26.04.2019
Problem ten zajmuje ostatnio umysły ludzi, których społeczeństwo wybrało dla rozwiązywania zupełnie innych kwestii. Po czterech latach rozwalania własnego domu przyszło im do głowy podebatować nt. „Jak nie rozwalić domu?” Liczę, że po czterech latach głoszenia hasła „Wystarczy nie kraść!” zdobędą się na debatę pt. „Jak nie kraść?”, która to wiedza jest im jak na razie całkowicie obca.
Widać musimy się przyzwyczaić do takiego mechanizmu działania, który najwyraźniej staje się wizytówką władz PRL-bis.

Parodia „tamtego” okrągłego stołu, jaką urządza dziś premier, jakby mszcząc się na pamięci mebla będącego symbolem rewolucji, która wzbudziła podziw w świecie, a w której jego klan rodzinny udziału nie miał zajmie najbliższe kilka dni mediom wszystkich opcji, czytelnikom, słuchaczom, widzom.
Nie bardzo wiem po co.
Dyskusja w tym gronie na jakikolwiek temat sensu nie ma, bo z góry wiadomo jaki będzie efekt tego spotkania. Myślę, że co skrzętniejsze redakcje już mają gotowy tekst komunikatu końcowego.
Jak w starym dowcipie o marksiście dyskutującym z marksistą o marksizmie.
Tymczasem dyskusja na temat edukacji jest tak ważna, że wymagałaby i poważniejszych uczestników dyskusji, przede wszystkim – uczciwych dyskutantów oraz chociaż co nieco wiedzy na temat, o którym będzie się dyskutowało.
Wykładając historię Polski jestem akurat na etapie czasów stanisławowskich, ostatnich podrygów państwa niszczonego od przynajmniej 150 lat przez wydzieranie kolejnym władcom, a w gruncie rzeczy Rzeczpospolitej, coraz to większych i niczym nie uzasadnionych przywilejów przez tzw. społeczeństwo. System „przywilej +” doprowadził do tego, że w czasach saskich Rzeczpospolita już istniała właściwie tylko na mapie.
W tamtych ponurych czasach znaleźli się ludzie, którzy postawili sobie za cel naprawę państwa (tak w skrócie) i co ciekawe – zabrali się do tworzenia programu z wielką precyzją, a nade wszystko – wiedzą o temacie.
Na początek wybrali dwa obszary wg nich nierozłączne – finanse i edukację. Ciekawe dlaczego, prawda?
Jeśli ktoś mi powie, że obecna władza zrobiła dokładnie to samo, to przyznam mu rację. Tak, obecna władza również doceniła te obszary choć może cel miała niekoniecznie ten sam.
Efekty pracy ludzi sprzed niemal 250 lat zdumiewają. Czytając ich projekt konstrukcji systemu oświatowego, człowiek chwilami staje jak wryty. Co chwila zerka czy to aby nie jakaś współczesna książka, czy aby na pewno ten projekt pochodzi z 1774 roku.
Pozwolę sobie przedstawić go w wielkim skrócie, by pokazać rzecz jedną – system tworzony od A do Z, nie zaś interwencyjną klakę zwolenników dla poprawienia image tego czy innego ugrupowania.
Bo tak należy podejść do każdego ważnego tematu.
Projekt liczący kilkanaście rozdziałów zaczyna od ogólnych rozważań na temat nauczania młodzieży w sposób dostosowany do wieku i możliwości percepcji oraz przewidywanych jego skutków. Postawiono nawet pytanie: po co człowiekowi nauka? Odpowiedź oczywista? Być może, ale warto ją czasem wyartykułować. W tym przypadku – co zdziwić może dziś nam mściwie rządzących – nie było mowy o pożytku, jaki władza odniesie z kształtowania obywatela, ale – on sam. Człowiek. Nawet nie państwo, ale – Człowiek.
„Mówiąc Szydłem” przypomnę jeszcze raz – rok 1774.
„… trzeba w dziecięciu formować iak najlepiej takową sposobność ciała i duszy w miarę wydołania onychże, że trzeba ią uprawiać w takie nałogi, ćwiczenia i sprawy, iakich zawsze potrzebować będzie dla swego zupełnego uszczęśliwienia w całym życiu, a do których włożywszy się za młodu nigdy ich zupełnie nie odstąpi”
Przechodząc do konkretów projekt Komisji Edukacji Narodowej przewidywał podział edukacji na etapy dostosowane do wieku odbiorcy, podział na tzw. edukację fizyczną i duchową. W największym skrócie chodziło o podział na wiedzę i naukę. Wiedza to proste obserwacje rzeczywistości, nauka to poszukiwanie praw ogólnych tą rzeczywistością kierujących.
Uważano, że najważniejsze, aby
„… przy nabywaniu prawdy, nabywać mocy i siły duszney do pamiętania, attencji, uwagi, łączenia jednego z drugim, oddzielania, wnoszenia, sądzenia y tym podobnych operacji”
Czyli – nauka myślenia. Aby nie było wątpliwości – kolejny fragment na ten temat
„ … nierozumieymy, żeby oświecenie i nauka na samych tylko książkach i ich czytaniu polegała […] lepszą y znacznieyszą częścią nauki będzie refleksya, obserwacja, medytacja własnego rozumu …”
Dalej jeszcze lepiej. Autorzy projektu wprost mówią o „nauce niedowierzania”, sprawdzania wszystkiego, niebrania czyichś słów za rzeczywistość itd. Dziś nam się to wydaje oczywiste, choć nie jestem przekonany czy wszystkim.
Ciekawe są zalecenia autorów co do sieci szkół. Wydano nawet zalecenia tworzenia jej w ten sposób, by odległość szkół parafialnych, czyli elementarnych od siebie nawzajem nie była większa niż 4 mile, a szkół średnich 18 mil. Chodziło o jak największą łatwość w dostępie do nich bez potrzeby podróży czy tworzenia internatów.
Projekt KEN opracowany był całościowo. Od szkół elementarnych po uniwersytety (w tym przypadku zalecano zwiększenie ich liczby) tak, by cały proces nauki był logiczny, jasny i bezkonfliktowy. Profesorowie uniwersytetu mieli opracowywać program nauczania dla szkół średnich, bo to oni wiedzieli jakiego studenta potrzebują, by nie tracić czasu na nauczenie go tego, z czym powinien na uczelnię przyjść.
Nauczyciele szkół średnich wiedząc, czego się od nich oczekuje, opracowywać mieli program dla szkół elementarnych, dokładnie w tym samym celu.
Takie to proste, że aż genialne.
Sam program dostosowany był oczywiście do tamtych czasów. I tak zalecano dla szkół elementarnych naukę czytania i pisania, „arytmetyki praktyczney”, początki „geometryi praktyczney”, katechizmu, nauki moralney, ale także historii naturalnej „zwierząt domowych i dzikich w Polszcze, rolnictwa, ogrodu fruktowego i iarzynnego…” itd.
Autorzy pozwalają sobie na ciekawą uwagę. Do szkół elementarnych przyjmowane będą dzieci w wieku lat 7, ponieważ młodsze są słabo przygotowane do chłonięcia wiedzy … z winy rodziców! To kategoryczne stwierdzenie polecam fundacji „Ratujmy maluchy” pasącej się na budżetowej łące w zamian za ów „ratunek”.
Co ciekawe autorzy w 1774 roku już w szkołach elementarnych zalecają specjalizację nauczycieli. To już nie czasy, kiedy ksiądz pleban w chwili wolnej od innych, pilniejszych obowiązków wykładał dzieciom, co chciał, albo co umiał.
Zalecano wciąganie do systemu oświatowego dzieci chłopów – jak na tamte czasy rewolucja. Wiedząc, że jest to element najbardziej wobec oświaty oporny, zalecano zachęty – w żadnym wypadku nie przymus. Zdawano sobie sprawę, że to praca na lata, ale konieczna. Dlatego zalecano cierpliwość i systematyczność w „wabieniu” chłopstwa nauką przy jednoczesnym wykazywaniu korzyści z niej płynących.
Ponieważ projekt jest obszerny i bardzo drobiazgowy, pozwolę sobie zwrócić jedynie uwagę na kilka jego punktów, które same narzucają skojarzenia z sytuacją edukacji współczesnej.
Zwraca się w nim np. uwagę, że edukacja szkolna nie jest wszystkim, czego potrzebuje dziecko. Równie duża odpowiedzialność spoczywa na rodzicach i to nie poprzez zapewnienie dziecku korepetycji, co dziś niektórym wydaje się „wypełnieniem obowiązków rodzicielskich”, ale przez odpowiednie wychowanie w szacunku dla wiedzy, dla uczenia się, otwierania się na świat. Dziś, kiedy wielu rodziców uważa, że zrobiło szkole łaskę, oddając jej swoje dzieci, a więc to ona powinna zająć się wszystkim, taka uwaga powinna być wypisana na każdym większym płocie i to wielkimi literami.
Autorzy twierdzą, że edukacja poniesie klęskę, jeśli nie będę wspierać jej rodzice, nie przez interwencje w szkole, która „stresuje ich biedne dziecko”, ale przez wspieranie w domu wszystkiego tego, co szkoła daje dziecku w czasie zajęć.
„… dobre skutki edukacji publiczney ze żrzódła rodzicielskiey wypływaią, kiedy przy przeciwności obydwóch, ta która jest pierwsza (rodzicielska – przyp. mój) weźmie górę; iakże więc o poprawie edukacyi domowey można radzić? Nie ma lepszego sposobu nad oświecenie rodziców”.
Niezwykle ciekawe uwagi dotyczą egzaminów i egzaminowania. Proszę sobie wyobrazić – żadnych testów! Co zatem?
„ … nic dzieci na tych egzaminach prawić nie będą słowo w słowo; raczey niechay odpowiadaią, rezolwuią, rezonuią, wg zadanych sobie trudności…”
I niezwykła uwaga:
„ … niech ukażą Professora ukazuiąc siebie samych”
Położenie nacisku na swobodę wypowiedzi, jej samodzielną konstrukcję będącą najlepszym świadectwem stanu wyedukowania ucznia jest dla autorów projektu tak oczywiste, że nawet nie tłumaczą tego zbyt obszernie. Nie wiem, czy dziś przekonaliby kogoś w MEN, ale wtedy im się udało.
No i ten „Professor”, któremu uczeń wystawia świadectwo na egzaminie. To jest oczywiste, ale w sytuacji swobodnej wypowiedzi to świadectwo jest jakby bardziej wiarygodne, nieprawdaż?
Kładziono nacisk na sposób wypowiedzi ucznia taki, jak gdyby to on był nauczycielem i miał do swoich słów przekonać słuchaczy.
„… bo co inszego jest umieć co dla siebie, a co innego dla drugich, być uczonym i uczyć”.
Ponieważ strajk nauczycieli dotyczył w warstwie prawnej (bo tego mógł) sprawy płac, spójrzmy, jak tę kwestię proponowano uregulować w 1774 roku.
Najpierw mowa jest o tym, że trzeba tę płacę „uczynić godną, znaczną y uczciwą”, a potem pojawiają się konkrety. Propozycja jest ciekawa. 2000 złotych polskich dla nauczyciela początkującego na rok. Co roku dochodzi 100 złotych i tak przez 21 lat co w efekcie po 20 latach daje 4000 złotych na rok.
Dużo to czy mało? Polski złoty po reformie stanisławowskiej liczył sobie 4 grosze srebrne. Łatwo wyliczyć, że tak uposażony nauczyciel na początku kariery miał dziennie do dyspozycji ok. 21 takich srebrnych groszy. Funt dobrego mięsa kosztował (cena uśredniona) 4 grosze. Dało się z tego więc utrzymać? No, raczej bez trudu.
Jeszcze ciekawsza jest propozycja „emerytury” dla nauczycieli. Nie wszystkich – tylko tych, którzy przepracowali w zawodzie 26 lat. Nauczycielem można było zostać dopiero w wieku 24 lat, a więc dodając owe 26, mamy 50-latka idącego na emeryturę z uposażeniem równym jego pensji początkowej — 2000 złotych — dożywotnio.
Tego rodzaju regulacji znajduje się w tym projekcie mnóstwo. Niekiedy (a po prawdzie w większości przypadków) brzmią one niezwykle współcześnie.
Dlatego myślę, że jeśli ktoś naprawdę chce poważnie rozmawiać o przyszłości edukacji polskiej, powinien zacząć od upowszechnienia i analizy tego dokumentu z 1774 roku, bo po co wymyślać od nowa coś, co już wymyślono?
Argumentem na jego korzyść jest to, że kiedy przyszły zabory, Prusacy nie mieli wątpliwości i zwyczajnie zerżnęli ten projekt w całości, stosując go w całym państwie pruskim.
Odrodzona Rzeczpospolita również wróciła do niego w 1918 roku, psując nieco ten system dopiero w 1932 r.
Oczywiście, mogę się mylić, ale jak dotąd jest to chyba jedyny tak całościowo opracowany projekt systemu edukacji w Polsce.
Szkoda, by był zapomniany.
Jerzy Łukaszewski
