Mogę o sobie nie bez dumy – całkowicie bezsensownej z punktu widzenia naszej współczesności – powiedzieć, że jestem z nauką związany od urodzenia, a nawet wcześniej. Jako syn i wnuk uczonych, jako człowiek wychowany wśród książek i od nich od dzieciństwa uzależniony, jako wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny paru uczelni, wreszcie – z wyboru – jako dziennikarz, zajmujący się problematyką naukową od paru dziesiątków lat. Żyję w tym świecie i pasjonuję się nim. Proszę mi wybaczyć, że tym razem nie opiszę żadnych nowych – ani dawnych – odkryć czy wynalazków, tylko ostro ponarzekam. Bo już mnie cholera bierze.
Czuję bowiem coraz większe przerażenie. Ten świat – sądzę, że nie tylko w moich okolicach – zaczyna wyglądać i pachnieć coraz gorzej.
Wyższe uczelnie z kuźni inteligencji i ośrodków postępowej myśli pomału zamieniają się w nastawione na doraźny zarobek fabryki licencjatów czy innych B. Sc.; wymagania stawiane przed zdobywcami tego stopnia są zaś mniej więcej takie, jakim pół wieku temu musiał sprostać średnio pracowity maturzysta. Poziom ogólny wiedzy i zainteresowań dzisiejszego przeciętnego (w każdym razie polskiego) studenta budzi zgrozę: w pogoni za zdobyciem doraźnych kwalifikacji i formalnego papierka nic nie czyta, niczym się nie interesuje, jest wręcz typowym półinteligentem; często zresztą po prostu dlatego, że cały swój wolny czas musi poświęcać na zarabianie na czesne. Wiem co mówię. Dopóki nie zakończyłem działalności dydaktycznej spotykałem się z tym zjawiskiem co roku. Narastająco.
Ludzie zatrudnieni w uczelniach – celowo unikam tu ogólnego określenia ich mianem „uczonych”, bo zgoła nie wszyscy na nie zasługują – są w tych fabrykach bardziej majstrami czy brygadzistami pracującymi wedle jakichś nie za mądrych schematów, niż czymkolwiek innym. Zabiegani w pogoni za etatami, czy zajęciami zleconymi na kolejnej prywatnej Wyższej Szkole Gotowania Kartofli Na Gazie Ziemnym i Parzenia Herbaty, nie mają czasu na badania. Publikują – dla zaspokojenia wymogów formalnych – przyczynkarskie pracki w jakichś „Zeszytach (Pseudo)Naukowych” prowincjonalnych szkółek zawodowych; dobrze jeszcze, jeśli „dzieła” te nie są żywcem skopiowane z Internetu.
Nie ma szkół naukowych – takich jak niegdysiejsza Polska Szkoła Matematyczna – nie ma atmosfery fermentu intelektualnego, brak jest ożywczych publicznych dyskusji nad wielkimi problemami współczesności. Uczeni nie mają czasu już nie tylko dla swoich studentów, ale dla najbliższych młodszych współpracowników. Układ mistrz – uczeń przechodzi pomału do przeszłości. Życie uczonych „jak w rodzinie” – takoż.
Brak jest pieniędzy: nauka polska dostaje na swe potrzeby mniej więcej dziesiątą część tego, co jako minimum zaleca Unia Europejska w swych strategiach długookresowych. Zarobki profesorów najlepszych polskich uczelni zostałyby wyśmiane przez sekretarkę czy kierowcę prezesa byle jakiej firemki typu „Krzak S.A”. Nie ma na pensje dla asystentów, więc środowisko naukowe jest coraz sędziwsze.
Nie istnieje żaden system obsługi nauki. Nie ma managerów nauki (ich rolę usiłują pełnić zazwyczaj jakieś zupełne miernoty i odpady z rzeczywistego środowiska naukowego), nie ma personelu pomocniczego; ludzie, których zadaniem powinno być myślenie nad Wielkimi Problemami, muszą sami wypełniać jakieś idiotyczne druki i wycierać dywany w urzędach by „zorganizować” jakieś fundusze na cokolwiek.
I proszę mi nie mówić, że mamy przecież wyodrębnione tematycznie specjalne ministerstwo; bo odpowiem z całą złośliwością, że w związku z tym zamiast informatyzacji mamy… wiceministra, albo coś w tym rodzaju. I tak jest prawie ze wszystkim.
Nauką nikt się właściwie u nas – poza samym środowiskiem – nie interesuje.
Polityk nie chce o niej nawet gadać. Jest dla niego – z reguły człowieka o niskim wykształceniu i niewielkiej kulturze osobistej, żeby nie powiedzieć: zbyt często prostaka i ciemniaka, nawet półanalfabety kulturowego i naukowego – nie tylko niezrozumiała, ale jeszcze w dodatku wpędza go w (silnie uzasadniony) kompleks niższości. Może przy tym być niebezpieczna: niektóre jej tezy okażą się bez wątpienia nie w smak na przykład Kościołowi, i po co się narażać? Budową akceleratorów cząstek elementarnych się przy tym w trakcie wyborów nie pochwalisz, bo ani ty, ani twój wyborca nie ma pojęcia, co to jest. A jak to nawet wybudują, to szwagra da się tam wepchnąć najwyżej na posadę ciecia; a przecież szwagier pana senatora, czy nawet radnego z Pcimia, to powinien być dyrektor z sekretarką o nogach do nieba i z należytą „bryczką”…
Ludzie mediów jej nie potrzebują. Nie bez powodu została już w Polsce bodaj jedna tylko gazeta codzienna z wyodrębnionym przyzwoitym działem nauki (jak kto chce wiedzieć – „Gazeta Wyborcza”, której za to jedno cześć i szacunek). Nie bez powodu w żadnej telewizji nie istnieje nic takiego, jak niegdysiejsza „Sonda” czy „Eureka”. Nie bez powodu publikacje o nauce w kolorowych tygodnikach, jeśli już się pojawią, to budzą swym poziomem – i bezczelnością autorów – żywą zgrozę: jak czytałem niektóre, to myślałem o płodzących je młodych pismakach, że z taką odwagą (czy raczej: bezmyślnym brakiem pojęcia o własnej kompromitacji), to mogliby na bosaka po polu minowym w Iraku zasuwać. Sądząc, że bawią się w berka.
„Nauka nie jest reklamodajna” – mówił z absolutnym poczuciem pewności siebie medialny urzędas z publicznej telewizji. Nie widział tuman, że kanały Discovery, National Geographic” czy DaVinci pojawiły się w Polsce zapewne nie z miłości do „Solidarności” czy jakiejkolwiek partii politycznej, ani nawet Jana Pawła II, tylko z myślą o zysku. I wpuszcza ów urzędas na antenę reklamy, w których lansuje stereotyp uczonego – idioty i połamańca. Bo to trafi do takiego samego bałwana, jak on. Bo to wywoła rechot matołów, którzy w te pędy polecą do sklepu kupić jakiś kolejny chłam za grosik.
Młody człowiek – atakowany taką reklamą i papką telewizyjnej rozrywki dla kretynów – nie lubi nauki: jest trudna, wymaga wysiłku umysłowego, nie przynosi szybkiego i bezpośredniego zysku. Kiedy słyszy i widzi, że jacyś – bywa – półanalfabeci zarabiają krocie za umiejętne przerzucanie napompowanego powietrzem skórzanego worka, że inni półanalfabeci biorą nie mniejsze apanaże za demonstrowanie na małym ekranie gołego tyłka w kolejnym reality-show, a jeszcze inni robią za guru czy innego idola dlatego tylko, że wyryczeli jakieś głupoty w prymitywnych rymowankach – otóż kiedy ów młody człowiek widzi i słyszy to wszystko, jak ma dojrzeć jakąś wartość w nauce, w bezinteresownym poznawaniu rzeczywistości?
Nie podoba mi się ten obraz. Jest zdecydowanie czarny.
I gdybyż chodziło tu o to tylko, że czasy się po prostu zmieniły. Że nauka nie jest po prostu rzeczywiście nikomu tak specjalnie potrzebna. Że – faktycznie – co światu po tym, że pięciu facetów będzie rozmawiać o problemach, które obchodzą tylko ich, i które tylko oni rozumieją. Za co tu ma im płacić i za co ich szanować czytelnik tabloidu?
Ale chodzi o coś zupełnie innego. Chodzi o to, że jak się dobrze poczyta statystyki, to widać wyraźnie, że ludzie żyją znacznie lepiej tam, gdzie poziom edukacji jest wyższy. Że nie ma z punktu widzenia całych społeczeństw lepszej i bardziej rentownej inwestycji, niż kierowanie nakładów na naukę. Że ci cholerni jajogłowi są po prostu niezbędni nawet najtępszym patriotyczno-chrześcijańskim kibolom z niepełnym podstawowym, bo to oni koniec końcem tworzą im miejsca pracy; i tam, gdzie oni mają się dobrze – to i nawet zasiłki dla bezrobotnych są wyższe. I stadiony ładniejsze.
Ale żeby to wiedzieć, żeby to wyczytać – trzeba mieć jakieś wykształcenie. I tak koło się zamyka, niestety. I jest, jak jest.
Wiem, że napisałem paszkwil. Przerysowałem umyślnie. Wiem, że wśród polskich naukowców są nadal Koprowscy i Banachowie. Że polscy młodzi informatycy są w ścisłej światowej czołówce, że studiowanie na pewnych wydziałach niektórych polskich uczelni jest rozkoszą dla mózgu, i tak dalej.
Ale pojedyncze sukcesy w znikomym stopniu wpływają na obraz całości.
A te gorzkie, świadomie przejaskrawione, złośliwe i nawet szydercze słowa kieruję przede wszystkim do sterników nawy publicznej.
Ale i do nas wszystkich: zbliżają się wybory, mamy szansę zapytać kandydatów do urzędów o ich stosunek do nauki i jej potrzeb, i potem zrobić odpowiedni użytek z naszych kartek.
Amen. I tylko na wszelki wypadek informuję uprzejmie, że do sfery nauki ze wszystkich startujących w wyborach nawiązuje tylko Zjednoczona Lewica. To taki mój osobisty – modny teraz – polityczny coming out.
Bogdan Miś



@BM, zagłosuję obiema rękami na lewicę jeśli ta oświadczy publicznie, że zlikwiduje Kartę Nauczyciela, ten prlowski anachronizm, wyprysk na skórze naszej edukacji, chroniący złego nauczyciela i broniący dostęp do zawodu dobremu.
Ale ona nie oświadczy, bo wtedy przegra wybory. Itd.itd.
A to jest źródło tego o czym piszesz.
*
Sąsiad, profesor matematyki mówiąc o kiepskich studentach wywodził: ” – Najwyżej zostaną nauczycielami…” plus pogardliwe prychnięcie.
Inna wypowiedź:
„…oni nie pojmują tego, że właśnie nauczyciele są w stanie przekształcić całe pokolenia. Ale do tego trzeba czegoś więcej, prawdziwego nie pozornego wykształcenia. I tak jak nauczyciele wykształceni ku dobremu, tak znowu nauczyciele powierzchownie tylko wykształceni ku złemu powierzona im młodzież skierować mogą. ”
Xawery Łukaszewski, Tygodnik Literacki, nr 30, 1844r.
*
To tworzy całość, sprawa nauki jest częścią, ostatnim etapem na naszej radosnej drodze do skretynienia, nie sądzisz?
Of course, sir.
@j.Luk. Nie pojmuję upatrywania wszystkich błędów polskiej edukacji w Karcie Nauczyciela. Prym wiedzie wiedzie w tym niejaka Wielowieyska Dominika, z Wyborczej. Gazety. Pisze i gada o tym z powodu i bez powodu. Mantra. Jak likwidacja Karty Nauczyciela wpłynie na proces kształcenia przyszłych nauczycieli? Jak zmieni Pana sąsiada, przepraszam, idiotę (mimo że to profesor matematyki), który plecie nieprawdopodobne głupoty? Jak wpłynie na kształt programów nauczania? Co zrobi z katechetami i obecnością dwu godzin bzdur w tygodniu? Jak wpłynie na dyrektorów uzależnionych od wójtów i proboszczów? Jak zmieni system oceniania szkół po ilości absolwentów (więc promuje się wszystkich)? Wreszcie czy likwidacja Karty podniesie płace, a wtedy przyjdą dobrzy?
Jeśli pan sądzi, że wszystko zło zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to zapewniam, że nie zniknie. natomiast od czegoś trzeba zacząć.
Karta Nauczyciela nie pozwala zwolnić złego nauczyciela co znam z dość bliska. A nie pozwala, bo natychmiast okaże się, że nie godzą się na to związki zawodowe, zaś dyrektor szkoły musi mieć u nich „plecy” by myśleć o następnej kadencji. Nauczyciel może mieć w zupie swoja pracę, uczniów itd. Wystarczy, że wie kto go w pracy trzyma. Przecież to jest wszystko chore.
Powrót do stosunków sprzed ponad 200 lat, gdy nauczyciel miał status urzędnika państwowego byłby prawdziwą ozdrowieńczą rewolucją.
Czy zdaje pan sobie sprawę, że dziś nauczyciel dwa razy się zastanowi zanim postawi uczniowi niedostateczny na koniec roku. Kiedy miał pn ostatnio do czynienia z uczniem drugorocznym? To są godziny TŁUMACZENIA SIĘ i tony zapisanego papieru. Komu by się chciało? Wypuszcza się cymbała byle szybciej poszedł sobie z naszej szkoły i fertig.
Cymbał przechodzi tak kolejne stopnie edukacji, idzie na uczelnię, która go przyjmuje, bo od tego zależy jej finansowanie, następnie wypuszcza z dyplomem licencjata, po czym cymbał rozpoczyna karierę polityczna, ponieważ jest to jedyna praca, która może wykonywać. Nie daj Bóg, jego partia wygrywa, cymbał zostaje wysokim urzędnikiem i co dalej? On doceni np. wagę finansowania nauki? Zmieni relacje między ilością godzin religii a fizyki czy historii? Myślę, że wątpię.
Nie zmieni programów szkolnych, nie zmieni niczego, chyba, że na gorsze.
A gdzieś to wszystko się zaczęło, prawda?
@j.Luk. Zdaję sobie sprawę już od lat, że nic nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dlatego nie łapię się na Tymińskich, Kaczyńskich, Kukizów. Panie Jerzy, złego nauczyciela tak samo trudno zwolnić jak złego urzędnika. Zdaję sobie sprawę, że sytuacja w oświacie jest chora. Ale czy pokłada Pan aż takie zaufanie w dyrektorach szkół i wierzy, że będą oni zwalniać tylko złych nauczycieli? A może niewygodnych też? Może takich, jak ta nauczycielka, która dbała o świeckość szkoły i nie pozwalała na wieszanie krzyży? Znam doskonale sytuacje, gdy nauczyciel nie chce stawić pałki, by nie mieć kłopotów. Ale czy to wina Karty Nauczyciela?
@wejszyc, w zdecydowanej mierze tak. To ona np. nie pozwala panu obiektywnie ocenić nauczyciela, bo nie ma pan prawa wejść na jego lekcję i sprawdzić jak pracuje. Zna pan inną firmę, która tak działa? Szef żeby spojrzeć jak pan sobie radzi w pracy musi się zapowiadać na ileś tam dni naprzód. Zna pan podobny absurd?
A to tylko jeden z przykładów.
Nauczyciele narzekają na niskie płace. Ale w swej większości nie godzą się na pomysł ich podwyższenia za cenę przejścia do przedwojennego systemu bycia urzędnikiem państwowym ze wszystkimi tego plusami i minusami. Jak pan myśli dlaczego?
Oczywiście, że jest więcej przyczyn, ale to w szkole zaczyna się to co potem widzimy na końcu, a o czym pisał BM.
Ponad 200 lat temu Kołłątaj i jego KEN w swoich projektach ustaw też zaczynali walkę o polska oświatę od opracowania metodyki nauczania poszczególnych przedmiotów i – kształcenia nauczycieli.
Ten system był wykorzystywany aż po rok 1939 nawet pod zaborami. Potem zaczęto przy nim majstrować. I mamy co mamy.
Wrócimy do niego? A w życiu!
Autor nie docenia mocy polityki. Każdy polityk z chwilą wybrania tego zawodu zna się od razu na wszystkim i natychmiast może rozwiązać najbardziej złożony problem, który wykształciuchom zabrałby kupę czasu i pracy. Politycy mają rozum i nie wstydzą się go pokazywać.
Pamiętamy jak to rozważano konieczność podwyżki płac, a wtedy prezydent Wałęsa ogłosił, że przecież zamiast podwyższać płace można by obniżyć ceny o 50% a nawet o 100%.
Premier Tusk chciał rozwiązać problem pedofili poprzez przymusową kastrację pedofilów. Strach pomyśleć że zdarzy się jakiś wypadek na drodze, bo zaraz posłowie wysuwają pomysły a to znacznego zmniejszenia prędkości pojazdów, a to jeszcze surowszego karania kierowców. I Bogu dzięki że pan Macierewicz nie został swego czasu ministrem zdrowia.
Po co jakieś specjalistyczne studia skoro chłopski rozum wszystkiemu zaradzi?
I każdy polityk z miejsca nadaje się na każde odpowiedzialne stanowisko. Mieliśmy ministra szefa NBP, który procesował się z pewnym profesorem ekonomii, który uważał że to co skończył polityk na jakiejś amerykańskiej uczelni to był tylko kurs a nie studia ekonomiczne. Mieliśmy ministrów ze średnim a nawet podstawowym wykształcenie.
„Bo po co nam elita
Ktoś kto zamiast wierzyć ciągle pyta.
Docenia, docenia. Dlatego go ta sytuacja wk… przedwyborczo.
Smutna, ale trafna diagnoza. Ze strony biznesu widać ponadto słabą innowacyjność (poza chlubnymi, lecz często niszowymi wyjątkami) oraz model państwowej nauki będący łowieniem grantów publicznych. Naturalnie wieloletnich i dających ich beneficjentom stabilność finansową. To podobnie jak wielu działaczy partyjnych finansowo uzalezniońych od bycia wybieranym do czegoś-tam, bo innych umiejętności zawodowych brak.
Ew. zyski z udziału uczelni w interesujących intelektualnie działaniach biznesowych to rzadkość.
Finansowanie nauki, tak, ale także problem modelu wspierającego nierzadko naukowe chałtury.
Chyba delikatnie mówiąc: media żerujące na najniższych instynktach. Tak, taki jest rynek, lecz media idą na łatwiznę nie próbując nań wpływać.
Apropos działań polityków na rzecz nauki. Czy to nadal aktualne, że szefem polskiej agencji kosmicznej została pracownica salonu samochodowego? To była chyba synekura PSL? Tak jakby w USA dyrektorem generalnym NASA został kierownik stacji benzynowej…
niestety,
prawda to, prawda…
Smutne to, ale prawdziwe. Co gorsze, tak można opisać sytuację w niemal każdym aspekcie naszego państwa.
Boję się iść na wybory, ponieważ tak naprawdę żadna z partii nie oferuje nic sensownego, by zmienić cokolwiek. Mamy jakiś totalny cyrk z Paniami w roli głównej. Szydło, Kopacz czy nawet Nowacką można wrzucić do jednego worka pod nazwą paprotki.
Czy autor mógłby wyjaśnić, co takiego proponuje Lewica w kwestii polskiej nauki. Słucham, czytam, oglądam i nie zauważyłem nic wartego uwagi, tylko same oklepane od wielu lat hasła.
Polska Agencja Kosmiczna (PAK; ang. Polish Space Agency, POLSA) – narodowa komisja kosmiczna utworzona ustawą z 26 września 2014[4], członek międzynarodowej organizacji krajów europejskich, Europejskiej Agencji Kosmicznej, której celem jest eksploracja i wykorzystanie przestrzeni kosmicznej. Dzięki niej polskim przedsiębiorstwom ma być łatwiej pozyskiwać środki z Europejskiej Agencji Kosmicznej. Do zadań polskiej agencji należeć będzie promowanie współpracy nauki z biznesem w tej branży, usuwanie barier w rozwoju polskich technologii kosmicznych[5].
Na wniosek senatora RP i byłego rektora Politechniki Gdańskiej Edmunda Wittbrodta, decyzją sejmu siedziba organizacji znajdzie się w Gdańsku[1][6].
hahahahahahah – Iljon Tichy łka ze śmiechu……….środki, środki, Kasa………..Chociaż – takie głupie to nie jest – wszak mamy Pana Twardowskiego.
Się poryczałem ze śmiechu.
hmmmmm – a swoją drogą, ciekawe czy siedziba dostała właściwy jej randze pokropek….:-)
Jak człowiek z branży to się z diagnozą zgadzam i nie zgadzam. Zgoda jest oczywista, jej brak mniej, ale on wymagałby dłuższego wywodu. Więc powiem tylko o jednym. Studenci naprawdę zainteresowani „tematem” się zdarzają nader często i mimo, że ich mało, to pozwalają wierzyć, że to co robię nie jest całkiem bez sensu. A co do polityków, to nie mam złudzeń, więc będę się przyglądał twarzom, a nie partiom. Inna sprawa, że od 1989 roku są to twarze z lewej strony, prawa strona budzi moje silne uczucia, ale z podziwem nie mają one związku.
Oczywiście, przy wszelkich zarysowanych – paszkwilancko przecież – problemach, mamy studentów (a potem i uczonych) wybitnych. Ich się tak łatwo nie ukatrupi nawet durnym systemem, i pewna liczba z nich zrobi z pewnością świetne kariery. Ale – z jednej strony – czy w ogóle jest sens kształcić tych wybitnie gorszych? Gdy ja studiowałem, cały UW liczył 6000 studentów, a dziś? Po czorta? Studia wyższe (akademickie, nie mówię o zawodowych) – powtarzam to – powinny być nie elitarne, ale szalenie elitarne, wtedy mają sens. No i oczywiście młody zdolny pracownik naukowy powinien mieć przez państwo zdjęte z głowy w całości troski bytowe, zaś naprawdę wybitny uczony powinien mieć przez to samo państwo zapewniony byt luksusowy, na poziomie równorzędnym z głową państwa. Średni powinni plasować się gdzieś między dobrobytem a luksusem.
Dodam do tego, że kilka lat temu UE rozpatrywała (ale odrzuciła na etapie wstępnym) pomysł zrównania siatki płac w nauce z siatką w wojsku. Otóż nauczyciel szkoły podstawowej miał mieć płacę od podporucznika do kapitana, nauczyciel w liceum – od porucznika do majora, asystent na uczelni – od kapitana do podpułkownika, adiunkt od majora do pułkownika, profesor od generała brygady do generała czterogwiazdkowego, dziekan wydziału uposażenie dowódcy dywizji, rektor uczelni – pozycję finansową głównodowodzącego armią. Nie powiem, podobało mi się to.
Włąśnie skończyłem 'Genialnych’ Mariusza Urbanka, jak zwykle u tego autora podziwu godne zagłębienie się w temacie, a gdzie i Pana Redaktora głos się pojawia, a tam:
.
'Czy dziś ktoś taki jak Banach miałby szansę zrobić podobną karierę? Bez studiów,…
– Bardzo trudno to sobie wyobrazić. (Odpowiada prof. Roma Duda)
.
O tempora, o mores.
Mnie się ten pomysł z siatką płac nawet podoba.
Tylko bym ją zupełnie odwrócił.
Najwyższe pensje powinni dostawać nauczyciele w podstawówkach – to ten zawód powinien miec największy prestiż, tam garnąć się powinni najlepsi.
.
Dzieci zasadniczo są bardzo chetne do nauki, wspaniale się rozwijają i uczą dopóki się w nich tej pasji nie zabije.
.
Profesor na uczelni, gdyby była tak elitarna, jak Pan by sobie tego życzył, miałby juz przywilej pracowania ze świetnie ukształtowanymi i zainteresowanymi wiedzą ludźmi. To samo w sobie już jest nagrodą. Jakieś wybitnie wysokie pensje nie muszą dodatkowo motywować (grunt, żeby była to pensja godna – conajmneij oficerska).
@Mr E. Popieram. W Korei Płd. nauczyciele nauczania początkowego to elita, najlepsi z najlepszych, najlepiej opłacani. Dostanie się do tego grona poprzedzone jest ostrą selekcją i trudnymi egzaminami.
Bogdanie, najchętniej bym Cię ucałował w oba policzki, ale co poniektórzy mogliby to opacznie zrozumieć.
quote;
czy w ogóle jest sens kształcić tych wybitnie gorszych? Gdy ja studiowałem, cały UW liczył 6000 studentów, a dziś? Po czorta? Studia wyższe (akademickie, nie mówię o zawodowych) – powtarzam to – powinny być nie elitarne, ale szalenie elitarne, wtedy mają sens.
……………………
Zawsze też tak uważałem Panie Redaktorze!
Za dziadka Gomułki otrzymałem na mojej uczelni warszawskiej indeks z numerem 1650 tak mniej więcej. Cztery lata po nauce dostałem dyplom i tytuł magistra sztuki. Dyplom miał chyba numer 730 i coś tam.
To mi uświadomiło sens mojej edukacji. Było trudno, nawet bardzo.
Ja w kontaktach z kolegami-muzykami z innych państw miałem zero kompleksów.
Obecnie w III RP wśród swoich też.
Też bym tak chciał. Uzależnienie finansów uczelni od ilości studentów od początku wydało mi się samobójcze. To samobójstwo trwa…
Szanowny Panie Bogdanie, we wszystkim zgoda, oprócz tego, co po „amen”. Polecam przeczytać „9 tez dla nauki i szkolnictwa wyższego”, czyli propozycje zmian od Partii Razem (na którą zagłosuję z dziką i też lewicową rozkoszą): http://partiarazem.pl/wp-content/uploads/2015/10/RAZEMdlanauki.pdf (link prowadzi bezpośrednio do PDF).
Podobało mi się to Razem. Inteligentni, wykształceni, ładnie pachną. Dopóki nie zaprzeczyli postępowaniem nazwie. Nie chcą swoich 10% głosu w całej lewicy, co im się może i należy, chcą być całą lewicą – to odejdą z kwitkiem. Teraz nie pora na odymanie warg na Millera. Lepszy Miller w swoim najgorszym dniu, niż Kaczyński w najlepszym. Cała filozofia.
Właśnie na to się nie godzę, żeby Kaczyński definiował polską scenę polityczną. Strach przed prezesem miałby dyktować mi wybory? O, niedoczekanie!
Wybieram Razem, bo łączą w sobie: inteligencję, lewicowość i młodość. Są perspektywiczni. Gdyby zamknąć ich w strukturach ZL, zostaliby sprasowani; mierni, bierni, ale wierni funkcjonariusze partyjni zarżnęliby w nich to, co najcenniejsze: ideowość.
Dajmy Razem nasze poparcie i zarazem szansę na rozwijanie tego ugrupowania. Zanim urośnie w siłę, musi minąć trochę lat. Ale jeśli teraz odbierzemy sobie nadzieję na zmianę w przyszłości, to będziemy dalej kisić się we własnym sosie.
Raz na ile lat pojawia się taki fenomen, jak Razem? Oddolny zryw, społeczne zaangażowanie, nieuwikłanie w układy zastane, zdrowy rozsądek…
Rozumiem, że nie uwiera Pana w lewicową wrażliwość liniowy PIT dla przedsiębiorców, obniżony o 9 punktów procentowych CIT czy możliwość eksmisji na bruk? Na miejscu Razemitów też nie chciałbym być podnóżkiem do stołka poselskiego Lesia, który musi sobie zabezpieczyć starość — podobno prawdziwy mężczyzna wie kiedy skończyć. Zasług Palikota w budowaniu lewicy nie wspomnę, szkoda gadać, niech rozpadną się jak Ozon. Pani Nowackiej zaś trochę współczuję, zostać Ogórkiem 2.0 to nic specjalnego.
Lewicy dobrze zrobi polityczna śmierć Millera i Palikota. Tym bardziej że ewentualne kilka procent ZLewu nie przeszkodzi PiS-owi w budowaniu talibanu, bo większość zainteresowanych głosowaniem za talibanem i tak zagłosuje. Ale tak to jest, gdy lewica nie pochyla się nad losem swojego potencjalnego elektoratu, kwitując swoje zachowanie stwierdzeniem „biedni nie głosują”.