14.06.2026
Niedzielny poranek jest szczególną porą tygodnia. Człowiek siada z kawą, patrzy przez okno na drzewa, które od milionów lat wykonują swoją pracę bez abonamentu premium, aktualizacji oprogramowania i newsletterów o produktywności, i przez krótką chwilę wierzy, że świat jednak zwolnił.
Potem popełnia klasyczny błąd. Otwiera portal informacyjny i dowiaduje się, że Stany Zjednoczone właśnie objęły embargo na przyszłość. Nie ropę. Nie stal. Nie mikroprocesory. Przyszłość!
Administracja Donalda Trumpa nakazała zablokowanie dostępu do najnowszych modeli sztucznej inteligencji wszystkim użytkownikom spoza USA. W praktyce oznacza to, że najbardziej zaawansowane narzędzia AI zostały nagle potraktowane jak technologia nuklearna albo sekret produkcji Coca-Coli.
To jeden z tych momentów, kiedy człowiek czyta wiadomość trzy razy, bo zakłada, że coś źle zrozumiał. Ale nie. Wszystko się zgadza.
Przez ostatnie trzydzieści lat słyszeliśmy przecież, że świat staje się globalną wioską. Że granice tracą znaczenie. Że internet połączy ludzkość. Że wiedza będzie dostępna dla wszystkich. Że technologia należy do całego świata.
Aż tu nagle Donald Trump wstaje zza biurka, poprawia krawat i oznajmia mniej więcej:
– Oczywiście, że należy do całego świata. Do całego świata znajdującego się aktualnie w Stanach Zjednoczonych.
To zresztą bardzo trumpowskie. Donald Trump od dawna zachowuje się jak właściciel kasyna, który doszedł do wniosku, że najuczciwiej będzie zmieniać zasady gry w trakcie rozdania kart. Jeszcze wczoraj Ameryka była liderem wolnego rynku. Dzisiaj przypomina ochroniarza stojącego przy wejściu do klubu technologicznego i decydującego, kto może wejść na parkiet.
Europa przeżyła natomiast doświadczenie wyjątkowo nieprzyjemne. Trochę przypominające sytuację człowieka, który przez piętnaście lat śmiał się z sąsiada robiącego zapasy na zimę, a następnie odkrył, że ogrzewanie w całym domu znajduje się jednak w piwnicy tego właśnie sąsiada.
Nagle okazało się bowiem, że cyfrowa suwerenność, o której europejscy politycy opowiadali od dekady podczas konferencji, debat i szczytów, znajduje się mniej więcej na tym samym etapie realizacji co polski program budowy elektrowni atomowej: wszyscy się zgadzają, że jest potrzebna, ale najlepiej żeby wydarzyła się sama.
I właśnie dlatego piątkowa decyzja Waszyngtonu wywołała taką panikę. Bo oto świat odkrył, że sztuczna inteligencja nie jest już produktem. Jest instrumentem władzy, a kto kontroluje serwer, ten coraz częściej kontroluje również przyszłość.
Ale nie martwmy się wyłącznie o geopolitykę. Znacznie bardziej fascynująca jest religijna wręcz wiara, jaka otoczyła sztuczną inteligencję. Spójrzmy choćby na giełdę. SpaceX osiąga wycenę przekraczającą dwa biliony dolarów. Dwa biliony. To już nie jest liczba. To zaburzenie percepcji. To moment, w którym kalkulator zaczyna się pocić.
Inwestorzy zachowują się dziś jak XVII-wieczni Holendrzy podczas tulipanowej gorączki. Różnica polega tylko na tym, że wtedy ludzie kupowali cebulki kwiatów, a dziś kupują wizję, że komputer już za chwilę rozwiąże wszystkie problemy ludzkości.
Warto zauważyć, że ludzkość od kilku tysięcy lat produkuje problemy szybciej, niż jest w stanie je rozwiązywać. To jedna z naszych najstabilniejszych specjalizacji. Kiedyś wierzyliśmy w kamień filozoficzny. Potem w perpetuum mobile. Potem w rewolucję proletariatu. Potem w neoliberalizm. Potem w kryptowaluty. Dzisiaj wierzymy w AI. Historia ludzkości przypomina długi ciąg prób znalezienia magicznego skrótu do szczęścia. Za każdym razem okazuje się, że skrót prowadzi przez bagno.
Najbardziej rozczula mnie jednak przekonanie, że sztuczna inteligencja stworzy świat bardziej racjonalny.
Naprawdę? Spójrzmy wokół. Ten sam gatunek, który regularnie daje się nabierać na fałszywe inwestycje, horoskopy, cudowne diety, polityczne obietnice i zdjęcia celebrytów wygenerowane przez komputer, nagle ma odpowiedzialnie zarządzać technologią zdolną analizować miliony danych na sekundę. To trochę tak, jakby wręczyć miotacz ognia człowiekowi, który nie opanował jeszcze obsługi tostera.
Sztuczna inteligencja coraz bardziej przypomina broń atomową. Jeszcze pięć lat temu mówiono o niej jak o nowej bibliotece świata. Dziś mówi się o niej jak o myśliwcu F-35. Jeszcze chwila i przy zakupie abonamentu trzeba będzie podpisywać zobowiązanie, że nie użyje się modelu do obalenia rządu, przejęcia elektrowni ani napisania zbyt błyskotliwego komentarza politycznego.
A przecież cały ten technologiczny wyścig odbywa się na planecie, na której większość ludzi nadal chce dokładnie tego samego co sto lat temu. Spokoju, normalnej pracy, rozsądnych rachunków, odrobiny szczęścia i może jeszcze dobrej kawy.
Nie sztuczna inteligencja jest więc największym problemem współczesności. Nigdy nie była. Największym problemem pozostaje naturalna inteligencja człowieka, używana w sposób tak nieostrożny, że nawet najbardziej zaawansowany algorytm patrzyłby na nas czasem z niedowierzaniem.
Jeżeli kiedyś maszyny rzeczywiście przejmą władzę nad światem, podejrzewam, że nie zrobią tego siłą. Po prostu przeczytają wiadomości, spojrzą na nasze polityczne awantury, giełdowe szaleństwa, internetowe histerie i geopolityczne wygibasy, po czym zapytają:
– Przepraszamy, ale czy wy naprawdę zarządzaliście tym wszystkim sami?
I wtedy zapadnie bardzo długa, bardzo niezręczna cisza.
Krzysztof Bielejewski

Może tak jak zachwyt nad encyklika MH minął i zaczaynaja się pojawiać krytyczne komentarze nawet wśród katolików jak chociażby franciszkanki Ilia Delio, która zarzuca Leonowi nazbyt konserwatywna koncepcje antropologiczna i zachęca do bardziej ewolucyjnego spojrzenia na człowieka (https://www.ncronline.org/columns/spirituality/teilhard-de-chardin-points-what-pope-leo-missed-magnifica-humanitas), tak i próby reglamentacji AI przez Trumpa okażą się strachami na Lachy.
Panie Stanie, przyznam, że droga od franciszkańskiej krytyki antropologii papieskiej do amerykańskich ograniczeń AI jest tak kręta, że mój GPS kilka razy zgubił sygnał. Zestawienie encykliki, franciszkanek i Donalda Trumpa przypomina trochę próbę wyjaśnienia działania mikroprocesora przy pomocy średniowiecznej scholastyki, ale wydaje mi się, że rozumiem główną myśl.
Rzeczywiście, pierwsze reakcje na różne wydarzenia bywają przesadzone, a rzeczywistość z czasem weryfikuje zarówno zachwyty, jak i katastroficzne prognozy. Historia zna wiele technologicznych panik, które wyparowały szybciej niż prognozy ekonomistów i polityczne obietnice składane w kampaniach wyborczych.
Tyle że w przypadku AI nie niepokoi mnie wyłącznie sama decyzja Trumpa. Znacznie ciekawsze jest to, że po raz pierwszy tak otwarcie potraktowano najbardziej zaawansowane modele sztucznej inteligencji jako zasób strategiczny, niemal porównywalny z technologiami wojskowymi. Jeszcze kilka lat temu AI reklamowano jako dobro cywilizacyjne dostępne dla całego świata. Dziś największe mocarstwo świata zaczyna zachowywać się jak właściciel magazynu z najcenniejszym sprzętem i decyduje, komu wydać klucz do drzwi.
Oczywiście możliwe, że obecne ograniczenia okażą się „strachami na Lachy”. Możliwe nawet, że za kilka miesięcy Trump zmieni zdanie, co – trzeba uczciwie przyznać – należy do najbardziej przewidywalnych elementów jego nieprzewidywalnej natury.
Mam jednak wrażenie, że ważniejszy od samego zakazu jest kierunek myślenia, który za nim stoi. Bo nawet jeśli pożaru jeszcze nie ma, to ktoś właśnie zamknął hydrant na kłódkę i oznajmił, że dostęp do wody będzie miał tylko wybrany klub członkowski.
A to już jest zjawisko warte obserwowania niezależnie od tego, czy za rok okaże się wielką zmianą geopolityczną, czy jedynie kolejnym trumpowskim fajerwerkiem.