szwagra da się tam wepchnąć najwyżej na posadę ciecia; a przecież szwagier pana senatora, czy nawet radnego z Pcimia, to powinien być dyrektor z sekretarką o nogach do nieba i z należytą „bryczką”…

Ludzie mediów jej nie potrzebują. Nie bez powodu została już w Polsce bodaj jedna tylko gazeta codzienna z wyodrębnionym przyzwoitym działem nauki (jak kto chce wiedzieć – „Gazeta Wyborcza”, której za to jedno cześć i szacunek). Nie bez powodu w żadnej telewizji nie istnieje nic takiego, jak niegdysiejsza „Sonda” czy „Eureka”. Nie bez powodu publikacje o nauce w kolorowych tygodnikach, jeśli już się pojawią, to budzą swym poziomem – i bezczelnością autorów – żywą zgrozę: jak czytałem niektóre, to myślałem o płodzących je młodych pismakach, że z taką odwagą (czy raczej: bezmyślnym brakiem pojęcia o własnej kompromitacji), to mogliby na bosaka po polu minowym w Iraku zasuwać. Sądząc, że bawią się w berka.

„Nauka nie jest reklamodajna” – mówił z absolutnym poczuciem pewności siebie medialny urzędas z publicznej telewizji. Nie widział tuman, że kanały Discovery, National Geographic” czy DaVinci pojawiły się w Polsce zapewne nie z miłości do „Solidarności” czy jakiejkolwiek partii politycznej, ani nawet Jana Pawła II, tylko z myślą o zysku. I wpuszcza ów urzędas na antenę reklamy, w których lansuje stereotyp uczonego – idioty i połamańca. Bo to trafi do takiego samego bałwana, jak on. Bo to wywoła rechot matołów, którzy w te pędy polecą do sklepu kupić jakiś kolejny chłam za grosik.

Młody człowiek – atakowany taką reklamą i papką telewizyjnej rozrywki dla kretynów – nie lubi nauki: jest trudna, wymaga wysiłku umysłowego, nie przynosi szybkiego i bezpośredniego zysku. Kiedy słyszy i widzi, że jacyś – bywa – półanalfabeci zarabiają krocie za umiejętne przerzucanie napompowanego powietrzem skórzanego worka, że inni półanalfabeci biorą nie mniejsze apanaże za demonstrowanie na małym ekranie gołego tyłka w kolejnym reality-show, a jeszcze inni robią za guru czy innego idola dlatego tylko, że wyryczeli jakieś głupoty w prymitywnych rymowankach – otóż kiedy ów młody człowiek widzi i słyszy to wszystko, jak ma dojrzeć jakąś wartość w nauce, w bezinteresownym poznawaniu rzeczywistości?

Nie podoba mi się ten obraz. Jest zdecydowanie czarny.

I gdybyż chodziło tu o to tylko, że czasy się po prostu zmieniły. Że nauka nie jest po prostu rzeczywiście nikomu tak specjalnie potrzebna. Że – faktycznie – co światu po tym, że pięciu facetów będzie rozmawiać o problemach, które obchodzą tylko ich, i które tylko oni rozumieją. Za co tu ma im płacić i za co ich szanować czytelnik tabloidu?

Ale chodzi o coś zupełnie innego. Chodzi o to, że jak się dobrze poczyta statystyki, to widać wyraźnie, że ludzie żyją znacznie lepiej tam, gdzie poziom edukacji jest wyższy. Że nie ma z punktu widzenia całych społeczeństw lepszej i bardziej rentownej inwestycji, niż kierowanie nakładów na naukę. Że ci cholerni jajogłowi są po prostu niezbędni nawet najtępszym patriotyczno-chrześcijańskim kibolom z niepełnym podstawowym, bo to oni koniec końcem tworzą im miejsca pracy; i tam, gdzie oni mają się dobrze – to i nawet zasiłki dla bezrobotnych są wyższe. I stadiony ładniejsze.

Ale żeby to wiedzieć, żeby to wyczytać – trzeba mieć jakieś wykształcenie. I tak koło się zamyka, niestety. I jest, jak jest.

Wiem, że napisałem paszkwil. Przerysowałem umyślnie. Wiem, że wśród polskich naukowców są nadal Koprowscy i Banachowie. Że polscy młodzi informatycy są w ścisłej światowej czołówce, że studiowanie na pewnych wydziałach niektórych polskich uczelni jest rozkoszą dla mózgu, i tak dalej.

Ale pojedyncze sukcesy w znikomym stopniu wpływają na obraz całości.

A te gorzkie, świadomie przejaskrawione, złośliwe i nawet szydercze słowa kieruję przede wszystkim do sterników nawy publicznej.

Ale i do nas wszystkich: zbliżają się wybory, mamy szansę zapytać kandydatów do urzędów o ich stosunek do nauki i jej potrzeb, i potem zrobić odpowiedni użytek z naszych kartek.

Amen.  I tylko na wszelki wypadek informuję uprzejmie, że do sfery nauki ze wszystkich startujących w wyborach nawiązuje tylko Zjednoczona Lewica. To taki mój osobisty – modny teraz – polityczny coming out.

Bogdan Miś

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

25 komentarzy

  1. j.Luk 11.10.2015
  2. BM 11.10.2015
  3. wejszyc 11.10.2015
    • j.Luk 11.10.2015
      • wejszyc 11.10.2015
        • j.Luk 12.10.2015
  4. PIRS 11.10.2015
    • BM 11.10.2015
  5. MaSZ 11.10.2015
  6. PJD 11.10.2015
  7. czytelnik 12.10.2015
  8. Sir Jarek 12.10.2015
  9. Sir Jarek 12.10.2015
  10. Obirek 12.10.2015
    • BM 12.10.2015
      • jureg 13.10.2015
      • Mr E 13.10.2015
        • wejszyc 13.10.2015
  11. hazelhard 12.10.2015
  12. Magog 12.10.2015
  13. Obirek 12.10.2015
  14. Federpusz 12.10.2015
    • BM 13.10.2015
      • Federpusz 13.10.2015
      • nocman 13.10.2015