2018-06-30.
Advocatus Diaboli
Zawsze, kiedy się źle dzieje, powraca geopolityka.
Wodząc palcem po mapie albo szukając milszej nutki w „koncercie mocarstw”, można oderwać się od skrzeczącej pospolitości. Więc mnożą się rojenia. O transoceanicznym sojuszu Goliata z – przepraszam za wyrażenie – Dawidkiem, gdzie Polska ma być mile widzianym pośrednikiem między amerykańską potęgą, a podupadającą Unią. O Trójmorzu pobłogosławionym przez Trumpa, które z luźnej koalicji biedaków wyczaruje siłę, przed którą pokłoni się Bruksela. Niestety, jakikolwiek zgrzyt (jak z nieszczęsną ustawą o IPN) sprawia, że Waszyngton zawsze wybiera swego niezawodnego Dawida i nie potrzebuje zmian, nawet gdy do roli Dawidka aspirują potomkowie Kościuszki i Pułaskiego.
Najbardziej rozczula mnie geopolityka myślicieli zapatrzonych w przedwojenną endecję. Punkt wyjścia jest oczywisty: z jednej strony Rosja, z drugiej Niemcy. Co robić, jakich aliansów szukać? Może Ameryka; chociaż odległa, to przez Polaków ukochana. Gorzej z wzajemnością, pokazuje ją więcej niż chłodne przyjęcie oferty iluś tam miliardów w zamian za stacjonowanie amerykańskiej dywizji pancernej. Więc co? Potęga z zachodu, to niestety Niemcy, a z nimi wiadomo… Tym więcej, że naprzyjmowali emigrantów i zdeprawowani są jak cała Unia. Więc może by tak dogadać się z Rosją? Wszak to Słowianie… W tym momencie rojenia się urywają. Ale ciąg dalszy nastąpi. Nieuchronnie.
A może pomyśleć realnie, bez szukania sojuszy na drugim końcu świata, bo taka droga prowadzi zwykle ku szosie zaleszczyckiej? Kiedy stoimy przed wyborem – Niemcy czy Rosja? – powinniśmy wybrać Zachód, nie Azję. Ale nie same Niemcy, tylko Unię. Polska uzależniona od Berlina, albo przeciwnie od Moskwy, zawsze będzie czyimś wasalem. Dysproporcja sił jest zbyt wielka, wtedy pozostaje nam jedynie wybór pana. Co gorsza Niemcy powoli słabną, tak militarnie jak gospodarczo. Właśnie dlatego pożądaną alternatywą może być Bruksela, ale nie dzisiejsza, słaba i do tego skonfliktowana z Polską wywołanym przez nasz własny rząd sporem o praworządność.
Taką alternatywą geopolitycznej „kwadratury koła” może być tylko Bruksela jako stolica silnej, zintegrowanej i posiadającej własną armię Unii. Niemcy będą wtedy tylko jej częścią. Z tej perspektywy Polska powinna być najbardziej pro-unijnym krajem, powinniśmy mówić o przyszłości Unii jeszcze odważniej niż Marcron i optować nie tylko za przyjęciem euro, ale za jeszcze ściślejszą integracją. Dopiero wtedy naprawdę znaleźlibyśmy się na Zachodzie. Przecież nikt tam nie myśli o likwidacji kultur narodowych i narodowych patriotyzmów, ale o ponadpaństwowych strukturach politycznych, gospodarczych i militarnych. Nie jest to nierealne, bo kraj tak duży jak Polska mógłby przechylić szalę na rzecz integracji. Wtedy centrum decyzyjnym takiej federacji europejskiej byłby zapomniany dziś Trójkąt Weimarski.
Oto droga, na której mogłaby zrealizować się wielkość Polski na miarę jej rzeczywistych sił, a nie megalomańskich fantazji. Ale nie będzie otwarta wiecznie. Dziś to mrzonki, bo zamiast odważnie ruszyć naprzód, wstajemy z kolan walcząc z zakusami przebrzydłego Timmermansa i z laickim zepsuciem, jakie płyną ku nam ze „zgniłego Zachodu”. Jutro natomiast będzie już za późno. Albo Unia pójdzie drogą Macrona i oddali się od nas na kosmiczną odległość, albo zapadnie się pod ciężarem dzisiejszego bezwładu.
Jerzy Surdykowski

My ciągle tylko Wschód czy Zachód. Myślę że warto rozważyć zmianę kierunków. A jakby tak Północ albo Południe? Ciekawy dylemat – związać się ze Szwecją czy z Czechami? Oba wyjścia wydają się być kuszące. I można wybrać oba rozwiązania.
wydaje mi się, że najładniejsze są islandki
minusik ? sojuszy nie należy budować w sposób nieprzemyślany – popatrzcie na mapę: Islandia znajduje się na drodze do Grenlandii – a przecież jest najzupełniej oczywiste, że złoża naturalne Arktyki stają się strategicznym obszarem zainteresowania (powinniśmy także więcej inwestować we flotę i w marynarkę wojenną – w przyszłości stając się ważnym sojusznikiem na tzw. północnej flance NATO) Ale to daleko nie wszystko: Islandia to kraj o strategicznym położeniu między Kanadą i Norwegią i polska obecność na morzu Norweskim jest oczywistą konsekwencją rozsądnej polityki dywersyfikacji dostępu do złóż ropy naftowej, prowadzenie natomiast wspólnej polityki morskiej z Kanadą naturalną konsekwencją udziału w planach stabilnego rozwoju tej części świata.
Chyba wiem, za co te minusy:
Szwedzi jedzą śledzie na słodko – to jak sie nimi wiązać? No jak?
i mapy rysowali odwrotnie – południem do góry, jak szli na wycieczkę
Myślę, że autor ma rację i to nie tylko ze względu na realpolitik w sensie militarnym i ekonomicznym, choć to też ważne wymiary naszego życia, ale ze względu na cywilizacyjny umiar jaki daje UE. Przecież to nie przypadek, że akurat do Europy ciągną wszyscy a nie do Rosji czy USA, nie słyszałem też o jakimś najeździe na Chiny czy Japonię…