Jan Herman: O zabijaniu demokracji i obywatelstwa36 min czytania

()

2demokracja015-10-29.

Obywatel, któremu się z każdej rozgłośni i gazety sączy strach przed demonami – przestaje w sobie pielęgnować obywatelstwo, przycupuje i rozgląda się, czy mroczne siły go już „namierzyły”, czy jeszcze przetrwa do jutra.

Nie róbcie tego, mediaści. Nie idźcie tą drogą – przegrani. W każdym z nas jest i to, co dobre, szlachetne, godne – i to co mroczne. Wybierzmy nadzieję, że mroczne da się stłumić tym co godne, nie wydobywajmy tego, nie kaleczmy przyrodzonego nam dobrego wyobrażenia o ludziach.


Będzie o bezprzykładnej nagonce na formację, która – nie bez wyborczego powodu – przejmuje od maja rząd dusz i losy Kraju oraz Ludności w Polsce. Nagonce nasilającej się przy okazjach elekcyjnych, ale trwającej od 10 lat.

Fenomen demokracji, tłumaczony dosłownie jako „ludowładztwo”, w rzeczywistości  oznaczający pieczę nad Ludem uwzgledniającą interesy przezeń wyrażane, jest najprawdopodobniej jednym z pięciu głównych fundamentów europejskości, osobliwych dla „naszego” nurtu rozwoju cywilizacyjnego: słowo „naszego” wziąłem w cudzysłów, bo Słowianie (zachodni i południowi) są co najwyżej „przeszczepem”, wywodzą się z nurtu cywilizacyjnego, gdzie samorządność ma charakter wiecowy (Solidarność, Kozaczyzna, Skupstina), a racje Ludu oddawane są w ręce Patronów (patrymonializm, kult jednostki), pełniących społeczno-polityczną rolę „ojca ludu”.

Obok demokracji konstytuantą europejskości jest pleromalność (Pleroma: pełnia doskonałości, swoisty zbiór idealnych form dla wszystkiego co było, jest i będzie), która napędza postęp techniczny, organizacyjny i wszelki inny, chrześcijaństwo (monoteistyczny zbiór dogmatów składających się na historię o spełnionym błogosławieństwie Syna Bożego), stanowiące kanon moralny i przesłanie misyjno-charytoniczne, humanizm (człowiek jako fenomen i zarazem jednostka jest „oczkiem w głowie” wszelkich konceptów społecznych) oraz obywatelstwo (wolny, wyposażony w prawa i swobody człowiek aktywnie współtworzy rzeczywistość własną i wspólną).

Europą rządzą zatem – w sferze standardów moralno-duchowych – deontologia (budująca etos rzetelności i odpowiedzialności poszczególnych profesji i środowisk), utylitaryzm (zakładający służebność i użyteczność człowieka i jego dzieł), charytonika (obejmowanie opieką wszystkich „odstających” i „nieprzystosowanych”). Jeszcze raz podkreślę, że Słowianie wprowadzeni zostali do kręgu cywilizacyjnego Europy wtedy, kiedy jej zręby-konstrukcje były już „poukładane”: przeminęły Hellada i Imperium Romanum, rozstrzygnięty został „spór o inwestyturę” (co oznaczało proces zeświecczenia Państwa), judaizm już na dobre doświadczał diaspory, chrześcijaństwo przeszło traumę Schizmy, a normy społeczne i formuły polityczne dyktowali Germanie, Gallowie i Brytowie.

Zanim przejdę „do rzeczy”, podkreślę raz jeszcze, że demokracja jest „właściwością” cywilizacji europejskiej („przewiezioną” na kontynent północno-amerykański i na australijską mega-wyspę), nieznaną, przysposobioną w takich regionach świata jak Arabia, Chiny, Indie, Ameryka Południowa, Rosja, Nezje: tam otrzymuje swoje własne „redakcje”, choć samo słowo jest użyte mniej-więcej podobnie.

***

W polskiej rzeczywistości politycznej nagonka i lincz są koronnymi dowodami na to, że ideę i formuły Demokracji co najwyżej zostały nam przysposobione. Pisałem o tym wielokrotnie: „Hunwejbini” TUTAJ, „Ziemia nawiedzona” TUTAJ, „Psychopolityka” TUTAJ, „Równouprawnienie i agresja” TUTAJ, „Upiorna kaktusy demokracji” TUTAJ, „Hordy przeciw stadom” TUTAJ, i całkiem niedawno „Najwięcej z gry” (TUTAJ).

Zacznę z wysokiego „C” – pisałem w „Casus Baumana”, TUTAJ. Otóż tkwi we mnie przekonanie, że rozmaite talenty i predyspozycje, jakimi Opatrzność z Losem nas obdarzają – przydzielane są w odrębnych procedurach boskich i nikt w niebiesiech nie patrzy, co delikwent dostał w poprzednim rozdaniu. To zaś oznacza, że ktoś absolutnie przyzwoity może mieć kłopoty z tabliczką mnożenia i ortografią, a geniusz naukowy może mijać się z praworządnością. Teoretyk zaś i filozof ekonomii mogą okazać się kiepskimi biznesmenami, bo w tych obszarach inne cechy są „prymarne”.

I tak już jest, i nic nam do tego, bo nie my szafujemy talentami i predyspozycjami.

Przemoc symboliczna – jedna z kluczowych kategorii teorii francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu. Jest to miękka forma przemocy, która nie daje po sobie poznać, że jest przemocą. Polega na uzyskiwaniu różnymi drogami takiego oddziaływania dominujących czy uprzywilejowanych na całość społeczeństwa i na podporządkowanych, by podporządkowani postrzegali rzeczywistość, w tym samą relację dominacji, której są ofiarą, w kategoriach percepcji i oceny, które wyrażają interes dominujących. W ten sposób podporządkowani postrzegają swoją sytuację jako naturalną lub nawet korzystną czy pożądaną dla nich samych, bo postrzegają rzeczywistość społeczną w kategoriach stworzonych przez dominujących w celu legitymizacji ich dominującej pozycji.

W tekście „Komu straszna IV RP” (TUTAJ) pisałem:

Rzeczpospolita, zapisana w najnowszej historii Polski pod numerem CZWARTYM, jest dziś równie wyklęta, jak socjalizm domniemany wdrażany w czasach zupełnie nieponumerowanych, jakby ich nie było (choć PRL była, słowo honoru!). Trochę to dziwi, bo swego czasu pojęcie to cieszyło się podobno wzięciem nie tylko w PiS, ale też np. w PSL czy nawet PO. Jest jednak faktem, że jedynie PiS trzymało się pomysłu pryncypialnie, ogłaszając nawet „wytyczne” do ewentualnej nowej Konstytucji.

Przytoczmy trzy wypowiedzi:

  1. Jarosław Kaczyński: „Można powiedzieć: III Rzeczypospolita nie wypełnia swojego elementarnego obowiązku i jeżeli to będzie trwało nadal, to z całą pewnością prędzej czy później przyjdzie czas, w którym będzie potrzebna Rzeczypospolita IV” (wystąpienie sejmowe, 18 lutego 1998) – cytuję za Kataryną „Kto rzucił hasło IV RP”;
  2. „Polska potrzebuje zmian ustrojowych usuwających patologię instytucji PRL – dawnych służb specjalnych, dominacji układów branżowo-resortowych, marnotrawnych funduszy państwowych czy wreszcie rozwijających się po roku 1989 korupcyjnych powiązań gospodarczo-politycznych” (Manifest Konserwatystów, Krajowy Komitet Konserwatywny pod wodzą Rafała Matyji);
  3. Paweł Śpiewak: „Wiele wskazuje na to, że III Rzeczpospolita wyczerpała swoje możliwości samonaprawy. Czas zacząć myśleć o IV Rzeczypospolitej” („Koniec złudzeń”, Rzeczpospolita, 23 stycznia 2003);

(…)

Moje rozumienie projektu Czwartej Rzeczpospolitej (podkreślam, moje, autorskie) jest następujące:

  1. Uruchomić procesy budujące w społeczeństwie polskim Samorządność i Obywatelskość, i to nie w postaci „zadekretowania” tylko w rzeczywistych rozwiązaniach, na przykład dając zorganizowanej samorządnie Ludności rzeczywistą kontrolę nad dobrem wspólnym (Regalia), procesami gospodarczymi i politycznymi;
  2. Pociągnąć do odpowiedzialności – personalnie – albo przynajmniej rzetelnie zbadać i ogłosić „wkład” tych, którzy pod pozorem wyborów i mianowani uzurpują sobie (od 25 lat) uprawnienia do woluntarystycznego decydowania o losie Kraju i Ludności, przyczyniwszy się do wieloaspektowej zapaści obojga;
  3. Uniezależnić Polskę od wrażych wpływów tzw. Zagranicy: tu nie chodzi o fobię antyeuropejską, antyrosyjską, anty-amerykańską czy polonocentryczną, ale o realizację projektu ONZ, który jest projektem „multinarodowym”, ale prawem kaduka realizowanym w formule „multipaństwowej”;
  4. Dokonać rzetelnej oceny dorobku III Rzeczpospolitej, odgraniczając to co jest oczywistym skutkiem równie oczywistych starań w ramach Naturalnej Żywotności Ekonomicznej i ludzkiej Przedsiębiorczości od tego, co jest wynikiem „starań” Parlamentu, Rządu, Nomenklatury: najpoważniejsze patologie i fatalne procesy poddać społecznemu osądowi, z konsekwencjami personalnymi (oczywiście, uniknąć praktyk z arsenału „dyktatury proletariatu”);
  5. Wypracować kilka(naście) projektów o charakterze narodowym (w tym niewątpliwie powinien tam być projekt żywnościowy, projekt technologiczny i projekt wspólnotowo-gromadniczo-wzajemniczo-spółdzielczy), dający Ludności i Krajowi, w szczególności łaknącej szans młodzieży i degradowanym warstwom wykluczonych podstawę podmiotowego wpisania się w Historię Polski;

W tym kontekście postulaty IV RP przytoczone w Pedii wydają się zrozumiałe i oczywiste, skoro ów mega-projekt polityczny zakładał:

  • odnowę moralną w życiu publicznym;
  • oparcie o tradycje narodowe i demokratyczne;
  • odbudowę zaufania społecznego do instytucji państwa, prawa, parlamentu, administracji, rynku gospodarczego;
  • konieczność stworzenia od nowa wielu praw i instytucji, likwidację zbędnych urzędów;
  • zwalczanie przez władze korupcji;
  • likwidację komunistycznej agentury w służbach specjalnych;
  • szczególną opiekę prawną nad rodziną jako podstawową instytucją życia społecznego;
  • solidarność społeczną (hasło „Polski solidarnej” w opozycji do tzw. „liberalnego eksperymentu”);
  • nadrzędność polskiego prawa konstytucyjnego nad międzynarodowym;

Mam nadzieję, że da się jeszcze w Polsce odróżnić powyżej sformułowaną IDEĘ od doświadczonego (i wciąż doświadczanego) przez nas WYKONANIA, a samą Ideę ocenić jako nie-utopijną. Dla mnie oznacza to, że trzeba poszukiwać (może wykreować) takiej siły politycznej, a właściwie takiego „ducha”, który jest w stanie wziąć się za bary z III RP. Być może niekoniecznie czerpiąc z tego, co oferuje aktualna karuzela polityczna.

Na chamskie, nieodpowiedzialne i naznaczone pogardą dezawuowanie jakichkolwiek zamierzeń przeciwnika politycznego „dla zasady, z klucza” – mam określenie „Negamyth” (TUTAJ) i oznaczam słowem MEDIASTA każdego, kto publikuje, redaguje, prowadzi debatę pod tym właśnie znakiem.

***

W ubiegły czwartek uczestniczyłem w „wieczorze autorskim” pierwszego ministra przekształceń własnościowych, ekonomisty, autora kilku poważnych książek. Ta książka, która była bohaterką owego wieczoru, akurat jeszcze nie została wydrukowana. Ale jest „drugą” albo „trzecią” częścią cyklu „Transformacja jest dziełem wybitnym, Kaczyńscy są szkodnikami”. Pan minister zauważył dwie rzeczy: Kaczyński neguje samo Państwo oraz zamierza wprowadzić w Polsce ustrój, w którym „naród wszystkim, jednostka niczym”, zawiadowane przez „nadczłowieka.

Ośmieliłem się – odczekawszy kolejkę – wnieść do tej kaczożerczej debaty następujące uwagi:

  1. Czerezwyczajka była patologią IV RP, a nie esencją tego projektu. Spazmy wyborcze związane z Tymińskim, Lepperem, Palikotem czy Kukizem nie biorą się znikąd, tylko z prawdziwości poglądu o tym, że „byt społeczny określa świadomość społeczną”, co oznacza, że Lud reagował na rzeczywiste, a nie wydumane przez spiskujących antytransformatorów krzywdy i niesprawiedliwość oraz nieprawidłowości;
  2. Kiedy „obcy” religijnie mleczarz z Nickel Mines (Pensylwania) zamordował „z głupia frant” pięcioro dzieci, po czym popełnił samobójstwo – starsi wspólnoty poszli do domu jego zony: ta bała się zemsty, przynajmniej wrogich wymówek, a oni w te słowa: straciłaś męża, nie masz dochodów, czy możemy ci w czymś pomóc? Otóż dlaczego – kiedy „czerezwyczajka” przyniosła ostatecznie klęskę formacji PiS – nie postąpiono wobec przyzwoitych PiS-owców w ten sam sposób?

Człowiek – winny czy nie, mroczny czy jasny – kiedy się go zagoni w kozi róg – staje się bestią, bo walczy o życie i godność, przyrodzoną każdemu, nawet szubrawcowi.

Czytelnik wybaczy: przytoczę w całości artykuł pewnego opiniotwórczego redaktora, napisany we wrześniu 2005 roku. Dziś ten autor aktywnie i konsekwentnie sprzeciwia się przesłaniu własnego artykułu, który to tekst trzeba i szanować, i propagować. (cd. na następnej stronie – dostęp na dole)

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. jmp eip 29.10.2015
  2. wejszyc 29.10.2015
  3. tuciu 02.11.2015
  4. slawek 02.11.2015