Ernest Skalski: Ciąg dalszy nastąpił

01.09.2018

Pierwszy raz rozmawiałem z Lechem Wałęsą w Stoczni Gdańskiej, w dramatycznym momencie sierpniowego strajku w roku 1980 i wspomniałem o tym w tym tekście w SO.

Druga z nim rozmowa miała miejsce prawie po roku, na zjeździe gdańskiego regionu NSZZ Solidarność. Nie byłem już wysłannikiem „Polityki”, lecz „Tygodnika Solidarność”, co bynajmniej nie ułatwiało działania.

Wałęsa nie był już dynamicznym przywódcą strajku, skwapliwie starającym się o kontakt z opinią publiczną. Wiadomo było, że bywa kapryśny, chwilami trudno dostępny. Skorzystałem więc z polecenia Krzysztofa Wyszkowskiego, naszego sekretarza redakcji. Dla Krzysia Wałęsa nie był jeszcze „Bolkiem”, lecz kumplem z Wolnych Związków. Więc zadziałało.

Spytałem m.in., dlaczego, będąc przewodniczącym całej Solidarności, musi jeszcze być przewodniczącym regionu. – Po co panu brać za kogoś dodatkową robotę i kłopoty?

Odpowiedź mnie zaskoczyła. Region był mu potrzebny… by wyjść z nim z Solidarności, gdyby nie udało mu się jej utrzymać na kierunku, który uważał za słuszny. Na tej samej zasadzie musiał stać na czele organizacji związkowej w Stoczni, bo gdyby region poszedł nie tam, gdzie trzeba, to by się zeń wyłamał ze Stocznią.

W roku 1981, pomysł takiego postępowania kojarzył mi się z Leninem, który musiał mieć swoją partię i gdy w rosyjskiej socjaldemokracji znalazł się w mniejszości, to wyszedł z tą mniejszością, tworząc partię z dodatkiem „Większościowcy” (ros. Bolszewicy). W bujnym życiu partyjnym III i IV RP, taka rozłamowość bywa regułą. Wtedy zaskakiwała.

Rozmawiałem w czasie tego zjazdu również z Anną WalentynowiczAndrzejem Gwiazdą. Walentynowicz, w czasie strajku, nie mówiła o kolejkach i innych bytowych utrapieniach realnego socjalizmu, tylko o urażonej godności ludzi. Tym razem, zapieklona, mówiła wyłącznie o Wałęsie. Jaki jest on zły. Jakie straszne rzeczy robił i robi. Próby zwekslowania rozmowy na coś innego – nie udawały się.

Z Gwiazdą rozmowa była trudna o tyle, że na zadane mu pytanie błyskawicznie odpowiadała żona, Joanna. Coś niecoś jednak powiedział. Głównie to była wściekłość i niezrozumienie tego, jak nieuk, który chwali się, że w życiu nie przeczytał żadnej książki, może stać na czele wielkiego ruchu i takiejż struktury. Oczywiście, z fatalnym skutkiem. Dopowiadałem sobie drugą stronę jego rozumowania; przecież on, Gwiazda, tyle przeczytał, tyle wie…

Ze szczegółów tego co mówił, zapamiętałem obrazowe, że byle g. owinięte w białoczerwony papierek, staje się przedmiotem kultu.

Gwiazdów spotkałem następny raz, jesienią 1988 roku w USA. Przebywałem na stypendium US Information Agency, niewykluczone, że i Gwiazda. Było to na spotkaniu z grupą tamtejszych Polaków.

Akurat nadeszła wiadomość o nowych strajkach w Polsce. Tych, co to bracia Kaczyńscy przebywali w wiadomej sali. Zebrani byli zbulwersowani, pytali o szczegóły, a Gwiazdowie i ja nie mogliśmy niczego odpowiedzieć. Wydawałoby się, że Gwiazda oznajmi, że natychmiast wraca do Polski, żeby się włączyć. Nic z tego. On cały czas, z wściekłością, mówił jedynie o niegodziwościach Wałęsy. Niewielka publika była wyraźnie zdetonowana. 

Z Wałęsą trzeci raz spotkałem się jesienią 1989 roku, kiedy już z „Gazety Wyborczej” obsługiwałem jego triumfalną podróż do Kanady i USA. Szczegóły we wspomnieniach, jeśli je zdążę napisać.

A kiedy na posiedzeniu połączonych Izb Kongresu USA, usłyszałem wałęsowe „We the People” –napisane przez Kazika Dziewanowskiego i wypowiedziane mocnym głosem Jacka Kalabińskiego – przypomniałem sobie zszarzałego ze zmęczenia lidera strajku i swoje ówczesne wrażenie, że on już nie zginie w szarym tłumie. I pomyślałem, że po tej chwili na Kapitolu nic wspanialszego już mu się w życiu nie zdarzy.

Jak dotąd się sprawdza.

***

Zbigniew Szczypiński napisał w komentarzu do mojego poprzedniego tekstu – ze wspomnieniami o Sierpniu:

…teraz bardziej by mnie zainteresowało co taki duży redaktor ma do powiedzenia w formie syntezy, tego co z tamtych dni zostało, kim okazali się być ludzie, których wymienia, których zapamiętał ze strajku – jeżeli historia jest nauczycielką to jakie nauki wyniósł, co chciałby przekazać młodym. Procesy społeczne trwają, inne dekoracje, inni aktorzy ale sens ten sam, a może inny, może to, że jest jak jest, zawiera w sobie tamto wydarzenie?

Duży redaktor? Od komisji wojskowej, równo sześćdziesiąt lat temu, zmalałem o cztery centymetry. Więc duży chyba tylko dlatego, że objętościowo się wyrównało z nawiązką. Gdzie mnie tam do syntezy!

Kim okazali się ludzie zapamiętani przeze mnie ze strajku – każdy wie. Nie uogólniam, przedstawiam przyczynki.

Sierpień ’80 pasuje mi do wcześniej usłyszanych spostrzeżeń mecenasa Jana Olszewskiego, późniejszego premiera RP.

Otóż moje życie towarzyskie w dekadzie lat siedemdziesiątych, odbywało się w gronie adwokatów, zawieszanych za obronę w procesach politycznych. Byli to Jan Konopka, Stanisław Szczuka i Jan Olszewski. Pierwsi dwaj już nie żyją. O Olszewskim zgodnie mówili: głowa! I słusznie.

Władza – mówił – taka, jak jest teraz u nas, ma z natury interesy sprzeczne z rządzonymi. Po dłuższych okresach, istniejący modus vivendi et operandi przeradza się w zaogniony konflikt. Władza go rozgrywa na swoją korzyść, najchętniej przemocą, lub też spektakularnymi zmianami – ustępstwami i uzyskuje kolejny okres w miarę spokojnego władania. Niekiedy więc, czując narastające napięcie w tym konstytutywnym sporze, sama prowokuje konflikt, gdy widzi sprzyjające okoliczności, aby go z korzyścią dla siebie rozegrać.

Jest to spór – kontynuował Jan – o dwie podstawowe wartości. W uproszczeniu; o wolność i o chleb. Przy czym nie wszyscy są zainteresowani w tym samym stopniu jednym i drugim. Sztuka rządzenia polega, aby rozdzielić te dwie społeczne grupy interesów i każdą rozegrać oddzielnie. Rok 1968, „Marzec”, była to prowokacja władzy, swoista rewolucja kulturalna á la Mao, rozegrana przy bierności, czy nawet częściowym poparciu zainteresowanych głównie „chlebem”. Grudzień – to była rozprawa właśnie z nimi, sprowokowana podwyżką cen. Po czym władza mogła sobie pozwolić na marchewkę w początku gierkowskiej „dekady dynamicznego rozwoju”.

Czy nie uważasz, Janie, że to za inteligentne jak na tę władzę?

Władza niekoniecznie wymaga inteligencji. Wyczuwa swoje interesy i okoliczności w jakich działa – tłumaczył mecenas.

Spotkania z mecenasami miały zdecydowanie towarzyski charakter, ze wszystkimi tego atrybutami. Zatem myśl Jana Olszewskiego muszę po latach wykładać własnymi słowami. Ale na pewno nie wypaczam jego wykładu. Pasuje mi do tego, co powiedzieć miał kanclerz króla Szwecji, Adolfa II Gustawa, Axel Oxenstierna, wybitny europejski polityk XVII–go wieku: „Żebyś wiedział – to do syna Johana – jak małą mądrością świat jest rządzony”. Polska też.

Jak teraz widzę, to w roku 1980 władzy nie udało się zapobiec połączeniu obu tych nurtów oporu. Z wiadomym skutkiem. Kontrrewolucja 13 Grudnia ’81 zdołała odwrócić i odwlec ten skutek na dziewięć lat. Tyle trwała, z różnym nasileniem, rewolucja Solidarności, która skończyła z realnym socjalizmem w Polsce i nie tylko.

To już zabawa historyka z wykształcenia i zainteresowania. W roku 1956, wydaje mi się, też miało miejsce połączenie tych dwóch nurtów oporu, od poznańskiego Czerwca do Polskiego Października. W porównaniu z tym, co było przedtem – nastąpiła wówczas zdecydowana zmiana na lepsze. Dla wielu była to różnica dosłownie między życiem i śmiercią. Nawet jeśli wkrótce władza się wycofywała z części ustępstw. W ten sposób jednak umożliwiła sobie trwanie jeszcze na ponad pokolenie.

Ocena bieżących wydarzeń zawsze jest mocno niepewna. Lecz jeśli bawimy się dalej, to obecna władza zmaga się z konfliktem o „wolność”, dosypując „chleba”, póki ma z czego. Czy uda się na długo oddzielić jedno od drugiego, chleb od wolności? Chyba nie, ale nie można być pewnym w stu procentach.

Jeśli miałbym – jak mnie zachęca pan Szczypiński – cokolwiek przekazać młodym, to uwagę, że historia dura magistra vitae est. Czasem tylko się sprawdza wyciąganie z niej wniosków. Po burzliwych doświadczeniach lat 1956, 1970, 1976, strajkujący w roku1980 już wiedzieli, że nie należy wychodzić na ulicę. W grudniu 1981 to nie pomogło.

Warto pamiętać, co Napoleon mówił o austriackich generałach, zawsze gotowych na wojnę, która już była. W każdych warunkach trzeba ruszać głową na nowo.

Tyle słów na rocznicę dzisiejszą. 31sierpnia 2018.


Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. hazelhard 2018-09-03
  2. Zbyszek123 2018-09-03
  3. Obirek 2018-09-05
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com