Zbigniew Szczypiński: Faszyzm po polsku

25.07.2019

Nie pytam, czy Polsce grozi faszyzm. Takie pytania stawiał Stefan Bratkowski jeszcze w 2011 roku, po pierwszych marszach z pochodniami. Marszach wywołujących u tych, co pamiętali, jednoznaczne skojarzenia.

To było jednak za wcześnie, aby opinia Bratkowskiego spotkała się ze zrozumieniem. Pamiętam reakcję Jadwigi Staniszkis i jej odpowiedź na moje pytanie, czy zgadza się z Bratkowskim. Nie podzielała ani opinii Bratkowskiego, ani moich obaw, że on ma rację. Że mamy do czynienia z odradzaniem się faszystowskich symboli, faszystowskich treści, organizacji odwołujących się wprost do faszyzmu.

Minęło osiem lat. Przez wszystkie te lata narastały problemy z organizacjami odwołującymi się do treści narodowych, budującymi postawy nacjonalistyczne wśród swoich członków. W wyborach roku 2015 to z list Pawła Kukiza do Sejmu weszli posłowie – reprezentanci takich organizacji. Jak łatwo było przewidzieć – opuścili szeregi formacji Kukiza, mają własne koło poselskie. Są w formacji marszałka – seniora Kornela Morawieckiego, ojca obecnego premiera. Jeden z tych posłów został wiceministrem w jego rządzie. W wyborach do parlamentu europejskiego startowali już pod własnym znakiem, w wyborach na prezydenta Gdańska ich reprezentant też startował w wyborczym wyścigu.

Obecność polskich faszystów na krajowej scenie politycznej nie podlega dyskusji. Oni po prostu są tutaj i mają się dobrze. To jest prosty fakt, rzecz niepodlegająca dyskusji – musi to przyznać każdy, komu ideologiczne klapki na oczach nie odebrały zdolności do logicznego rozumowania i wyciągania poprawnych wniosków z oczywistych faktów.

Nie czas teraz na drobiazgowe omawianie zdarzeń medialnych takich jak ujawnienie różnych stowarzyszeń i organizacji odwołujących się wprost do niemieckiego nazizmu – najgorszej odmiany faszyzmu. Wszyscy widzieliśmy słynne uroczystości ku czci urodzin Adolfa Hitlera. Film o nich obejrzała cała Polska dzięki dziennikarzom telewizji TVN, nie służb specjalnych polskiego państwa — jak to być powinno.

Pamiętamy, jak wymiar sprawiedliwości sterowany przez polityka formacji rządzącej zabierał się do tej sprawy.

Pamiętamy, że prokuratura zamierzała postawić zarzut propagowania treści faszystowskich… dziennikarzowi. Widzimy do dziś, z jak „wielką sprawnością i zaangażowaniem” prokuratura prowadzi tę sprawę.

Pamiętamy, jak inni „bohaterowie”, w tym były ksiądz Międlar, publicznie dziękowali Zbigniewowi Ziobrze. Jak mimo upływu wielu miesięcy prokuratura nie postawiła zarzutów osobom wieszającym na szubienicach portrety europosłów z Platformy – podobno z powodu trudności w identyfikacji sprawców. Których cała Polska mogła zobaczyć na filmie.

Pamiętamy, jak prokurator prokuratury białostockiej odmówił wszczęcia dochodzenia wobec osób i organizacji posługujących się swastyką, uznając ją za starohinduski symbol słońca, jak wreszcie gesty klasycznego „hajlowania” prokurator potraktował jako… zamawianie piwa.

To tylko najprostsze przykłady z naszej politycznej rzeczywistości. Jest ich znacznie, znacznie więcej. Ale jako przykład – wystarczy.

A co w relacjach polskich faszystów z polskim kościołem katolickim?

Tu jeszcze lepiej. Kościół katolicki w Polsce, pretendujący do rządu dusz Polaków, wspiera i propaguje organizacje narodowców i kiboli nazywając je wprost emanacją polskiego ducha; a ich członków nazywa obrońcami wiary. Szczytowym wydarzeniem jest coroczna pielgrzymka tych organizacji i środowisk na Jasną Górę – do najważniejszego polskiego sanktuarium. To, co się dzieje na Jasnej Górze — przechodzi wszelkie wyobrażenia o całkowitym oderwaniu polskiego kleru od elementarnych wartości chrześcijańskich, od nauczania papieża Franciszka.

Ostatnie wydarzenia w Białymstoku, o których informacje poszły w świat i przyprawiły nam gębę fanatyków i faszystów — dowiodły wyraźnie: to, co tam się stało, jest prostą konsekwencją długotrwałych procesów odradzania się polskiego faszyzmu. To, co zaczęło od marszu z pochodniami prawie dziesięć lat temu — rośnie w siłę i ma się dobrze.

I niech nikt mi nie mówi, że polskich faszystów nie ma w Sejmie. To nieprawda, są i wiele wskazuje na to, że będzie ich więcej. Przy takim jak dziś klimacie politycznym, takiej ostrej walce politycznej — narodowcy i w ogóle ekstremiści wszelkiej maści są tam potrzebni.

Potrzebni oczywiście władzy, która rozpętuje nienawiść celowo — czy to do uchodźców, czy gejów i lesbijek. Potrzeba wroga zawsze pomaga wzmocnić poczucie więzi swoich, naszych, polskich patriotów co to dadzą odpór światowemu lewactwu i zachodniemu zepsuciu.

Przyglądając się, jak Jarosław Kaczyński reżyseruje kampanię wyborczą swojego ugrupowania, wiem jedno — nie będzie odwrotu, nie będzie odcięcia się od nacjonalistów i faszyzujących organizacji. To jest bowiem jego zaplecze, jego żołnierze. Polski kościół katolicki też nie odetnie się od ludzi, którzy z nienawiścią w sercu, bluzgami na ustach noszą koszulki z napisem „Armia Boga”.

Tak, to jest armia ich boga, boga władzy i mamony.

To im, w niedzielę po wydarzeniach sobotnich w Białymstoku dziękowali księża z ambon. To był prawdziwy obraz kościoła, a nie wymuszone polityczną kalkulacją słowne odcięcie się od wydarzeń. Jak można w ciągu kilku dni głosić tak diametralnie różne treści, jak nastąpiło w wypowiedziach białostockiego arcybiskupa? Przypomnę – przed marszem równości arcybiskup Białegostoku wprost wzywał, aby dać odpór zgorszeniu i lewactwu. Kibole i narodowcy po prostu posłuchali.

Lament niektórych duchownych nad obrazkami bicia i kopania leżących jest cichy i nie jest szczery. Szczere były słowa proboszczów, którzy w niedzielę w dzień po zajściach dziękowali obrońcom wiary.

I na koniec jeszcze jeden wątek. Początki tych złych zjawisk, odradzania się polskiego faszyzmu, moim zdaniem, biorą się z nieopanowania ruchu kibolskiego.

To, co było objawem profesjonalizacji działań kibiców piłkarskich: tworzenie organizacji kibiców poszczególnych drużyn, budowanie silnych więzi ze „swoim” klubem i jego zawodnikami — już bardzo dawno stało się patologią. Zrzeszenia kibiców zmieniły się w gangi kiboli – ludzi zdolnych do wszystkiego. Zdolnych do łamania prawa, do tworzenia mafijnych powiązań ze światem piłki. Piłki, w której dzisiaj roli głównej nie grają zawodnicy, a pieniądze. Duże, a nawet wielkie.

Odwołam się do własnej pamięci – jeszcze na początku lat 90, jako poseł na Sejm II kadencji, gdzieś w jakimś studiu radiowym czy telewizyjnym zaproponowałem, bazując na swoich wiadomościach o tym, co dzieje się w klubie kibiców Lechii Gdańsk, żeby uznać go (ten klub kibiców) za organizację przestępczą.

Ten — przyznaję, ostry postulat — opierałem na wiedzy o tym, jakimi metodami starsi członkowie klubu kibica Lechii werbowali młodzież, często dzieci. Były to lata, w których radia samochodowe były wyjmowane, nie montowane na stałe, jak jest to dziś. Kandydaci na członków klubu kibica otrzymywali proste zadanie – przynieś radio z tego i tego samochodu, a będziesz przyjęty. I to było skuteczne, dziecko przynosiło radio z kradzieży i zostawało członkiem klubu kibica Lechii Gdańsk. Gdy następowała „wsypa”, jako dziecko nie stawało przed sądem, a zdobycz zasilała kasę klubu.

To były początki przestępczej działalności kibiców piłkarskich. Teraz to inny świat, inne interesy, inne pieniądze. Większe. Wspólne jest tylko jedno — przestępczy charakter.

Pamiętam, jakie były reperkusje tej mojej oceny. Nie były przyjemne, ale przeżyłem. To już coś.

Stawiam tezę, że tam jest początek. To z tego ruchu, z tych środowisk rekrutują się ludzie potrzebujący poczucia wspólnoty, szukający wsparcia. Patriotyzm klubowy to prawdziwe poczucie więzi ze swoim klubem, myślenie o innych klubach jako o wrażych państwach. Wszyscy są wrogami — chyba że akurat zawarliśmy sojusz. Ale ten nigdy nie trwa długo, patrz sojusz najbardziej zwaśnionych klubów kibiców piłkarskich w dniach pogrzebu papieża Wojtyły – trwał chyba dwa tygodnie.

Nie da się zrobić porządku z jawnie faszyzującymi organizacjami bez wyprostowania sytuacji pozornie odległej od polityki: sytuacji w klubach kibiców piłki nożnej.

No to co, ktoś teraz powie Idziemy po was?

Powiedzieć — może i powie. Ale czy pójdzie?

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com