Piotr Stokłosa: Symetryści, iluminaci i inne gatunki9 min czytania

()

spoleczenstwo society2016-05-18.

Wokresie krystalizowania się poglądów na temat obecnej sytuacji politycznej wielokrotnie spotykałem się na Facebooku z deklaracjami o zakończeniu znajomości z osobami popierającymi PiS. Dosyć powszechne były wpisy typu: „Proszę wszystkich moich znajomych, którzy zagłosowali za PiS-em o wykreślenie mnie z listy kontaktów”. Sam uważam takie postępowanie za błędne i wręcz przeciwskuteczne. Po pierwsze, zamykamy się wtedy w kółkach wzajemnej adoracji a potem dziwimy się, dlaczego PiS ma takie duże poparcie, skoro „wszyscy” (w domyśle: nasi znajomi) są przeciw. Po drugie, zrywając kontakt z inaczej myślącymi — gubimy szerszy kontekst i tracimy szansę na zrozumienie ich stanowiska. A zrozumienie przeciwnika to przecież zawsze klucz do wygranej.

Od czasu ostatnich wyborów parlamentarnych i przejęcia władzy przez PiS nie zrezygnowałem z żadnej znajomości – czy to facebookowej, czy w realu. Dzięki temu wciąż mam kontakt z osobami o odmiennych poglądach politycznych i społecznych, które w dodatku chcą o nich dyskutować. Z tych rozmów i wpisów wyłania się obraz różnych postaw oraz profili oceny rzeczywistości. Na własne potrzeby podjąłem więc próbę ich klasyfikacji:

Symetryści

Tę postawę trafnie zdefiniowali M. Janicki i W. Władyka w artykule „Symetryści i poputczicy” opublikowanym „Polityce” (20/2016). W uproszczeniu symetryści uważają, że w zasadzie wszystkie partie są do siebie podobne i że ponieważ PO już się narządziła, to teraz trzeba dać szansę innym. Podstawowym założeniem symetrystów, jak się okazało błędnym, jest to, że PiS zalicza się do takiego samego typu organizacji, jak pozostałe partie mainstreamowe, a więc będzie rządzić w podobny stylu i za pomocą podobnych narzędzi. Symetryści raczej nie spodziewali się i nie oczekiwali, że PiS złamie dotychczasowe reguły gry i położy pistolet na szachownicy. Nie ukrywam, że do momentu niezaprzysiężenia trzech sędziów TK też byłem w pewnym stopniu symetrystą i chociaż głosowałem na inną partię, to po wygranej PiSu przekonywałem zaniepokojonych mówiąc: „niech sobie porządzą, ludzie zobaczą, że nie są w stanie spełnić swoich obietnic a wtedy otworzą się im oczy”.

Niestety to mi otworzyły się oczy ze zdumienia i przerażenia, gdy zrozumiałem, co się zaczyna dziać. Warto też zauważyć, że to symetryści najbardziej przyczynili się do zwycięstwa PiS. Ich przedstawiciele są najliczniej reprezentowani w grupie niezdecydowanych wyborców, którzy w ostatniej chwili potrafią postawić krzyżyk w innej kratce niż planowali jeszcze godzinę wcześniej. To oni dali się przekonać Kaczyńskiemu, że PO niszczy Polskę i czas na zmianę, dobrą zmianę. Uznali więc, że „dadzą mu szansę”.

Dzisiaj spora część symetrystów krzyczy „jak to, przecież nie tak się umawialiśmy!” i rwie włosy z głowy z powodu swojego wyboru. Wciąż jednak znaczna ich część racjonalizuje swoje poparcie dla PiS-u, w najgorszym razie konstatując, że znowu okazało się, iż wybór między PO i PiS to wybór między dżumą a cholerą.

Iluminaci

Jeżeli rozpoczniesz rozmowę z iluminatem twarzą w twarz, poznasz go po pobłażliwym uśmiechu. Jego wyraz twarzy jest taki, bo on wie więcej – jego umysł doznał oświecenia.

Iluminaci są ludźmi spokojnymi wewnętrznie, żadnego neurotycznego rozedrgania. Ich świat jest w pełni opisany i zdefiniowany, wszystkie klocki trafiły na swoje miejsce i wyłonił się z tego pełny, spójny obraz. Każdy najdrobniejszy fakt, który do tego obrazu nie pasuje, można wyjaśnić starą lub nową teorią spiskową i znowu wszystko gra.

Nie powinno więc dziwić, że iluminaci w prawie stu procentach są zwolennikami teorii zamachu smoleńskiego. Wynika to z ich stosunku do rzeczywistości, który jest zdefiniowany przez „pełniejszą” wiedzę, która została im objawiona. Oni wiedzą, że „nic nie dzieje się przypadkiem”, a więc niemożliwe jest, żeby samolot z prezydentem spadł od tak sobie, na skutek zwykłych zaniedbań. Zbyt dużo w tym zbiegów okoliczności, niejasności i wątpliwości, które mącą spokój czarnobiałego świata.

Co ciekawe, iluminaci często wcale nie chcą się dzielić swoją usystematyzowaną wiedzą o mechanizmach rządzących światem. Wolą elitarnie pozostawać w poczuciu wyższości i monopolu na prawdę. Ta niechęć wynika również z podświadomej obawy o niezrozumienie, o uznanie za wariata. Bezpieczniej jest więc żyć ze skrywaną wiarą we własną wyjątkowość oraz z miłym przeświadczeniem, że moi oponenci są zbyt głupi, aby ogarnąć całokształt – łaska oświecenia nie będzie im dana.

Jeżeli jednak uda się nam wciągnąć iluminata w dyskusję, zwykle w jego oczach rozpala się blask i jak z rękawa zaczyna rzucać faktami, nazwiskami i datami, które potwierdzają głoszone tezy. Iluminaci lubią być dobrze poinformowani i mieć silne argumenty. Niestety w swoim zaślepieniu nie widzą, że cały ten materiał dowodowy służy tylko temu, aby podtrzymywać ich iluzję świata, w którym wszystko poddaje się dwubiegunowemu wartościowaniu. Dzisiaj, po dojściu do władzy „dobrej zmiany”, iluminaci spokojnie czekają na świetlaną przyszłość realizowaną według z góry ułożonego scenariusza. I czynią to z podobną konsekwencją, jak poprzednio rwali włosy na widok planowego „rujnowania” Polski przez wrogich nam Niemców i zglobalizowany obcy kapitał.

Zagubieni

Ta kategoria przypomina nieco iluminatów z tą jednak różnicą, że zagubieni nie próbują budować deterministycznego modelu świata, ale jawnie przyznają się do niezrozumienia i z góry zakładają, że go nie osiągną. Ich głównym celem jest bezpieczeństwo rozumiane jako „święty spokój”. Credo zagubionego brzmi: „Dajcie mi pracę, dom, chleb i powiedzcie jak żyć”. Niechciana wolność, którą otrzymali w darze a której często nawet nie chcieli, jest dla nich ciężarem nie do udźwignięcia. W tej grupie znajdują się przede wszystkim ofiary transformacji – robotnicy porzuceni przez zakłady pracy, którym poświęcili życie, byli pracowników PGR-ów i im podobni. Zagubieni są jednocześnie największą porażką czasu liberalnych przemian – gdy budowano nowoczesne centra handlowe i otwierano kolejne kilometry autostrad, oni siedzieli w swoich odrapanych blokach, bezsilnie obserwując powolną degradację otoczenia i samych siebie. Zagubieni nie rozumieją świata i zdają sobie z tego faktu sprawę, dlatego tak wielu z nich z radością i otwartym sercem przyjmuje kojący głos kaznodziei z Torunia, który prostymi słowami rozdziela ziarno od plew: uchodźcy chcą ci zabrać mieszkanie a Niemcy twoją ziemię; zarabiasz tak mało, bo wykorzystuje cię obcy kapitał; tylko prawdziwi katolicy u władzy mogą przywrócić ci twoją godność. Świat znowu ma sens a moje nieszczęście wynika nie z nieprzystosowania i nieudolności, ale z obiektywnych przeszkód celowo wznoszonych przez „tamtych”.

Ideowcy

Ideowcy to wszyscy ci, którzy oburzali się na twierdzenie, że Polakom do szczęścia wystarczy ciepła woda w kranie. Przyznam szczerze, że istnienie tej grupy trochę mnie zaskoczyło. Natknąłem się na nią w wyniku polemiki z jednym z dawnych znajomych. Jest to człowiek, którego zawsze szanowałem za inteligencję, prawość i zdrowy rozsądek, dlatego tak bardzo się zdziwiłem, kiedy odkryłem, że jest gorącym zwolennikiem PiSu. Nasza dyskusja przechodziła przez różne fazy, ale w pewnym momencie na fali emocji, gdy już wyczerpały się mu argumenty, mój adwersarz rzucił „Ale oni przynajmniej mają jakieś idee!” Odpaliłem szybko, że rządy faszystów i komunistów też były bardzo ideowe i żeby się zastanowił, do czego to doprowadziło.

Dalej uważam, że miałem wtedy rację, ale jednocześnie zacząłem się zastanawiać, skąd się wzięła taka postawa? Sądzę, że do tej grupy można zaliczyć wszystkich tych, którzy dostrzegają rozpad świata opartego na wartościach. Są to ludzie świadomi, że życie bez idei, bez wyraźnego celu, prowadzi donikąd. Do grona ideowców w pierwszym rzędzie zaliczają się elity intelektualne wspierające PiS, co ciekawe – zarówno z prawej jak i z lewej strony (to nie przypadek, że Ryszard Terlecki i Marek Kuchciński w młodości byli hipisami). Ideowcy utożsamiają się z planem politycznym Kaczyńskiego, bo takie jest właśnie główne jego przesłanie – zbudowanie państwa opartego na idei narodu –  i są skłonni uświęcić wiele mocno podejrzanych środków, byleby tylko Polacy wzmocnili swój kręgosłup moralny i zaczęli podążać w kierunku wytyczonym przez wartości.

Oczywiście powyższa typologia jest niekompletna. Można definiować i opisywać kolejne grupy, na przykład frustratów czy rewanżystów. Jednak z przedstawicielami tych modeli myślenia trudno dyskutować, ponieważ ich argumentacja często osiąga taki poziom emocji, że racjonalny dialog nie wchodzi w rachubę. Istnieją również zwykli oportuniści, ale z nimi dyskusja na poglądy nie sensu, skoro dostosowują je do bieżących potrzeb. Trzeba też zauważyć, że przynależność do jednego modelu nie wyklucza przynależności do innego. Przedstawione wzorce są tylko pewnymi archetypami, które mogą się przenikać a nawet zawierać.

Nie opisywałem również drugiego bieguna, na którym znajdują się „prywaciarze”, a więc ci, którzy nie wykazują zainteresowania życiem publicznym a w szczególności polityką. Działania zaczepne w ich kierunku są zazwyczaj kwitowane obojętnym „nie interesuję się polityką, bo i tak nie mam na nią wpływu”, co kończy wszelką dyskusję zanim ta się jeszcze rozpocznie. Bardziej samoświadomi prywaciarze prezentują na zewnątrz postawę zdystansowaną od polityki, a w zasadzie wyniesioną ponad nią, co pozwala im przyjmować wyraz twarzy zbliżony do iluminatów, choć kryje się za tym inna motywacja. Swoją drogą to prawdopodobnie największa i tym samym najbardziej intrygująca grupa, ponieważ można do niej zaliczyć wszystkich, którzy od lat z założenia nie uczestniczą w żadnych wyborach, a więc około pięćdziesiąt procent naszego społeczeństwa. Ale to już materiał na oddzielną analizę.

Piotr Stokłosa

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. A. Goryński 20.05.2016