Maciej Kozłowski: Ze ma jesz

21.01.2020

Zaczynam po hebrajsku, bo podobno najlepiej jest czytelnika najpierw zaintrygować. A ponieważ rzecz będzie o zbliżających się wyborach, a wielu, i to właśnie w naszej bańce, „już nie może o polityce słuchać” takie zaintrygowanie wydaje się konieczne, podobnie jak krótkie wprowadzenie historyczne.

Zwrot ten to początek politycznego hasła, które w Izraelu weszło do potocznego języka, a które najpełniej sprawdziło się już podczas izraelskiej wojny o niepodległość. Całe hasło brzmiało Ze ma jesz we’im ze nenaceach (יש לנו את מה שיש לנו וננצח עם זה) co znaczy Mamy to,co mamy i z tym zwyciężymy.

Przypomnijmy: po rezolucji ONZ, która zapowiadała utworzenie na terenie brytyjskiego mandatu dwóch państw żydowskiego i arabskiego, co społeczność żydowska przyjęła z entuzjazmem, a społeczność arabska zaś zarówno w samej Palestynie w całym świecie muzułmańskim jednoznacznie odrzuciła, wojna była nieuchronna. Jej wynik mógł wydawać się z góry przesądzony. Kraje arabskie, nie tylko były ponad stokrotnie liczniejsze (660 tysięcy do ponad stu milionów), ale posiadały potężne armie wyposażone w ciężką broń lotnictwo i siły pancerne, podczas gdy żydowska społeczność Palestyny liczyła jedynie kilkadziesiąt tysięcy zakonspirowanych ochotników (wszak Palestyna była wciąż pod władza brytyjską) kilka sportowych samolotów i kilkanaście opancerzonych domowym sposobem ciężarówek.

Jak wiadomo po trwającej kilka miesięcy wojnie to strona izraelska odniosła druzgocące zwycięstwo. O tym, jak się to stało napisano setki książek. Przywoływano von Clausewitza i Napoleona (nieważna jest przewaga „w ogóle”, lecz w danym miejscu i czasie) wyliczano rozliczne błędy wojskowe i polityczne strony arabskiej, ale wydaje mi się, że jednak najważniejszym był czynnik psychologiczny. Zwycięża ten, kto mocniej w zwycięstwo wierzy i walczy nie zastanawiając się nad stosunkiem sił.

Wybory to też swoista wojna, w której przede wszystkim chodzi o maksymalne zmobilizowanie własnych szeregów. Nie, nie do daniny krwi, a jedynie do otrząśnięcia się na jedna niedługą chwilę z wygodnego lenistwa, niefrasobliwości czy demonstracyjnego braku zainteresowania losem wspólnoty. Jednak, żeby wybory wygrać, trzeba przede wszystkim w wygraną uwierzyć. A tymczasem wszystkie dotychczasowe sondaże wskazują, że po stronie zwolenników obecnej władzy w wygraną własnego kandydata wierzy ponad 95 potencjalnych wyborców, po stronie naszej mniej niż połowa. Jeśli przystępuje się do bitwy nie wierząc w wygrana wygrać jej nie można.

Przy czym, dalibóg, trudno mi zrozumieć źródła tego pesymizmu. Owszem sondaże wskazują na Andrzeja Dudę jako przyszłego zwycięzcę, ale różnica w poparciu w stosunku do najbardziej prawdopodobnej kandydatki mieści się poniżej błędu statystycznego. Tak zresztą było zawsze, gdy o reelekcję ubiegał się urzędujący prezydent. Przykład Bronisława Komorowskiego był przytaczany wielokrotnie: 12 stycznia 1915 roku jego przewaga nad Andrzejem Dudą wynosiła 65 do 21 procent Wówczas wiarę w zwycięstwo Andrzeja Dudy deklarowało 8 procent badanych. Nawet Aleksander Kwaśniewski, który w wygrał wybory już w pierwszej turze w czasie kampanii zjechał w sondażach o kilka procent. Tymczasem według żadnego z opublikowanych sondaży Andrzejowi Dudzie nie udaje się przebić pułapu połowy głosów, którymi i to z dużym zapasem dysponowali w tym samym czasie Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski.

Drugim źródłem pesymizmu, często przytaczanym, są wyniki trzech ostatnich wyborów: samorządowych, europejskich i parlamentarnych, w których jakoby strona demokratyczna poniosła trzy sromotne klęski. Rzeczywistość jest jednak zgoła odmienna.

Ostatnie trzy tury wyborów, jeśli spojrzymy na nie w liczbach bezwzględnych, wskazywały na niemal doskonale wyrównaną liczbę zwolenników demokracji w kształcie klasycznym i demokracji takiej jak rozumie ją PiS. Przewaga 4 mandatów w sejmie na rzecz Zjednoczonej Prawicy nad pozostałymi ugrupowaniami uzyskana w wyniku ostatnich wyborów nie wynikała z liczby oddanych na tworzące ją ugrupowania głosów, lecz wyłącznie dlatego, że PiS w przeciwieństwie do partii demokratycznych wystawił tylko jedną listę, na którą oddano 8 051 935 głosów. Na trzy komitety demokratyczne: KO, Lewica i PSL oddano o 906 859 głosów więcej. A więc to nie PiS i jego przybudówki mają za sobą większość Polaków, lecz partie demokratyczne.

Obraz zakłóca nieco ponad milion głosów oddanych na Konfederację, osobliwy konglomerat, który trudno jednoznacznie zakwalifikować. Jeśli jednak do obozu demokratycznego dodamy Bezpartyjnych Samorządowców i Mniejszość Niemiecką wynik jest niemal dokładnie remisowy. I właśnie ten remis na skutek innego sposobu liczenia głosów przełożył się na przewagę, choć minimalną, obozu demokratycznego w senacie. Lecz obóz demokratyczny, zamiast cieszyć się ze zwycięstwa w Senacie, ogłosił klęskę, a za jej winnego uznał architekta paktu senackiego, Grzegorza Schetynę. Zaiste osobliwa logika!

Tak czy inaczej, ani o sromotnej klęsce obozu demokratycznego, ani druzgocącej przewadze PiS-u i jego przybudówek trudno mówić. Przeciwnie, gdyby owe 18 milionów Polaków poszło dokładnie w tym samym składzie do drugiej tury wyborów prezydenckich i zagłosowało nie według partyjnych sympatii czy antypatii, lecz tak jak nakazuje logika i zdrowy rozsądek za demokracją czy za państwem rządzonym, autorytarnie wynik byłby przesądzony. Kandydat obozu demokratycznego — ktokolwiek by nim był — odniósłby zwycięstwo.

Jednak modele teoretyczne, a świat realny to dwie rzeczywistości. I tu powracamy do hasła „Ze ma jesz we’im ze nenaceach”. Mamy to, co mamy i z tym musimy zwyciężyć. Obóz PIS-u zrozumiał to w lot i postępuje stosownie. Ich kandydat, Andrzej Duda nie jest, oględnie mówiąc, idealnym wzorem głowy państwa. Liczba gaf i to nie niewinnych jak w przypadku Bronisława Komorowskiego z jego dysleksją, lecz znacznie poważniejszych jest ogromna, o takich drobiazgach jak łamanie prawa (ułaskawienia) i konstytucji nie wspominając. Mimo to cały obóz władzy, cały aparat państwa, cały aparat propagandowy karnie prowadzą jednolitą, dobrze przemyślaną kampanię. Głosów sprzeciwu, czy nawet refleksji, czy naprawdę Andrzej Duda to najlepszy reprezentant 38-milionowego europejskiego narodu po tej stronie podziału politycznego brak.

Po stronie demokratycznej obraz jest dokładnie odwrotny. Od intelektualistów i komentatorów, poprzez media na prostych facebookowcach czy twitterowcach kończąc trwa nieustanny festiwal narzekań. Szczególnie od chwili, gdy Koalicja Obywatelska wybrała swoją kandydatkę, która ma największe szanse na zmierzenie się i pokonanie w II turze Andrzeja Dudy. Że ma za mało charyzmy, że nie jest wyrazista, że jest mało porywająca, że jest za bardzo lewicowa, że jest za bardzo kościelna, słowem wszyscy załamują ręce i wieszczą klęskę. Aż chciałoby się, żeby ktoś choćby się półgębkiem zająknął się o jej inteligencji, doświadczeniu, twardej obronie praw kobiet, słowem o tym wszystkim, co ją odróżnia od Andrzeja Dudy.

Tego rodzaju załamywanie rąk i wieszczenie mogą mieć niestety walor samospełniającego się proroctwa. Jeżeli znacząca liczba tych, którzy zamierzają głosować przeciw Andrzejowi Dudzie z góry zakłada, że jest on najprawdopodobniejszym kandydatem do zwycięstwa, to rzeczywiście tak się może wydarzyć. Zostanie on prezydentem na następne pięć lat ze wszystkimi tego konsekwencjami, z których najbardziej prawdopodobną jest, że będą to ostatnie wybory, w których wynik nie jest z góry przesądzony. Pamiętajmy, w PRL też były wybory tajne równe i bezpośrednie, a rządowa telewizja starannie sprawdzała, czy jest wystarczająca ilość miejsc za kotarą. I też dawano wówczas odpór płynącym z zagranicy glosom w obcych językach, które owych wyborów nie uważały za demokratyczne.

Jak na razie jednak wciąż mamy szansę na odmienny scenariusz i to szansę jak najbardziej realną. Pod jednym wszelako warunkiem. Musimy uwierzyć, że zwycięstwo jest możliwe i zrobić wszystko, aby stało się ono faktem. Nieustanne narzekanie, że nasi kandydaci nie są ideałami ani na krok nas do tego nie przybliża. Wręcz przeciwnie może być czynnikiem przesądzającym o wyniku. Przypomnę podane na wstępie obliczenia. Elektorat, dla którego trójpodział władz i system, w którym wynik wyborów zależy od wyborców, a nie od liczących głosy, to połowa głosujących w ostatnich wyborach. Podział społeczeństwa jest głęboki, o wyniku wyborów zdecyduje zatem jedno: kto potrafi lepiej zmobilizować własny elektorat. Mobilizacja zaczynająca się od stwierdzenia, że kandydat, na którego należy głosować nie jest idealny i dlatego na pewno przegra — nie wydaje się na to najlepszym przepisem.

Dane z ostatnich wyborów pokazują, że największa absencja wyborcza jest w grupie wiekowej między 18 a 29 rokiem życia, a najliczniej na dzisiejszą opozycje głosują wyborcy w przedziale wieku między 40 a 60 rokiem życia. Do wygrania potrzeba zatem choćby jednego. Zwolennicy demokracji muszą przekonać do glosowania własne dzieci. Jeśli jednak owe dzieci przy okazji wszystkich rodzinnych spotkań słyszą tylko jacy to nasi kandydaci są nieudaczni trudno założyć, że z entuzjazmem pójdą na nich głosować, czy też przekonają do glosowania swoich kolegów, czy koleżanki. Mimo że władza ma docierająca do wszystkich zakątków kraju telewizję, że na jej usługach jest przytłaczająca większość ambon, że w kampanie Andrzeja Dudy zaangażowany jest cały aparat państwa, kluczowe są rozmowy przy rodzinnych stołach, w pracy, w starszych klasach liceów, na uczelniach, przy piwie lub po wyjściu z kościoła. To tam zapadają decyzje.

Podobnie demobilizujące są nieustanne narzekania na opozycję, że źle prowadzi kampanie, że nie robi tego, tamtego a w ogóle nie jest taką, jaką byśmy sobie wymarzyli. W nadchodzących wyborach, jak bodaj nigdy wcześniej zasadne jest słynne powiedzenie Kennedy’ego, które można strawestować tak: Nie pytaj co opozycja może zrobić, aby demokracja nadal istniała, lecz co ty możesz zrobić by kandydat czy najprawdopodobniej kandydatka opozycji wybory wygrała. I to ta kandydatka, bo innej nie ma i nie będzie. Zde ma jesz!

A jest do zrobienia naprawdę wiele poza nieustannym narzekaniem. W każdej nawet najmniejszej miejscowości i w każdym środowisku są zwolennicy demokracji. Tyle tylko, że muszą się skrzyknąć, nie atakować nawzajem no i zawrzeć swoisty pakt. W drugiej turze nie strzelamy fochów, nie obrażamy się, że to nie nasz kandydat do niej przeszedł, lecz głosujemy za demokracją. Pozostanie w domu dlatego, że kandydat czy kandydatka powiedzieli coś co nam się nie spodobało, a w ogóle to wystawiająca ją partia wiele lat temu nie zrobiła tego co powinna była według nas zrobić jest oddaniem swego głosu na Andrzeja Dudę ze wszystkimi tego konsekwencjami. I teraz już nie będzie tłumaczenia, że przecież nie wiedzieliśmy, jakie będą tego konsekwencje. Teraz już wiemy. A jeśli ktoś jeszcze do końca nie wie, wystarczy otworzyć rządową telewizję. Ale – powtórzę: aby kogokolwiek przekonać, trzeba go zarazić entuzjazmem. A jak to zrobić widzieliśmy w czasie ostatniej edycji Wielkiej Orkiestry. Tysiące pomysłów, inicjatyw, akcji, bez czekania, że wszystko za nas zrobi Jurek Owsiak.

Że nie można porównywać akcji charytatywnej z polityką? Chyba jednak można. Wybór, którego dokonamy w maju będzie miał na nasze życie w tym na jakość służby zdrowia wpływ bez porównania większy niż miliony zebrane w zbiórkach ulicznych i licytacjach. Trzeba tylko uwierzyć w zwycięstwo i swoją wiarą zarazić innych.

Maciej Kozłowski

Ur. 12 stycznia 1943 

Polski historyk, dziennikarz, publicysta, działacz opozycji w okresie PRL, dyplomata, w latach 1999–2003 ambasador RP w Izraelu.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com