Stanisław Obirek: Cztery lata temu odszedł Poeta

 

2018-04-21.

Po śmierci Tadeusza Różewicza (24 kwietnia 2014 roku) napisałem w SO, że odszedł Poeta. Od czterech lat odczuwam dojmujący brak spotkań, które w ostatnich latach jego życia wpisały się jakoś w jego rytm przyjazdów do Konstancina – lub moich, znacznie rzadszych do Wrocławia.

Tak, właśnie spotkań, a nie poezji – bo ona leży na podorędziu, jak to się w moich stronach mówi, czyli pod ręką. W każdej chwili mogę sięgnąć do wszystkim wielbicielom jego twórczości znanych czerwonych tomików poezji, prozy lub dramatów. I sięgam. Ale to nie jest to samo co spotkania z Poetą. Prawdę powiedziawszy, to nawet nie te spotkania były dla mnie ważne, ale sama możliwość, że wcześniej czy później do nich dojdzie mi wystarczała. Wiedziałem, że to będzie spotkanie podnoszące na duchu i ułatwiające akceptację tego, co jest.

W tym roku, oczekując na czwartą rocznicę śmierci Poety przeczytałem książkę innego poety. Znacznie młodszego od Tadeusza Różewicza (rocznik 1977), którego książkę bardzo chciałem przeczytać. Otóż podczas kilku spotkań i kilku rozmów telefonicznych Różewicz zachęcał mnie do przeczytania tekstów tego poety o sobie. Jestem bardzo wdzięczny Przemysławowi Dakowiczowi (bo to o nim mowa), że przesłał mi swoją książkę „Poeta (bez)religijny. O twórczości Tadeusza Różewicza”, wydaną już po śmierci Różewicza w 2015 roku. Prosiłem autora o jej przesłanie, bo nie mogłem jej znaleźć w księgarniach. Dostałem książkę z miłą dedykacją, a właściwie życzeniami „dobrej lektury”. To była dobra lektura!

Myślę, że byłoby z mojej strony grubiaństwem opisywanie czy recenzowanie tej książki. Powiem tylko tyle, że zrozumiałem – dlaczego Tadeusz Różewicz chciał, bym przeczytał teksty, jakie o jego poezji publikował Dakowicz (książka zawiera wcześniej publikowane eseje, które Poeta znał, oprócz oczywiście wstępu napisanego już po jego śmierci). W istocie oddają one chyba najpełniej „co Poeta miał na myśli”.

Przede wszystkim opisał jego zupełnie osobną religijność, która mnie tak bardzo w Różewiczu fascynowała. To była – jeśli już trzeba ją jakoś nazwać – religijność negatywna, oczyszczająca, naga. Dotykała tego, co w człowieku i w Bogu (jeśli istnieje) najważniejsze. To nie jest tak, że Różewicz był poetą nihilistycznym. On jak nikt przed nim, a pewnie i po nim będzie to trudno, nazwał źródła zła. Bez znieczulenia i bez złudzeń. Po prostu, pisał, że „zło bierze się z człowieka i tylko z człowieka”.

Dodać jednak muszę (już od siebie, bo na ten temat nie są mi znane wypowiedzi Poety), dla sprawiedliwości, że dobro bierze się również z człowieka i tylko z człowieka. Książka Przemysława jest takim dobrem. Bierze się z jego empatii, wsłuchiwania się w głos starszego kolegi po piórze, którego stara się zrozumieć. Robi to z ogromnym taktem; czasem miałem wrażenie, że z czułością. Mistrz Tadeusz wyszedł obronna ręką nie tylko z apokalipsy Zagłady, ale też z powolnego powrotu, paradoksalnie wzmocnionego straszliwym doświadczeniem wojny, do wiary; choć nie jestem pewien – czy w człowieka, czy w Boga. Ale przecież w ostatecznym rozrachunku to nie ma znaczenia. Najważniejszym jest zdolność do przekraczania siebie. Również własnej niewiary (od siebie dodam i wiary).

Do swoich rozpraw o poezji Tadeusza Różewicz Przemysław Dakowicz dodał w formie aneksu rozmowę z wydawcą poezji Różewicza, Janem Stolarczykiem. To bardzo dobry pomysł i ważne dopełnienie analiz krytyczno-literackich. Rozmowa dotyczy przede wszystkim wzajemnych związków Różewicza i Miłosza. Jak wiadomo byli sobie bliscy, choć też się ze sobą spierali.

Dziś rzadko się tak rozmawia. Przeważnie rozmówcy dają się ponieść ciekawości, a mniej starają się zrozumieć to, co naprawdę istotne. Dakowicz i Stolarczyk w swoim sposobie rozmawiania są zaprzeczeniem plotkarstwa. I wcale się nie dziwię, że to swemu rozmówcy autor zadedykował książkę poświęconą najważniejszemu chyba dla niego Poecie.

Stanisław Obirek

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. PK 22.04.2018
  2. wejszyc 22.04.2018
    • PK 24.04.2018