Powtórzę oczywistą oczywistość – to jedno z najlepszych muzeów na świecie. Cieszę się, że zdążyłem je zobaczyć w autorskiej wersji profesora Pawła Machcewicza, który pewnie razem ze współautorami będzie bronił jej integralnego kształtu. I słusznie.
Mam naturę czepialską i lubię szukać dziury w całym. W tym muzeum też mi się taka udało znaleźć, ale o tym za chwilę. Ważne jest wrażenie całości; ono zaś jest bezdyskusyjnie pozytywne. Trzeba mieć naprawdę dużo złej woli, by się dopatrzeć we wszystkich wystawach braku proporcji czy wyważonych racji.
Poczynając od pierwszych sal, które niejako z lotu ptaka pokazują narastanie nacjonalistycznych emocji i totalitarnych zapędów – i to zarówno z prawa (faszystowskie Włochy, Niemcy, imperialna Japonia i pomniejsze kraje, które też miały swój udział w późniejszych etnicznych czystkach czy w najstraszliwszej zbrodni wszechczasów – w Holocauście) i z lewa (sowiecka Rosja). Retoryka zadziwiająco podobna; właściwie nie dziwi, że to właśnie pakt Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku tylko zapieczętował to, co było widać gołym okiem – niepowstrzymaną ekspansję zbrodniczych systemów.
A przy tym uderza masowość poparcia dla tych straszliwych pomysłów urządzania porządku świata na gruzach i trupach innych.
No i sama II wojna światowa. Chyba najlepiej znana, ale zobaczona w zróżnicowanych aspektach (wszechobecny głód, uchodźcy, kolaboracja, obozy koncentracyjne, bezlitosne machiny śmierci). Owszem – wszyscy stali się ofiarami, łącznie ze zbrodniarzami, ale wiadomo, kto to wszystko zaczął. W muzeum, mimo ogromnego współczucia dla ofiar wojennej pożogi nie ma relatywizmu. Zwiedzający widzi – i pamięta – kto jest głównym odpowiedzialnym i kto najwięcej ucierpiał.
Szczególnie poruszające są te części Muzeum, gdzie mowa jest o zagładzie europejskich Żydów. Ale właśnie tam pojawiło się zdanie, o które mam pretensję do autorów – rekonstruujący dramatycznie przerwane życie sześciu milionów Żydów wskazują w jednym z tekstów – oto ludzie jak my! Czy naprawdę trzeba o tym mówić? Czy to nie jest oczywiste, że wszyscy jesteśmy ludźmi?
„Polska w ruinie” nie brzmi jak pusty slogan wyborczy, ale jako boleśnie namacalna rzeczywistość. Politycy, którzy tak namiętnie szukają przeciwników, i którzy budują własną tożsamość na nienawiści inaczej myślących powinni pielgrzymować do Gdańska, by przejrzeć i przestać igrać z ogniem.
Powojnie – to historia powtarzających się kręgów nienawiści, nowych wojen, nowych zbrodni. Bilety na sobotę 6 maja były wyprzedane i rzeczywiście Muzeum II Wojny Światowej było wypełnione zwiedzającymi. Nam z żoną zwiedzanie zajęło ponad pięć godzin. Ale mogliśmy spokojnie spędzić z pożytkiem drugie tyle.
Czy obecny rząd zmieni, a co gorsza zamknie tę najważniejszą w Polsce placówkę muzealną? Na razie ma nowego dyrektora. Czytam na stronie Muzeum: „Od dn. 06.04.2017 r. decyzją Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego p.o. dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku pełni dr Karol Nawrocki. 4 maja 2017 r. na swojego zastępcę powołał prof. UG, dr hab. Grzegorza Berendta.”.
Nie jest tam napisane, że zastępca był promotorem pracy doktorskiej obecnego dyrektora. Na pewno współpraca będzie układać się dobrze bo przecież panowie znają się od lat.
I w tym nadzieja. Muzeum będzie trwało…
Stanisław Obirek


Świetnie, że tam byłeś, mód i wino piłeś, ale brakuje w tym panegiryku ku czci muzeum pewnego wyznania wiary Jezuity oddelegowanego w tajnej misji do działań wśród owiec zagubionych ustosunkowania się do zarzutu wysuwanego pod adresem obecnej wystawy przez niektórych „dyżurnych” historyków „dobrej zmiany” jak Jan Żaryn o braku docenienia cierpienia Kościoła (kościołów) oraz niedostrzegania wkładu duchowieństwa katolickiego w opiekę np. nad dziećmi Żydowskimi ale nie tylko Żydowskimi. Pytam o to, bo – jeśli dobrze rozumiem – to była jedna z kropel dziegciu, która miała psuć ową beczkę miodu, nad którą wędrujący Profesor się rozpływa i słusznie.
O kościele i owszem było, że dawał (Watykan znaczy) schronienie zbrodniarzom nazistowskim w ich szlaku do różnych schronień. Ale jak rozumiem nie o to chodziło prof. Żarynowi. A tak ogólnie o kościele to było oszczędnie nader i dobrze, bo gdyby było za dużo, to mogłoby się okazać, że było gorzej niż prof. Żarynowi i innym się wydaje.
oto co w tym temacie poniedziałkowe media podają
ale ja się na tym nie zam, jam prosty fatimski pastuszek:
Hubert Kozieł
Pius XII – największy wróg Adolfa Hitlera
Eugenio Pacelli, późniejszy Pius XII, negocjował konkordat z III Rzesz…Eugenio Pacelli, późniejszy Pius XII, negocjował konkordat z III Rzeszą, ale nie miał złudzeń co do charakteru hitlerowskiego reżimu.Foto: AFP
Papież Pius XII był bardzo zaangażowany w tajną wojnę przeciwko III Rzeszy. Przyczynił się także do obalenia rządów Mussoliniego.
„Papież Hitlera” – tak często jest nazywany Pius XII, sprawujący rządy nad Kościołem w latach 1939–1958. Profesjonalni historycy oraz kompletni historyczni ignoranci zarzucają mu przychylność wobec III Rzeszy, antysemityzm, a nawet współudział w Holokauście. Papieża ma obciążać przede wszystkim milczenie na temat niemieckich zbrodni. Od października 1939 r. aż do momentu upadku III Rzeszy nie powiedział bowiem publicznie ani słowa na temat ludobójstwa dokonywanego przez Niemców w Europie. Milczał, choć z nuncjatur apostolskich i kurii biskupich docierały do niego zadziwiająco dokładne dane dotyczące zagłady Żydów i innych nazistowskich zbrodni. Co więcej, starał się, by stosunki dyplomatyczne z Niemcami były poprawne i pełne kurtuazji.
Część historyków od lat sugerowała, że milczenie Piusa XII było wywołane obawą przed tym, by nie prowokować Niemców do represji wymierzonych w Kościół. O powściągliwość w słowach miał błagać papieża m.in. metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha. Mark Riebling, amerykański ekspert ds. bezpieczeństwa, autor m.in. dzieł poświęconych tajnym służbom USA, udowadnia jednak w swojej znakomitej książce „Kościół szpiegów”, że Pius XII milczał na temat niemieckich zbrodni, by maskować w ten sposób swoje głębokie zaangażowanie w spiski mające na celu fizyczną likwidację Adolfa Hitlera i zakończenie II wojny światowej. Dowodem na to są m.in. nagrania z podsłuchów umieszczonych w watykańskich apartamentach na zlecenie papieża. Dokumentują one rozmowy dotyczące tych spisków.
Boży wojownik
Zanim Eugenio Pacelli został w 1939 r. papieżem Piusem XII, przez wiele lat pracował w watykańskiej dyplomacji i de facto w służbach specjalnych. Oficjalnie Stolica Apostolska nie ma służb wywiadowczych, ale faktycznie może zlecać swoim ludziom misje o charakterze wywiadowczym (robiła to już we wczesnym średniowieczu, na przykład św. Bonifacy, apostoł Niemiec, zdołał dzięki temu dokonać przełomowych odkryć w dziedzinie kryptologii). Pacelli początkowo pracował w biurze szyfrów, później odbywał tajne misje w skłóconej z Kościołem Republice Francuskiej. W 1917 r. został nuncjuszem w Monachium, a w 1920 r. w Berlinie. Podczas służby w stolicy Republiki Weimarskiej zaprzyjaźnił się m.in. z późniejszym kierownictwem Abwehry, niemieckiego wywiadu wojskowego. Odbywał konne wypady wspólnie z admirałem Wilhelmem Canarisem, szefem Abwehry w czasie II wojny światowej, oraz jego zastępcą Hansem Osterem.
Pacelli negocjował konkordat z III Rzeszą, ale nie miał złudzeń co do charakteru nazistowskiego reżimu. Alarmował, że Hitler dąży do stworzenia w Niemczech wrogiej chrześcijaństwu, neopogańskiej religii. Kościołowi nie podobało się również entuzjastyczne poparcie nazistów dla zabijania ludzi niepełnosprawnych oraz polityka polegająca na stopniowym zwiększaniu szykan wobec katolików (dochodziło wszak do tego, że SA-mani smarowali ołtarze ekskrementami i bili pejczami osoby wychodzące z kościołów). To Pacelli, gdy był sekretarzem stanu u Piusa XI, zredagował potępiającą nazizm encyklikę „Mit brennender Sorge” i jego wybór na nowego papieża poważnie zaniepokoił tajne służby SS. Sturmführer Albert Hartl, były ksiądz, który stanął na czele Wydziału IIb Kontrwywiadowczego w SD, w napisanej w marcu 1939 r. charakterystyce nowego papieża wskazywał, że „absurdem jest oskarżanie Pacellego o bycie zwolennikiem nazistów”. Ostrzegał, że nowy papież będzie starał się zaszkodzić III Rzeszy. Hartl wskazywał też na niebezpiecznie silną pozycję o. Roberta Leibera, niemieckiego, ale antynazistowsko nastawionego sekretarza papieża. Miał rację. Leiber był później jedną z osób silnie zaangażowanych w spiski przeciwko Hitlerowi.
Misja „Woźnicy”
Abwehra, mająca plany pozbycia się „szalonego” wodza III Rzeszy i zakończenia wojny, zanim zniszczy ona Niemcy, od października 1939 r. kontaktowała się z Watykanem przez Josefa Müllera, zwanego „Ochsensepp” („Woźnica”), zasłużonego działacza katolickiego, polityka Bawarskiej Partii Ludowej. Müller był postacią nietuzinkową i niezwykle odważnym człowiekiem. Gdy w 1934 r. przesłuchiwał go osobiście Heinrich Himmler, powiedział mu bez ogródek, że doradzał premierowi Bawarii, by rozstrzelał szefa SS bez sądu. Himmlerowi to bardzo zaimponowało. Zaproponował Müllerowi, by wstąpił do SS. Bawarski polityk odmówił. Wówczas Himmler kazał go wypuścić na wolność. Następnego dnia Müllera odwiedził Hans Rattenhuber, esesman dowodzący ochroną Hitlera. Chciał poznać człowieka, który postawił się budzącemu strach szefowi SS. Szybko się zaprzyjaźnili, a Rattenhuber stał się jednym z wielu prominentnych informatorów w siatce Müllera, która dostarczała Stolicy Apostolskiej informacji wywiadowczych z Niemiec. Dokumentował m.in. politykę antykościelnych szykan w III Rzeszy.
Działalność „Woźnicy” zwróciła uwagę Abwehry. 27 września 1939 r. Müller został doprowadzony do gabinetu pułkownika Hansa Ostera, który złożył mu propozycję nie do odrzucenia. Bawarski polityk miał zostać wciągnięty na listę agentów niemieckiego wywiadu wojskowego i wysyłany w tajnych misjach do Rzymu. Szpiegowanie włoskiego sojusznika miało być jednak tylko przykrywką dla właściwego zadania: pośredniczenia w kontaktach niemieckiej opozycji ze Stolicą Apostolską. Papież miał zaś umożliwić Niemcom tajne kontakty dyplomatyczne z Wielką Brytanią. Niemieccy oficerowie planowali zamach stanu w Berlinie i zawarcie pokoju z mocarstwami zachodnimi. Możliwość uwiarygodnienia się za pomocą papieskich gwarancji dyplomatycznych była dla nich bezcenna.
Kontakt między otoczeniem Piusa XII a spiskowcami z Abwehry został nawiązany w październiku 1939 r. Papież dał wyraźną sugestię, że pozbawienie Hitlera życia jest działaniem w pełni dopuszczalnym. Udało się nawiązać kontakt z Brytyjczykami via Watykan, a zamach stanu planowano na listopad. Plany spiskowców pokrzyżowało jednak to, że na początku listopada doszło do nieudanego zamachu na Hitlera w Monachium, a niemiecka SD w odwecie porwała z przygranicznego holenderskiego miasteczka Venlo dwóch brytyjskich agentów zaangażowanych w negocjacje z antyhitlerowską opozycją. Brytyjczycy nabrali po tym rezerwy wobec niemieckich spiskowców. Konserwatywne kręgi oficerskie w Niemczech brnęły zaś w kunktatorstwo. Berliński arcybiskup Konrad von Preysing żartował sobie, że poważnie zaczną przygotowywać zamach dopiero wtedy, gdy Sowieci będą zdobywać Berlin.
Mimo tych niepowodzeń niemiecka opozycja (mająca w dużej mierze konserwatywny, chrześcijański charakter) podtrzymywała kontakty ze Stolicą Apostolską. Ich owocem były m.in. ostrzeżenia o zbliżającej się inwazji na Europę Zachodnią, przekazywane via Watykan zachodnim tajnym służbom. W Niemczech działali pod przykrywką jezuiccy księża, będący watykańskimi szpiegami oraz kurierami. Nazistowskie tajne służby deptały im zresztą po piętach. Nie bez powodu nadały siatce konserwatywnych „zdrajców” kryptonim „Schwarze Kapelle”, co zwykle tłumaczy się jako „Czarna Orkiestra”, ale znaczy to również „Czarna Kaplica”. SS dopatrywała się udziału watykańskich agentów m.in. w zamachu na Reinharda Heydricha, protektora Czech i Moraw. Za wspieranie czeskich zamachowców został stracony m.in. Robert Johannes Albrecht, niemiecki tłumacz wojskowy, który przyznał się, że był jezuitą w przebraniu.
Pius XII pomógł włoskim spiskowcom związanym z marszałkiem Pietrem Badogliem nawiązać kontakty z aliantami i wspierał ich przy obaleniu Mussoliniego w lipcu 1943 r. Papież wiedział też o najważniejszych próbach zamachu na Hitlera. Zresztą wśród watykańskich agentów istniała pokusa, by się w te spiski czynnie włączyć. Odnieśli oni nawet duży sukces wywiadowczy, zdobywając plany siedziby Hitlera w Pullach pod Monachium. Kwatera sąsiadowała z jezuickim klasztorem, z którym SS wdała się w spór prawny, zarzucając jezuitom, że ich kanalizacja zanieczyszcza źródło wody dla bunkra. By to wykazać, SS nieopatrznie sama pokazała jezuitom tajne plany bunkra Führera. Ostatecznie najsłynniejszej próby zamachu na Hitlera dokonał 20 lipca 1944 r. pułkownik Claus von Stauffenberg, konserwatywny oficer, znany z oddania ultrareakcyjnym, katolickim ideom. Człowiek zupełnie poważnie marzący o powrocie Świętego Cesarstwa Rzymskiego.
Dziedzictwo popiołów
Antyhitlerowskie spiski zakończyły się klęską. Człowiek, na którego przeprowadzono kilkadziesiąt nieudanych zamachów, w końcu popełnił samobójstwo. Wcześniej jednak Canaris, Oster i wielu innych „dobrych Niemców” zaangażowanych w próby zamachu zostało zmiecionych przez okrutną czystkę. Josef Müller, jeden z głównych aktorów tej tragedii, cudem przeżył. Miał zostać powieszony na haku rzeźniczym tuż po admirale Canarisie, ale w ostatniej chwili ocalił go stary przyjaciel z SS – Hans Rattenhuber. Po wojnie Müller wrócił do kariery politycznej. Budował w Bawarii antykomunistyczną chadecję. Ścigający go w czasie wojny Sturmführer Hartl zaproponował swoje usługi Amerykanom. Obiecywał im sumienną pracę przeciwko Watykanowi. Propozycję odrzucono, a Hartl robił karierę w kręgach ezoterycznych.
Pius XII stał się zaś jednym ze sterników budowy nowej Europy Zachodniej. Za jego życia środowiska żydowskie chętnie podkreślały, jakim był przyjacielem ich narodu i jak jego zakulisowe działania przyczyniły się do uratowania dziesiątków tysięcy Żydów. Po śmierci papieża kampania dezinformacyjna prowadzona przez komunistyczne tajne służby oraz moda na przedstawianie przedsoborowego Kościoła w ciemnych barwach sprawiły jednak, że Pius XII stał się w opinii milionów ludzi poplecznikiem Hitlera. No cóż, skoro Niemcom udało się rozpowszechnić kłamstwo, że obozy zagłady były polskie…
@Euzebiusz z C.
Panie Euzebiuszu, naprawdę nie widzę w tekście autorskim pretekstu do przywoływania w tym miejscu dyskusji o dialektyce erystycznej Shopenhauer’a.
Skoro jednak podrzucił Pan ten „komentarz” do analizy, to podzielę się skojarzeniami.
Znalazłem 3 odniesienia (niżej zamieszczone). Czy to wystarczy?
„Sposób 28: Jeśli zabraknie dowodu odwołującego się do rzeczy (…) należy zastosować sposób odwołujący się do słuchaczy.(…) Aby dowieść niesłuszności zarzutu przeciwnik musiałby długo i zawile argumentować, zbyt uczenie i nużąco(…)”
„Sposób 29: Gdy spostrzeżemy, iż klęska jest blisko, możemy stosować dywersję, czyli mówienie na zupełnie inny temat, rzekomo należący do sprawy i tu przedstawiany jako argument przeciwny”
„Sposób 38: Gdy spostrzegamy, iż siły przeciwnika są przemożniejsze i nasze racje nie będą górą, wtedy rozpoczyna się atak osobisty, wulgarny i obelżywy. Pomijamy przedmiot sporu ( …) i atakujemy wprost osobę”
Na marginesie zastanawia mnie powód wyboru przez Pana pseudonimu Euzebiusza z Cezarei , inaczej: Biskup z Cezarei (III / IV w.n.e.) Podobno „chętnie zamieszczał w swoich dziełach ekskursy o cudownych albo niezwykłych wydarzeniach, fantastyczne opowieści i mity”
Tego rodzaju tematyka Pana inspiruje?
PS. Ja odwiedziłem MIIW wczoraj. Moja osobista refleksja: tam rzeczywiście można uczyć młodzież Historii Powszechnej na przykładzie wąskiego jej wycinka. Tyle analogii się narzuca…
A poza tym gdyby Pius XII była tak krystaliczny to dlaczego tak obszerna literatura ową domniemaną krystaliczność dowodząca jest tak mało przekonująca. Jednak książka brytyjskiego katolicka Johna Cornwella o „Papieżu Hitlera”, choć też kontrowersyjna, zdaje się być bardziej przekonująca.