20.07.2019

Hojność polityków dysponujących wpływami z podatków ma swoją cenę, raz taką, raz inną, ale na koniec niezmiennie wysoką. Dotyczy to wszystkich, także najbogatszych. Na próbę otrzeźwienia relacja z najnowszych wydarzeń z Eldorado na Alasce.
Stan kupiony od Rosjan za grosze to nie tylko lód, śnieg, góry, rzeki, lasy i gdzieniegdzie złoto, ale przede wszystkim wielka ropa. Wydobycie na całego rozpoczęto prawie pół wieku temu, po ułożeniu ropociągu łączącego złoża z portem nad oceanem. Rozpoczęła się finansowa bonanza.
Clem Tillion – ówczesny kongresman stanowy wspominał przed rokiem na łamach „Alaska Journal of Commerce”, że dochodami z ropy szastano na podobieństwo marynarzy balujących w porcie po bardzo długim rejsie. Mieszkańcy nie zgłupieli jednak do reszty w perspektywie olbrzymiej kasy przez długie lata i staraniem m.in. Tillona zaordynowali zmianę konstytucji stanowej w celu utworzenia funduszu oszczędnościowego na czasy po wyczerpaniu zasobów. Mechanizm utworzony po referendum przeprowadzonym w 1976 r. nosi nazwę Alaska Permanent Fund. Zgodnie z ustanowioną regułą konstytucyjną, do funduszu trzeba przekazywać co najmniej 1/4 wpływów z dzierżawy pół naftowych, tantiem od sprzedaży ropy (royalties) i temu podobnych dochodów.
Wkrótce potem nastąpiło pierwsze zasilenie funduszu w wysokości 734 tys. dolarów. Wpływy są inwestowane w celu ich pomnażania. Dodatnie saldo Alaska Permanent Fund wynosi teraz 65 mld dolarów. Alaska liczy niecałe 740 tys. mieszkańców, a więc na głowę obywatela przypada prawie 90 tys. dolarów oszczędności. Kwota nie wbija w ziemię, ale kto nie chciałby żyć tam, gdzie zamiast długów są takie zaskórniaki (całkowite zadłużenie publiczne stanu, łącznie m.in. z zobowiązaniami emerytalnymi pracowników „na państwowym”, wynosi poniżej 15 mld dol.)
Ponieważ wpływy z ropy były i są dla Alaski jak kolejne główne wygrane na loterii, w 1980 r. tamtejsi ustawodawcy uchwalili zniesienie stanowego podatku dochodowego oraz podatku pobieranego w celu finansowania szkolnictwa. Podatki szkolne występują głównie w Ameryce. Ten alaskański był symboliczny, ale uświadamiał ludziom, że edukacja ma wartość, co nie dla wszystkich jest jeszcze oczywiste. Każdy pracownik starszy niż 19 lat oddawał stanowi 10 dolarów ze swej pierwszej wypłaty w danym roku i tyle. Na Alasce nie ma też stanowego podatku od sprzedaży, czyli kilkuprocentowego z reguły dodatku do ceny detalicznej kupowanych przez ludzi towarów i usług (artykuły spożywcze i leki na receptę są najczęściej wyłączane z tego podatku).
Summa summarum, Alaska jest najhojniejszym dla podatników stanem w USA. Jest na czele rankingu stanów z najmniejszym obciążeniem podatkowym mieszkańców. Udział wszystkich podatków stanowych i lokalnych w dochodzie osobistym wynosi przeciętnie nieco ponad 5 proc., podczas gdy w stanie Nowy York prawie 13 proc. Niskie podatki są pewną rekompensatą znacznie wyższych niż gdzie indziej kosztów utrzymania, będących przede wszystkim skutkiem warunków klimatyczno-terenowych, oddalenia od świata i wielkich odległości na miejscu. Na liście „Stanów, gdzie żyje się najlepiej” Alaska jest na. 45 miejscu z 50.
Alaska rosła w siłę, więc i ludzie żyć mieli lepiej. Niedługo po utworzeniu Alaska Permanent Fund zaordynowane zostały pierwsze wypłaty powszechnej dywidendy naftowej dla obywateli. W 1982 r. praktycznie każdy mieszkaniec, niezależnie od wieku otrzymał z tego tytułu po 1000 dolarów. Zakwalifikowanie do grona beneficjentów wymaga ponad jednorocznego pobytu na Alasce i wyklucza jedynie osoby skazane wyrokiem sądowym. Rejestracja odbywa się co roku od stycznia do marca, wysokość wypłaty za dany rok ogłaszana jest we wrześniu, a przelewy wysyłane są w październiku.
Wg najprostszej miary siły nabywczej, tysiąc z 1982 r. wart byłby teraz 2600 dol. Na nasze złote byłoby to zatem jakieś 800+, ale dla wszystkich, tyle że my jednak jesteśmy dla ludu lepsi, bo bez ropy, a płacimy, choćby tylko na dzieci.
Za wypłatą dywidendy nie stała wyłącznie polityczna kalkulacja przekabacania wyborców w imię doraźnych i partykularnych interesów. Wpływy z ropy stanowią 85 proc. przychodów stanowego budżetu. Co bardziej odpowiedzialni i mądrzejsi politycy byli przekonani, że bez wypłat dla obywateli idea zachowania części wpływów na czasy po ropie przegra z postawą „cieszmy się teraz, a po nas choćby potop”. Jest coś na rzeczy — OFE, Fundusz Rezerwy Demograficznej, pamiętacie takie jeszcze?
Najwyższa nominalnie dywidenda została przekazana mieszkańcom w 2015 r. – po 2072 dolary na głowę. Był to jednak rok ostatni taki hojny. W kolejnych latach propozycje przekraczały 2000 dolarów. W 2018 r. mowa była wstępnie o 2700 dolarów, a na ten rok możliwości funduszu określono nawet na 3000 dolarów na głowę. Okoniem stawała wszakże za każdym razem stanowa legislatura, którą u nas nazwać moglibyśmy sejmikiem. Przez trzy lata ustawodawca obcinał faktyczną wysokość dywidendy o ponad 1000 dolarów w stosunku do propozycji wyjściowej. Najkrócej wyłuszczona tego przyczyna to obawa co będzie dalej, gdy w perspektywie nieuchronne wyczerpywanie zasobów ropy i narastający w społeczeństwach Zachodu sprzeciw wobec gospodarki opartej na ropie i węglu.
Przeciętny człowiek nie zaprząta sobie głowy wizjami potencjalnej apokalipsy, więc nic dziwnego, że bezpartyjny gubernator Bill Walker, który stał za cięciami, pożegnał się w następnym rozdaniu z urzędem. Zastąpił go republikanin Mike Dunleavy, który wywołał w ostatnich tygodniach wielką burzę.
Ustawodawcy alaskańscy uznali, że po stronie wydatków budżet operacyjny stanu na rok finansowy 2020, który rozpoczął się 1 lipca, powinien wynieść 8,3 mld dolarów. Gubernator uznał jednak, że to za dużo, postanowił obciąć wydatki o 444 mln dol. i postawił na swoim, bo w legislaturze nie zdołano uchwalić veta, co wymagało większości 3/4 głosów. Ucierpi przede wszystkim Uniwersytet Alaski, mniej pieniędzy dostaną liczne inicjatywy kulturalne i programy prospołeczne. Seniorzy stracą prawo do ponad 20 kg (50 funtów) darmowej żywności miesięcznie finansowanej z funduszów federalnych, za mało będzie na radio publiczne docierające do najodleglejszych zakamarków stanu i do rybaków na łowiskach itd., itd.
W sprzeciwie połączyły się obie partie, biznes i społecznicy i aktywiści, ale gubernator jest niewzruszony. Ponieważ unika mediów, wiele o jego motywacjach powiedzieć się nie da, ale wiadomo, że chce przywrócić pełne wypłaty dywidendy; w tym roku mogłoby to być 3000 dolarów na łebka. W rodzinie z dwójką dzieci – 12 tys. dolarów, bardzo konkretna sumka. Tyle że dogodzenie obywatelom w zgodzie z kampanijną obietnicą wyborczą rodzi stary dylemat, jaki mają populiści z ciastkiem, jak go zjeść, żeby zostało całe, albo wyglądało na nieruszane.
Kasa nie jest pusta, ale ma wyglądać, jakby pęczniała, podatki są symboliczne, więc można je przecież gdzieniegdzie podnieść – tu parę centów, tam parę zielonych i się zbierze, a wyborca nie uzna, że kłamałem. Taka mniej więcej może być kalkulacja gubernatora Dunleavy. Protesty trwają, ale nie zanosi się na kompromis, który mógłby polegać na pewnym obniżeniu tegorocznej dywidendy i równoczesnym dołożeniu do budżetu.
Alaskańskie 500+ trzyma się dobrze, ale powszechnego szczęścia już ze sobą nie niesie.
Jan Cipiur
