28.09.2019

Wprawdzie od interesującej wymiany zdań pomiędzy Jakubem Bierzyńskim („Moralność nie zależy od wiary” a Michałem Szułdrzyńskim („Fałszywa alternatywa liberalizmu”) na łamach „Rzeczpospolitej” (18 06 2019) minęło już trochę czasu, to jednak może warto do niej wrócić, bo zawiera ona wątki, które przekraczają ramy publicystycznego sporu.
Przede wszystkim zwraca uwagę pewna jednostronność w podejściu zarówno do religii, jak i do tradycji oświeceniowej.
Myślę, że warto pewne rzeczy przypomnieć i sprostować. Przede wszystkim zacząć trzeba od tego, że Bierzyński stworzył fałszywą alternatywę, którą na dodatek doprowadził do absurdu („Tylko Kościół, piętnując grzech, powstrzymuje nas od występków i zbrodni. Ateiści pozbawieni są moralności. Po drugiej stronie jest tylko nihilizm”). Być może są tacy publicyści i tacy politycy, a nawet teologowie, którzy tak twierdzą (zwłaszcza w Polsce), jednak utożsamianie tak idiotycznego stanowiska z religią czy nawet z katolicyzmem jest zwykłym nieporozumieniem.
W tekście Bierzyńskiego pojawiają się różne osobliwości, wynikłe z przyjętej tezy o trwałym antagonizmie wiary i niewiary. Najpierw stwierdza, że nie ma związku religii z moralnością (co jest banałem, już w latach 80. uczyłem się na teologii o autonomii moralnej wierzącego), a potem dostrzega (odwołując się do „twardych danych”) negatywną korelację między jakością życia a wiarą: „Istnieje natomiast związek pomiędzy religijnością a jakością życia mierzoną obiektywnymi wskaźnikami. Jest to silny związek negatywny: im bardziej religijny naród, tym niższa jakość życia”.
Śmiem wątpić w wartość tego typu porównań, biorąc pod uwagę choćby społeczeństwo amerykańskie. Jednak koronnym argumentem autora artykułu „Moralność nie zależy od wiary” jest przekonanie, że wraz ze zwycięstwem oświeceniowej ideologii nastanie świetlana przyszłość i nastąpi kres religijnemu obskurantyzmowi, gdyż jego zdaniem „Wartości oświecenia są zaprzeczeniem myślenia religijnego”. Czyżby? Warto sięgnąć do genezy tego nurtu myślowego, by wystrzegać się tak kategorycznych osądów.
Z osobliwościami myślenia o religii Jakuba Bierzyńskiego rozprawia się Michał Szułdrzyński. Robi to jednak w sposób, który budzi moje wątpliwości.
Najpierw przyjmuje, jak się rzekło wątpliwą tezę Bierzyńskiego, że „filozofowie oświecenia popełnili jeden kolosalny błąd”, gdyż „uznali, że trzeba odrzucić chrześcijaństwo”. Aż prosi się o listę tych filozofów; owszem byli tacy, ale czy można samo oświecenie do nich sprowadzić? Prawdą jest natomiast, że „oświeceniowe wartości wyzute z chrześcijaństwa przestają być oczywiste”, jednak i tu pojawia się pytanie, kto taki proceder przeprowadza i w jakim celu? Szułdrzyński przy okazji strofuje liberałów stwierdzając, zasadnie zresztą „że nie może istnieć państwo, które nie promuje żadnych zasad etycznych”.
Pytanie, czy znowu nie mamy tutaj do czynienia z banałem, no bo przecież w istocie takie państwo istnieć nie może i przypisywanie intencji obrony państwa bez etyki jednemu z najwybitniejszych teoretyków zasady sprawiedliwości wydaje mi co najmniej niesprawiedliwe, nawet jeśli w roli krytyka występuje tak wybitny etyk, jak Alisdair MacIntyre. Spróbujmy więc uporządkować pewne sprawy i zastanowić czy w istocie mamy do czynienia z dramatycznym dylematem, czy raczej z konceptualnym nieporozumieniem.
Oświecenie nie jedno ma imię
Jeden z najbardziej błyskotliwych krytyków religii był francuski filozof Wolter. Był on też błyskotliwym uczniem jezuickiego kolegium w Paryżu, w którym zapoznał się nie tylko podstawami historii filozofii, ale nabył też umiejętności krytycznego i niezależnego myślenia.
Wolter nie był wyjątkiem. Oświecenie w takich krajach jak Polska czy Hiszpania było dziełem przede wszystkim kleru i biskupów.
Przypomnę to, co wszyscy wiedzą. Oświeceniowy przełom w polskiej edukacji dokonał się dzięki dziełu Komisji Edukacji Narodowej, której główny trzon stanowili byli jezuici, którzy po rozwiązaniu zakonu przez papieża Klemensa XIV zasilili szeregi znakomitych wychowawców.
Jedną z najważniejszych instytucji oświecenia publicznego w Polsce stała się publiczna biblioteka braci Załuskich. Obaj byli biskupami. A pijar Stanisław Konarski, czy swoje przełomowe dzieła pisał przeciw katolicyzmowi, czy z zamiarem odnowy tego wyznania?
Nie sposób nie wspomnieć jednego z najważniejszych przedstawiciela polskiego oświecenia, który był nie tylko znakomitym poetą, ale i biskupem. Mam na myśli oczywiście Ignacego Krasickiego, któremu dzisiejsze standardy „poprawności katolickiej” zapewne przydałyby tytuł antyklerykała i niszczyciela polskiego Kościoła katolickiego.
Podobnie oświecenie angielskie czy niemieckie nie miało charakteru antyreligijnego, choć można się zastanawiać czy David Hume lub Immanuel Kant byli ortodoksyjnymi członkami swoich wspólnot religijnych. Raczej nie. Owszem przyczynili się do radykalnego przemyślenia chrześcijaństwa, ale na pewno go nie odrzucali w imię „wartości oświeceniowych”.
To samo trzeba powiedzieć o luminarzach oświecenia amerykańskiego, którzy stworzyli jeden z najbardziej nowoczesnych dokumentów prawnych, w którego preambule nie znalazło się odwołanie do Boga. Z prostego powodu, przyjęli za swoją zasadę Thomasa Paina „moim kościołem jest mój umysł”. Również o większości filozofów francuskich mówimy, że byli deistami raczej niż ateistami. Tak więc przeciwstawianie oświecenia religii jest pozbawione podstaw.
Religia zmienną jest
To oczywiście nie znaczy, że religia nie była krytykowana, a nawet odrzucana. Jednak działo się to w imię samej religii, a nie przeciw niej. Z ognia oświeceniowej krytyki zastanych form religii wyłoniła się jej nowa, oświecona właśnie forma. Podobnie jak kilka wieków wcześniej stało się to w burzliwych debatach, a nawet wojnach religijnych okresu reformacji.
Pod koniec XIX wieku mieliśmy do czynienia z nowym kryzysem, którego echa nie umilkły do dzisiaj. Chodzi o tzw. kryzys antymodernistyczny wywołany przede wszystkim obsesjami papieża Piusa IX. Jednak gdy się mu przyjrzeć bliżej to zobaczymy, że jego ofiarami padali przede wszystkim ludzie religijni, którzy właśnie w imię rozumu i oświecenia starali się na nowo zdefiniować swoją religię i pobożność. Dla nich nie było żadnego zagrożenia krytycznym podejściu do tekstu biblijnego czy w teorii Darwina (sam Darwin zresztą był człowiekiem głęboko religijnym). Owszem szukali, często z powodzeniem, dialogu z naukami odsłaniającymi nowe perspektywy ludzkiego poznania. Niestety upór instytucjonalnych kościołów, w tym zwłaszcza katolickiego, sprawił, że do dzisiaj wielu patrzy na religię jako ostoję zacofania i lęku przed nauką. Wydawało się, że wraz z Soborem Watykańskim II katolicyzm ostatecznie opuścił mury oblężonej twierdzy i wszedł w twórczy dialog ze współczesnością. Jak widać nie do końca tak się stało.
Sapere auso
I na koniec krótki komentarz do medalu, jaki przyznawał szczególnie zasłużonym w szerzeniu oświeconej myśli ostatni król Polski Stanisław Poniatowski. Jednym z nich był wspomniany wyżej Stanisław Konarski, za to, że „odważył się być mądrym”. To był rok 1771.
Również dzisiaj takie medale są przyznawana. O wiele wiem, ich laureatami rzadko bywają teologowie. A szkoda. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek potrzeba w polskim katolicyzmie ludzi, którzy odważą się mądrze wskazywać jak wielką krzywdę wyrządzają właśnie religii i kościołowi publicyści, politycy i księża, którzy wypaczając jej sens nazbyt pośpiesznie wchodzą w alianse zaprzeczające nie tylko racjonalności ale i zdrowemu rozsądkowi. Tak więc istnieje trzecia możliwość między odrzuceniem (źle rozumianego) oświecenia i odrzuceniem (również źle rozumianej) religii. To rozum oświecony wiarą, który jednych prowadzi do ateizmu innych do religii. Jednak ta decyzja jest wtórna wobec samego poddania się światłu pochodzącemu spoza nas i powinna być uszanowana jako prawo jednostki do stanowienia o sobie. Jak mówił w Castel Gandolfo Jan Paweł II do uczestników konferencji „Oświecenie dzisiaj”: „samo słowo »oświecenie« może być pojmowane jako iluminacja, dar światła z wysoka”.
Moim zdaniem odwaga myślenia dzisiaj oznacza przede wszystkim konsekwencję i spójność w myśleniu, które przekłada się nie tylko na słowa, ale i na czyny. Jako wierzący i jako niewierzący powinniśmy wspólnie wydać walkę współczesnym formom obskurantyzmu i fanatyzmu. Czy to religijnego, czy politycznego.
Istnieje bowiem rozległa przestrzeń łącząca ludzi myślących. Pisał o tym przed laty Leszek Kołakowski, gdy stwierdzał: „Kultura, by żyć, zawsze potrzebuje skłócenia przeciwstawnych racji, racji absolutnie pewnych bowiem nie ma”. To też jest dziedzictwo oświecenia i … religii. Warto też wspomnieć o ważnej książce niemieckiego historyka Ulricha L. Lehnera „Katolickie oświecenie: zapomniana historia globalnego ruchu”. Książka ukazała się już w tłumaczeniu na język niemiecki (oryginał został opublikowany po angielsku) i litewski. Sądzę, że warto by ukazała się również w wersji polskiej.
Tym bardziej że teraz w dyskursie publicystycznym, a nawet naukowym w Polsce, dominuje wersja katolicyzmu zgoła nieoświeconego.


Co to jest oświecony katolicyzm? Czy to taki który akceptuje powszechnie przyjęte dokonania nauki i humanitarne zasady współżycia ludzi? A może taki który w praktyce przestrzega nauk Jezusa z Ewangelii?
Wydaje się, że przez ostatnie dwa tysiące lat nie było takiego zjawiska jak oświecony katolicyzm. Może to po prostu oksymoron.
Sceptyczny komentarza zrozumiały w polskim kontekście. Jednak przywołana przeze mnie książka Lehnera „The Catholic Enlightenment: The Forgotten History of a Global Movement ” z 2016 nie bez powodu została uznana za wydarzenie naukowe. Po prostu warto w kontekście dyskusji o oświeceniu przypomnieć wkład katolików w ten ruch umysłowy.
Czyli „katolicyzm tak, wypaczenia nie”. Hm… Nie, nie piszę się na to. Ani na podobnie brzmiące „chrześcijaństwo tak, wypaczenia nie” albo „religia tak, wypaczenia nie”. Można oczywiście za pomocą intelektualnego skalpela wyciąć z doktryny piękne idee. Można (i trzeba naturalnie) przypominać niewątpliwie religijne inspiracje muzyki Bacha czy Arvo Pärta. Ale czy można muzyką, malarstwem, literaturą zrównoważyć to, co w imię katolicyzmu, chrześcijaństwa, religii uczyniono wcale nie pięknego i dobrego? Usprawiedliwić? Zapomnieć?
Pirs i PK ze sobą dyskutują i pewnie moje trzy grosze nie jest im potrzebne, ale jednak je wtrącę. Otóż chrześcijaństwo (katolicyzm to jego część składowa) powstało stosunkowo niedawno, jeśli je odnieść do innych religii. A oświecenie to tylko maleńki fragment, chwila wręcz przez wielu wprost niezauważona, w Polsce właściwie nie pozostawiła śladu. Tym bardziej warto ją przypominać nie tracąc nadziei, jak ja, że się jeszcze powtórzyć może.
Jan Hartman, tez profesor, napisał w Polityce artykuł, który zaczyna się tak: „W sobotę odbył się w Lublinie II Marsz Równości. Wokół gromadziły się, ramię w ramię, zastępy wulgarnych osiłków wywrzaskujących wyzwiska i pogróżki, oraz pobożnych, rozmodlonych katolików. Połączyła ich Sprawa.” Nie wiem, co dalej, bo nie prenumeruję. Ale mogę sobie wyobrazić tych żarliwie wrzeszczących i tych żarliwie rozmodlonych. Połączyła ich nie tylko Sprawa, ale przede wszystkim fanatyzm i tępota.
Dodam jeszcze, ze po stronie atakującej, choć w swoim mniemaniu atakowanej, na pewno nie było tych nielicznych oświeconych katolików, o których i dla których pisze profesor Obirek. Prawdopodobnie nie było ich także w samym marszu, choć może się mylę. Moim zdaniem, o oświeconych katolikach można będzie zacząć mówić dopiero wtedy, gdy będą maszerować w Marszu Równości z krzyżami pomalowanymi na tęczowo i z wielkimi transparentami „Jestem katolikiem i wierzę, ze Chrystus umarł także za gejów.” A dopóki to się nie dzieje, należy raczej mówić o katolikach kanapowych, ale niekoniecznie oświeconych.
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1926502,1,kosciol-chce-nawracac-ludzi-lgbt-jako-etyk-wciaz-tego-nie-pojmuje.read