Andrzej C. Leszczyński: Szczęście

hapiness2016-08-27.

[dropcap]O[/dropcap] szczęściu myśli zazwyczaj ten, kto odczuwa jego brak. Tak jak spragniony, który myśli o wodzie, uwięziony o wolności, chory o zdrowiu. Może tylko głupiec, ponieważ jest głupcem, nie myśli o mądrości.

Jak motyl

Swą znaną monografię „O szczęściu” Władysław Tatarkiewicz pisał w czasie wojny (ukończył ją w 1943 roku), co można by uznać za przejaw łatwego eskapizmu. „A jednak – tłumaczy w przedmowie – jest to zrozumiałe: bo w nieszczęściu więcej się o szczęściu myśli niż w szczęściu. I łatwiej się znosi złą rzeczywistość, gdy się od niej myślą do lepszej odbiega”. Może dlatego Robert Walser walczył z rozpaczą pisząc humoreski?

Szczęśliwy nie rozmyśla na temat szczęścia. Prof. Barbara Skarga, pytana, kiedy czuła się szczęśliwa, odpowiedziała: „Pewnego lipcowego dnia w Chocieńczycach, gdzie przed wojną co roku spędzałam wakacje, ale wtedy nie wiedziałam, że to jest szczęście”. Coś podobnego mówi Helena Zawistowska („Od Wilii po Uklę”): „Szczęśliwe było nasze dzieciństwo, ale 85 lat temu nie wiedzieliśmy, że jesteśmy szczęśliwi. Wydawało się nam, że rzeczywistość, w której żyjemy, jest jedyną możliwą, więc normalną, powszechna i wieczną”.

Psychologicznie pojęte, szczęście – tak jak serce, jak ciało – „nie sługa”. Nie można go zagwarantować, osiągnąć w zaplanowany sposób. Pojawia się samo. Jest chwilą wewnętrznej wolności, darem, o jakim pisze Czesław Miłosz.

„Dzień taki szczęśliwy,
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatami kaprifolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego, zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem, kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle”.

Kto chce nad szczęściem panować – traci je. Nathaniel Hawthorne: „Szczęście jest jak motyl: kiedy usiłujesz je złapać, zawsze wymyka ci się z rąk. Ale jeśli cichutko usiądziesz, to może samo do ciebie przyleci?”. Zdaniem Józefa Marii Bocheńskiego (o. Innocentego) to co najważniejsze osiąga się niejako przy okazji, mimochodem („Wypełniaj obowiązki i nie czekaj na szczęście – samo się zjawi”). Nie należy skupiać się na sobie. Bertrand Russel, pytany o źródła zadowolenia z życia, odpowiada: „Przede wszystkim zawdzięczam to mniejszemu zajmowaniu się samym sobą. Jak i inni wychowani w duchu purytańskim, miałem zwyczaj rozmyślać o swoich wadach, grzechach i szaleństwach. Wydawałem się sobie – niewątpliwie słusznie – nędznym stworzeniem. Stopniowo nauczyłem się obojętności wobec siebie i swoich braków; uwaga moja była skierowana coraz bardziej ku przedmiotom zewnętrznym: sprawom świata, różnym gałęziom wiedzy, osobom które kochałem. […] Każde zainteresowanie zewnętrzne prowadzi do jakiejś działalności, ta zaś dopóki zainteresowanie jest żywe – zapobiega zupełnie złudzeniu. Nie może być szczęśliwy więzień takich namiętności, jak: obawa, zawiść, poczucie grzechu, litowanie się nad samym sobą i uwielbianie siebie”.

Słyszy się niekiedy, że tylko szczęśliwi rodzice mają szczęśliwe dzieci. Tak sądzi Jorge Louis Borges, którego zdaniem być szczęśliwym to obowiązek. Pisze:

       „Popełniłem najgorszy z grzechów
Jakie człowiek może popełnić. Nie byłem
Szczęśliwy. Niech lodowce zapomnienia
Powloką mnie i zatracą, bezlitosne.
Rodzice poczęli mnie dla gry
Z życiem, ryzykownej i pięknej,
Dla ziemi, wody, powietrza, ognia.
Zawiodłem ich. Nie byłem szczęśliwy”.

Pojęcia

Chcę, idąc śladem zbliżonym do rozróżnień poczynionych przez Władysława Tatarkiewicza, wskazać kilka określeń mówiących o pojmowaniu szczęścia.

  1. Mieć szczęście. Chodzi o stan świata – o coś, co nas spotyka, przychodzi z zewnątrz, obdarowuje, przydarza się jako pomyślny zbieg okoliczności zewnętrznych, gdy z wielu możliwości ujawniła się dobra, sprzyjająca. Mam szczęście w kartach (bo się tak ułożyły podczas tasowania), w interesach (bo znaleźli się inwestorzy), w lotto (bo maszyna wybrała właściwe numery). Szczęście, czyli fortuna, wygrany los na loterii (fortūna to w łacinie los, przypadek), luck w języku angielskim, po polsku fart (może od niemieckiego: Fahrt – jazda, droga?).
  2. Czuć się szczęśliwym. Nie stan świata liczy się teraz, ale stan duszy – wielka radość, upojenie, doznanie błogości. Szczęście wyraża się na czyimś oblicz, pisał o takim stanie Tadeusz Czeżowski. W języku łacińskim to fēlīcitās, w angielskim – felicyty, happiness. Zazwyczaj obydwa te rozumienia idą ze sobą w parze – gdy mam szczęście (np. wygrywając w lotto), czuję się też szczęśliwy. Jednak nie zawsze. Oto polepsza się wszystko wokół, fortuna mi sprzyja, lecz uświadamiam sobie, że szczęśliwy byłem wcześniej, zanim pojawiły się wszystkie te sukcesy. Edward Stachura w „Pogodzić się ze światem” (ostatnim swym, jeśli nie liczyć „Listu do pozostałych”, tekście) nie bez zazdrości pisze o matce i innych mieszkańcach Łazieńca, którzy czerpią radość z życia ubogiego i prostego. Badania pokazują, że stan świata niekoniecznie odwzorowuje się w stanie dusz; że wygrana na loterii tylko na krótko podnosi poziom dobrostanu wewnętrznego. Mówi o tym jedna z najważniejszych i najczęściej przywoływanych prawd: pieniądze, które dają wiele – władzę, poczucie bezpieczeństwa, wzrost stopu życiowej itp. – samego szczęścia nie dają.
  3. Być szczęśliwym. To chyba najbardziej elitarne pojmowanie szczęścia. Mówi o doznawaniu dóbr najwyższej miary, co nie każdemu się zdarza. Nie chodzi teraz o stan rzeczywistości, w której żyjemy, ani o psychologiczne jej odczuwanie, lecz o dotknięcie istoty bytu, obcowanie z tym, co pełne, idealne. Pisał Boecjusz, że szczęście to stan doskonały, czyli taki, który łączy w sobie wszelkie dobra. Kto osiągnął taki stan, niczego już nie pragnie. Grecy określali to mianem eudajmonii. Demon (daίmon) to byt usytuowany między tym, co boskie i tym, co ludzkie (np. Eros). Są demony dobre (eudaίmon) i złe (kakόdaίmon); dopiero w chrześcijaństwie demon stanie się złym duchem. Eudajmonia – tylko ona – jest prawdziwym szczęściem, czyli pozostawaniem pod opieką dobrego ducha.
  4. Być zadowolonym z życia. Podobnie jak w przypadku eudajmonii, chodzi teraz o stan trwały – nie o pomyślność bądź przyjemność. Jest to zarazem stan dostępny dla każdego, kto potrafi docenić elementy (często drobiazgi), z których utkane jest istnienie, karmić się nimi. Michel Montaigne: „Jeśliście wykorzystali w pełni wasze życie, syci jesteście: odejdźcie tedy zadowoleni. Jeśliście nie umieli zeń skorzystać, jeśli wam było bezpożyteczne, na cóż go chcecie jeszcze? Życie samo w sobie nie jest dobre ani złe; jest miejscem na dobro i zło wedle tego, czym je zapełnicie”. Być może nie jest to szczęście, o jakim myśli się wymieniając to słowo (Tomasz Mann w Buddenbrookach: „My [mieszczanie – acl] nie znamy czegoś takiego jak szczęście. My znamy coś takiego, jak zadowolenie”), jednak właśnie na zadowoleniu buduje swą realistyczną definicję szczęścia Władysław Tatarkiewicz.

Bilans

Zadowolenie z życia ma oparcie w trzeźwym obrachunku. Jest poprzedzone bilansem, zważeniem (łacińskie bilanx to [waga] „o dwóch szalkach”), zestawieniem ze sobą i podsumowaniem życiowych aktywów i pasywów. Jeśli wynik będzie choćby nieznacznie dodatni – należy być zadowolonym, czyli szczęśliwym. Dlaczego? – Bo mogło być inaczej.

Bilans wyznacza pewną całość. Jak jednak można dokonywać bilansu życia, które przecież wciąż trwa? Jest to chyba możliwe wtedy, gdy przyjmie się taką koncepcję dotyczącą ludzkiego istnienia, która mówi o egzystencji wielopoziomowej. Trzeba wyjść od właściwego Zachodowi pojmowania czasu – linearnego i nieodwracalnego. To pojmowanie właściwe Heraklitowi (pantha rei), o takim też czasie pisze Wisława Szymborska („Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy”). Sama istota tej koncepcji leży w założeniu, że życie rozgrywa się na wielu płaszczyznach biograficznych. Bywa, że jedna z nich kończy się, co oznacza początek innej; a jeszcze inne trwają niejako równolegle. Nie chodzi tu o codzienne zbliżanie się do śmierci, o czym mówili egzystencjaliści czy przedstawiciele teatru absurdu (np. Samuel Beckett, który pisał, że kobiety rodzą nad grobem), o czym śpiewał też punkowy zespół The Vibrators („Every day we die a little, Darling”). Chodzi raczej o okresowe domykanie się pewnych życiowych cyklów, które zarazem otwierają nowy jakiś cykl, czyli o taki koniec, który jest jednocześnie początkiem. Owszem, żyjąc tracimy życie, jak ujęła to Maria Janion w tytule swojej książki, ale i zyskujemy je, nową jego postać.

Można podsumować to, co się na jakiejś płaszczyźnie domknęło. Mogę podsumować swe życie jako czynnego zawodnika, kiedy doznałem trwałej kontuzji, albo gdy przekroczyłem pewien wiek. Ta płaszczyzna skończyła się, dając początek innej – bycia trenerem, komentatorem sportowym, działaczem klubowym. Mogę podsumować swą pracę zawodową, gdy idę na emeryturę. Albo bycie ojcem – matką – gdy dzieci się usamodzielniły. Tadeusz Konwicki wspomina, że Stanisław Dygat zaprosił przyjaciół na uroczyste zakończenie swego życia seksualnego (okazało się zresztą, że musiał tę uroczystość za jakiś czas powtórzyć). Kończy się wiara w Boga – nie na kilka dni, jak u szesnastoletniego Jana Błońskiego („Przeżyłem wtedy cieleśnie coś, co filozof nazwałby może  doświadczeniem przygodności. Patrzyłem na dom, na drzewa, na furę terkoczącą po ulicy […]. Wszystko było jakby osobne, niepotrzebne, bez powodu. Drzewa nie miały korzeni, dom stał na przypadku, prawo ciążenia obowiązywało tylko tymczasowo”) – lecz na zawsze, czego doświadczył Tadeusz Kotarbiński, gdy pewnego lata wszystko runęło, „chłopiec otrząsnął się z ułudy i przepadła szczęśliwość dziecięca”. Stał się ateistą, lecz nie bezbożnikiem. („»Bezbożnik« – to w moim rozumieniu arogant w odniesieniu do czcigodnych elementów religii. Jego stosunek do ideałów religijnych jest szyderczy. Nie ma żadnego powodu, by ateista musiał być bezbożnikiem”).

Skończoność dotyczy wielu innych płaszczyzn życiowych. Bycia posłem, prezydentem, prezesem (chyba że jest to prezesura dożywotnie). Rozstania z ukochaną osobą, po którym wszystko jest inne. Diagnozy lekarskiej brzmiącej jak wyrok.

Zdarza się, że podsumowaniom towarzyszy pytanie, co w tamtym okresie zależało ode mnie, a co było nieuchronne. A w związku z tym – czego żałuję, co zmieniłbym, gdyby była taka możliwość.

Zawsze kończąc coś, zaczynam coś nowego. Może jedna tylko rzecz odróżnia kolejne cykle od wcześniejszych: że czas płynie w nich coraz szybciej. Wydano u nas ciekawą książkę na ten temat. Napisał ją holenderski psycholog Douwe Draaisma, nosi tytuł: „Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy”.

Wskazania praktyczne

Można je znaleźć wszędzie – w gazetowych kącikach porad życiowych, gabinetach terapeutycznych, pouczeniach duszpasterskich, przede wszystkim w prywatnych rozmowach z członkami rodziny, przyjaciółmi itp.

Bardziej ogólne zalecenia, widoczne w poważnych tekstach filozoficznych i teologicznych, da się sprowadzić do kilku grup.

[A] Są autorzy mówiący, że do szczęścia wystarczy brak nieszczęść (cierpień). By ich uniknąć, trzeba unikać świata i ludzi. Dubravka Ugrešić pisze o małej dziewczynce, która podczas bombardowania Sarajewa trafiła na oddział psychiatryczny, „»Czego najbardziej się boisz« – pytali ją lekarze. »Ludzi« – odpowiedziała. […] Ludzie to nieszczęście, ludzie budzą niepokój, ludzie są rzeczywistym źródłem każdego strachu – i to jest pierwsze założenie, jeśli chodzi o życie wśród nich”.

Zatem – pasywizm, samotność, coś w rodzaju wewnętrznej emigracji („A ja mam swój intymny mały świat” – śpiewała Iga Cembrzyńska). Grecy chwalili apatię (apátheia – bezczucie) i ataraksję (ataraksίa –  spokój ducha, obojętność wobec losu).

[B] Są też tacy, którzy szczęście znajdują w czymś zupełnie odmiennym – w walce z nieszczęściami, w zmaganiu się z losem i źle urządzonym światem. Twierdzą że szczęście nie jest abstraktem, lecz zależy od warunków życiowych (struktur społecznych), które można kształtować, bywa, że w drodze rewolucji. Orędownikiem takiej postawy był Bertold Brecht: „Jeśli człowiek żyje prawdziwie – pisał – to żyje burzliwie, z głową w obłokach, błądzi chwiejnie w mroku, śmieje się i walczy, bywa silny i słaby, często bywa zwyciężany, ale nie można go pokonać”.

Pochwała aktywizmu stanowi jeden z głównych wątków filozofii Stanisława Brzozowskiego: „Jest swoboda prawdziwa i swoboda udana, pierwsza zdobywa się w walce, druga jest uchylaniem się od walki, przymknięciem oczu. Swoboda jest zawsze swobodą nad czymś; być swobodnym od czegoś., znaczy zrzekać się i wyrzekać – najbardziej obłudna forma zależności” („Miriam. Fragmenty dialogu”). O jednoczącym sensie wspólnej pracy fizycznej wielokrotnie wypowiadał się – m.in. w „Siekierezadzie” – Edward Stachura.

[C] Jeszcze inni, nie mając złudzeń co do istnienia pośmiertnego, wiążą szczęście z pełnym wykorzystaniem doczesności – jedynej danej człowiekowi możliwości bytowej. Carpe diem, quam minimum crēdula posterō (używaj dnia, jak najmniej ufając przyszłości). Średniowiecznym symbolem szczęśliwej chwili, którą trzeba niezwłocznie wykorzystać, była Okazja (occāsiō – sposobność, obfitość), młoda dziewczyna z twarzą zasłoniętą włosami i łysą z tyłu głową. Do języka potocznego weszły zwroty wyrażające takie właśnie nastawienie: używać świata póki służą lata, niech żyje bal, nic dwa razy się nie zdarza, pieszczochy bogów umierają młodo.

[D] Można wreszcie spotkać orędowników wyrzeczenia się wszystkiego, co doczesne, przede wszystkim cielesności. Platon (w „Fedonie”) pisze, że dusza filozofa „najwięcej gardzi ciałem i ucieka od niego”. Św. Paweł (do Galatan): „Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, zawiść, gniew, pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne”. Św. Augustyn („Wyznania”): „Z pewnością nakazujesz, abym się powstrzymywał od pożądliwości ciała i od pychy żywota”.

Szczęście jest gdzie indziej, nie osiąga się go w życiu doczesnym, będzie nim dopiero zbawienie pośmiertne. W tym życiu można jedynie starać się (umartwianie, pobożność, praca, nadzieja), by na tamto zasłużyć.

Jeszcze drobiazg empiryczny. Badania Martina Seligmana pokazały, że Amerykanie dobrostan psychiczny wiążą z takimi przede wszystkim czynnikami, jak życie w bogatym i demokratycznym kraju, małżeństwo (rodzina), bogata sieć kontaktów towarzyskich.

Dla Polaków, co wynika z „Diagnozy Społecznej” (red. Janusz Czapiński, Tomasz Panek), rodzina także stanowi główne źródło szczęścia (mówiąc o rodzinie badani na pierwszym miejscu wskazują dzieci, dopiero potem męża bądź żonę, co można odczytać jako bagatelizowanie wspomnianej opinii o szczęściu rodziców jako warunku szczęścia dzieci). Natomiast nie ma dla nich znaczenia, kto i jak sprawuje władzę w kraju – szczęśliwe życie zawdzięczają sobie, własnej operatywności. Nie przywiązują też wagi do relacji towarzyskich.

Andrzej C. Leszczyński

Print Friendly, PDF & Email

11 komentarzy

  1. PK 2016-08-28
  2. j.Luk 2016-08-28
  3. wejszyc 2016-08-28
  4. j.Luk 2016-08-28
  5. Tetryk56 2016-08-28
  6. acleszcz 2016-08-28
  7. Obirek 2016-08-28
  8. PK 2016-08-29
  9. hazelhard 2016-08-30
  10. PK 2016-08-31
  11. Therese Kosowski 2016-09-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com