2016-10-22.
Dysydenci z muzułmańskiego świata przekonują, że upadek Państwa Islamskiego nie zakończy problemu islamskiego terroryzmu, że problemem jest idea islamu jako totalitarnej ideologii głoszącej swoją moralną wyższość i zmierzającej do podboju świata. Ci dysydenci z muzułmańskiego świata nie obawiają się używania pojęcia „islamofaszyzm”.
Czy termin „islamofaszyzm” jest uprawniony i na ile jest on uzasadniony? Islam nie ma swojego Watykanu ani papieża, jest religią podzieloną na mnóstwo sekt. Główny podział jest między sunnitami i szyitami, a ponieważ szyityzm wywodzi się z Persji, więc ten podział jest również religijną podkładką etnicznego konfliktu między Arabami i Persami. Podziały religijne są przyczyną (krwawych) konfliktów, którym towarzyszą poszukiwania jedności, nadzieje na odzyskanie utraconej świetności i na podbój świata.
Związki radykalnego islamu z niemieckimi nacjonalistami są jednak wcześniejsze, gdyż zaczęły się jeszcze przed pierwszą wojną światową, gdy politycy niemieccy poszukiwali sojuszników do walki z Wielką Brytanią (ukuto nawet specjalny termin: Revolutionierungspolitik, który odnosił się tak do Rosji, jak i do Turcji i Egiptu).
Oczywiście po objęciu władzy przez Hitlera polityka budowania sojuszu z krajami muzułmańskimi była nie tylko kontynuowana, ale stanowiła jeden z ważnych elementów niemieckiego aparatu propagandy. Obiektem tej propagandy było nie tylko Bractwo Muzułmańskie, ale istniejąca w kilku krajach partia Baas (w późniejszym okresie flirtująca z komunizmem), grupy szyickie w Iranie i oczywiście politycy tureccy. Politykiem, który najżywiej współdziałał z niemieckim aparatem propagandy był wielki mufti Jerozolimy, Haj Amin al-Husseini, który tak podsumowywał to, co łączy islam z faszyzmem:
1/ monoteizm, który odpowiada nazistowskiej zasadzie wodzostwa,
2/wspólne poczucie posłuszeństwa i dyscypliny,
3/wspólna cześć dla walki i honoru śmierci w walce,
4/ podzielana cześć dla wspólnoty i wyższości wspólnoty nad jednostką,
5/ podzielany szacunek dla ojczyzny i odrzucenie aborcji,
6/ podzielana gloryfikacja pracy i twórczości,
7/ podzielana teoria na temat Żydów. (To ostatnie było dla niego szczególnie ważne.)
Mufti, bliski przyjaciel al-Banny, szukał natchnienia w faszyzmie, ale jego celem było ostateczne zwycięstwo islamu. W dzisiejszej doktrynie Bractwa Muzułmańskiego i jego odłamów nic z tamtych założeń nie zostało odrzucone. Bractwo Muzułmańskie jest obecne we wszystkich krajach muzułmańskich. Jego ideologów znajdujemy zarówno w Arabii Saudyjskiej, jak i w skłóconym z nią Iranie. Hamas, al-Kaida to odłamy Bractwa Muzułmańskiego (Państwo Islamskie wyrosło z al-Kaidy). Rządząca w Turcji partia Sprawiedliwości i Rozwoju jest związana z Bractwem Muzułmańskim. Żeby było zabawniej, mieszkający na Zachodzie, uwielbiany przez zachodnią lewicę Tariq Ramadan, to wnuk al-Banny, który zajmuje się głównie propagowaniem jego idei.
Dla tego radykalnego islamu nadal inspiracją jest Mein Kampf i Protokoły mędrców Syjonu, które to książki sprzedają się w krajach muzułmańskich w wielomilionowych nakładach.
Islamofaszyzm ma wielu przeciwników zarówno wśród świeckich mieszkańców krajów muzułmańskich, marzących o demokracji, jak i wśród nielicznych liberalnych duchownych, szukających drogi do bardziej liberalnego islamu, dającego się pogodzić z nowoczesnością, a wreszcie wśród tzw. szarych ludzi, zmęczonych terrorem radykałów.
W przededniu bitwy o Mosul, bitwy, która może radykalnie przybliżyć zakończenie istnienia Państwa Islamskiego jako jednostki terytorialnej, amerykański sekretarz stanu, John Kerry, wezwał dziennikarzy i polityków, by nie nazywali Państwa Islamskiego Państwem Islamskim. Nazywajcie ich grupą najbardziej niegrzecznych chłopców na świecie. (O.K. złośliwie przekręciłem, czołowy przedstawiciel czołowego mocarstwa świata zaproponował nazywanie Islamskiego Państwa „the world’s most evil terrorist group”). Dziennikarze nie byli nawet zdziwieni. Słyszą to wezwanie od lat, najpierw prezydent Obama, który na prośbę swojego przyjaciela, prezydenta Erdogana, przestał używać nazwy Państwo Islamskie i zaczął używać arabskiego akronimu DAESH, w którym odniesienie do islamu jest dla zachodniego ucha ukryte, potem poszli tym śladem inni.
Stany Zjednoczone w koalicji z sześćdziesięcioma innym krajami walczą z grupą najbardziej niegrzecznych chłopców na świecie. Ci niegrzeczni chłopcy nie mają nic wspólnego z islamem. Nie wolno ich nazywać muzułmanami, ani wspominać religii, ani nazywać ich państwem. To nie jest ani państwo, ani islamskie – podkreślał bardzo stanowczym tonem John Kerry, z trudem powstrzymując się przed tupaniem nóżką.
Mogłoby się zdawać, że ten infantylizm polityka powinien wzbudzać salwy śmiechu i głosy oburzenia w obliczu traktowania dorosłych ludzi jak idiotów. Nic z tych rzeczy. Oburzenie i kpiny pojawiają się na niszowych stronach. Główne media czasem ignorują te zalecenia, czasem posłusznie uciekają od nazwy Państwo Islamskie. Oczywiście o tym, że są dwa Państwa Islamskie raczej się nie wspomina. Islamska Republika Iranu ma wiele podobnych cech do Państwa Islamskiego. Jest również teokracją, głosi również otwarcie zamiar nawrócenia świata na islam, również uważa Amerykę za Wielkiego Szatana i podobnie jak John Kerry nie uważa Państwa Islamskiego za państwo islamskie, a jego ludzi za muzułmanów.
Władcy Arabii Saudyjskiej są głęboko przekonani, że Państwo Islamskie jest bardziej islamskie niż Islamska Republika Iranu i że ta ostatnia wymagałaby reislamizacji. Zgadzają się z Kerrym, że to (sunnickie) Państwo Islamskie to grupa najniegrzeczniejszych na świecie chłopców, ale wolą unikać roztrząsania, czy to Państwo Islamskie ma coś wspólnego z islamem, czy nie, kto finansował al-Kaidę oraz na jakich świętych tekstach oparta jest działalność Państwa Islamskiego.
W Arabii Saudyjskiej obcinają głowy za bluźnierstwo, ręce za kradzież, chłoszczą i kamienują zgodnie z nakazami świętych tekstów, tych samych świętych tekstów, na które powołują się władcy Państwa Islamskiego. Można się zastanawiać dlaczego Saudyjczycy nie kochają Państwa Islamskiego i traktują je jak wyrodne dziecko (to pewnie dlatego, że Państwo Islamskie nie szanuje władców Arabii Saudyjskiej, więc jest to rodzaj bluźnierstwa, który wymaga ostrego, islamskiego topora).
Islamska Republika Turecka od 1928 roku formalnie nie nosi w swojej nazwie słowa „islamska”, ale prezydent Obama nie wahał się nazwać Turcji „wielką islamską demokracją”, z czego możemy wnosić, że mówienie o Turcji, że jest państwem islamskim jest dozwolone. Od pewnego czasu dość wyraźnie widać, że prezydent Erdogan i jego ludzie zmierzają do odbudowy imperium osmańskiego. Bractwo Muzułmańskie rozpoczynało swoją działalność zapowiadając wskrzeszenie kalifatu, Turcją rządzi partia związana z Bractwem Muzułmańskim i patrzy niechętnie na samozwańczy kalifat Państwa Islamskiego.
Słowo „samozwańczy” w odniesieniu do tego kalifatu pojawiło się nawet w polskich mediach, chociaż nikt nie sili się na jakiekolwiek próby odpowiedzi na pytanie, kiedy kalif byłby przez Zachód uznany za legalnego kalifa. John Kerry nie daje nam tu wyraźnych wskazówek, ale wiele wskazuje na to, że wymagałoby to decyzji Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Chwilowo Erdogan nie ogłosił się jeszcze kalifem, a irański Największy Prawoznawca czeka na ujawnienie się ukrytego imama. Tak, czy inaczej, mimo głębokich, a raczej morderczych podziałów między wyznawcami idei, że islam musi opanować świat, wysiłki na rzecz wychowania prawdziwych muzułmanów są równie wielkie we wszystkich Państwach Islamskich.
Zauważanie tego faktu byłoby równie nietaktowne, jak nazywanie Państwa Islamskiego Państwem Islamskim.
Watykan stanowczo odradza pozwalanie dzieciom na czytanie „Harrego Pottera”, bo mogłyby się dowiedzieć, że Sam-Wiesz-Kto to Voldemort. Orwell wyszedł z mody. Godzimy się z powszechnym infantylizmem i mamy nadzieję, że grupa najniegrzeczniejszych chłopców na świecie niebawem zniknie i wszystko będzie pięknie jak w bajce.
Dysydenci z muzułmańskiego świata są nieco bardziej pesymistyczni w tej kwestii. Nikt ich jednak nie słucha.
Andrzej Koraszewski


Kiedy się mówi o muzułmańskich sojusznikach Hitlera warto wspomnieć, że sam islam nie jest tu wyjaśnieniem wszystkiego. To co Autor napisał to wszystko prawda. Dodałbym jednak jeszcze i Nassera – Sadata i ich powiązań z przeszłości. Tyle, że to miało uzasadnione (z ich punktu widzenia) przyczyny czysto polityczne. O roli Anglików na Bliskim Wschodzie też warto by czasem wspomnieć, bo to też część rozwiązania zagadki tej islamofaszystowskiej „miłości”.
Nie jestem specjalistą z tego zakresu, ale oglądałem kiedyś francuski film dokumentalny o powstaniu państwa Izrael i miałem wrażenie, że to się dziś dzieje między Żydami a Palestyńczykami zaczęło się także (podkreślam: także) dzięki ich sposobowi załatwienia spraw na odchodnym.
To oczywiście tylko wrażenie po obejrzeniu materiału, sam nie umiem ocenić, choć nawet jako niekompetentny w temacie historyk zacząłbym od sprawdzenia na ile francuska opowieść o Anglikach może być obiektywna, ponieważ jak wiemy, mieli oni tam dość rozbieżne interesy z Albionem.
Przepraszam, zawsze staram się chodzić twardo po ziemi i wiem, że jeśli jest cel to zawsze znajdzie się dla niego podkład ideologiczny. Tak odbieram te „objawienia” islamskich „uczonych”. W tym wypadku wydaje mi się ewidentnie wtórny.
Ciekawe, że podobnie jak w polityce, w religii najostrzej, często krwawo, zwalczają się odłamy tej samej wiary. Dowcipnie ujęte to zostało w filmie „Żywot Briana”, gdzie bojownicy Ludowego Frontu Judei oznajmiają, że bardziej niż Rzymian nienawidzą bojowników Judeańskiego Frontu Ludowego. Liczba ofiar walk między szyitami i sunnitami jest o wiele większa niż wszystkich zamachów terrorystycznych przeciw Ameryce i Europie. Każdy powód jest dobry żeby rżnąć bliźnich, nawet wyznawców tego samego (?) Jedynego Boga.
Oczywiście na Pan rację, ten obraz byłby mało zrozumiały bez tego jak wyglądała gra zwycięzców. Wielcy tego świata nie grzeszą ani przenikliwością, ani pokorą, mają swoje pomysły, które są dość oderwane od rzeczywistości, a na dodatek efekty są wynikiem gry we własnym gronie. (Brzeziński do dziś puchnie z dumy, że namówił Cartera na wciągnięcie ZSRR w wojnę afgańską.) Brytyjczycy poparli ideę Domu Żydów w Palestynie, ale znaczna część dyplomacji brytyjskiej była ostro antysemicka. Palestyna nigdy nie była państwem, to tylko obszar geograficzny dzisiejszej Jordanii i Izraela. Wśród przywódców arabskich byli zwolennicy utworzenia żydowskiego państwa i uważali, że to może być szansa dla rozwoju arabskiego świata. Zainteresowanie tym rozwojem ze strony Anglii i Francji było, delikatnie mówiąc umiarkowane. Tworząc Transjordanię, czyli państwo Arabów palestyńskich (na obszarze ponad 70 procent terenu Palestyny), Londyn nie miał na myśli żadnej sprawiedliwości, czy unikania możliwych konfliktów, przeciwnie, robił wszystko, żeby Transjordania nie była interpretowana jako państwo Arabów Palestyńskich i dzielnie pomagał w stworzeniu sytuacji, w której rdzenni Arabowie wylądowali tam w sytuacji obywateli drugiej kategorii. Brytyjska polityka często budziła antybrytyjskie postawy w tym regionie. (Co więcej, już po drugiej wojnie światowej Brytyjczycy nie mieli nic przeciwko masakrze Żydów w Palestynie, zbrojąc Legion Arabski i dostarczając mu kadrę oficerską. Sentymenty proniemieckie i pronazistowskie były silniejsze wśród religijnych przywódców świata arabskiego, zaś ich elity prozachodnie były słabe i z nikłym poparciem. Pozostaje fakt, że do dnia dzisiejszego nazistowska ideologia jest na Bliskim Wschodzie żywa, frustracja z powodu pogłębiającego się zacofania cywilizacyjnego rośnie, towarzyszy jej katastrofa humanitarna, a lwia część społeczeństwa przytakuje, kiedy im ich przywódcy wyjaśniają, że wszystkiemu winni Żydzi.