Zbigniew Szczypiński: Rzeczy ostateczne i bieżąca chwila

02.04.2020

Tak naprawdę tematem, którym chciałem się zająć była śmierć jako stan i umieranie jako proces osiągania tego stanu. Sprzyja temu czas, w którym przyszło nam żyć.

Pandemia, jaka idzie przez świat, narastająca groza widoczna w obrazach z włoskiej Lombardii, Hiszpanii czy Nowego Yorku (tu jesteśmy na początku kataklizmu), kolejne raporty i modele matematyczne, ukazujące co jeszcze przed nami musi wywoływać takie refleksje. Czynnikiem dodatkowym, ale tylko mnie tyczącym jest mój wiek i towarzysząca mi od dwóch lat choroba, na którą moje państwo, w osobie miłej pani pracującej w rejestracji Gdańskiego Centrum Medycznego patrząc na moje skierowanie do kliniki hematologicznej, powiedziało — oczywiście, możemy pana zarejestrować — za trzy lata.

Będąc w grupie podwyższonego ryzyka, a właściwie będąc bez szans w starciu z Covid-19, ucieczkę w tematy sygnalizowane na starcie trzeba uznać za coś naturalnego, ale… mając takich rządzących, jakich mamy — nie da się uciec od tego, co tu i teraz.

No to może najpierw o tych tematach i sprawach ostatecznych.

Śmierć jest stanem. Jej definicje się zmieniały. Współcześnie rozróżniamy śmierć kliniczną, obejmująca ustanie procesów oddechowych i krążenia, śmierć mózgową, a zwłaszcza śmierć pnia mózgu, śmierć biologiczną, obejmującą ustanie wszelkich procesów życiowych komórek. To tylko zgrubny podział, współcześnie nauka dokonuje dalszych, coraz bardziej subtelnych zróżnicowań.

Wspólne i ponadczasowe jest traktowanie śmierci jako zasadniczo różnicującej, oddzielającej żywe od nieżywego. Ta różnica, występująca we wszystkich kulturach i wszystkich okresach występowania kultury człowieka, leży u podstaw wierzeń i religii, ujmujących te wierzenia w systemy, kodeksy czy święte (dla wyznawców) księgi i zwoje. Powiem więcej – ta dystynkcja żywe / nieżywe postrzegana jest również wśród zwierząt, a na pewno wśród ssaków.

Pojęcie śmierci leży u podstaw wszelkiej metafizyki. Wielość subtelnych, niekiedy bardzo subtelnych rozważań znajdujemy u wielu, w tym tych największych, filozofów i myślicieli. Śmierć występuje jako temat w sztuce wszystkich epok, raz jako odrażający szkielet, a raz jako powabna dziewczyna – każda konwencja znajdowała swoich mistrzów. Metafizyka śmierci, od wierzeń, że jest tylko wstępem do życia wiecznego, po gorzkie wyznanie — z nicości w nicość — ukazuje, jak bardzo to pojęcie jest ważne w różnych kulturach i czasach.

Nie mam ambicji, by pokazać całą złożoność tej problematyki. To wielki temat i, jak sądzę, każdy człowiek ma własne na ten temat przemyślenia. Tym, co interesuje mnie bardziej, jest umieranie. Umieranie jako proces zachodzący w organizmie, każdym organizmie, procesem, którego efektem jest śmierć właśnie.

Umieramy od narodzin, umieramy każdego dnia; liczba komórek naszego organizmu, jaka obumiera każdego dnia, jest olbrzymia. Organizm jako układ złożony funkcjonuje do momentu, w którym proces obumierania komórek i narządów przekroczy pewien punkt krytyczny. Poprzez stany agonalne, życie zredukowane, letarg i śmierć kliniczną dochodzimy do śmierci biologicznej całego organizmu.

Śmierć i umieranie obrosło w różnych kulturach bardzo zróżnicowanym rytuałem i obrzędami. Wyrośliśmy w kulturze cmentarnej. Miejsca pochówku zmarłych, od piramid po grobowce i mauzolea, świadczą o danej kulturze lepiej i są trwalsze niż wiele innych świadectw ludzkiej aktywności.

Współcześnie, w Polsce umieranie i śmierć stały się zinstytucjonalizowanym obrzędem. Świadectwo zgonu wydaje lekarz, potwierdza urząd stanu cywilnego. W Polsce każdego dnia umiera około 1300 ludzi. Pochówkiem zajmują się firmy i zakłady pogrzebowe. Biznes funeralny to duży biznes, pieniądze na pogrzeby w formie zasiłku pogrzebowego zapewniały wszystkie rządy po 89 roku.

Zanikły, kiedyś tak żywe w kulturze ludowej obrzędy i zwyczaje; „pusta noc”, czuwanie przy umierającym. Został wszechwładny Kościół katolicki i jego funkcjonariusze, którzy za pieniądze, jak zawsze, przeprowadzają krewnych zmarłego przez ten trudny czas.

Bez względu na to, czy świecki, czy religijny obrządek jest w nim majestat śmierci jako rzeczy ostatecznej. Majestat śmierci to coś, co istnieje, co ma szanse wystąpić w czasach normalnych, w czasach pokoju. Każdy ma jednak przed oczami obrazki z obozów koncentracyjnych, obozów zagłady, swoistych fabryk śmierci. Stosy trupów, ciała wsuwane przemysłową metodą do krematoryjnych pieców były zaprzeczeniem majestatu śmierci.

Czasy trudne to czasy, w których zmieniają się standardy. Patrząc na obrazki z Włoch, na szeregi wojskowych ciężarówek-chłodni pod szpitalami, w których zabrakło miejsca w szpitalnych prosektoriach, na płyty sztucznych lodowisk przygotowane jako miejsca przechowywania zwłok, na pogrzeby bez obecności najbliższych, wiem — to jest czas śmierci odartej z jej majestatu.

Wczytując się w reportaże z polskich szpitali, w których brakuje wszystkiego, a zwłaszcza sprzętu ochrony osobistej dla personelu medycznego, w których zawieszone zostały prawie wszystkie planowane zabiegi chorych na „zwykłe” choroby, wiem jedno – gdy zachoruję, nie zgłoszę się do szpitala. To nie ma sensu już teraz; a co będzie za trzy tygodnie?

Jesteśmy na zakręcie. Zakręt zacieśnia się z każdym dniem – spirala, śmiertelna spirala. Wiem, jak wychodzi się z niej, lecąc szybowcem, to łatwe. Nie wiem, jak da sobie radę polska opieka zdrowotna, lekarze, których jest za mało o 60-70 tysięcy, szpitale niedoinwestowane i zadłużone na wiele miliardów złotych, personel medyczny nazywany teraz bohaterami, ale pozbawiony sprzętu ochrony osobistej i perspektywy gratyfikacji za wykazywaną każdego dnia bohaterską postawę.

To tyle o sprawach ostatecznych. A co na dziś, co w polityce?

Trwa rozgrywka absolutnie bezprawna i cyniczna o wybory prezydenckie w ustalonym kalendarzem wyborczym terminie. Tylko wtedy Andrzej Duda mógłby wygrać w pierwszym podejściu i spełnić sen prezesa o dokończeniu budowy polskiej satrapii.

Trwa dyskusja – czy to im się uda czy nie?

Powiem krótko – to bez znaczenia. Albo wybory odbędą się w terminie gwarantującym reelekcję obecnego prezydenta, albo nie będzie żadnych wyborów. Żadnych — ani prezydenckich, ani parlamentarnych. Nie będzie ich dotąd, aż prezes uzna, że to on, jego ludzie, wygrają. To może być w 2021 albo 2022 czy 2023, czy 2024 roku. Bo Prezes wprowadzi stan nadzwyczajny i będzie go przeciągał dotąd, aż na tyle zmieni się sytuacja, by PiS wygrał. Wprowadzenie różnych stanów będzie łatwe, mogą wystąpić i wystąpią różne tumulty i nadzwyczajne wydarzenia.

Będzie się działo…

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com