Cieszę się, że na łamach SO ukazał się esej profesora Jana Błońskiego/Biedni Polacy patrzą na getto, 1987, Tygodnik Powszechny/. I dobrze, że dzisiaj powracamy do słów wypowiedzianych kiedyś przez mądrych Polaków.
Odnoszę wrażenie, że nie jest to przypadek. Szukamy kierunku. W trudnych chwilach dla naszego narodu, w poczuciu desperacji, chcemy przytrzymać przy sobie jakąś mądrość. Aby się na niej wesprzeć i zachować równowagę. Gdyż jako naród tracimy pewność siebie i poczucie wspólnoty.
To nie tylko wyrzut sumienia.
Bo przecież to nie my. Nas wtedy nie było. Urodziliśmy się później, więc proszę nas o to nie pytać. Czego świat się nas czepia? Nie nasze pokolenie. Nie możemy dziedziczyć grzechu, który – tak nam się wydaje – nigdy nie został popełniony. Są drzewka w Yad Vashem. Proszę tam sprawdzić. Większość jest nasza. Wygląda, że Żydzi powinni nam jeszcze dziękować. Czy są jakieś drzewka posadzone Żydom za uratowanie Polaków? Takie pytanie. No właśnie. Dzisiejszy antysemityzm może i istnieje. Rzeczywiście, zdarza się jakiś okrzyk czy napis, ale to wszystko jest, można powiedzieć, mało inwazyjne. Nie jest zabronione. Nikt nikogo już z tego powodu nie morduje. Także, proszę nie przesadzać, dobrze? A w ogóle, to kto nam zabroni nienawidzieć jakiegoś narodu, albo religii? Żydzi też mają swoje za uszami. Jesteśmy, jacy jesteśmy. Każdy naród coś ma. A nienawiść jest dopuszczalna.
Więc o co chodzi do cholery? Proszę nas przepuścić do wyjścia.
Współodpowiedzialność nie jest tym samym, co współwina. Jesteśmy dzisiaj współodpowiedzialni za pamięć i prawdę o naszym narodzie. Całą prawdę. Nie tylko tę, która jest dla nas miła i użyteczna. I to jest ten „kret” z wiersza Czesława Miłosza, o którym tak mądrze napisał profesor Błoński. „Kret” nas zawsze znajdzie. Ale nie dlatego, że jesteśmy winni.
„Kret” szuka tych, którzy chcą uciec przed prawdą, nawet jej dobrze nie znając; chce zmusić nas do złożenia świadectwa.
I idzie za nami. Bo nikogo innego już nie ma. Czy chcemy czy nie, jesteśmy świadkami historii, w której nie uczestniczyliśmy. I to jest bardzo niewygodne, gdyż my tej prawdy do końca nie znamy. Przeczuwamy ją tylko. Patrzymy na współczesność, na nas samych, słuchamy różnych historii, świadków, badaczy, i przeczuwamy. Prawda powoli odsłania się, ale dzieje się to w ogromnym bólu, pośród krzyku i gorących zaprzeczeń. Boimy się, że coś się jeszcze ukaże, co obciąży nas, żyjących, jakimś straszliwym grzechem, którego nie będzie można odkupić.
Stąd impuls ucieczki, który jest pokusą kłamstwa.
Możemy uciekać; zaprzeczać, zmieniać podręczniki historyczne i nauczać krzepiącej dla nas przeszłości, udawać, że nie wiemy, o co chodzi, zasłonić się odległością, mgłą i pyłem historii. Jeżeli tak zrobimy, to odsuniemy na jakiś czas prawdę – moralną powinność złożenia świadectwa. Może nawet na lata. To jest możliwe. To co z tego, że inni będą protestować? My jesteśmy suwerenni. Historiografia w końcu jest spisywana na potrzeby narodu. I takie są nasze potrzeby na dzisiaj. To my decydujemy o kształcie naszych dziejów. Bo niby kto inny? Po co mącić młodym w głowach? Po co się biczować i nauczać wstydu? Możemy otoczyć się ustawami i zabronić w ogóle mówić na ten temat. Możemy też karać za pamięć, jeżeli będzie niezgodna z nowym prawem.
Ale „kret” nie zrezygnuje.
Dariusz Wiśniewski

