Andrzej Koraszewski: Za Głupotę Naszą i Waszą

Galicja 1920.
Galicja 1920.

30.05.2019

Wybory za nami, trzeba spojrzeć w lustro. Najpierw rzut oka w lusterko wsteczne. Czy pisząc dzieło „O skutecznym rad sposobie”, Stanisław Konarski miał nadzieję, że wpłynie na rodaków i przyczyni się do ocalenia znajdującej się nad przepaścią ojczyzny? Tego wiedzieć nie mogę. Zapewne jednak przyglądając się zmianom zachodzącym w innych krajach, chciał mieć nadzieję, że znajdzie się w Polsce garść ludzi gotowych podjąć próbę zapobieżenia nieszczęściu. Kraj od pół wieku był właściwie ziemią niczyją, niezdolny do obrony swoich granic, coraz bardziej zacofany, z koszmarnym systemem oświaty, z nepotyzmem i astronomiczną korupcją w administracji. W trzy lata od wydania pierwszego tomu dzieła Konarskiego caryca posadziła na polskim tronie swojego byłego kochanka, a ten skupił wokół siebie najświatlejsze umysły, jakie ówczesna Rzeczpospolita posiadała. (Warto może dodać, że Poniatowskiego popierał Konarski i wielu tych, którzy 30 lat wcześniej popierali Stanisława Leszczyńskiego i jego koncepcję ratowania kraju).

Konarski w pierwszym tomie koncentrował się na czymś tak oczywistym, iż trudno dziś zrozumieć, skąd brał się ten samobójczy opór przeciwko zniesieniu liberum veto. Największy dureń powinien widzieć, że miejsce obrad nad przyszłością kraju było całkowicie sparaliżowane, że przyzwolenie na to, by jeden poseł mógł zerwać Sejm, oznaczało wydanie kraju na pastwę ościennych mocarstw, gdyż nigdy nie było trudne znalezienie chętnego na trochę gotówki. Chciał Stanisław Konarski, by radzono w polskim Sejmie jak w brytyjskim parlamencie. Takie poważne radzenie o sprawach ojczyzny nie przypadło do gustu szlacheckiej braci, która zdecydowanie wolała, żeby decyzje podejmował król, zobligowany do strzeżenia przywilejów szlachty. Konarski pisał, że ludzie mówią mu, iż są ważniejsze sprawy, niż to jak dyskutuje się w Sejmie, a on upierał się, że żadnej z nich nie uda się rozwiązać, jeśli nie będziemy umieli o tych sprawach porządnie się spierać.

Na to, by zatrzymać degrengoladę, było już zbyt późno. Król skupił wokół siebie grupę reformatorów, na urzędzie kanclerza posadził najlepszego z najlepszych, Andrzeja Zamojskiego, w rok po koronacji założył Szkołę Rycerską, ale budowa nowoczesnej armii wymagała nałożenia podatków na Kościół i szlachtę, a na to nie mogło być zgody ani agentów Watykanu, ani patriotów pracy niewolniczej. Reformatorskie zabiegi króla budziły sprzeciw Rosji, Prus i Austrii, jednak największy opór był ze strony swoich. Prawda, jego reformy spowodowały zbrojną interwencję Rosji pod pozorem „obrony praw dysydentów” (bo też reakcją na próby reform była obrona katolickiej wiary i świętych przywilejów Kościoła katolickiego). Czy Rosja znalazłaby sobie inny pretekst do interwencji w pozbawionym możliwości obronnych kraju? Zapewne. Ale reakcją było wywołanie wojny domowej pod wpływem ówczesnego Rydzyka (oszusta i pijaczyny księdza Marka) i rzeź innowierców. A skutkiem zatrzymanie reform, nie przez obcych, a przez swoich. Jedna z najciekawszych postaci tamtych czasów, kanclerz Andrzej Zamojski ustąpił w 1767 roku z urzędu w proteście wobec porwania przez Rosjan reformatorskich senatorów.

Kiedy Konfederacja Barska skończyła swój niechlubny żywot w Częstochowie, król, jeszcze bardziej osłabiony niż przed patriotycznym zrywem przeciwników obłożenia Kościoła podatkami na obronę, znów zaczął zbierać siły reformatorskie. Ekskanclerz Zamojski chciał dać przykład i w swoich włościach zniósł pańszczyznę, przekonując, że nie ma innej drogi do modernizacji kraju, jak odejście od pracy niewolniczej. Uczestniczył w pracach związanych z powołaniem Komisji Edukacji Narodowej, która ostatecznie powstała w 1773, i na której czele początkowo znalazł się oszust i defraudant biskup Massalski, zastąpiony przez Michała Poniatowskiego, późniejszego prymasa. Motorem tej Komisji byli jednak Hugo Kołłątaj, Niemcewicz i inni. Oni zgadzali się z tym, co pisał Konarski, że ludzie są równi, ale była ich garstka, a mówienie takich herezji przy „wykształconym” w rodzimych jezuickich szkołach szlachcicu groziło obrazą godności, wrzaskiem „bij, kto w Boga wierzy” i dobyciem karabeli.

Król powierzył ekskanclerzowi Zamojskiemu przygotowanie nowego kodeksu praw, który zawierał wiele z pomysłów Konarskiego, a który w 1780 roku został gremialnie potępiony przez posłów w sejmie. Niechętni byli reformie ustroju państwa zagraniczni przedstawiciele, ale po stokroć bardziej, przedstawiciele rodzimej szlachty.

[Polska] – pisał Niemcewicz w swoich pamiętnikach – była krajem na wszystkie strony na oścież otwartym, nie uważała, iż wkoło niej stały trzy okropne tygrysy, że szlachta, która sobie wszystkie rządy i prawa i pieczę nad krajem przywłaszczyła, dbała jedynie o wiarę katolicką i zgubne swe przywileje, spuszczając się na wszystkich świętych, nie chciała ni płacić podatków, ni mieć wojska do obrony kraju; nie dziwić się przeto, że wkrótce przyszły czasy, iż czyhający na dziedzictwo jej sąsiedzi zabójcze swe zamysły spełnili na niej.

Nic dziwnego, że dopiero zaborcy znieśli pańszczyznę, najpierw w zaborze pruskim, poczynając od stopniowych reform uwalniania od pańszczyzny i nadawania ziemi już od 1808 roku, potem w zaborze austriackim, znacznie bardziej chaotycznie i bez pomysłu, a wreszcie w zaborze rosyjskim, gdzie ani zaborca, ani nasze ziemiaństwo  nie zamierzało uczynić tej reformy narzędziem wzmocnienia kraju.    

Polska wieś nie miała wielkiego entuzjazmu dla powstań (z wyjątkiem kościuszkowskiego), bo aż nazbyt dobrze wiedziała, że jest to bardziej walka o wolność niewolenia, niż o wolność dla wszystkich.

Kiedy wreszcie szczęśliwym zbiegiem losu – dzięki wycieńczeniu wojną mocarstw rozbiorowych i z łaski zwycięzców (bardziej niż dzięki własnym wysiłkom) odzyskaliśmy niepodległość, Sejm znów stał się miejscem częściej blokującym reformy niż je wspierającym i miejscem kompletnie bezładnego radzenia o sprawach kraju. Marszałek dość miał „sejmokracji” i chociaż można go zrozumieć, to przecie rację miał Konarski, iż bez porządnego parlamentu trudno w państwie jakiekolwiek problemy skutecznie rozwiązywać.  

Ostatnie dni spędziłem, czytając dziesiątki artykułów poświęconych spektakularnej klęsce opozycji w wyborach do Europejskiego Parlamentu. Zabawną zgoła nowością był w nich lament z powodu dużej frekwencji. (Trudno o wątpliwości, że gdybyśmy zostali sami przy urnach, to mielibyśmy wybory w kieszeni). Wielu zauważyło, że te wybory wróżą zwycięstwo PiS w wyborach do Sejmu i jest to wysoce prawdopodobne, chociaż żadnej strategii przeciwdziałania zbliżającej się klęsce nie niesie. Analizy przyczyn klęski kierują się na taktykę rozdawnictwa zwycięskiej partii politycznej, na siłę ich propagandy, czasem na spory wewnątrz opozycji.

Bartłomiej Sienkiewicz pisał:

Jeśli w jesiennych wyborach jest choć cień szansy na pokonanie PiS, to warunkiem podstawowym jest nie szukanie usprawiedliwień, ale powiedzenie wprost: to, co się wydarzyło wczoraj to absolutna klęska opozycji.

Niby prawda, ale nic z niej nie wynika.

Moją szczególną uwagę zwrócił wywiad w „Gazecie Wyborczej” pod tytułem: „Wybory mają też wymiar godnościowy, a rządy PiS dowartościowały lud i wieś”.  Justyna Suchecka, autorka wywiadu z warszawskim socjologiem Przemysławem Sadurą, we wstępie obwieszcza nam, że „Jeśli PSL zdecyduje się pozostać w Koalicji Europejskiej, musi wzmocnić swoją pozycję, wyraźnie podkreślić osobną tożsamość. Udowodnić, że nadal jest partią, która jest w stanie zadbać o interesy rolników”. Zabawnie brzmi to ze strony przedstawicielki gazety, która od 30 lat kultywuje pogardę dla mieszkańców wsi, gazety, która swego czasu radośnie nagłaśniała studenckie hasło: „Zabierz głos, zanim burak ci go zabierze”.          

Józef Kuśmierek musiał w redakcji „Gazety” mówić to samo, co pisał do mnie do Londynu w listach, że jak się przegra wieś, to przegra się wszystko. Wiedział. co mówi, nie bez powodu nazywano go szalejącym reporterem, nie bez powodu wściekał się, że solidarnościowi politycy borykają się z rzeczywistością, którą sobie wymyślili w swoich fotelach. Zanim przejdę do krótkiego streszczenia uczonej rozmowy warszawskiej dziennikarki z warszawskim socjologiem, chciałbym tu zacytować długi wpis ze strony szczecińskiej działaczki Komitetu Obrony Demokracji, Magdaleny Filiks:

Jednak nie wytrzymam. Tego się nie da wytrzymać. Jestem wściekła.

Dwa dni od wyborów i doznaję większego szoku niż w dniu wyborów. Może moment wstrząsu sprawia, że ludzie pokazują prawdziwą twarz- jak my to pięknie nazywamy po „naszej stronie” – hipokryzja. 

Oglądam memy, które z ludzi robią klęczące bydło i mapy, które dzielą Polskę na lepszą i gorszą.

Czytam o ciemnocie, sprzedawczykach, kołtunach, tępocie. Czytam o ludziach, którzy chodzą na pasku proboszcza. Czytam straszne rzeczy. 
To jest dopiero tragedia. I piszą to zdaje się Ci mądrzejsi, wykształceni i oświeceni.

Wy zupełnie nie znacie tych ludzi. Nic nie rozumiecie. Nie znacie tej wsi i tych gmin i tych miast. Nie znacie najwyraźniej zwyczajnych problemów, zwyczajnych ludzi w zwyczajnym świecie. W świecie, w którym najczęściej wypłacana pensja w tym kraju, to 2000 zł. 

Tak pięknie mówicie o godności, o wykluczonych, o mniejszościach. Słucham od kilku lat tych aktywistów społecznych, tych walczących o prawa kobiet. I mam wrażenie, że to jest jakiś cholerny teatr. Jakby rzeczywiście wcale nie chodziło o człowieka. A gdzie są prawa kobiet, kiedy mówimy o Halinie z czwórką dzieci, dla której 2000 zł to jest właśnie godność, to są właśnie prawa kobiet !!! 

Bo nie jedna Halina może teraz kupić dziecku trampki i ananasa i jeszcze sobie żakiet na komunie syna i farbę do włosów w kiosku, żeby jej sąsiadka nałożyła.

Od kogo chcecie się oddzielić, rysując te mapy podziału ?

Wy – którzy krzyczycie o przyjmowaniu uchodźców, drwiąc z ludzi, którzy się ich boją, chcecie budować mury przed tymi, których zwyczajnie nie rozumiecie. Może im zbudujmy pisowskie obozy ? 

Czujemy się lepsi, bo mamy czas pojechać, bronić puszczy przed wycinką, wtedy, kiedy ciemna masa zasuwa na PKB. Czujemy się lepsi, bo mamy karnety na jogę za 200 zł drwiąc z ludzi, którzy od dziecka swoją duchowość rozwijają w kościele – bo tak zostali wychowani. Bo tam jest ich joga.

Kiedy potrzebuję odpocząć od kupy bezwartościowych medialnych śmieci, pozornych akcji pseudodemokratów, wyliczonych i niezbędnych im do zbierania fejmu w mainstreamie jadę sobie na wieś. Do tych ludzi, z których drwicie. Bliskość prawdziwych problemów i prostych ludzi, którzy żyją, jak zostali nauczeni, borykając się z codziennością, daje mi zawsze nie tylko spokój, ale zdrową perspektywę. Im więcej kiedyś zarabiałam, tym więcej czasu spędzałam z ludźmi, którzy nie zarabiali. Dla zdrowia i z troski o siebie.

Jak można tak gardzić ludźmi ?

Od trzech lata proszę, by nie wyśmiewać się z tych, którym 500 plus dało lepsze, godne życie. Piramida potrzeb człowieka nie zaczyna się od teatru i kosmetyczki. Są rodziny, które dostały 2000 zł i więcej pomocy. Można i owszem dyskutować o tym, skąd te pieniądze brać i jak dystrybuować, ale nie wolno mówić, że to pieprzona patologia dała się kupić. 

Jak Wam nie wstyd śmiać się z emerytów, którzy dostali 1000 zł i poszli zagłosować na PiS. 

Przecież Ci ludzie żyją na granicy ubóstwa. Moja mam jest sama i ma 1500 zł emerytury, a 800 zł opłat. Ci ludzie od lat nikogo nie interesują. Chyba że przed wyborami. Nikt realnie nie rozwiązuje ich problemów. 
Na jaką orbitę odlecieliście, że tego nie rozumiecie ?

Nie spodziewaliście się, że ludzie pójdą na wybory bronić swojego kościoła ??? Świata, w którym żyją całe swoje życie i który znają? Który daje im poczucie bezpieczeństwa? To po cholerę Wam to wykształcenie, skoro nie rozumiecie prostych prawd.

Drwiliście z tych, którzy poszli obronić swoją godność do urn. Bo się zwyczajnie boją. To nie jest śmieszne, że co 10 osoba nie wie, co znaczy skrót LGBT. Ale to nie powód, by z tych ludzi drwić. Oczywiście, że się boją. To świat ich wartości, którego będą bronić. Im bardziej będziemy ich wyśmiewać, tym bardziej się będą mobilizować. 

Intelektualiści i wykształciuchy oderwani od zwykłej ludzkiej wrażliwości, to dla nich właśnie ten obcy. 

Nie sztuką jest szydzić, sztuką jest opowiedzieć im tak, żeby rozumieli, o czym do nich mówicie.

Jest mi wstyd. Czuję poczucie bezsilności. Nie mogę patrzeć na mapy podziału i czytać o tym, że Wam duszno. To zabierzcie swoje tyłki na riwiery, może Wam przewietrzy głowy. 

Co się stało z tym narodem ,pytacie? Nic. Właśnie go poznajecie. Halinę i Janusza, który Wam przeszkadzają na plaży, bo puszczają muzę na cały regulator, na kocu obok, ciesząc się ze swoich pierwszych od lat wakacji nad polskim morzem. I może głośno tego nie mówimy, ale uważamy ich za ludzi drugiej kategorii.

Jest mi wstyd.

Jestem prostą dziewczyną ze wsi, moja babcia chodzi co niedzielę do kościoła. I ja rozumiem jej ból, kiedy dowiaduje się o pedofilii w kościele. I ona sobie z tym bólem pewnie radzi swoją modlitwą. Ale nigdy nie zrozumie, dlaczego ktoś chciałby zamknąć kościół. I szczerze, ja też nie rozumiem tych, którzy chcieliby jej ten kościół zamykać. Demokraci.

Na ulicę 4 lata temu wyprowadził mnie bunt przeciwko temu, jak PiS straszy uchodźcami i ich odczłowiecza, zamieniając człowieka w robala i zarazę. Dziś taki sam bunt czuję, kiedy ludzie, z którymi walczyłam o wolność, odmawiają innym wolności, prawa wyboru i prawa do godnego życia. 

Skoro nie umiemy do tych ludzi dotrzeć i ich zrozumieć, to znaczy tylko tyle, że jesteśmy słabi i ciemni.

Jeśli wierzycie, że prawie 50 procent społeczeństwa, to są ludzie, którymi należy dziś gardzić, to każda złotówka na wasze wykształcenie została zmarnowana i lepiej ją było przeznaczyć na ratowanie wolnych krów. 

I pisze to ja – zdroworozsądkowy liberał ekonomiczny. Magister ekonomii, który rozumie, że życie na kredyt ma krótkie nogi. Bo tu nie o politykę powinno chodzić najpierw, ale o drugiego człowieka. 

A temu nie zawsze trzeba coś dać, czasem starczy go zwyczajnie wysłuchać i zrozumieć.

Pierwsze, od czego powinna zacząć ta elita, to pojechać do tych ludzi. Bez kamer. I ich zapytać jak się mają, co czują i czego się boją. 

Inaczej będzie kolejnych 5 nieudanych projektów Biedronia wyliczonych na procenty i opartych na teatrze. Moje dzieci jak oglądają jego wystąpienia, to pytają, czy to program milionerzy. Bo dzieci mają intuicję i mówią mi mamo, to wszystko ściema, cała ta polityka. Zostaw to. Nie warto. Jeszcze się taka staniesz.

Żadna realna zmiana nie nastąpi bez uszanowania godności człowieka, nawet tego, albo szczególnie tego, który sobie gorzej radzi w życiu i nie poszedł na studia.

Nie będzie żadnej rewolucji, będzie ewolucja. I od nas zależy, czy po drodze zostaniemy sami na samotnej wyspie ze swoimi hasłami o demokracji, czy urządzimy tą wyspę tak, żeby ludzie, których nie rozumiemy, też mieli na niej swoje miejsce.

Możecie mnie teraz wywalić ze znajomych. Już mi jest obojętnie. A moich znajomych i przyjaciół, którzy głosowali na PiS i których mam wśród znajomych na FB przepraszam. Jest mi wstyd.

O czym to ja pisałem, o wywiadzie w „Gazecie Wyborczej” na temat godności? No więc, w „Gazecie” Justyna Suchecka przypomina, że dwa lata temu już rozmawiała z doktorem habilitowanym Przemysławem Sadurą i wtedy jej powiedział, że „wieś jest postrzegana jako niebezpieczna, bo ma tradycje populistyczne”. Pan doktor przypomniał sobie, że miał na myśli „cykliczną gotowość do głosowania na partie protestu”.  Nie powiedział przeciw czemu. Dziennikarka pyta, czy rolnikom pod rządami PiS jest dobrze?  Socjolog obwiesza, że „500 plus właściwie ostatecznie rozwiązało problem ubóstwa na wsi” i dodaje natychmiast, że jest tu jeszcze wymiar godnościowy, o którym często zapominamy.    

Dziennikarka pyta, czy mieszkańcy wsi czuli, że Koalicja Europejska im tę godność odbierze? A ja czułem coraz większą trudność brnięcia przez ten bełkot. Dlaczego? Magdalena Filiks odpowiedziała wyczerpująco za mnie, chociaż ja napisałem o tym całą książkę i setki artykułów. Poważniejsze jest pytanie, dlaczego polska inteligencja nie jest w stanie wydobyć się z tej samobójczej pogardy dla mieszkańców wsi i jak zaraziła tą pogardą przybyłych ze wsi mieszkańców blokowisk? 

Szukając odpowiedzi na pytanie, czy ktokolwiek po stronie opozycyjnej ma jakąś strategię, czytałem wywiad Moniki Olejnik z przewodniczącym PSL, Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem.

Patrząc wstecz, Kosiniak mówił, że w kampanii wyborczej Koalicji Europejskiej był zbyt duży skręt w lewo, że zbyt wiele ideologii, że w jesiennych wyborach samodzielny start będzie naturalnym wyborem.   

„To klęska, to porażka. PiS zabrał wam wieś. Jak można robić kampanię. Jak można robić kampanię bez żadnego pomysłu? – strofowała Władysława Kosiniaka-Kamysza Monika Olejnik”.

Kosiniak spokojnie wyjaśniał, że wygrana PiS na wsi nie jest żadnym zaskoczeniem, że gdyby nie PSL, to Koalicja miałaby na wsi 2 procent, a nie 20. Dodając, że PSL nie może dziś samodzielnie wygrać z PiS na wsi. 

Powodów nie wyjaśnił, a jest ich wiele. Tak jak „Solidarność Rolników Indywidualnych” nie zdołała przekonać „Solidarności” (a tym bardziej Unii Wolności), że wieś jest ważna i że na wsi mieszkają ludzie, tak PSL nawet w najlepszej koalicji, jaką miał z Platformą Obywatelską, nie zdołał nakłonić miejskich polityków do najskromniejszego zainteresowania się problemami wsi. Co gorsza, zmiany struktury zawodowej i struktury wykształcenia mieszkańców wsi i małych miast nie pociągnęły za sobą poważniejszych zmian w strukturach PSL. Masy młodych i wykształconych ludzi uciekają do wielkich miast i jest to całkowicie zrozumiałe. To jednak oznacza, że ta partia ma mało zmieniające się zaplecze. Mam wrażenie, że starzy ludowcy nie znaleźli formuły na przyciągnięcie młodego pokolenia, które w efekcie trafia do PiS, do Kukiza, do SLD. 

Nie, szef PSL nie przedstawił i chyba nie mógł jeszcze przedstawić strategii odzyskiwania wsi w kolejnych wyborach. Nie wiem jaką strategię wymyślą, ale niezależnie czy ta partia pozostanie w Koalicji, czy z niej wyjdzie, jedyną szansą zapobieżenia (czy może raczej zmniejszenia rozmiarów) wygranej PiS w wyborach parlamentarnych jest próba zrozumienia problemów wsi i wsparcie kampanii wyborczej PSL.

Jest to utopia taka sama, jak nadzieja Konarskiego, że zaczniemy myśleć o skutecznym rad sposobie, czy nadzieja Staszica, że kusząc w tytule jednym Zamojskim, przyciągnie szlachtę do pomysłów jego potomka, który chciał grzechy swojego przodka naprawić.

O tym, że wsparcie PSL przez miasto jest utopią,  świadczyły najlepiej pełne nienawiści do wsi komentarze pod doniesieniem o wywiadzie z przywódcą partii ludowców. Przekonywałem przed tymi wyborami moich sąsiadów, że stawka na PiS może okazać się złym wyborem, bo działające instytucje demokratyczne są jedyną szansą na zakończenie stuleci dyskryminacji, że powinni mieć własną siłę w Sejmie, że pieniądze na traktowane jak kiełbasa wyborcza świadczenia są wyciągane z ich własnych kieszeni. Jeden mi przytakiwał, drugi przeczył, a ja wiedziałem, że ich racje i ich nieufność mają długą historię zwycięskich walk „Za Naszą Głupotę i Waszą”.   

avatar

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com