
22.08.2018
Zaczęło się w lipcu, w Kraśniku oraz w Lublinie. Z „Polityki”, w której ówcześnie pracowałem, pojechał zobaczyć te strajki Jurek Urban. Zobaczyć i opowiedzieć, bo mało kto sądził, że uda się coś o tym napisać.
Strajk się Jurkowi spodobał, lecz go przestraszył. Postulaty strajkujących uznał za całkowicie słuszne. Pamiętam, że mówił coś o wodzie stojącej w kanałach rewizyjnych w lubelskiej zajezdni tramwajowej, w której to wodzie musieli ludzie pracować. A strajk był spokojny, różniący się od wszystkich poprzednich wystąpień robotniczych. Żadnego wychodzenia na ulice. Postulaty i chęć dyskusji. Skąd zatem strach?
Urban ostrzegał, aby nie łudzić się, że w wyniku strajków dojdzie do przesilenia, jak w latach ’56 i ’70, po czym zmieni się kierownictwo i będziemy mieli kolejną odnowę, po której będzie lepiej niż przedtem. Nie będzie, bo socjalizm w wydaniu gierkowskim – uważał – to maksimum tego, co ten ustrój mógł oferować, kosztem części swoich pryncypiów. Nie ma już dokąd odstępować, a dociśnięty może się tylko odwinąć i cofnąć w stronę restrykcji.
Po Sierpniu z radosnym zdumieniem uznałem, że jednak system może się cofnąć. Po Grudniu ’81 zrozumiałem, że jednak to Urban miał rację, tyle tylko, że realizacja jego wizji przesunęła się w czasie.
W roli demiurga
Nie pamiętam daty, lecz chyba jeszcze lubelskie strajki trwały, gdy zaproszono mnie na naradę do Wydziału Prasy KC. Sprokurowała to pracująca tam Anka Szymańska, z którą parę lat wcześniej pracowałem w „Życiu Gospodarczym”. Była to bardzo kameralną narada. Był, ze strony wydziału, jego kierownik, Rokoszewski, jego zastępca, Sławomir Kwiatkowski oraz instruktor, Wiesław Ilczuk, Anka i chyba już. Nas dziennikarzy było chyba nie więcej niż pięciu. Zapamiętałem tylko Stanisława Chełstowskiego, zastępcę naczelnego w „Życiu Gospodarczym” Ceniłem go i lubiłem. Duża wiedza, inteligencja, sympatyczny charakter.
Z Kwiatkowskim nieco wcześniej długo się targowałem: chodziło o zmiany w moim artykule o górnictwie, jego zdaniem konieczne by mógł się ukazać w ”Polityce”. Ilczuk miał powody, by mnie nie lubić (przy okazji opowiem, bo to zabawne), ale teraz był wręcz przyjacielski: zaczął mi mówić po imieniu. Z powodu wrodzonej delikatności i powagi chwili, nie protestowałem i tak już pozostał dla mnie Wieśkiem. A mieliśmy doradzić przestraszonej partii, co i jak ma mówić, by opanować sytuację.
Byłem zaskoczony – Staszek też, – bo dotąd partia zawsze wiedziała wszystko, nie czekała na rady, lecz mówiła dziennikarzom co mówić. A przede wszystkim, niepartyjny dziennikarz, nigdy nie byłem dopuszczany do takiej konfidencji. Te okoliczności świadczyły, że władza jest w rozterce, czy zgoła w panice. Nagle poczułem swoją przewagę sytuacyjną nad gremium, które stanowiło, de facto, najwyższą instancję decyzyjną w świecie mediów. Czując się rozgrywającym, powiedziałem, że nie jest istotne co władza będzie mówić, lecz co będzie robić. I o tym dopiero można mówić.
Przyznano mi rację: mamy… wymyślić politykę władzy – towarzysze byli wyraźnie skołowani. Dobór dziennikarzy był przypadkowy, cel spotkania nieustalony: łapali jakieś pomysły na gorąco. Stanęło na tym, że my mamy podsunąć partii pomysł na wyjście z sytuacji. Najlepiej od razu zawarte w… przemówieniu Gierka. Bo powiedziałem, że tylko on ma szansę, aby być wysłuchanym.
Nie pamiętam czy od razu dotarł do mnie absurd tej sytuacji. Kierowała mną – powszechna w środowisku dziennikarskim – chęć przebicia się do łbów władzy, dość szczelnie impregnowanych na rzeczywistość. Skoro nie mogliśmy mówić do opinii publicznej, to niejednokrotnie pisało się teksty, o których było wiadomo, że cenzura je zdejmie, lecz może umieści w biuletynie dla najwyższych czynników. I napisałem to przemówienie, wpadając nawet w stylistykę wystąpień Gierka.

Ale ten czas gna…
https://www.youtube.com/watch?v=TSgohNm-1cg
Ja bym jednak zastanowił się, może jednak jest powód. Jest pan pewien że Alina Piątkowska?
Oczywiście: Pieńkowska. Litrówki się zdarzają. Nie w strajku, rzecz jasna. Tam prohibicja była przestrzegana, co świadczy, że nawet Polaka można skłonić do zachowań przeciwnych naturze 🙂 Widziałem jak strażujący na bramie przyłapał kolegę wracającego z chwilowego pobytu w mieście. Kolega usiłował przemycić butelkę płynu obiektywizującego rzeczywistość. Kazał mu to wylać na ziemię. Kolega chcąc nie chcąc wylał.
Obaj płakali.
Niektórzew twierdzą nawet, że Pienkowska. Nazwisko często było pisane jako Pieńkowska i chyba ta wersja była najczęściej używana w mediach. Dużo tych litrów….
Jeszcze więcej litrów: brat przyjechał iJmówi, przywódcą
Ja z kolei przez kilka tygodni myślałem, że przwódcą strajku w Gdańsku był Lech Walesa. Wreszcie pod koniec września przyjechał brat z Polski imOwi, że Wałęsa – zdziwiłem się.
Czy tu nie ma możliwości poprawienia własnego wpisu?
Zaciekawił mnei ten fragment:
„Przez długie godziny wstrzymywałem się, powodowany wewnętrzną godnością: to nie dla takich jak ja dostarczano tutaj produkty. Gdy jednak zobaczyłem, że częstuje się Irka Dryl z „Trybuny Ludu”, załamałem się i sięgnąłem po te kanapki.”
.
Z racji wieku (dopiero cztery krzyżyki) nie do konca orientuje się w niektórych zawiłościach towarzyskich,czy też relacjach łużbowych – nawet nie wiem, od której strony to ugryźć.
Z Trybuny Ludu pamiętam tyle, że tam najlpesze relacje z Wyścigu Pokoju były (lepsze nawet niż w Przeglądzie Sportowym) i tyle. Że to tuba propagandowa PZPR – nawet gdybym się w latach osiemdziesiątych dowiedział – to nic by mi to nie mówiło, albo i niewiele obchodziło.
Pan powstrzymywał się od korzystania z przygotowanych kanapek, bo jak rozumiem, miał pan poczucie, ze one są dla strajkujących. „nie dla takich, jak ja” – odczytuję, jako raczej pokorę (to dla tych dzielnych ludzi, a nie dla mnie!) niż pychę.
Ale Pan się złamał, bo Irka Dryl się poczęstowała.
Chodziło o samą Irkę? Czy tez o fakt, że ona z TL? Czy ona była wzorem (skoro Irka się częstuje, to i ja mogę) z racji osobistych atrybutów, czy dlatego, że reprezentowała TL (jak rozumiem, będącą bliżej władzy)?
Już nie tę konkretnie sytuację chodzi, ale o generalne nakreślenie stosunków: lud strajkujący – dziennikarze – władza.
Jak to wyglądało?
Do Ernesta Skalskiego – Panie Redaktorze Kochany, jaki ma sens publikowanie po latach tekstu dotyczącego czegoś co miało miejsce prawie czterdzieści lat temu. To było tak dawno, wyrosło już całe pokolenie (w socjologii pokolenie to 30 lat), wspominanie takich ulotnych szczegółów, opis swoich wrażeń, jakże ulotnych, nie ma sensu. Na poziomie tych szczegółów zdarzyć się może taka wpadka jak z Aliną Pieńkowską nazywaną Piątkowską, co to ma za znaczenie, zwykła pomyłka i tyle.
Sprawa jest inna na poziomie syntezy, uogólniającego sądu, oceny tego co wtedy się zaczęło, tam w mojej stoczni, 14 sierpnia i trwało do końca, do 31 sierpnia jako wydarzenie strajkowe ale jako wydarzenie polityczne trwało znacznie dłużej, trwa po dzień dzisiejszy.
Pisze Pan o swoim wrażeniu z kontaktu z Lechem Wałęsą, opisuje Pan jego zachowania w strajku i efektownie klamruje z jego wystąpieniem przed połączonymi izbami Kongresu Stanów Zjednoczonych AP – i co, tylko tyle ? Wyszła książka zawierająca różne wystąpienia, wykłady, odczyty jakie w różnych miejscach świata wygłosił Vaclaw Hawel, też prezydent tyle że Czech, proszę przeczytać aby zrozumieć różnicę tego co się nam przydarzyło a co braciom Czechom.
Pański tekst odbieram jako zapis tego co miał Pan w głowie jako dziennikarz Polityki, najbardziej nie reżymowego tygodnika w Polsce a może i w całym bloku. Pamiętam jakim echem odbił się późniejszy tekst Ryszarda Kapuścińskiego, też znakomitego dziennikarza, o upadku robola, takiego pojęcia którego używała prasa na opisanie robotnika
Robotnicy nie byli robolami, ale nie byli też bogami za których chciała ich uznać inteligencja warszawska – ja wiem kim byli robotnicy w mojej stoczni i jaką postacią jest Lech Wałęsa. Pisze Pan o kilku jeszcze postaciach w strajku, ok! no to gdzie są ci co jeszcze żyją, jaką pełnią obecnie rolę, za czym się opowiadają, przeciwko komu i czemu walczą ?
Tą są ważne sprawy a nie to ,że Irena Dryll jadła kanapki strajkowe – wszyscy jedli, robił te kanapki stoczniowy dział Ar – dział żywienia przygotowany do karmienia dwudziestu tysięcy ludzi (tyle było na co dzień, 16 tysięcy stoczniowców i 4 tysiące firm obcych, kooperantów stoczniowych).
Klimat w strajku w mojej stoczni, Stoczni Gdańskiej im Lenina, był sympatyczny, prawie piknik – jakże odmienny od tego co wprowadził Andrzej Kołodziej w Stoczni Gdyńskiej – dwa różne światy.
Uczestniczył Pan, Panie Redaktorze w strajku solidarnościowym, strajk stoczniowy trwał 3 dni, od czwartku do soboty. Strajk pracowników Stoczni Gdańskiej się skończył w sobotę, podpisaliśmy porozumienie, Lech Wałęsa ogłosił przez radiowęzeł że jest porozumienie, że jest sukces i idziemy do domu. To wtedy Alina Pieńkowska i jeszcze kilka innych kobiet próbowały zatrzymać wychodzących robotników aby poprzeć inne załogi w tym komunikacji miejskiej. Załoga wyszła, strajk się skończył, w stoczni została mała grupa strajkujących i dyżurne służby – jak zawsze przed niedzielą. Strajk solidarnościowy zaczął się w poniedziałek, ale załoga stoczni i stocznia pełniły już rolę recepcji dużego i coraz większego ośrodka do którego zgłaszały się kolejne zakłady pracy z Gdańska, z Wybrzeża, z Polski.
Ale to już zupełnie inna historia….
Było, minęło, nie ma, nie ma niczego z tamtego ducha, klimatu, inny świat, inni ludzie, wszystko inne
Pozdrawiam serdecznie Redaktora Ernesta.
Było, minęło, nie ma, nie ma niczego z tamtego ducha, klimatu, inny świat, inni ludzie, wszystko inne…. A suweren robi cofke do czasów PRL …Tym razem z przewodnia rolą Kościoła.. ……жалко 🙁
Każdy po swojemu czyta, ja też. Takie zdanie brzmi jak z narady w Watykanie tuż przed wylotem Franciszka do Irlandii: „Kierowała mną – powszechna w środowisku dziennikarskim – chęć przebicia się do łbów władzy, dość szczelnie impregnowanych na rzeczywistość”. Franciszek jak Gierek, próbuje ratować co się da, ale nic już nie można uratować. Wszystko się sypie. Z konferencji z Dublinie dwóch kardynałów musiało w ostatnich chwili wyjechać do USA by gasić pożar u siebie. Kto podpowie Franciszkowi czto dielat?
@Zbuszek123: było, mnęło, nie wróci. Oczywiście. Ale to nie znaczy, aby tego nie wspominać. Mamy dziś ekipę, która zakłamuje tamte czasy i tamtych liderów i wciska swojego Lecha!
Tekst Redaktora Skalskiego przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. W sumie sporo wnosi. Ja wedy kończyłem doktorat i jeździłem stopen z Placu Komuny Paryskiej (prezydenta Wilsona dziś) do Dziekanowa za Łokiankami na Grański wylot aby ratować hhodowle okrzemek morskich, bo gorący sierpień i stałe wyłączenia prądu niszczyły mi cały dobytek naukowy. A mieszkałem wtedy w Międzylesiu… na wylocie lubelskim ze stolicy. Autobusy nie kursowały z Warszawy, bo strajkowały. Całym sercem ze strajkami nie małem czasu na politykę. Mam u siebie numer Trybuny Ludu ze słynnym logo robotnika z okładki, trZymającym sztandar z zecerskim interesem między nogami! Jak odkopię to zamieszczę. Mamy powody, aby być z siebie dumni za tamte strajki. A sami staramy się je deprecjonować i wypaczać. Kiedy djrzejemy do tego, aby docenić tych, którzy odnoszą prawdziwy sukces i posuwają kraj do przodu?
Do Andrzej Pokonos – pełna zgoda co do oceny tego czy artykuł Ernesta Skalskiego jest czy nie jest interesujący. Jest ! Ale pozostaje przy swoim, że teraz bardziej by mnie zainteresowało co taki duży redaktor ma do powiedzenia w formie syntezy, tego co z tamtych dni zostało, kim okazali się być ludzie których wymienia, których zapamiętał ze strajku – jeżeli historia jest nauczycielką to jakie nauki wyniósł, co chciałby przekazać młodym. Procesy społeczne trwają, inne dekoracje, inni aktorzy ale sens ten sam, a może inny, może to, że jest jak jest, zawiera w sobie tamto wydarzenie ?
Wiele pytań, wiele odpowiedzi…
Do Obirka – naprawdę można myśleć o Franciszku jak o Gierku ? Jeżeli tak myśli Obirek to czarny scenariusz dla Franciszka ale dobry dla Rydzyka, pachnie schizmą polskiego kleru, kleru bo nie wiernych, oni są jak stado baranów, pytanie jak to wpłynie na relacje „tronu i ołtarza” ,w Polsce, w kraju o największej i stale rosnącej ilości egzorcystów i nie ujawnionych afer pedofilskich…będzie się dzialo !
@Zbyszek123: domaga się Pan syntezy. I to politycznej, socjologicznej i jakiej tam jeszcze analizy. A tekst redsktora Skalskiego to wspomnienie. To dwie różne rzeczy.
Wspominać warto choćby dlatego, że różni ludzie różnie wspominają. I upamiętniają co ważniejsze wydarzenia. I najważniejsze …
https://trojmiasto.onet.pl/lech-walesa-o-tablicy-kaczynskich-w-stoczni-gdanskiej/2qbef3v
@J.LUK
Kiedyś, gdy królowały w telewizji filmy Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika („Pieprz i wanilia”), pojawiały się w różnych miejscach napisy: BYŁEM TU. TONY HALIK. Jeden taki napis przez długie lata był w naszej windzie.
Zamiast tablicy w stoczni mogli maznąć na ścianie: BILIŚMY TU. LESZEK I JAROSŁAW KACZYŃSCY.