Jerzy Łukaszewski: W poszukiwaniu źródeł

a32016-05-31. Nie ma nic przyjemniejszego w naukach historycznych nad poszukiwanie źródeł różnych zjawisk, postaw, zachowań itp. Dopiero odkrycie któregoś z nich pozwala nam zrozumieć lub inaczej spojrzeć na wiele wydarzeń z przeszłości, a także wyciągać z nich prawidłowe wnioski na przyszłość.

Czasami patrząc na to co dzieje się dziś nie zdajemy sobie sprawy, że wiąże się to z jakąś sprawą, która już była, funkcjonowała, a dziś powraca w postaci budzącej zdumienie i pozornie wygląda na dziwoląg.

Jako przykład można podać choćby język polityki. Oficjalnie niezaliczany do tzw. nauk pomocniczych historii (mam nadzieję, że kiedyś będzie) — jest jednym z ciekawszych źródeł historycznych dla badacza.

Używanie pewnych fraz, określeń lub porównań warte jest uwagi, jeśli założy się, że w polityce także pod względem językowym nic nie dzieje się bez celu, że takie czy inne zdanie wypowiedziane przez polityka w konkretnym momencie ma znaczenie i czemuś służy, jest przygotowaniem do jakiegoś działania, jeszcze nie odkrytego przed oczami obserwatorów.

Bywa, że słuchając któregoś ze współczesnych polityków człowiek odnosi wrażenie, że gdzieś to wszystko już słyszał, że ktoś to już kiedyś mówił. Jednak dopiero odkrycie gdzie to słyszał i kto to mówił potrafi sprawić, że stajemy zdumieni i wszystko zaczyna nam się układać. Pozwala nam przewidzieć działanie na podstawie tego co już miało miejsce w przeszłości i poprzedzone było podobnymi słownymi ejakulacjami.

Doznałem takiego wrażenia czytając materiały źródłowe do historii mojego miasta z lat 40 i 50 XX w.

Gdynia – duma przedwojennej Polski, świadectwo możliwości ludzkich, w którego przypadku określenie „miasto z morza i marzeń” wcale nie jest poetycką przenośnią.

Zrobić z rybackiej wioski w ciągu 17 lat najnowocześniejszy port na Bałtyku zwiększając jednocześnie liczbę mieszkańców ponad stukrotnie – to działa na wyobraźnię.

A jednak okazuje się, że można na to spojrzeć zupełnie inaczej.

W 1949 roku tow. Olejniczak, I sekretarz KM PZPR mówił:

„Gdynia przedstawia sobą środowisko szczególnego zagęszczenia ośrodków wroga klasowego. Do Gdyni zbudowanej krwią i potem polskiego robotnika, a sprzedanej przez zdradę burżuazji we wrześniu 1939 r., po wyzwoleniu przez Armię Radziecką i oddziały Odrodzonego Wojska Polskiego pod dowództwem naszego ukochanego orła – syna robotniczej Warszawy, honorowego obywatela naszego miasta Marszałka Konstantego Rokossowskiego – z powrotem napłynęła cała rozmaitość różnego rodzaju niedobitków sanacyjnych, pogrobowców dnia wczorajszego, nienawistnych dla naszej robotniczo-chłopskiej ojczyzny […] napłynęli tu i stworzyli mocne pozycje ekonomiczne kapitaliści gdyńscy, napłynęła cała fala sługusów, funkcjonariuszy i kierowników aparatu ucisku i znęcania się nad klasą robotniczą, doświadczeni w służbie międzynarodowego kapitału agenci, szpiedzy mający w naszym porcie ułatwiony kontakt ze swoimi ośrodkami dyspozycyjnymi za granicą.”

Ta niechęć do wszystkiego co związane z zagranicą niejednemu współczesnemu czytelnikowi wyda się znajoma i nie bez podstaw.

W tym konkretnym przypadku chodziło o usunięcie obcych klasowo elementów z miasta. I usunięto. Np. takiego wroga jak Eugeniusza Kwiatkowskiego, dotąd uważanego za twórcę i patrona Gdyni, teraz wysiedlonego z zakazem powrotu, szykanowanego w nowym miejscu zamieszkania (nawet podręczniki uniwersyteckie musiał wydawać pod pseudonimem).

Dlaczego szykanowano człowieka, którego zasług nikt normalny nie mógł kwestionować? Dlaczego używano jego nazwiska w takich np. tekstach?

„…tu miała miejsce szkodliwa działalność kwiatkowszczyzny, ułatwiona jej legalnymi formami działania, tu pod opiekuńczymi skrzydłami reakcyjnego kierownictwa Delegatury i prawicowego kierownictwa PPS powstał i działał swoisty splot kwiatkowszczyzny.”

Ten kto wie cokolwiek o E. Kwiatkowskim zdziwić się może czytając, że to jego działalności należy przypisać ówczesne „afery” jakie odkrywały kontrole w zakładach pracy.

„…na jednej z jednostek pływających część załogi spała, inna piła wódkę a pozostali słuchali radia z Londynu”.

Wcześniej, bo już od końca 1945 roku zdecydowano o podziale ludności na (jak by to dziś niektórzy powiedzieli) lepszy i gorszy sort.

„…zaszła potrzeba selekcji materiału ludzkiego. Przez powołane w tym celu czynniki zostanie przeprowadzona selekcja pod kątem widzenia użyteczności personalnej mieszkańców dla dzieła odbudowy…”

Powojenne wysiedlenia gdynian długo były tematem wstydliwym, nieobecnym nawet w podręcznikach uniwersyteckich, o szkolnych nie wspominając. Mówiło się tylko o wysiedleniach w 1939. Co ciekawe – hitlerowcy dokładnie tym samym je uzasadniali.

Brak jasnego uzasadnienia w wypowiedziach niektórych polityków współczesnych pochodzi być może z niewiedzy – dlatego polecam im te historyczne „gotowce”.

W listopadzie 1945 Miejska Rada Narodowa uchwaliła, że „…do akcji oczyszczania Gdyni z niepożądanego elementu trzeba przystąpić z całą energią. Będą ustalone pewne kontyngenty dla wolnych zawodów, które określą ilość potrzebnych dla Gdyni lekarzy, adwokatów, kupców itd. Reszta oraz ludzie niepracujący będą musieli Gdynię opuścić by zrobić miejsce dla ludzi związanych z miastem i portem”.

Przy tej okazji radny Czerwień w imieniu związków zawodowych zażądał mieszkań w śródmieściu dla robotników. Skończyło się na tym, że mieszkanie w śródmieściu otrzymał radny Czerwień.

Planowano również wysiedlenie „elementu niepożądanego, który nie wiadomo z czego żyje”.

W języku współczesnym to ci, którzy „mają pieniądze i widocznie SKĄDŚ je mają”.

Wiara, że nasi, ci słuszni, potrafią wszystko widoczna była na każdym kroku.

Kiedy w 1939 roku Gdynian wysiedlano by zrobić miejsce dla Niemców — kazano im zostawić w mieszkaniach niemal wszystko.

Teraz Gdynianin uznany za element niepożądany również musiał zostawić w mieszkaniu wszystko, bo o tym np., które meble są „poniemieckie” decydowała specjalna komisja. Trochę przypomina to dzisiejszych „fachowców” mających decydować, które zwierzę jest koniem, a które klaczą w stadninie. Skąd się biorą takie talenty – póki co nie wyjaśniono.

Ciekawą częścią ówczesnego języka polityki było szerzenie pogardy i nienawiści do wszystkich, którzy mieli na koncie jakiekolwiek osiągnięcia, coś w życiu zrobili, czegoś dokonali. Trochę przypomina to współczesną niechęć (łagodnie mówiąc) do ojców polskiej transformacji z 1989 roku.

Każdy kto zrobił coś konkretnego teraz stał się reakcjonistą, wrogiem klasowym.

Nawet pora wysiedleń coś nam przypomina.

„…co do wysiedleń, to musi być praca MRN powiązana z MO, ażeby cicho w godzinach rannych wsadzać na wóz i wywozić[…] można wysunąć wniosek do KW aby wysiedlonych kierować już do określonego miasta, a nie jak to było dotychczas, że jechali tam gdzie chcieli”.

Wszystko co było przed nami było złe – zasada obowiązująca w historii wielokrotnie. Znamy ją? Oczywiście, że znamy.

Cała Polska puchła z dumy przed wojną, że zdobyła się na coś takiego jak budowa Gdyni. Teraz podsumowano to tak:

„… wszystkie kapitały w porcie, żegludze i rybołówstwie były zagraniczne, przeważnie francuskie, holenderskie, angielskie, amerykańskie i hitlerowskie. Gdynia wydana była na łup imperializmu międzynarodowego, a każdy dzień pozostawania u władzy awanturniczej bandy targowiczan – sanacji i sprzymierzonej z nią reakcji polskiej ogałacał ją z dóbr wypracowanych przez naród”.

Coś to nam przypomina? „Okradli Polskę, sprzedali za bezcen…itd.” Podobne?

W sferze faktów jeszcze bardziej podobne, zaręczam.

Oczywiście nie mogę sobie darować mojego ulubionego tematu czyli polityki historycznej.

W tym zakresie również robiono wszystko, by spotwarzyć każdego kto miał na koncie prawdziwe, a nie wymyślone osiągnięcia.

Po co? Po to by stworzyć „nowych bohaterów”, nowych zasłużonych itd. Znowu coś nam to przypomina?

Wrzesień 1939 roku w nowym ujęciu wyglądał tak:

„…dzięki bohaterstwu robotników gdyńskich i szczupłej załogi płk. Dąbka Gdynia stawiała opór do 13 września […] postanowiliśmy sięgnąć do rezerw, do środowisk mieszczańskich, do centrum miasta, gdzie jeszcze w otwartych kawiarniach wysiadywało bogate mieszczaństwo i złota młodzież. Plan był prosty: otoczyć kawiarnie i rzucić ludzi na front”.

Można się oczywiście zastanawiać, czy autor tego tekstu był w pełni władz umysłowych, ale zapewniam, że był. Doskonale wiedział co robi.

Nawet ten, który opowiadał o niezwykłych sukcesach KPP w przedwojennej Gdyni.

„KPP rozpoczęła działalność w Gdyni w 1925 roku. W tym roku odbywają się wybory do Rady Gminnej. Komuniści po raz pierwszy w historii Gdyni występują z własną listą wyborczą. Z listy tej kandydują rewolucyjni robotnicy i rybacy […] władze postanowiły listy robotniczo chłopskiej nie zatwierdzić”.

Dla wyjaśnienia – przed wojną w Gdyni nie było KPP, ale to drobiazg. Gorzej, że nie było też żadnych wyborów w 1925 roku.

Chociaż… jakie to ma w końcu znaczenie?

Do czego może prowadzić język polityki pokazuje jeszcze jeden ciekawy przykład. Przygotowywano mianowicie grunt pod szykany wobec Kaszubów (z bardzo współczesnym uzasadnieniem – „wpływy kultury niemieckiej” – kto to powiedział kotku, no kto?).

O co można było oskarżyć Kaszubów? O separatyzm, rzecz jasna. Autor oskarżeń był jednak bardziej kreatywny.

Oskarżył mianowicie Kaszubów o separatyzm mający swe odzwierciedlenie w spisku jaki zawiązali oni na spółkę z radzieckim pułkownikiem Anatolem w celu utworzenia – trzymajcie się państwo – kaszubskiej republiki radzieckiej!

Trudno będzie pobić ten rekord absurdu, choć jeśli trochę poczekamy…

Z drugiej strony autor przepięknie zapętlił się w swoich wywodach. Oskarżać Armię Czerwoną o spiski w łonie narodu polskiego, ho ho ho… trzeba było mieć cojones, albo… być idiotą bez wyobraźni.

Wszystko co powyżej to oczywiście tylko fragmenty, ale dość znaczące.

Powtarzalność pewnych zwyczajów w języku polityki jest oczywista. Może kogoś śmieszyć, kogoś drażnić, kogoś doprowadzać do szewskiej pasji stosowanie takiego języka szczególnie przez ludzi odżegnujących się od jego poprzednich użytkowników.

Dla historyka jest to tylko wskazówka, że skoro określony język wchodzi w użycie, to po nim nastąpią działania, równie podobne do tych z przeszłości.

Historyk jednak, w odróżnieniu od polityka, pamięta czym się one skończyły.

2016-05-31.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. andsol 2016-06-01
    • efi 2016-06-02
  2. j.Luk 2016-06-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com