Ernest Skalski: Obrażeni i poniżeni11 min czytania

()

society2016-05-19.

Mojemu zmarłemu dwa lata temu przyjacielowi jakoś nie układało się z kobietami. Jego ostatni romans też obfitował w napięcia, częste, gwałtowne wybuchy. I przyjaciel uznał, że coś tu trzeba polepszyć. Pojechali więc razem z jej kilkunastoletnią córką z wcześniejszego związku, do luksusowego pensjonatu. Zimą, co istotne, bo pewną rolę odegrał kominek.

Pierwszego wieczoru siedzieli w trójkę w saloniku — i było miło, dopóki on nie dorzucił paru polan do ognia. Zareagowała gwałtownie: Co tu sobie o nas pomyślą? Przecież goście nie mogą tego robić!

Nie mógł jej przekonać, że mogą. A był skrupulatnym naukowcem, perfekcjonistą. Wszystko musiał sprawdzić i udowodnić. Poprosił więc właścicielkę pensjonatu, by przyszła i rozwiała wątpliwości jego partnerki. A właścicielka z rozbawieniem zdziwiła się, że w ogóle ktoś może mieć takie problemy.

I w momencie, kiedy przyjaciel uznał, że prawda zwyciężyła i wszystkim znowu jest miło, romans się właśnie skończył. Usłyszał że nazajutrz wracają, po czym ona poszła spać do pokoju córki.

Nie rozumiał o co właściwie poszło, kiedy mi o tym opowiadał. A ja zrozumiałem, bo przypomniałem sobie inny kominek. W Owalnym Gabinecie Białego Domu. A dokładał tam do ognia prezydent George Bush, senior.

Wychodzi, że się przechwalam, ale co tam! Nie wolno?

Było to zaraz po chwalebnej wizycie Wałęsy, w roku 1989. Jako przedstawiciel ”Gazety Wyborczej”, zostałem zaproszony wraz z kilkoma dziennikarzami wielkich gazet świata na zbiorowy wywiad. Płonący tam kominek nie zwrócił mojej uwagi, a przypomniał mi się dopiero kiedy słuchałem przyjaciela. Pomyślałem, że wtedy, w Białym Domu, do głowy by mi nie przyszło, żeby wyręczyć gospodarza w dokładaniu do ognia i uznałbym za niestosowne zrobienie tego przez któregoś z kolegów dziennikarzy.

Gdzie Rzym, gdzie Krym… Przyjaciel był doktorem nauk, zajmował kierownicze stanowisko. W jego towarzystwie bywałem czasem jednym ”tylko magistrem”. I przypomniałem sobie, że kiedy przyprowadzał swoją przyjaciółkę, urzędniczkę po maturze, z biednej prowincjonalnej rodziny, ta cały czas była spięta, unikała rozmów jak mogła. Być może w pensjonacie czuła się onieśmielona, jakby się znalazła, nie przymierzając, w pałacu Buckingham, jeśli nie w Białym Domu. A przyjaciel upokorzył ją w obecności gospodyni pensjonatu i jej własnej córki, pokazując, że jest nieobytą parweniuszką, której słoma ze szpilek wystaje.

Po co to opowiadam? Zobaczcie;

narciarz2 pisze:

2015/12/13 o 20:49

…Jakiś rok temu poszedłem w Warszawie do psychoterapeuty, żeby mi pomógł w kontaktach z pewną osobą „z tamtej strony”. Posłuchał i powiedział jakoś tak: „Ty (czyli ja) rozumujesz logicznie i krok po kroku. Analizujesz łańcuch przyczyn i skutków i chcesz postępować racjonalnie. On nie analizuje. On myśli emocjami. Jeśli ty mu tłumaczysz racje, przyczyny, i skutki, to nigdy się nie porozumiecie. Nie dotykasz tego, co dla niego jest jedynie ważne, czyli emocji. Co masz robić? Masz przyjąć, że on ma prawo do swoich emocji i ma prawo się nimi kierować. Nie oczekuj, że on się zmieni. (Ty zresztą też się nie zmienisz.) Uznaj jego emocje. Nie oczekuj, że on je zastąpi rozumem.”….
My demokraci też mamy ten problem, bo nie bardzo potrafimy rozmawiać z nimi nie-demokratami.

Są posłowie, znajomi, i przysłowiowa pani z kiosku. Oni mają emocje i nimi się kierują. Mają prawo do emocji i do braku zrozumienia, jak właściwie działa Polska, Europa, i cały świat.”

Krzywda niejedno ma imię

Raczej starsi niż młodsi. Raczej ze wsi i małych miasteczek niż z dużych miast. Raczej z niższym poziomem wykształcenia, niż z wyższym. Raczej mniej niż bardziej zamożni. Raczej bardziej niż mniej religijni. Raczej bardziej konserwatywni obyczajowo niż libertyńscy. To żelazny elektorat PiS, chociaż nie cały. Zbiorowość dobrze rozpoznana przez socjologów. Z tym, że powyższe ”raczej” posiada pewne znaczenie, lecz o tym dalej.

Ci ludzie pewnych ważnych elementów nowej rzeczywistości nie rozumieją. Nie potrafią — czy nie chcą zrozumieć. A jak się nie wie co to jest, a TO jest przemożne i w coraz większym stopniu organizuje nam rzeczywistość, to się czujemy atakowani, osaczeni przez jakieś wrogie nam siły. Nasz swojski świat, nasze wartości i nawyki, nasz sposób bycia, wszystko to jest zagrożone przez obcych i eksponentów obcych sił. I co najgorsze, śmieją się z nas, którzy przecież jesteśmy u siebie, krew z krwi, kość z kości, sól tej ziemi.

Taki konflikt nie jest niczym nowym, ani niczym oryginalnym. Występuje zawsze i wszędzie w okresach przemian cywilizacyjnych. W Polsce to odwieczny spór fraczka z kontuszem. Zaczął się w XVII wieku. Wcześniej młodzi członkowie elity studiowali na europejskich uniwersytetach, nabywali manier na renesansowych dworach. Później uznano, że nie ma się czego uczyć u pludrów. Wiedza panów-braci wchodziła przez tyłki pod rózgami, w jezuickich kolegiach, a jeszcze później, oświeceniowe kolegia pijarskie wypuszczały fircyków psujących dobre sarmackie obyczaje.

Tacy klasyczni, konserwatywni, bogoojczyźniani wyborcy, czujący się zagrożeni przez zmiany cywilizacyjne, wciąż stanowią większość elektoratu PiS. Lecz są też inni.

Stary, też zmarły niedawno, kolega. Ongiś jeden z przebojowych reporterów i błyskotliwych publicystów. Bystry umysł. Dusza środowiska, jakieś trzydzieści – pięćdziesiąt lat temu. Skądinąd daleki od pisowskiego etosu. Ze względu na popularność został już w III RP rektorem jednej z licznie powstających wyższych szkół dziennikarskich. Uparł się, że nie dotknie komputera, o Internecie w ogóle nie było mowy. Studentki — chłopców tam prawie nie było — musiały pokazywać mu do oceny swój urobek wydrukowany.

— Wiesz — odpowiadał na oczywiste pytanie — ja już nie mam głowy i siły, żeby się uczyć, wprawiać. Daję sobie jakoś radę. Dożyję…

Mam pisowców wśród bliskich i najbliższych mi ludzi. Ci akurat nie pasują do statystycznego stereotypu. Wszyscy z Warszawy. W różnym wieku. Wszyscy z dobrym, wyższym wykształceniem, paru z doktoratami. Obyczajowo? Bynajmniej nie bogobojny zaścianek. I do tego nie robią kariery w tej partii, czy dzięki niej.

To oczywiście tylko część środowiska, w którym się obracam. Większość w nim jest zdecydowanie antypisowska. Lecz wszyscy razem lubimy się, i dobrze się ze sobą czujemy. Gdy spotykamy się w węższym zestawie, same tylko osoby antypisowskie, to o żadnej politycznej poprawności nie ma mowy. Padają ”słowa powszechnie uważane za obelżywe”. Tamci też pewni sobie ze sobą używają. Ale kiedy jesteśmy w pełnym składzie, przypominam zapamiętaną z okupacyjnego dzieciństwa wywieszkę: ”O polityce rozmawiać nie wolno”. Wisiała w sklepach, gospodach, wywieszana przez właścicieli chcących uniknąć kłopotów. Staram się teraz tego przestrzegać.

Tym co moich pisowców, wykształconych, z dużego miasta, łączy z tym żelaznym elektoratem, symbolizowanym przez moherowe babcie, jest frustracja. Wszyscy oni, w momencie dokonywania wyboru czuli się skrzywdzeni przez… świat, życie, ludzi. Niektórym naprawdę było/jest ciężko, wedle obiektywnych kryteriów. Niektórzy, wydawałoby się, nie mieli/mają podstaw do narzekania. Ale to nie jest miarodajne dla kogoś, kto się czuje skrzywdzony. Próba jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia wywoływała gwałtowna reakcję; i ty przeciw mnie! Vide notka narciarza2. Emocje, wiadomo…Opór przed samodzielnym dołożeniem drwa do kominka i zrobieniem sobie miło.

Ludzi żyjących ze stałym poczuciem krzywdy spotykałem — jak każdy — przez cale życie. Ale nie przypominam sobie, bo to poczucie prowadziło do wyboru jakiejś opcji politycznej. Może brakowało takiej oferty jaką zaproponował PiS.

Transfer ofiar systemu

Kiedy w roku 2005Jarosław Kaczyński anachroniczny już wtedy podział na postkomunę i solidaruchów zastąpił podziałem na Polskę liberalną i solidarną, transformacja, dokonana u zarania III RP, zajmowała jeszcze dość dużo miejsca w zbiorowej świadomości. Byli ludzie i całe grupy społeczne autentycznie poszkodowane przez te przemiany. Pomijam prominentów PRL, z których daleko nie wszyscy spadli na cztery łapy w nowej rzeczywistości. Ci raczej nie odnaleźli się u Kaczyńskiego. Panowie Piotrowicz i Kryże to jednak wyjątki.

Ale nie trzeba było być sekretarzem jakiegoś komitetu PZPR. Królową życia była sklepowa z mięsnego. Czy taksówkarz, który powiedział mi, że rzucił państwową posadę i siadł za kółko, bo musi szybko zarobić na kupno mieszkania. Robotnik przemysłowy, który teraz się stał sklepikarzem, może nawet mieć materialnie lepiej, ale dawniej miał pewność stałej pracy i stałego zarobku. Nawet jeśli miał dwie lewe ręce. Był jakoś zadbany socjalnie i okadzany przez propagandę partyjną, a i solidarnościową po roku 1980. A teraz drży, że mu zabraknie klientów, że obok otworzą Biedronkę czy Żabkę, lub że przebudowa ulicy odetnie go na długo od kupujących.

Jedni się w tym świecie jakoś znaleźli, lecz byli i ci, którzy się obco poczuli w gospodarce rynkowej. Nieraz paradoksalnie. Przykład odległy, lecz wyrazisty. Rosyjski reporter Władimir Pozner pisał o Żydach sowieckich w Izraelu. Starsze kobiety skarżyły się na… brak kolejek w sklepach. W ZSRR było to dla nich miejsce kontaktów, swoisty klub towarzyski. W Polsce sukces w postaci udanego zakupu chudej szynki, cytryn czy papieru toaletowego obniżał poziom ambicji i dokonań docenta, ale stanowił jedyne potwierdzenie dobrej samooceny jego teściowej. W III RP docent został profesorem i otrzymał zaproszenie do Berkeley jako visiting profesor, a teściowa już nie miała się czym pochwalić.

Ale od tamtej wolty Kaczyńskiego minęło już dziesięć lat. Sieroty po PRL wykruszyły się, po części siłami natury. Ich rolę przejęły ofiary III RP. A je przejął Jarosław Kaczyński, w czym pomagali mu jego pożyteczni idioci, lewicowcy wszelakiej maści, walący jak w bęben w transformację, system, w elitę, której są prominentną częścią.

Myślałem sobie parę lat temu, że wypłukiwanie pisowskiego elektoratu jest kwestią czasu. Że już są i z czasem będzie coraz więcej ludzi zadomowionych w nowej rzeczywistości. Takich którzy posługują się kontem w banku i kartą płatniczą, radzących sobie z angielskim, wyposażonych w nowoczesny sprzęt elektroniczny, operujących w Internecie, jeżdżących po świecie. Nowoczesnych, którzy nie zagłosują na staroświecką, by nie rzec, anachroniczną partię. Okazuje się jednak, że i tacy na nią głosują.

Przestaje mi to pasować liczbowo. Aktualną wiedzę o społeczeństwie najpełniej i najdokładniej dostarcza Diagnoza Społeczna, robiona co dwa lata przez profesora Janusza Czapińskiego. Dopóki mu wychodziło, że siedemdziesiąt procent rodaków jest zadowolonych z życia, mogłem sobie wyobrażać, że te trzydzieści, które nie jest, pokrywa się z grubsza z elektoratem PiS. Kiedy jednak ostatnia Diagnoza wykazała, że zadowolonych jest 81 procent (ta jedynka jakoś mnie niepokoi), to tych niezadowolonych z życia nie starcza na elektorat PiS. Trzeba dobierać ze szczęśliwych?

– Syf i malaria! Rozkradli, panie, oddali obcym za grosze, nędza, dzieci głodują, jak w jakiejś tam, panie, Afryce.
A u pana?
No, z bożą pomocą, jakoś wychodzę na swoje. Lecz w kraju, panie…

To już klasyka ostatniego ćwierćwiecza. W Studio Opinii wyjaśniliśmy sobie, że jest to kategoria dawno już opisana w USA: przekonanych, że wszystko zawdzięczają tylko sobie, władza im do niczego nie jest potrzebna, raczej przeszkadza. A jeśli ogólnie — syf, to tym lepszą mają opinię o sobie.

Tacy nie głosują, bo politycy to jedna banda. A jak już, to przecież nie na tych, co to doprowadzili do tego syfu. To tłumaczy dlaczego ci szczęśliwi od Czapińskiego nie stanęli murem za Komorowskim i koalicją PO-PSL. Dlaczego olali wybory, bądź poparli PiS i Kukiza, Korwina albo lewicę.

Dla ilustracji jeszcze jedna postać, też z najbliższych. Postać niewiele po trzydziestce. Wykształcona, z dobrym i prestiżowym fachem. Dobrze jej idzie, dużo pracuje, dużo zarabia, prowadzi atrakcyjne życie, dające frajdę i satysfakcję. Mieści się jak najbardziej wśród tych 81 procent zadowolonych. Nie głosuje na PiS, który osobę śmieszy i wywołuje coś jakby odrazę. Ale… w ogóle nie głosuje, bo nie ma na kogo, bo wszystko; tak, tak, nic tylko syf i malaria, a Polska jest na równi pochyłej.

Jego nieoddany głos prezes też może zaliczyć na swój benefis, bo nie został oddany na konkurencję. Lecz jakaś część zadowolonych z siebie, ale zmartwionych krajem też mogła zagłosować na dobra zmianę.

Zacofanych jakby mniej, wkurwionych nie ubywa, a wtłaczany do głowy sześć dekad temu, marksizm-leninizm do niczego się nie przydaje. Nie tylko byt określa świadomość.

Ernest Skalski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

22 komentarze

  1. PIRS 19.05.2016
  2. Obirek 19.05.2016
  3. j.Luk 19.05.2016
    • Obirek 20.05.2016
      • j.Luk 20.05.2016
  4. hazelhard 19.05.2016
  5. otoosh 19.05.2016
  6. slawek 20.05.2016
  7. andrzej Pokonos 20.05.2016
  8. Mr E 20.05.2016
  9. Magog 20.05.2016
  10. Mr E 20.05.2016
  11. Anna-Maria Malinowska 20.05.2016
  12. slawek 21.05.2016
  13. andrzej Pokonos 21.05.2016
  14. Mariusz Malinowski 21.05.2016
  15. Magog 21.05.2016
    • andrzej Pokonos 21.05.2016
  16. Magog 21.05.2016
    • andrzej Pokonos 22.05.2016
  17. Magog 22.05.2016
    • andrzej Pokonos 22.05.2016