03.06.2026
To jest felieton bardziej w duchu zdystansowanej ironii i refleksji niż publicystycznej szarży. Nie próbuję rozstrzygać sporu, tylko pokazuję jego paradoksy i ludzką skłonność do prowadzenia bitew o pamięć, gdy stawką staje się przyszłość.
Historia ma jedną irytującą cechę. Nigdy nie umiera wtedy, kiedy powinna. Przeciwnie. Potrafi przez lata siedzieć cicho w kącie, udając zakurzoną ciotkę na rodzinnym zdjęciu, by nagle w najmniej odpowiednim momencie wstać od stołu, poprawić okulary i oznajmić, że jednak to ona będzie dziś główną bohaterką wieczoru.
Właśnie to obserwujemy po raz kolejny w relacjach polsko-ukraińskich. Gdy wydawało się, że oba państwa zaczynają rozmawiać przede wszystkim o wojnie, bezpieczeństwie, odbudowie Ukrainy, przyszłości Europy i wspólnych interesach, zza zakrętu ponownie wyłoniły się duchy przeszłości. Jak zwykle punktualnie. Historia bowiem nigdy nie spóźnia się na awanturę.
Decyzja Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia Bohaterów UPA wywołała w Polsce reakcję łatwą do przewidzenia. Oburzenie spadło na opinię publiczną z siłą letniej burzy. Politycy zaczęli prześcigać się w stanowczych deklaracjach, komentatorzy w moralnym wzmożeniu, a media w produkcji alarmujących nagłówków. Niektóre wypowiedzi przypominały bardziej konkurs rzutu gromem niż próbę zrozumienia sytuacji.
Nie ma w tym nic szczególnie zaskakującego. Wołyń pozostaje raną, która nie zabliźniła się do końca i zapewne jeszcze długo nie zabliźni. Trudno oczekiwać od Polaków obojętności wobec symboli związanych z organizacją odpowiedzialną za zbrodnie na polskiej ludności. Każdy naród ma swoje miejsca bólu, a pamięć nie działa na zasadzie przełącznika, który można wyłączyć decyzją polityczną.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy pamięć staje się jedynym instrumentem służącym do rozumienia rzeczywistości.
Człowiek patrzący wyłącznie w lusterko wsteczne może być świetnym historykiem, ale zazwyczaj kiepsko prowadzi samochód.
Tymczasem Polska i Ukraina jadą dziś bardzo niebezpieczną drogą. Za wschodnią granicą trwa największa wojna w Europie od 1945 roku. Codziennie giną ludzie. Codziennie spadają rakiety. Codziennie waży się kształt przyszłego bezpieczeństwa naszego regionu. A mimo to sporą część energii publicznej potrafimy poświęcić temu, jaką nazwę otrzymała konkretna jednostka wojskowa.
To trochę tak, jakby pasażerowie statku płynącego przez sztorm rozpoczęli wielką debatę o kolorze zasłon w salonie.
Nie oznacza to oczywiście, że historia jest nieważna. Wręcz przeciwnie. Historia jest ważna właśnie dlatego, że wpływa na teraźniejszość. Problem polega na tym, że bardzo rzadko wpływa na nią w sposób prosty.
W polskiej wyobraźni UPA oznacza przede wszystkim Wołyń. W ukraińskiej coraz częściej oznacza coś zupełnie innego. Oznacza symbol oporu przeciw Moskwie. Symbol walki o niepodległość. Symbol państwa, które przez stulecia próbowało wyrwać się spod dominacji większego sąsiada.
Nie trzeba tego podzielać. Nie trzeba tego akceptować. Warto jednak rozumieć, że społeczeństwa nie budują swojej pamięci po to, by zadowolić sąsiadów.
Historia jest bowiem jednym z niewielu dóbr, których narody nie importują.
Polacy nie konsultowali z Niemcami swojego stosunku do Armii Krajowej. Francuzi nie pytali Brytyjczyków o zgodę na ocenę Napoleona. Amerykanie nie uzgadniają z nikim swojej mitologii założycielskiej. Trudno oczekiwać, by Ukraińcy postępowali inaczej.
Można uznać to za błąd. Można uważać, że jest to decyzja politycznie nierozsądna. Można nawet twierdzić, że Zełenski niepotrzebnie dolewa oliwy do ognia. Wszystko to może być prawdą.
Jednocześnie równie prawdziwe jest to, że wojna zmienia społeczeństwa w sposób, którego nie da się zrozumieć z bezpiecznej odległości.
My obserwujemy Ukrainę przez ekran telewizora. Ukraińcy obserwują ją przez okna schronów.
To niewielka różnica wyłącznie dla ludzi, którzy nigdy nie musieli korzystać ze schronu.
W Polsce często powraca przekonanie, że wystarczy mocniejsze stanowisko, ostrzejszy komunikat albo bardziej zdecydowany gest, aby zmienić ukraińską politykę pamięci. To bardzo ludzka wiara. Człowiek lubi zakładać, że inni myślą podobnie jak on. Niestety rzeczywistość rzadko okazuje się tak uprzejma.
Narody nie zmieniają swoich mitów pod wpływem pouczeń. Zwłaszcza w czasie wojny.
Jeżeli ktoś walczy o przetrwanie własnego państwa, bardzo szybko zaczyna szukać bohaterów wszędzie tam, gdzie może znaleźć choćby ślad oporu wobec agresora. W takich momentach pamięć historyczna staje się nie tyle nauką o przeszłości, ile narzędziem przetrwania.
I właśnie dlatego cały ten spór jest znacznie bardziej skomplikowany, niż chcieliby politycy po obu stronach granicy.
Najłatwiej byłoby podzielić świat na dobrych i złych. Na tych, którzy pamiętają właściwie, i tych, którzy pamiętają niewłaściwie. Problem polega na tym, że historia nie jest wydziałem komunikacji społecznej. Nie zajmuje się prostotą przekazu.
Historia jest raczej starym archiwum pełnym sprzeczności, w którym niemal każdy bohater okazuje się czyimś złoczyńcą, a niemal każdy złoczyńca bywa przez kogoś uznawany za bohatera.
Dlatego zamiast pytać wyłącznie o przeszłość, warto zadać sobie pytanie bardziej niewygodne.
Co będzie za dziesięć lat?
Bo kiedy ucichną działa, kiedy skończy się wojna, kiedy Europa zacznie budować nową architekturę bezpieczeństwa, Polska nie będzie sąsiadowała z historycznym sporem. Będzie sąsiadowała z realnym państwem liczącym dziesiątki milionów ludzi, posiadającym jedną z największych armii na kontynencie i doświadczenie wojenne, którego większość Europy nie ma.
To jest pytanie o przyszłość.
A przyszłość, w przeciwieństwie do historii, ma tę nieprzyjemną właściwość, że jeszcze nie została napisana.
Być może właśnie dlatego budzi znacznie większy lęk.
Historia daje komfort. Można się o nią kłócić bez końca, ponieważ niczego już nie zmieni. Przyszłość jest znacznie bardziej wymagająca. Domaga się decyzji. Wymaga odpowiedzialności. Każe wybierać między emocjami a interesami.
I dlatego tak często uciekamy w przeszłość. To bezpieczniejsze. Zwłaszcza wtedy, gdy teraźniejszość stawia pytania, na które nie znamy odpowiedzi.
Krzysztof Bielejewski

Spośród wielu z biglem komponowanych tekstów Krzysztofa Bielejewskiego, gdzie erudycja w parze ze znajomością aktualiów, ten jest szczególnie wart uwagi, nie tylko ze względu na ciężar tematyki, ale przystępność wykładni, łopatologiczną wręcz chwilami. I mnogość pojawiających się śródtekstowych konkluzji, zwłaszcza tych dotyczących historii (przeszłości) i budzącej lęk przyszłości. I ten finezyjnie zakodowany apel do zacietrzewionych politycznych szczekaczek i ich mocodawców, by raczej skupili tak marnotrawioną energię na tworzeniu akceptowalnej przyszłości, co wcale takie proste nie jest, gdy w narodowym tyglu taka różnorodność.