2016-04-12.

Pojęcie „cywilizacji śmierci” wprowadził do światowego dyskursu papież-Polak. W imię religijnej filozofii to pojęcie zrównuje likwidację zarodka z śmiercią człowieka. Z chwilą połączenia się plemnika z jajeczkiem, zdaniem Watykanu, pojawia się istota ludzka, a taki zabieg pozwala na mówienie o „holocauście nienarodzonych”, zrównuje planowanie rodziny z największą zbrodnią w dziejach ludzkości. Zbrodniarze zakładający obozy zagłady, likwidujący miliony ludzi w komorach gazowych, bestialsko mordujących całe rodziny i kobieta połykająca tabletkę „dzień po” znaleźli się na tej samej ławie oskarżonych. Lekarz usuwający zagrożoną ciążę to doktor Mengele.
Te semantyczne zabawy nie tylko ogłupiają ludzi, prowadzą również do autentycznych zbrodni. Tymczasem zajmujemy się polowaniem na ludzkie odruchy obecnego papieża. Cieszą nas jego skromne buty, telefon do prostego człowieka, wypowiedź, która mogłaby świadczyć, że prawdopodobnie nie potępia gejów (może nie powiedział tego w sposób jasny, ale jednak to już inny język, prawie ludzki). Teraz znów mamy okazję do podniecania się, papież pozostawił kapłanom możliwość decydowania w sprawie pozwolenia rozwodnikom na przystępowanie do komunii. Dziennikarze rzucają się na nowe teksty, sprawdzając, czy aby naprawdę, liberalni teolodzy piszą o kroku we właściwym kierunku. Papież chwali miłość, również tę fizyczną, to niesłychane. Czy jest możliwe, że kiedyś powie, że ten „holocaust nienarodzonych” to nie jest prawdziwy Holocaust? Raczej nie, ale cieszmy się z tego, co jest, bo tak ludzkiego papieża jeszcze nie było.
Dlaczego polscy biskupi nie biorą przykładu z papieża Franciszka? Najnowsze oświadczenie Episkopatu wywołało burzę wśród polskich katolików i nie tylko katolików. W odczytanym z ambon komunikacie Prezydium Konferencji Episkopatu w sprawie aborcji głoszono:
W kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych.
Biskupi apelowali do parlamentarzystów i do rządu powołując się na przykazanie „Nie zabijaj”, by należcie chronili życie od poczęcia.
Raz jeszcze stawia się znak równości między zamordowaniem człowieka, a zniszczeniem zarodka czy usunięciem płodu. Raz jeszcze widzimy świadome i celowe zacieranie różnicy między świadomą i cierpiącą istotą ludzką, a komórką czy kilkoma komórkami.
Czy amoralne stanowisko polskich biskupów odbiega od stanowiska papieża Franciszka?
„Gość Niedzielny” informuje nas, że nic bardziej mylnego:
„Uważajcie i nie eksperymentujcie, nie igrajcie sobie z życiem człowieka!” – niemal grzmiał papież do ponad siedmiu tysięcy lekarzy zgromadzonych na sympozjum w Rzymie. Ostre słowa w obronie życia współgrały z gestykulacją Franciszka, jak nigdy dotąd stanowczą. Papież nie czytał z przygotowanej kartki, a jedynie wymachiwał nią i mówił: „Życie ludzkie jest święte! Każde, bez wyjątku! I każde działanie przeciw życiu jest grzechem wymierzonym w samego Boga!”. Oraz: „Kiedy byłem w Argentynie, wmawiano mi, jak i całemu społeczeństwu, że aborcja czy eutanazja to kwestie religijne. Nieprawda!”. Oraz: „Waszym obowiązkiem jest wyrażać sprzeciw sumienia przy aborcji, in vitro i eutanazji!”.
Jeśli wierzyć relacji „Gościa Niedzielnego”, papież Franciszek ostrzegał na tym spotkaniu przed logiką fałszywego współczucia kobietom lub niepłodnym parom.
Jak mają się te słowa do niedawnych doniesień o przyzwoleniu na rozgrzeszanie kobiet, które dokonały aborcji? Nie sądzę, aby były tu jakieś poważne rozbieżności, dogmat jest święty, a najwyżej, żeby złagodzić bunt i chęć ucieczki z tego Kościoła, można czasem kogoś rozgrzeszyć.
W tym kontekście przestaje dziwić większe zainteresowanie Kościoła „holocaustem nienarodzonych” niż pół milionem zabitych w trwającej wojnie w Syrii, niż milionami okaleczonych i bezdomnych. Tu współczucie wystarczy okazać za pomocą demonstracyjnego gestu mycia nóg imigrantom.
Cierpienie uszlachetnia, Bogu z pewnością nie przeszkadza, a jego sługom zgoła przeciwnie.
Religijny obłęd trzyma ludzkość w kleszczach zabobonu, utrudniając, a często wręcz uniemożliwiając technicznie całkowicie możliwe radykalne zmniejszenie ilości cierpienia.
Dziennikarka „Gościa Niedzielnego” nie ma wątpliwości: „Nie ma dwóch Kościołów, Franciszka i reszty.” Obawiam sie, że to ona ma rację, a nie pięknie wierzący, czekający z nadzieją na ludzkie gesty papieża Franciszka.
Ten spór nie jest sporem o aborcję i o prawo wyboru. Jest sporem o to, czy celem naszego życia jest zbawienie, czy życie doczesne. Czy ludzie mają prawo unikać cierpienia, czy przeciwnie mają cierpieć w imię absolutu i pseudomoralności?
Dla mnie mówienie o „holocauście nienarodzonych” jest zbrodnią przeciw ludzkości. Powie ktoś, że to tylko idea. Jak mówienie o idei może być zbrodnią? Przecież wszyscy jesteśmy zwolennikami wolnego słowa.
Idee zabijają. Setki muzułmańskich dysydentów dzień po dniu przypomina, że za muzułmańskim religijnym terroryzmem stoją meczety i miliardy dolarów płynących na propagandę podżegania do zbrodni. Te góry pieniędzy płyną z Arabii Saudyjskiej, z Kataru, Turcji, Iranu. Idą na kształcenie „uczonych w islamie”, na meczety, na szkoły i „uniwersytety”.
Sędziowie w Norymberdze nie mieli wątpliwości – winni są nie tylko ci, którzy sami mordują, którzy wydają rozkazy mordowania, którzy nadzorują mordowanie, ale również ci, którzy kształtują umysły, którzy indoktrynują, przekonując, że to mordowanie w imię idei jest moralne i dobre.
Dziś odmawia się uznania, że głównym źródłem islamskiego terroru jest religia, polityczna interpretacja islamu, który ma podporządkować sobie niewiernych, siejąc terror, gwałcąc i mordując.
Czy jest iunctim między barbarzyńska ideą politycznego islamu, a katolicką ideą „cywilizacji śmierci” i „holocaustu nienarodzonych”? Tak! To jest przekonanie, że życie ludzkie ma być podporządkowane idei takiego lub innego boga, że dogmat jest zawsze ważniejszy niż człowiek, że państwo ma stać na straży praw wymyślonych przez duchownych.
Dlatego właśnie hasło „nie zgubić ani jednego zarodka” jest dla tych ludzi ważniejsze niż hasło „nie zgubić żadnego dziecka”. Jaka jest różnica między tymi dwoma hasłami?
Hasło „nie zgubić żadnego dziecko” było mottem reformy oświatowej administracji Georga W. Busha, jego źródeł możemy jednak szukać w zdaniu z Talmudu głoszącym, że „świat podtrzymują oddechy dzieci biegnących do szkoły”, w idei masowej oświaty Comeniusa (Jana Ámosa Komenskiego), w koncepcjach humanistów i ekonomistów, że wśród dóbr naturalnych tak naprawdę liczy się tylko człowiek.
Dlatego właśnie demokracja jest nieodmiennie sprawniejsza gospodarczo od teokracji, co nie oznacza, że społeczeństwa demokratyczne znalazły już jakąś uniwersalną receptę na politykę prowadzoną pod hasłem „nie zgubić ani jednego dziecka”. Na drodze do takiej polityki staje nieustannie religia, ale nie ona jedna. Zastępowanie edukacji indoktrynacją to stała pokusa władców, zarówno tyranów, jak i tych z wyboru.
Docieramy tu do filozoficznych sporów, czym jest życie w godności, czym jest współczucie dla drugiego człowieka, czym jest partnerstwo, co możemy nazwać sukcesem w polityce. Brutalna walka polityków o władzę jest tysięcznymi nićmi powiązana z ich mentalnością, z ich przekonaniami, z ich religią.
Ci politycy zazwyczaj uczciwie wierzą, że religia jest źródłem moralności. Kościół bronił niewolnictwa i pańszczyzny, Kościół był motorem i narzędziem kolonializmu, Kościół, sprzeciwiał się oświacie ludu, Kościół sprzeciwiał się równości kobiet, Kościół palił za twierdzenie, że to ziemia krąży dookoła słońca, sprzeciwiał się piorunochronom i szczepionkom, zabraniał sekcji zwłok, sprzeciwiał się demokracji, rozwodom, planowaniu rodziny. Kościół bredził, że katastrofy naturalne to kara za grzechy. Zwalczanie ludzkiego cierpienia nigdy nie było celem Kościoła. Jak długo jeszcze mamy uważać, że religia jest źródłem moralności?
Nowe władze w naszym kraju chcą nie tylko całkowitego zakazu aborcji, chcą również dalszego pogorszenia systemu edukacji. Zapowiadają jego zmianę od przedszkola do matury.
W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” minister oświaty, Anna Zalewska mówi:
„Unia ma w szkole trzy priorytety: matematykę, informatykę oraz język obcy. Nasze są inne. Każdy uczeń powinien znać ojczystą literaturę, kulturę i historię, żeby czuł się bezpiecznie w świecie i nie dał sobą manipulować.”
Ten wywiad warto przeczytać uważnie. Jest bowiem uzupełnieniem komunikatu biskupów. To nie stymulacja umysłów, nie uczenie fascynacji nauką, nie uczenie krytycznego myślenia, a wreszcie, nie umiejętności, które pozwolą uczestniczyć w gospodarce opartej na wiedzy, będą teraz priorytetem. Priorytety są inne.
We fragmencie wywiadu dotyczącym religii pani minister mówi dlaczego nie można przenieść nauki religii ponownie do parafii:
Nie moglibyśmy tego zrobić. Mamy konstytucję i podpisany konkordat. Zgodnie z nimi jesteśmy zobligowani do tego, aby w szkole układać plan uwzględniający lekcje religii. A w związku z tym, że mnóstwo osób zdaje do seminarium i na różnego rodzaju uczelnie teologiczne, dlaczego nie mieliby zatem wybierać religii jako dodatkowego przedmiotu na maturze?
Więc jaka to będzie szkoła? Czy będzie działająca pod hasłem „nie zgubić żadnego dziecka”, czy opowiadająca o wspaniałości żołnierzy wyklętych, czy wreszcie, taka jaką krytykował autor naszego hymnu, Józef Wybicki:
„…żywość dowcipu, ciekawość, łatwe pojęcie… były w ich oczach przywarą… Barbarzyńcy! chcieli mieć z młodzieży cienie i mary, z ludzi wolnych – bydlęta w jarzmie, z obywateli przeznaczonych do służenia ojczyźnie radą i orężem – nieczułe i ciemne stwory…”.
Już dziś uwielbiani przez uczniów nauczyciele, ci którzy będą pamiętani przez całe życie, którzy budzą ciekawość, rozwijają talenty, uczą krytycznego myślenia, nie mają łatwego życia w polskich szkołach. Poprzednie rządy nie zrobiły nic, by oprzeć szkołę na nauczycielu, a nie tylko na programie. Obecny rząd daje nam praktycznie rzecz biorąc gwarancję oddania szkół w ręce dyrektorów, dla których priorytetem będzie hasło „nie zgubić ani jednego zarodka” i wychowanie poddanych, przejętych bardziej troską o nienarodzonych oraz o zbawienie własne i innych niż o to, by każdy miał szansę rozwoju i ciekawego życia tu, a nie na drugim świecie.


Zarodek to jest nienarodzone dziecko.
Plemnik i jajo to są niepoczęte dzieci, a właściwie każdy plemnik to niepoczęte półdziecko, każde jajo też.
Wołam więc wielkim głosem świeckiego humanisty o ochronę życia niepoczętego!
Codziennie i conocnie ma miejsce potworny holocaust miriadów, miriadów niepoczętych półdzieci.
I to gdzie? W świętym Kościele rzymsko-katolickim!
Jakiż jest okrutny los miliardów miliardów plemników bezżennych księży i wielu tysięcy jaj niezamężnych zakonnic!
Przecież te ogromne rzesze niepoczętych półdzieci wydostają się poza ciała celibatariuszy, ale tu czeka je zdrada. Nie dane jest im się połączyć z drugim niepoczętym półdzieckiem. One giną w mękach!
Nie słyszycie ich potwornego krzyku bólu i rozpaczy?!
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/grzech.jpg
„… – Gdyby w mojej rodzinie przydarzył się taki przypadek (ciąży spowodowanej przez gwałt – red.), to ja bym cieszył się z tego, jeżeli udałoby się uratować życie – stwierdził w „Kropce nad i” senator PiS Jan Maria Jackowski „.
Żeby KK mógł rządzić MUSI utrzymywać masy w ciemnocie.
Jeszcze wrócą czasy kołtuna polskiego…
Przecież już wróciły.
Trochę w bok od tematu, przepraszam!
@ otoosh:
Niektóre myśli są w sposób oczywisty kongenialne. Np. o kołtunie polskim, czyli jednostce chorobowej nazywanej plica polonica. Dzisiaj wyczytałam o tym, że wojewodowie dofinansowują co roku wakacje dla dzieci, ale teraz kuratorzy (w większości już z „dobrej zmiany”) zadbają, aby dopłacano do wakacji patriotyczno-historycznych (lub na odwrót). A ja uważam, że powinno się iść dalej w umiłowaniu przeszłości. Proponuję, aby podatnicy opłacali wczasy rodzinne połączone z hodowaniem na głowach kołtuna. To przecież też rodzima wartość historyczna, nie występująca w zgniłej Europie.
Czytelnik, Joachim Dyrda, pisze mi, że będzie się za mnie modlił. Sam nie wiem, czy lepiej by było, żeby raczej coś zrobił, czy lepiej niech się modli, bo przynajmniej w tym czasie nie zrobi niczego złego. Tak czy inaczej, dobrze, że nie postanowił ofiarować baranka w intencji mojego nawrócenia, bo baranka byłoby żal.
@Alina Kwapisz-Kulinska, czy nie sądzi Pani, że nawet w krytyce „dobrej zmiany” też trzeba być przyzwoitym?
*
Wakacje patriotyczno-historyczne nie są niczym złym i dzieciom z ich szkolną wiedzą (-> „matura to bzdura”) nie zaszkodzą. Warunkiem jest jedynie odpowiednia ich organizacja i stosowny program.
Jako dziecko (za głębokiej komuny) uczestniczyłem wiele razy w takich wakacjach, nazwijmy to, patriotyczno-historycznych i były to najlepsze wakacje jakie miałem.
Wycieczki szlakami walk partyzanckich, słuchanie opowieści AK-owców i śpiewanie pieśni do późnej nocy przy ognisku z pewnością uczyniły ze mnie polskiego kołtuna, ale nie żałuję i wcale się tego nie wstydzę.
A teraz twoje wnuki posłuchają przy ognisku patriotyczno historycznym, z zachwytem jak dzielnie bohaterski 0gień (Józef Kuraś – ten co ma pomnik w Zakopanem od Lecha Kaczynskiego) mordował na górze Obidowa Żydów którzy chcieli wyjechac z Polski oraz Polaków i Słowaków, którzy nie chcieli go karmić i finansować po skończonej wojnie. Zazdrościsz wnukom ?
@ jmp eip
Zarzuca mi pan nieprzyzwoitość. No trudno. Mam zdecydowanie inne zdanie na temat uczniowskich wakacji. Indoktrynowanie dzieci i młodych ludzi w imię doraźnie pojmowanego patriotyzmu uważam za szkodliwe. Uproszczona wizja historii (obecnie ograniczonej do Wyklętych, do rodziny Ulmów ratującej Żydów i Lecha K. jako wybitnego wodza i działacza opozycji podziemnej) zabija myślenie, ale i utrudnia wyciągnie wniosków z tego, co się dzieje współcześnie.
Jednej z przyczyn popularności PiS-u upatruję właśnie w tym rodzaju uproszczonego wychowania akademijno-wycieczkowego, którego też zaznałam w PRL-u. Trudno się z niego wyzwolić, dla niektórych nie jest to możliwe. Zwracam zarazem uwagę, że to, co PiS proponuje, dziwnie jest podobne do tego, co oferował Mieczysław Moczar.
Przy tym: jestem za nauką historii. Za czytaniem lektur o niej. Za krzewieniem patriotyzmu. Ale nie w wersji oferowanej przez panie i panów z „dobrej zmiany” i nie w wersji z podziałem na dobrych (naszych) i złych (to zawsze oni). Współczuję dumy z posiadanego kołtuna (ja pisałam o tym biologicznym, o społecznym – nie).
@ jmp eip
Jeszcze jeden aspekt pana wpisu prosi się o dostrzeżenie. Sam nazywa się pan kołtunem. Chyba z dumą. Bardzo mi się zrobiło przykro, bo pamiętam kilka pana komentarzy mądrych i zrównoważonych. A przypomniało mi to, że po którejś z krytyk jakiś wypowiedzi, bodajże W. Cejrowskiego (ale może się mylę) lub – ogólnie mówiąc – Radia Maryja, ci ludzie z dumą zaczęli się nazywać Ciemnogrodem. Może im się to wydawało dowcipne, może prowokatorskie i śmiałe, nie wiem. Dla mnie jest smutne. Trochę tak, jakby mówić o sobie z dumą, że się jest oszustem, złodziejem lub mentalną świnią. No cóż. Grupę takie określenia cementują, ale po co poszczególnemu człowiekowi?
Na szczęście na wszystko jest rada
http://sklep.stanislawbm.pl/pl/p/CONSOLATYNA.-Zestaw-antydepresyjny-po-utracie-dziecka/1607