2017-09-13.

Otwieram wiadomości i dowiaduję się, że na Syberii niewidomy prosił o białą laskę, a dostał telewizor. Trzęsienie ziemi fascynuje niebieskimi światłami, polska para pojechała w podróż poślubną, a tam Irma, mieszkaniec pewnego miasta zauważył, że policjanci drzemią w radiowozie, serwis informacyjny zastanawia się, czy Magdalena Ogórek wróci do polityki.
Radio musiało pozostać przy tradycyjnej koncepcji wiadomości uporządkowanych, ale serwisy informacyjne zostały absurdalnie skrócone, a ocena tego, co jest wiadomością, jak również hierarchia ważności, podporządkowane zostały międzyobozowym animozjom.
Kiedy wizję świata porządkują nasze wzajemne niechęci, korkociąg zbiorowej paranoi kręci się coraz szybciej. Głębokie przekonanie, że ONI są bandą świrów, może eliminować potrzebę i zdolność samokrytycyzmu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ludzie tacy jak Trump, Kaczyński czy Macierewicz wymagają pilnej pomocy psychiatrycznej. Obsesja, by nikt nie przeoczył symptomów ich choroby, może jednak wywoływać podobne symptomy u nas.
Na suche, starannie sprawdzone informacje o faktach z kraju i ze świata podobno nie ma popytu. Otrzymujemy gotowy produkt, czyli informację, co mamy myśleć. Najpierw wyrzuciłem z domu telewizor, potem zrozumiałem, że poranny przegląd kilku gazet może mi zaledwie dać wiedzę o świeżych obsesjach w różnych obozach i o faktach, które wymagają sprawdzenia, potem dotarło do mnie, że wielkie agencje prasowe już dawno przestały interesować się faktami i masowo powielają plotki zwane narracjami. Trzeba było czasu, by uświadomić sobie, że rewolucja informatyczna otworzyła drogę do urabiania naszego obrazu świata przy pomocy spreparowanych wiadomości, zdjęć z fałszywymi podpisami, kłamstw tak bezczelnych, że zdumiewa ich popularność. W blogosferze można znaleźć pasjonatów obserwujących ten lub inny wąski obszar rzeczywistości, autorów, którzy z uporem maniaków śledzą przekłamania, zachowując sceptycyzm i świadomość tego, że obraz ani nigdy nie jest pełen, ani nigdy nie jest całkowicie wolny od stronniczych przekłamań. Nie ma jednak najmniejszych szans na to, aby główne źródła informacji – telewizja, radio, popularne gazety, przestały być dostawcami gotowych i nieodmiennie stronniczych opinii i zaczęły uczciwie dostarczać informacji pozwalających na samodzielne wyrobienie sobie własnego zdania. Efektem jest przekształcenie instytucji, które mają informować, w narzędzia podsycające i umacniające podziały oraz skutecznie dławiące wszelką dyskusję, w której byłoby więcej pytań niż wygłaszanych ex cathedra odpowiedzi. W pseudodebatach uczestnicy występują w liberiach swoich ideologicznych klanów, traktując uważne słuchanie tego, co przeciwnik ma do powiedzenia, jak zdradę stanu.
W ideologicznych osiedlach rządzi dogmat odwoływania się do obozowych przesądów. Jak powiadał George Kennedy „Szybciej porwiesz tysiące odwołując się do ich przesądów niż przekonasz jednego logicznymi argumentami”, a przecież idzie o to, aby porwać tysiące.
Pozostaje samotność poszukiwań, rola archiwisty porządkującego zakurzone papiery, obserwatora walk na wrzaskliwe narracje. To jednak czasem wpycha w mazgajstwo, w zgryźliwość mieszkańca wieży z kości słoniowej.
Czy przeszłość była inna? „Trybunę Ludu” czytaliśmy odwracając znaki prawda-fałsz. Efekt bywał komiczny, bo broniąc się przed kłamstwem, często nawet rzeczy prawdziwe uznawaliśmy za kłamstwo. Chcieliśmy czasem wierzyć, że tam, gdzie nie ma komunizmu, panuje prawda. Czasem napotykaliśmy obserwatorów uczących sztuki patrzenia. Wieża obserwacyjna nie musi być wieżą z kości słoniowej ani myśliwską amboną.
14 wrzenia – 17 rocznica śmierci Jerzego Giedroycia, dzieci urodzone już po tej śmierci nieubłaganie zbliżają się do pełnoletniości, w ich pokoleniu niewielu będzie kojarzyć to nazwisko, jeszcze mniej znajdzie drogę do portalu
Kultura paryska
Jerzy Giedroyc, Instytut Literacki, Maisons-Laffitte, Kultura Paryska, Zeszyty Historyczne, Paryż – największe archiwum emigracji na liście UNESCO online.
gdzie wszystkie 637 numerów paryskiego miesięcznika jest dostępnych on-line. Zapewne dotrze tam garść młodych historyków, pisarzy, dziennikarzy i zwykłych ciekawych przeszłości czytelników, znajdując niesłychane bogactwo informacji. Co w tych tomach okaże się interesujące dla młodych ludzi, żyjących w zupełnie innych czasach? Jak będą odbierać dyskusje o Polsce, o społeczeństwie, o polityce i gospodarce sprzed dziesięcioleci?
„Kultura” zaczęła wychodzić w czerwcu 1947 roku, początkowo w Rzymie, potem w Paryżu. Miała być i była forum myśli wolnej do partyjniactwa, niezależnej od wszelkich ośrodków. Jerzy Giedroyc był redaktorem, który programowo nie publikował swoich własnych artykułów, publikował autorów, których teksty uznawał za interesujące, niezależnie od opcji politycznej.
Ostatni numer (który zdążył przed śmiercią przygotować do publikacji) uzupełniony jest pożegnaniem napisanym przez Zofię Hertz i Henryka Giedroycia, gdzie przypominają Jego decyzję, że wraz z Jego odejściem, „Kultura” przestanie wychodzić. Nie chciał, aby się stała czymś innym niż była.
Giedroyc skupił wokół „Kultury” najlepsze polskie pióra i publikował najlepszych autorów zachodnich. Czesław Miłosz opisuje jak w lutym 1951 roku pojawił się w „Kulturze”, gdzie trzyosobowy zespół redakcyjny, czyli Giedroyc oraz Zofia i Zygmunt Hertzowie przebywali – jak pisze – na dnie klęski. Wrogowie Imperium, ale również ludzie niechętnie widziani przez Emigrację. Giedroyc był jakby z innego wymiaru, opierając się środowiskowym presjom, wyzwalał się z etnocentrycznej ortodoksji patriotów. „Jego wizja możliwej współpracy polsko-ukraińskiej, polsko-litewskiej i polsko-białoruskiej była (wtedy!) szaleńcza, a pomysł oddziaływania na Polskę z odległości – karkołomny.”
A jednak oddziaływał przez z górą pół wieku, umierał z poczuciem klęski, bo widział, jak po upadku komunizmu Polska wraca w stare koleiny piekielnych waśni i parafiańszczyzny. Nikt nie potrafi ocenić długofalowych skutków oddziaływania „Kultury”. Moje pokolenie poznawało dzieła Gombrowicza, Miłosza, Czapskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Bobkowskiego i innych przez paryską „Kulturę”, dziś nowe pokolenie może podjąć próbę zrozumienia lekcji budowania forum wolnego od plemiennych fanatyzmów, forum patriotyzmu i idei państwowości opartej na wolnej od partyjnych lojalności debacie. Debacie, której dodatkową, niezbywalną cechą, był Redaktor, przez dziesiątki lat starannie ją moderujący, by nie dopuścić do głosu bełkotu.
Czym się kierował? Głębokim przekonaniem, że prawda jest bezpartyjna, że jest zawsze niepełna, że nieustannie wymaga korekt, sprawdzania faktów i konfrontacji odmiennych punktów widzenia.
Żeby zacząć kolejną rundę, trzeba się wyrwać z podwójnego nelsona. W uścisku wariata merytoryczna bezstronność jest zagrożona. A to nie tylko piękności szkodzi.

Z góry przepraszam, że wklejam długi tekst i, trochę może, nie do końca na temat, ale uważam, że ten wywiad (z tok.fm, z Wojciechem Orlińskim, 2013) to ciekawy głos o przyszłości mediów.
„Krzysztof Lepczyński: Czy kupno „Washington Post” przez Jeffa Bezosa, właściciela Amazona, daje nadzieję, że gazeta może upaść na internetową poduszkę?
Wojciech Orliński, dziennikarz „Gazety Wyborczej”: Nie wiem, czy to jest nadzieja. W Polsce mieliśmy podobną transakcję w postaci przejęcia „Rzeczpospolitej” przez Hajdarowicza. Najbardziej smuciło, jakiego rzędu były to sumy, kilkudziesięciu milionów złotych. To kilka kilometrów autostrady. Jeśli ktoś ma koncesję na 200 km autostrady, pokazuje, ile takich gazet mógłby kupić, gdyby w ogóle miał na to ochotę. Gazeta to kaprys oligarchy, który kupuje ją nie wiadomo po co. Bo coraz bardziej widać, że Hajdarowicz pomysłu na „Rzeczpospolitą” nie miał. Po prostu chciał być przez chwilę magnatem medialnym.
Tak było, gdy umierała hollywoodzka wytwórnia MGM. Też mieli serię dziwnych inwestorów, którzy mieli jakieś plany, ale w rzeczywistości chodziło tylko o to, żeby przez rok prezentować się w mediach jako właściciel MGM, chodzić z gwiazdami po czerwonym dywanie. To ciągle przywilej, który wiąże się z posiadaniem studia hollywoodzkiego, nawet bankrutującego. Podobnie może być z Bezosem. Kupił „Washington Post” po to, żeby być na gali rozdania Pulitzera. Fajnie być właścicielem największej księgarni internetowej na świecie, ale jest jeszcze ten prestiż, blichtr starych mediów.
Nowe media bywają przeszacowywane. Największy polski portal internetowy miał w zeszłym roku wycenę na poziomie miliarda złotych.
– Wciąż to coś, co oligarcha może kupić dla kaprysu. Gdyby Kulczyk czy Czarnecki chciał mieć poważny tygodnik opinii, wystarczy, by pstryknął palcami, wyjął z kieszeni pieniądze trzymane na waciki i kupił go. To samo dotyczy portali, to wciąż są niewielkie sumy. Ogromne dla przeciętnego człowieka, ale nie dla właściciela pakietu akcji wielkiej korporacji.
W jednym z tekstów napisał pan: „Z internetowym dziennikarstwem stykam się wyłącznie jako czytelnik. I jako czytelnik mam o nim opinię, która nie nadaje się do druku”. Nasz rozmowa nie będzie wydrukowana, więc może powiedzieć pan coś więcej.
– Gdybym powiedział, że w internecie nie pojawiły się żadne znane twarze, powiedziałbym nieprawdę. Ale kim są twarze, które się wyłoniły z tego świata? Widzimy je teraz na billboardach z kampanią telefonu komórkowego. To jakiś Kominek, Segritta, Fashionelka, Kasia Tusk. To, co się wyłoniło z internetu, jest straszne.
Ale to nie są dziennikarze.
– No właśnie. A gdzie są ci znani dziennikarze internetowi? Nigdzie. Fundamentalny błąd biznesowy, którego nie zrozumiały firmy rozkręcające ten biznes dziesięć lat temu, jest taki, że myślano, że to będzie proste. Uważano, że jeśli operator komórkowy będzie chciał się pochwalić nową taryfą, będzie musiał kupić reklamę w portalu, tak jak wcześniej musiał kupował reklamę w gazecie, radiu czy telewizji. Okazało się, że portale są zbędne jako przekaźnik. Łatwiej, skuteczniej i taniej będzie dotrzeć do tych ludzi przy Kominku. Dlatego w świecie portali internetowych te znane twarze się nie pojawiły. Jeśli ktoś jest znany, to skądinąd. Tomasz Machała jest znany, ale nie dlatego, że jest dziennikarzem internetowym. W internecie nie urodziło się nic nowego. A to, co jest nowe, to nie jest dziennikarstwo.
W klasycznym modelu dziennikarstwo było wehikułem dla przekazu reklamowego. Kiedy przekaz reklamowy dociera do ludzi inaczej, dziennikarz jest niepotrzebny. To nas czeka.
Przyzna pan jednak, że kiedyś dziennikarstwo trzymało poziom…
– Tak, ale poziom nie wynika z tego, że ludzie są na poziomie. Jest model biznesowy, który uzasadnia to, że jakiś facet nie oddawał pięciu tekstów dziennie, tylko oddawał jeden na dwa tygodnie. W sieci nie ma miejsca na poziom nie dlatego, że internet jest głupi, tylko że nikomu nie opłaca się chodzić za czymś przez miesiąc. W internecie nie istnieje metoda, żeby to zmonetyzować. To nie tylko polski problem, mamy go też w mediach anglojęzycznych. Najpiękniejsze przykłady to media, które przez wiele lat przynoszą straty. „Guardian” ostatnio chwalił się, że je ograniczył, ale czy to się uda utrzymać? To jest przepalanie tłuszczyku, który zgromadziło się w złotych czasach tradycyjnych mediów. Próby stworzenia czegoś, co od zera ruszyłoby w internecie, kończą się porażką.
Będziemy więc czytać tylko gazetki z dyskontów i materiały reklamowe?
– Jestem w tej sprawie skrajnym pesymistą. Zakup „Washington Post” sugeruje, że kiedy będą chcieli wykreować bestseller w Amazonie, w gazecie ukaże się gigantyczny wywiad z autorem. To będzie bardziej wyszukana, ale gazetka Amazona. Tak jak gazetka Tesco jest najbardziej popularnym czasopismem w Wielkiej Brytanii. Jeśli polski oligarcha kupi gazetę codzienną czy nobliwy tygodnik, będzie on wspierał jego pozostałe przedsięwzięcia. Można wymyślić synergię, w której szacowny tygodnik z dorobkiem będzie dopełnieniem Empiku. Zamiast mieć gazetkę Empiku, będzie miał „Empik Powszechny”, „Przekrój Empiku” czy „Empik Wprost”. Bardzo ładne tytuły można wymyślić. Ale to za chwilę będzie rzeczywistość.
Tak chyba było zawsze, tylko w bardziej zawoalowany sposób.
– Teoretycznie przez jakieś sto parędziesiąt lat w kapitalizmie istniały gazety przestrzegające zasady chińskiego muru, czyli zasady, że osoby, które kierują medium od strony biznesowej, i te zajmujące się sprawami merytorycznymi siedzą na innych piętrach i w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Najpiękniejsze przykłady dziennikarstwa to działania przeciwko krótkookresowemu interesowi właściciela. W założeniu, że na dłuższą metę buduje to zaufanie do medium jako takiego. Kiedy „Washington Post” ujawniła aferę Watergate, na krótką metę to było biznesowo niszczące. Straty były ogromne, a dziś gazeta jest wykupywana przez oligarchę. Tak naprawdę na największy sukces w historii dziennikarstwa można spojrzeć jako na początek długiej drogi w dół.
Tak samo londyński „Times” wbrew biznesowym interesom ujawnił, że w Wielkiej Brytanii długo sprzedawano talidomid, lek przeciwko dolegliwościom ciążowym, mimo że powodował deformacje płodów. Koncern, który go sprzedawał, był atrakcyjnym reklamodawcą. Dzisiaj nazywa się Diageo, wtedy United Distillers. Bojkot reklamowy kosztował „Timesa” kupę pieniędzy. To też był początek drogi w dół, bo przyszedł Rupert Murdoch i to nie jest ten „Times” co przedtem.
Samo to, że gazety działały wbrew własnym biznesowym interesom, pokazuje, że był moment historyczny, w którym było to możliwe. Zresztą gdyby to nie działało w „Gazecie Wyborczej”, moje krytyczne teksty na temat internetu nie mogłyby się ukazywać. Sam siedzę w cieniu tego chińskiego muru i przytulam się do niego. A internet to grząski piasek, na którym nie da się tego muru postawić z czysto technicznego punktu widzenia.
Przez tyle lat nie powstał choćby ideał, do którego można by dążyć w internecie?
– Internetowe media cieszą się przywilejami, które przyznano im kilkanaście lat temu. Od samego początku w internecie można robić rzeczy, które gdyby próbowała robić to gazeta codzienna, radio, telewizja, natychmiast miałaby na karku prokuratora, KRRiT albo jedno i drugie.
Co to za przywileje?
– Bardzo lubię czarną komedię „Kick-Ass” na podstawie komiksu Marka Millara. Tam jest scena, w której jedna z postaci jest w wyjątkowo okrutny sposób zakatowana. Spiker telewizyjny mówi: „ze względu na drastyczność tej sceny nie możemy pokazać jej na ekranie, zapraszam na naszą stronę internetową”.
Internetowe medium może chować się za mnóstwem cudownych wynalazków, które dają przywileje wyłącznie mediom internetowym. Generalnie polega to na tym, że internetowe medium w zasadzie może robić wszystko, pod warunkiem że ktoś go nie powiadomi, że to, co robi, jest nielegalne. Bardzo często to jest absolutnie bezczelne rżnięcie głupa. Na tej zasadzie piracki serwis może mówić: „Kak to? Te pliki są pirackie? My nic o tym nie wiemy! Nasi użytkownicy oświadczają, że te pliki są legalne! My im wierzymy!”. Tradycyjne media nie mogą tego robić. To nie dotyczy tylko własności intelektualnej, ale i naruszania innych praw. Dlatego możliwe są internetowe lincze. Teoretycznie dałoby się wymyślić zarabianie na zaszczuwaniu przez lokalną telewizję osiedlową. Program „Zaszczuj nastolatka”, gimnazjaliści przesyłają kompromitujące zdjęcia koleżanek.
Podobne rzeczy można znaleźć na YouTube.
– No właśnie, na YouTube można robić takie rzeczy. Telewizja natychmiast miałaby na karku prokuratora. Internetowe medium może powiedzieć: „Jak to, to było nielegalne? My myśleliśmy, że tutaj się wszyscy świetnie bawią”. I nawet jak przyjdzie zgłoszenie, usunąć trzeba konkretne dane, a kopie plików będą w innych miejscach.
Ze smutkiem obserwuję historię wielkiego hitu YouTube sprzed dwóch lat znanego jako „Styrta się pali” albo „Przygłucha babcia dzwoni na policję”. Na nagraniu dzwoniła kobieta przerażona tym, że grasuje piroman, podpalił jej stóg siana. Ponieważ jest przygłucha i wzięła leki uspokajające, całość śmiesznie brzmi. Cały internet miał bekę ze starszej kobiety. Tradycyjnym mediom nie można robić takich rzeczy. Natomiast internetowa firma może nie interesować się tym, że jakiś plik ma dwa miliony odtworzeń. Oni widzą, że jest w tym coś dziwnego, ktoś mógłby więc to przejrzeć. Ale dlaczego mają to robić, skoro mogą na tym zarabiać? Wyświetlają przy tym wszystkim reklamy, to nie jest pro bono. Na upokarzaniu bezbronnej kobiety Google będzie zarabiał po kres swojego istnienia. I zawsze będzie mógł się schować za tymi absurdalnie rozdętymi przepisami.
Nie uporządkujemy ich, by to oznaczałoby zamach na wolność w internecie.
– Tak rozumiana wolność jest PR-owym wymysłem wielkich korporacji. Wolności w internecie nigdy nie było. Internet powstał jako wojskowy projekt wymyślony przez amerykańską agencję. Przekazano go naukowcom, a w świecie nauki też nie ma wolności. On swoją hierarchię i obyczaje zawdzięcza epoce feudalnej. Internet kierowany przez akademików działał na zasadzie absolutyzmu oświeconego. Kiedyś odpowiednikiem Zuckerberga w Polsce był dr Tomasz Surmacz, któremu przekazano absolutną władzę nad dyskusjami w internecie. W głębokim przekonaniu, że on tego nie nadużyje. Potem przekazano wszystko korporacjom, które przejęły tę absolutną władzę. Ale już nie działając w interesie publicznym, tylko dla własnego zysku.
Jest jednak choćby teoretyczna możliwość unormowania tej sytuacji?
– Zawodowo umiem sobie wyobrazić Hobbita, statek kosmiczny „Enterprise”, wiedźmina, a nawet apokalipsę zombie. Ale nie potrafię sobie wyobrazić polityka, który miałby odwagę, żeby sprzeciwić się Google i Facebookowi. Te firmy, dzięki korzystaniu z tych przywilejów, rozrosły się w potworną potęgę.
Czyli młodzi nie mają już czego szukać w dziennikarstwie?
– Z wykształcenia jestem specjalistą od elektrochemii, a więc powinienem był na początku kariery wyjechać do Legnicy i analizować jony metali. Może byłbym już kierownikiem laboratorium. Miałbym trzynastkę, czternastkę, paczkę na święta, ośmiogodzinny dzień pracy. Po jaką cholerę było mi to całe dziennikarstwo? Ale dla mnie już za późno. A kiedy patrzę na młodych ludzi, którzy pakują się w ten zawód, mam im ochotę powiedzieć to, co Elrond powiedział Arwenie, która chciała zostać w świecie śmiertelników, zamiast odjechać z elfami za wielką wodę: „Nic tu dla ciebie nie ma, tylko śmierć”.”
Z tą niewiedzą Orlińskiego to pewien kłopot. Podam tylko dwa przykłady dziennikarzy, którzy wyrośli z blogosfery (a znam ich znacznie więcej). Zacznijmy od tego, że jest coś, co uważam za absolutną elitę dziennikarstwa – dziennikarstwo naukowe. Dwóch najlepszych w dzisiejszym świecie korespondentów naukowych zaczynało od internetu (używaliśmy ich przez wiele lat, bo za ich teksty nie musieliśmy płacić, a byli doskonali). Ed Yong i Carl Zimmer, obaj zostali w końcu kupieni przez duże pisma, Ed Yong przez The Atlantic a Carl Zimmer przez New York Times. Oczywiście Orliński mówi o portalach komercyjnych, a to inna śpiewka, to też bulwarówki, które muszą mieć wysokie słupki, żeby zdobyć reklamy. Komercja i informacyjna bezstronność są raczej trudne do pogodzenia.
To świetny tekst i gorzka prawda o naszych czasach. Tak jest, nie tylko w Polsce ale..pamiętam z czasów gdy zajmowałem się tym problemem w ramach swoich kompetencji zawodowych, że PAP (a nie była i nie jest to największa agencja prasowa na świecie) otrzymywał codziennie, powtarzam codziennie serwis informacyjny ze świata, od innych agencji, taką porcję informacji, powtarzam informacji a nie komentarzy, ze ich wydruk zajmował ponad tysiąc stron formatu gazetowego. Czy można przypuszczać, że ktokolwiek byłby w stanie to przeczytać i czytać
To się nie da, z różnych bomb jakie stworzyliśmy jest również taka która nazywa się „bomba i ” – trzeba dokonywać selekcji. Co nie znaczy, że takiej jaką karmią nas gazety papierowe czy elektroniczne,ale selekcja jest koniecznością.
Czytając czy słuchając serwisów informacyjnych wszystkich mediów mam nieodparte wrażenie, że redakcje pogodziły się z faktem, że ludzi interesuje jedynie płytka sensacja, seks, morderstwa, katastrofy i co tam jeszcze…a powodem takiego myślenie jest pieniądz, media to biznes taki jak inne,(ale to przecież nieprawda.)
Tym ważniejsza jest rola mediów publicznych bo te pełnić maja misję, jak jest w praktyce każdy widzi…
Podzielam pesymizm autora i nie mam pomysłu jak wyjść z tej czarnej dziury która jest i się pogłębia
Tempora mutantur… oczywiście…
Kiedyś poznałem w barze (na statku) jednego Szkota. To był Marshall McLuhan. Postawił mi parę drinków (byłem biedna mysz). Dopiero rok później przeczytałem jego najbardziej znaną książkę (Medium is Message). Dopiero 5 lat później przeczytałem jego (i Quentina Fiore) humorystyczny autokomentarz do tejże – „Medium is Massage”. Była tam masa fajnych rzeczy, ale najbardziej wbił mi się w pamięć jeden rysuneczek z NYT. Nie znajdę, więc niezdarnie przytoczę. Tam była taka grupka młodzieży, i na przeciwnym rogu ulicy dwu zgredów.
P.S. Poznałem wtedy również jego syna. Wspanialec wdrapywał się na statek po cumie i szokował pasażerów wykonywaną przy gitarze piosenką, co z niej zapamiętałem tylko refren : LSD for Texas, LSD for Tenessee…” Był ode mnie parę lat młodszy.