28.07.2025
Niedziela, Gdańsk, zatłoczone ulice różnojęzycznym tłumem, początek Jarmarku Dominikańskiego. Postanowiłem odświeżyć swoje wspomnienia i przejść traktem królewskim, ulic Długą i Długim Targiem a potem wzdłuż Motławy obok odrestaurowanego Żurawia aż do ulicy Szerokiej zmienionej w jeden wielki targ oferujący wszystko do ubrania, biżuterię i ozdoby ale i coś do zjedzenia i wypicia. Od wyrobów ze skór po ceramikę i ozdoby z bursztynu, od kuchni litewskiej przez tatarską, węgierską, turecką po sery i wina z Wielkopolski. Wszędzie tłum, pełno ludzi, młodych, starych, małych dzieci. Wszyscy chodzą, patrzą, czasem ktoś coś kupuje – ceny z kosmosu, ale to przecież Jarmark Dominikański…
Jarmark Dominikański w Gdańsku ma bardzo długą tradycję, ma już ponad 700 lat – wystarczająco długo by można było w jego historii zobaczyć cały nasz zmieniający się świat. Jarmarki były handlowo-ludycznym świętem, tak kościelnym jak i ludowym, to na jarmarkach występowali kuglarze, błazny ale i artyści, to na jarmarki ściągali kupcy z różnych stron świata. Jarmark to zawsze było święto, to okazja do zakupów i zabawy. Miasto Gdańsk wróciło do tej tradycji kilka lat temu i Jarmark to święto mieszkańców, atrakcja dla turystów, okazja dla kupców i handlarzy. Jarmark to tłumy ludzi i w tym roku ich nie zabrakło.
W niedzielę, przy optymalnej pogodzie, miłym słońcu ale bez upału, po gdańskich ulicach przemieszczały się tłumy rozbawionych i uśmiechniętych ludzi, ludzi którzy wyglądem i zachowaniem podkreślali – jesteśmy na Jarmarku, chcemy się bawić
Od tego rozbawionego tłumu, ludzi nie w pracy a na wakacjach, ludzi wypełniających w jakimś stopniu pojęcie klasy próżniaczej – takiego pojęcia jakie pojawiło się w światowej socjologii kilkadziesiąt lat temu wprowadzone przez Thorstena Veblena na określenie zachowania polegającego na demonstracyjnej konsumpcji, odbiegał korowód starszych pań, starszych to znaczy po 70, ubranych w historyczne stroje mieszczek gdańskich idących w rytm poloneza przez Długą. To był wielki kontrast, te starsze panie pląsały w takt poloneza – to była ich praca, ale i zabawa, wyglądały na szczęśliwe. Moja próba wzbudzenia dla nich aplauzu spełzła na niczym, tylko ja klaskałem reszta patrzyła i wyglądała raczej na niezadowolonych z tego, że korowód zajmował przestrzeń ulicy.
Te starsze panie w ciężkich sukniach, w perukach i kapeluszach były z innego świata, one były elementem dekoracji tej imprezy jaką jest Jarmark Dominikański, one były z tymi sprzedawcami i pracownikami służb miejskich pracujących szczególnie ciężko w tych dniach jarmarku. Ich pojawienie się było ważne, znaczyło tyle, że tu nie wszyscy przybyli po to by się tylko bawić, by kupować i konsumować i być oglądanym przez innych. Te tłumy były samowystarczalne, ci ludzie wystarczali sami sobie nawzajem, spacerowali i oglądali spacerujących, samonapędzające się widowisko….
Każdy z nich demonstrował to jak spędza swój czas wolny, wolny a więc taki w którym to on nim zarządza, jeśli jest jakiś inny czas w którym jest on poddany jego reżymowi to teraz i tutaj, to on panuje nad czasem…
Klasa próżniacza u Veblena określana była ostro – chodziło o niewielką liczebnie grupę ludzi bogatych, mających majątek z urodzenia, a nie z pracy, którzy demonstracyjne podkreślali swój status poprzez konsumpcję i pogardę dla pracy – pracowali inni, oni się bawili i to była ich „praca”. To były lata szalone, koniec XIX i początek XX wieku, wiemy co było potem – I Wojna Światowa, rewolucja bolszewicka i druga wojna światowa. To co jest teraz obecne jest inne, wolny czas jest wartością dla mas, a nie wybrańców, systematycznie skracany jest ustawowy czas pracy, nie sześć dni w tygodniu a pięć, a może cztery dni –reszta to czas wolny…
Jako chichot historii odbieram też informacje o narastającej ilości osób bardzo bogatych, którzy swoje bogactwo uzyskali nie swoją pracą lub działalnością w biznesie czy sporcie, a po prostu odziedziczyli, dostali w spadku – patrz 14 dzieci Elona Muska najbogatszego człowieka na świecie, którego majątek to ponad 400 miliardów dolarów.
Czym skończy się to szaleństwo nie wiem, ale oby nie powtórką z historii…
Na Motławie pokrytej już zakwitem wodorostów pływały łódki, łódeczki w kształcie małych samochodzików z napędem śrubowym, w którym dumnie zasiadali kierowcy, prawdziwy kajak z wiosłującym kajakarzem był jeden, reszta zmechanizowana.
Przy kei cumowały jednostki floty przewożącej pasażerów, a to na Westerplatte, a to na Hel, albo na rejs po Zatoce Gdańskiej. Stał tam też ten charakterystyczny żaglowiec wyglądający na replikę galeonu, z wysokimi masztami ale bez żagli, pełen rzeźb w drewnie –dzieło sztuki snycerskiej i innej. (Tak między nami – kadłub tego galeonu to kadłub starego stalowego trawlera do połowu ryb obłożonego drewnem i udającego staroć)
By mógł on wypłynąć w kolejny rejs po zatoce, kładka nad kanałem otwarła się bezgłośnie tak, że wszystkie jednostki cumujące za nią mogły wypłynąć a ona również bezgłośnie, wróciła do pozycji łączącej oba brzegi kanału. Duża technika dla małych przyjemności.
Odlećmy w czasie o sto, dwieście lat – Jarmark Dominikański ma ich wystarczająco dużo. Tamten świat, świat którego już nie ma, wyglądał zupełnie inaczej niż ten obecny, jarmark to był jarmark, święto kupców i rzemieślników, gdańscy mieszczanie to byli oni, klasa próżniacza była nieliczna i jej przedstawiciele nie gustowali w jarmarcznych świętach. Świat był prosty, ludzie przede wszystkim pracowali, w trudzie i znoju, święta były wypełnione treścią religijną i kościół pilnował by jej przestrzegać. Prostota tamtego świata była adekwatna do stanu wiedzy i techniki, życie ludzi było krótkie, ludzie żyli połowę tego co obecnie, ich ruchliwość była bardzo ograniczona – większość podróżowała lokalnie poznając najbliższe dwa, trzy miasteczka, podróż to odległość jaką mógł przebyć koń w ciągu jednego dnia. Dlatego też kupcy byli witani nie tylko jako ci, co przywieźli towary, ale również ci, którzy widzieli inny świat. Jarmark oznaczał zawsze możliwość kupna taniej, ceny na jarmarku były niższe, a kupcy rekompensowali to sobie ilością sprzedanego towaru – dokładnie odwrotnie niż obecnie – szalone ceny i mała sprzedaż. Jak odlotowe są ceny na jarmarku Dominikańskim niech świadczy to czego doznałem osobiście – na stoisku z winami, winami z Wielkopolski, wszedłem w relację ze sprzedawcą. Znam się trochę na winach i zdziwiony tym, że są to wina z Wielkopolski, zwykle polskie wina są z Lubuskiego, winnice w okolicach Zielonej Góry tak, ale Wielkopolska?
Spróbowałem dwóch win: czerwone wytrawne i czerwone półsłodkie, wino wytrawne nie przypominało żadnego wina, to była jakaś ziołowa mikstura gorsza niż najgorsze lekarstwo na żołądek, półsłodkie można było w ostateczności wypić. Poprosiłem o butelkę pytając o cenę – 100 złotych padła odpowiedź. Zrezygnowałem – tak mocno nie popieram Wielkopolski…
Różnojęzyczny tłum na ulicach Gdańska jest dowodem na to w jakich czasach żyjemy. Jesteśmy tu, a za chwilę zupełnie nie tu, świat stoi otworem przed każdym, wystarczy tylko chcieć…
Obecnie każdy może wsiąść do samolotu i w kilka godzin znaleźć się w innym świecie, obecnie wyróżnikiem jest niepodróżowanie, a nie nieustanne bycie w podróży, wszystko się zmieniło.
Patrząc na te tłumy obcokrajowców wędrujących po Gdańsku wiem jedno – to tylko wstęp do tego, co nas czeka. Dzisiaj w Turcji temperatura ma sięgnąć 50 stopni, upały jako następstwo zmian klimatu, na które to my, ludzie mamy przemożny wpływ spowodują, że południe Europy przegra i tłumy wypoczywających ruszą na północ, do nas, gdzie temperatury nie będą tak zwariowane.
Jak wtedy będzie wyglądał Gdańsk i plaże nad Bałtykiem, polskie miasta i uzdrowiska budujące na usługach turystycznych swoją przyszłość?
Jak wtedy będzie wyglądał świat, w którym najważniejszą stanie się funkcja wypoczynku, wypoczynku a nie pracy, pracy która jest tylko uzasadnieniem do wypoczynku ?
Co dla tamtych ludzi będzie ważne, dla jakich wartości będą chcieli pracować a nie tylko bawić się jak to jest obecnie?
Jutro zaczyna się już dziś…

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Panie Zbigniewie, Pana tekst zabrał mnie nostalgicznie do moich pierwszych odwiedzin na jarmarku – jako dziecko, z babcią odwiedzałem jarmark. Myślę, ze były to późne lata 70.. Z perspektywy małego dziecka z prowincjonalnego miasteczka zderzenie z taką imprezą sprawiał zachwyt i oszołomienie (myślę, ze teraz rozumiem, co musiał przeżywać średniowieczny chłop, kiedy po raz pierwszy widział i wchodził do katedry – zapewne były w nim takie uczucia, których nie umiał nazwać).. Takie moje pierwsze wspomnienia z jarmarku… Później, kiedy już jako dorosły człowiek odwiedzałem jarmark od zawsze interesowały mnie strefy, gdzie kupcy sprzedawali używane rzeczy – wszyscy ci kolekcjonerzy, numizmatycy, filateliści, itp… W sumie zostało mi to do dzisiaj – spacerując odwiedzam takie rejony.. Poza tym, siadając w pobliżu, z lampką wina albo zimnym piwem uwielbiam obserwować i przyglądać się ludziom. Oczywiście ceny są poza jakimkolwiek przyzwoitym poziomem normalności – pamiętam zasadę – zawsze kupuj ostatniego dnia, będzie taniej. Kupowałem tylko płyty winylowe, później również CD – upatrzone w czasie odwiedzin, a zakupione ostatniego dnia. Rzadziej jakieś rękodzieło – ikony czy bibeloty.. Dzisiaj w dobie internetu i handlu online – kupuję tylko w sieci. Taki znak czasów dla mnie. Widzę jak zmienił się świat obserwując zarówno asortyment, którym handlują ludzie, jak również sami odwiedzający. Zdecydowana większość ogląda i nawet nie pyta o cenę. Ceny jakby dla Skandynawów czy bogatych Niemców. Większość naszych rodaków – ogląda, kupi pajdę chleba ze smalcem albo piwo (z sokiem lub bez). Ale nadal to czas świętowania – czas wakacji, urlopów.. czas oderwania od zwykłej rutyny. Jako prawie lokals (mieszkam blisko Gdańska) uwielbiam odwiedzać to miasto. W czasie kiedy jest jarmark jest tłoczno, jesienią i zimą nadal jest mnóstwo turystów, ale jest już spokojniej… Ale przyznaję, to miasto ma coś w sobie… Pamiętam kilka lat temu, po raz pierwszy zwiedzałem Zbiornik wody Stara Orunia – przewodnikiem był starszy pan, który był niesamowitym gawędziarzem -można było go słuchać bardzo długo, kiedy opowiadał fakt oczywisty dla wszystkich Gdańszczan, że w Gdańsku istniał zamek krzyżacki, bardzo podobny do zamku w Gniewie (jestem rodowitym Gniewianinem)., to dopiero ta opowieść sprowokowała mnie do spaceru po Gdańsku z większą uważnością (Pana tekst sprowokował mnie do takich nostalgicznych wspomnień). W Pana refleksji, jeszcze jedna degresja skłoniła mnie do przemyśleń – jak bardzo mamy zakodowane błędne przeświadczenia o poprzednich czasach. Użył Pan stwierdzenia: sto, dwieście lat temu ludzie żyli połowę tego, co my teraz (wiem, że to tylko felieton). Czytałem świetną książkę na temat średniowiecza., która w wielu kwestiach zweryfikowała moje poglądy na tą epokę. A którą bardzo mocno polecam, zwłaszcza w okresie wakacji. Kamil Janicki, Średniowiecze w liczbach. Pozdrawiam
Bardzo dziękuję, książkę znam ale tu nie ma sprzeczności. Średnia życia to było 45-50 lat obecnie to blisko 80. Średnia to ujęcie wszystkich ludzi, z wszystkich warstw społecznych, to może być tylko szacunkiem a nie wynikiem pomiaru.
Oczywiście nie będę się spierał, a w mojej wypowiedzi i przywołanej książce chciałem wskazać, ze nasze wyobrażenie o tym, że ludzi w średniowieczu żyli ok 40 lat jest błędne. Średnią zdecydowanie zaniża wysoka śmiertelność w dzieciństwie i zapewne stąd bierze się taki wynik. Jeżeli dziecko miało szczęście i przeżyło pierwszych 5 lat swojego życia to następnie zdecydowanie rosły jego szanse, aby dożyć 50-60 lat (nie wliczam również okresów, kiedy Europę nawiedzały epidemie. Współcześnie widać to również przy okazji pandemii COVID – długość życia ludzi istotnie spadła). Taką średnią długość życia potwierdzają badania antropologiczne kości prowadzone na cmentarzach, gdzie chowano w średniowieczu..
Tak, to prawda ale średnia to taka wartość w którą się wlicza wszystkie roczniki. O tym czym jest średnia dobrze opowiada taki stary dowcip – gdy idziemy z psem na spacer to średnio mamy trzy nogi…