Marek Jastrząb: Z dziejów królewicza Zagryzka158 min czytania

()

Spis treści

Tytuły opowiadań są aktywnymi odnośnikami.

  1. Wstęp do wprowadzenia
  2. Zadanie
  3. Smok
  4. Zaloty królewicza Zagryzka
  5. Królewna Fafulina
  6. Tańcowała bieda z nędzą
  7. Salon odrzuconych
  8. Wyznania skruszonego frajera
  9. Dziadek „Jakmubyło”
  10. Anna
  11. Come back
  12. Dziki
  13. Relacja z filmu
  14. Wieczór autorski
  15. Opowiadanie pyszałka
  16. Obczyzna – Polszczyzna
  17. Wiedza
  18. Odbiór literatury
  19. Muza
  20. Kraczydła
  21. Reorganizacja
  22. Bajka o niereformowalnych
  23. Bajka dla pracowitych
  24. Bajka dla strachliwych
  25. Ojciec Mizgoła…
  26. Wyznania skruszonego frajera
  27. Krytyk
  28. Poniedziałek
  29. Chce się żyć!
  30. Szpilka
  31. Ruch to zdrowie!
  32. Mur
  33. Menel
  34. Quasimodo
  35. Tatuś
  36. Hufce miłosierdzia
  37. Eremita
  38. Hamlecik

Wstęp do wprowadzenia

Razem z upływem lat coraz chętniej wracam myślą do tamtych chwil, gdy żyłem odseparowany od dzisiejszych trosk. Przedtem, zanurzony w kolorowych reminiscencjach, utkany z niegdysiejszych marzeń, mogę teraz wyławiać z pamięci widma odległego dzieciństwa; roziskrzone i natarczywe przypominają mi, że warto ulec pierwszym porywom zasychającego serca, wczesnym odruchom naturalnej żywiołowości, poddać się przeczuciom własnej duszy, nim będzie za późno, nim wyniosła Kura Mądrości zniesie dystyngowane Jajko Umiaru.

*

Wywodzę się ze średnio bogatej, lecz klasycznej rodziny: mama, tato i ma się rozumieć – ja, dziecko zrodzone w wyniku skrzyżowania pomyłki ze szczęściem. Tato zarabiał, pracował w terenie, co wiązało się z jego częstymi wyjazdami, ja, póki mogłem, pobierałem nauki, zimując od czasu do czasu w oślich ławkach. Albo wałęsałem się po miejscach zbliżonych do szkoły, zaglądając do Empiku, w którym odbywałem niezapomniane, a częste absencje, gdzie udrażniałem sobie lewą półkulę mózgu, ze smakiem przegrzebując gazety uwieszone drucianych ramek: tygodniki, miesięczniki o kulturalnym wydźwięku. Albo chodziłem na deptak, naszą promenadę dla efekciarzy. Zwoływaliśmy się instynktownie, bez specjalnego wysyłania wici, o telepatycznie ustalonej godzinie, zazwyczaj u mnie w domu: Andrzej, Rura, Gruby i ja na doczepkę.

Wystrojeni w co kto miał, wrzeszcząc i tupiąc tak hałaśliwie, żeby przerażona ulica wiedziała, że to my, szliśmy Alejami, po właściwej stronie, środkiem chodnika, głównym traktem, szukając wzrokiem znajomych. Kroczyliśmy po tej, gdzie mieściła się Radiowa Rozgłośnia, Delikatesy i Plac Wolności z Sorboną, naszą wieczorową budą oraz kościołem, w którym koleś o ksywie Piskorz, przyszły esbek, służył do mszy. Bądź szedłem sam, do pobliskiego parku, czy ogrodu botanicznego, gdzie osobnicy w nagrobkowym wieku, pomarszczone pamiątki z przedwojennych lat, wygrzewały strzykające kości, wspominając dobre dni.

Upatrywałem, gdzie są matuazalemy i wio! Przysiadałem się, by ich słuchać, co nieco dowiedzieć się o przeszłości, niekiedy podłączyć do rozmowy i zadać pierwsze z brzegu, nurtujące pytanie, gdyż co innego mówiono mi w domu, a co innego na lekcjach lub oficjalnych akademiach ku czci, zaś ja chciałem pozbyć się mętliku w skołowanej głowie. Zatem były to moje wstępne studia, zgrubne fakultety, inauguracyjne przymiarki do zdobywania ideowych ostróg!

Tam dopiero, wśród istot kończących nieprzegrany żywot, dzięki ich wykładom zaliczałem pierwsze sesje z charakterologii: warsztaty psychologiczne. Tam też dostrzegłem złożoność otaczającego świata; wystarczyło mi kilka dni spędzonych na konwersatoriach z naocznymi świadkami wydarzeń, bym nabrał pewności, że to nie system robi ze mnie durnia, ale ukrywający się za nim ludzie: jacyś nieznani oprawcy z tej lub tamtej strony barykady wbijający mi do łba, w co mam wierzyć.

A później, najchętniej i najczęściej, znikałem z belferskiego pola widzenia i kuśtykałem do biblioteki, gdzie, mijając wypożyczalnię, wkraczałem przez podwójne drzwi do czytelni, i od razu znajdowałem się w rzeczywistej rzeczywistości, oddzielony barierą ciszy od zgiełku zewnętrznego świata: w ekskluzywnej przestrzeni wymoszczonej książkami.

Lubiłem beletrystyczne, jednak nie do fabuł mnie ciągnęło. Przeciwnie, popychało mnie w kierunku faktów, szczegółowych opisów, niekwestionowanego realizmu, biograficznych i reportażowych ponderabiliów: w kierunku czegoś niezabarwionego fałszem. Fabuły ilustrowane obrazami znanych i nieznanych malarzy, artystów o zamaszystym, a celnym ruchu pędzla, grafiki mistrzów ołówka, rysika czy rylca, w połączeniu ze znakomitymi tekstami, i owszem, pochłaniałem także; Balzak, Proust, Mann, Frisch, prozaicy tej miary, niedościgli derywatorzy i odnowiciele słów, wirtuozi rytmu zdań i szyku wyrazów, konstruktorzy i prekursorzy nieznanych mikroklimatów, opisywali światy swoich wyobraźni tak plastycznie i z taką mocą perswazji, że nie mogłem nadziwić się, iż pozostali, pomniejsi i epizodyczni, wytykają im wady, szukają w nich błędów, mielizn, stylistycznych potknięć, starając się wykazać wyższość własnej nędzy nad tym, co jest poza ich zasięgiem.

Ale największą satysfakcję, wręcz rozkosz odczuwałem, robiąc sobie okłady ze słowników, kompresy z encyklopedii, nurkując w odmętach relacji z przeszłości, w niuansowych głębiach oceanów Historii, Historii, która z każdą chwilą stawała się mniej obca, a bardziej zrozumiała.

Wertując leksykony, przekonywałem się, ile jeszcze nie wiem i jak wiele nauki przede mną. I ta myśl przyświecała mi stale. Zwłaszcza w napadowych momentach uderzeń pychy, gdyż od razu, jakby na zamówienie, do mojego wnętrza wdzierał się sceptyczny, ostrzegawczy, oprzytomniający brzęczyk sygnalizujący mi, że w porównaniu do wiedzy, o której nie mam pojęcia, ta, którą dysponuję, jest ledwie cząstką, informacyjnym paprochem, nie mam więc powodu do zadzierania nosa, kłaniania się sobie i całowania po rękach.

*

Mamę natomiast rozpierała energia innego rodzaju: w drętwy czas, gdy nudy brały górę nad pudami, a olej ścigał się z flakami o lepsze, nosiło ją po kominkach. Najczęściej bywała w ciastkarni Crystal. Chadzała do niej odpicowana zgodnie z mieszczańskimi wyobrażeniami o dobrym smaku, w kapeluszu o szerokim rondzie, w sukni zbyt wytwornej jak na tamte lata, szytej na obstalunek, lecz szytej z przesadą: w kiecce usianej zagraniczną podróbą elegancji.

Uzbrojona w umbrelkę służącą jej do odganiania absztyfikantów i wymachiwania w kapuśniaczkowy dzień, a kiedy z nieba lał się gorąc – do kokieterii, zostawiała płaszczyk w szatni i siadała przy stoliku, zakładając nogę na nogę. Zajmowała miejsce ciągle przy tym samym, w grupie pań wiecznie ciekawych plot, zachodzących na eklerki przyprawione gdakaniem, w towarzystwie damulek z wyfiokowanymi manierami, przebywających na krasomówczym głodzie i swoistym odwyku od milczenia.

Pojawiała się w nim, kiedy ojciec wyjeżdżał w trasę, przepadał w innym województwie, znikał na miesiąc lub parę tygodni i tylko co pewien czas odzywał się telefonicznie, powiadając, że wszystko gra, choć przeczuwaliśmy, że tak naprawdę, to nic nie gra i żadna szafa nie tańczy z żadną komodą.

Któregoś dnia zadzwonił, by oświadczyć, że mu się pieprzy, sypie, rozłazi, traci sens, że nie wie, co począć, bo według niego mleko już się rozlało i nic nie można zrobić, nie czas na reperację i makijaże rumowiska, a na zakończenie — między gadkami o szmatkach — trzasnął nas oczekiwanym słowem „rozwód” i usłyszeliśmy w uzasadnieniu wyroku: „odchodzę od was, bo mam nową dupę”.

*

Uwolniona od ponurej obecności zmiennika Filona, odprężona i rozluźniona perspektywą rychłego zerwania małżeńskich więzów, przemieniła się z uległego, płochliwego i na wskroś niewinnego stworzonka, w opryskliwą megierę, rozwścieczoną kocicę, markietankę żądną tego wszystkiego, przed czym jej poprzednia, subtelna natura wzbraniała się dotychczas; nazajutrz po telefonie, by poprawić sobie humor, pośpieszyła do fryzjerskiego zakładu na rogu, do niepokojąco ciemnej razury, balwierskiego salonu o dwóch skrzyżowanych brzytwach wiszących na cynowym talerzu przed wejściem.

W zakładzie królował zabójczy pan Feluś, przystojniak w kontaktowych cynglach, bezdyskusyjny artysta w swoim zawodzie, niewiarygodnie mowny pocieszyciel i utulacz kobiecych dusz, służbowo życzliwy, z fantazyjnym brykietem udającym wąsa.

Co moment, uwodzicielsko zarzucał falującą czupryną i ściszonym, totumfackim szeptem, pochylając się w stronę maminego ucha, wymrukiwał najświeższe nowiny i co pikantniejsze poliszynele. A potem, jak gdyby nigdy nic, zacierał ręce i brał się za robotę: mycie, farbowanie, zabawę z kolorami, układanie, modelowanie, konstruowanie istnych dzieł sztuki.

Wyondulowana, usatysfakcjonowana tym, że prezentuje się lepiej od nieopuszczonych przyjaciółek, rozpromieniona, udawała się do punktu odnowy kosmetycznej: pakamery usytuowanej na zapleczu. Szła do miejsca zarezerwowanego tylko dla stałych i zaufanych klientów.

Przenikała przez kotarę dzielącą część publiczną od sekretnej, a tam, jak zwykle, trafiała na specjalistkę od depilacji, niejaką Bebę, eteryczną postać żywcem ściągniętą z żurnala mód, uśmiechniętą jak ser do głupiego.

Mnie to wkurzało, bo nie mogłem zrozumieć, co ją bawi i dlaczego nie jest przygnębiona, jak Bóg przykazał; mąż albo na zasiłku, albo w pudle, syn na kolejnym detoksie, córka w defloracyjnej ciąży, z czego tu się cieszyć?

*

A za niedługi czas potem podupadłem na zdrowiu i przyszły na mnie takie terminy, że o wychodzeniu gdziekolwiek mogłem zapomnieć; rozłożyło mnie dokumentnie i było ze mną bezapelacyjnie źle. Każdy następny świt wydawał mi się zaropiały, a lada następne przebudzenie wpędzało mnie w bezgraniczny smutek: w spiżowe trwanie pośród spiżowego życia. Życia, w które po każdej klęsce wkraczałem z odnowionym zapasem niespożytej nadziei po to tylko, by rozczarować się po raz kolejny.

Tęskniąc za jaskrawością nieznanych przeżyć, wiedziałem, że postradałem je na chwilę wydzielającą z siebie zapach paranoi. A wiedząc, że jestem odtrącony przez niebo, tworzyłem własne: złożone z ideałów niepodlegających prawom obalania. Wydawałem się sobie uległym, może nawet przymilnym — na zewnątrz. Lecz w środku uciekałem w depresję: chowałem się za swoje cierpienia. W zależności od pory dnia lub nocy, od tego, w jakim byłem nastroju, lubiłem udawać, że jest ze mną ok. Albo wolałem rozpaczać nad światem, który łudził mnie obietnicami bez pokrycia.

Jedyne, co potrafiłem, to patrzeć przez okno. Więc tylko z okna widziałem, co się święci. Jednak, że zaokienny widok nie obfitował w doznania, które mogłyby mi służyć do szerszych refleksji i być pożywką do ich snucia na dłużej niż moment, wziąłem się za czytanie. Lecz było to czytanie inne od poprzedniego, ponieważ postanowiłem, że skoro mam spędzić resztę życia w pozycji horyzontalnej, powinienem wykorzystać wszystkie swoje pozostałe możliwości, by skoncentrować się na tym, co lubię: na nauce, lekturach, może pisaniu. Tym więcej, że wciąż prześladowało mnie wspomnienie rozmowy przeprowadzonej w parku: staruszek pamiętający niezłachane czasy rzekł mi podczas naszej ostatniej partii szachów, że jeśli człowiek ma jakieś widoczne wady, to musi przemienić się na tyle, by przyćmić je zaletami.

Zadanie

Kiedy jeszcze pracowałem w realu, kolej nie stanowiła problemu. Gdy trzeba było jechać na urlop, razem z innymi profanami przygodowych rajz uciekałem w coraz bardziej smrodliwą dal: po słońce, ozon i jod. Odpocząć, nałykać się wytchnienia, zażyć spokoju po grdykę.

Kto mieszkał nad morzem, brał kijki do nart i tak wyekwipowany pędził w stronę gór wielgachnych na metr. Kto zaś był z okolic górzystych, wsiadał do byle jakiego pociągu truchtającego na Hel i w miejscowości uchodzącej za uzdrowisko wynajmował pokój z widokiem na szosę. Na drogę z niestrzeżonym parkingiem, na korek, spaliny i dziką radość, że to nie on w nich stoi, że to nie jemu podskakują wszystkie nerwy.

Niektórzy przyjeżdżali w celu szpanowania; samochodami formuły bajeranckiej. W krzykliwie modnych ciuchach od Versace z Korei i Diora z Chin. Zatrzymywali się w najdroższych hotelach i w prywatnych sanatoriach, by po kilka razy co dzień przedefilować przed promenadowym tłumem turystów okupujących ławki; wtedy, gdy siedziało na nich najwięcej ludzi, których warto znać.

Wydawali całymi garściami, bez opamiętania, szemrania i zastanowienia, bowiem wśród nowobogackich przyjęło się, że w złym tonie jest krzywić się na wygórowane ceny lub dyskutować z kelnerem o kosztach ryby mrożonej w kasie fiskalnej…

Szpaner to ciężko pracujący osobnik. W cywilu cichy, znaczący przymało, ot, szara mysz z trudnym dzieciństwem. Mało zarabia, nie dojada, pomiatany, przesuwany, dymany na każdym kroku, wiecznie przygnębiony i uraźliwy, bez przerwy walczy ze swoimi niefartami; zaciska pasa, marudzi na wredny los i podatkowe muldy, kutwi na wszystkim po to, by w czasie urlopu, podczas gościnnych występów, choć raz do roku być rozrzutnym na pełen gaz, mieć szeroki gest i pokazać się na molo; a kiedy już zaspokoi naderwaną próżność i odbębni swoją zblazowaną rolę, wraca z czapką pod kościół, by z nowym urlopem podjąć się trudu zadawania szyku.

Czułem się więc tak, jakbym nigdzie nie wyjeżdżał i dalej był w mieście, z którego zwiałem, jak gdybym stale był w znajomym mrowisku, na kupie, czółko w czółko, patelnia w patelnię; przytulony do kibla z tancbudą, a na plaży – kocyk w kocyk, bo im więcej ludzi przypadało na metr kwadratowy powierzchni odpoczynkowej, tym podobno fajniej…

Byłem więc rozczarowany i obiecałem sobie, że nigdy tu nie przyjadę w sezonie, bo przecież chciałem się schować przed sparciałymi przyzwyczajeniami, oderwać się od stada, spojrzeć na bezludne morze, góry i las, zanurzyć wzrok w zachwycie, by starczyło go do następnego urlopu, by coś zobaczyć, poznać, zrozumieć z tego świata więcej niż historię swojego pępka; pragnąłem naostrzyć kontemplację. Tymczasem zauważyłem, że jestem w turystycznej trąbie powietrznej i robię za drugą.

*

Minęły lata i nastał nowy wiek. Rozmamłany czas pogonił marzenia na drzewo i rozwodnił pozostałe nadzieje w mętnych obietnicach. A razem z nowymi, nadpsutymi czasy, odwołał ze mnie stare życie i przemienił w – oczekiwanie. Żyłem więc teraz na kredyt, pomalutku, namiastkowo i minimalnie, jak gdyby ukradkiem, dbając, by nie dostać po mordzie z niewłaściwej strony i nie wylecieć z pracy. Lecz po pracy miałem żarłoczną ochotę na luz; pragnąłem odprężyć się, dosubtelnić, poobcować z przyrodą i obetrzeć pysk z chamstwa. W tym celu jeździłem z Adasiem do różnych miejsc, zazwyczaj do znajomych lub przyjaciół, nad jakieś jezioro czy inną kałużę z okolicznościami.

Nie wiem, jak Adasiowi, ale mnie od razu pojawiły się obrazy jutrzejszej wyprawy. Jeździmy tu co roku, konsekwentnie po lub przed sezonem i wynajmujemy ten sam domek. Zauważyłem, że im częściej tu bywamy, tym większą mamy ochotę na jeszcze. Przyjeżdżamy samochodem Adasia, bo w moim przypadku odpada jazda koleją, a jesteśmy tu ze względu na zadanie. No i widoki, że nie wypowiedzieć.

*

Dzień był OK. i nam było OK. i wydawało się, że nikomu nie może być inaczej; kobiety poszły do pobliskiego sklepu po coś na ząb, my patrzyliśmy w dal: na morze, przystań, znajomą wędzarnię i kutry w niewielkim porcie, łajby kołysane falą i rozprażone słońcem, na żółty piaseczek wąskiej plaży i mewy, a obok nas, w cieniu, na stojącą puszkę piwa marki Żubr.

Spokojnie, leniwie, jak gdyby mając pewność, że nic nie zniknie, ani jeden szczegół, morze, piasek, nawet Żubra nie gwizdnie nam żadna menda – bo o tej porze nikt tędy nie chodzi, a wszyscy szukają chłodu, kryją się po matecznikach nazywanych pokojami do wynajęcia, milczeliśmy tak sobie, on i ja, szczęśliwi, że nic już nie musimy, gdyż wreszcie jesteśmy na swoim miejscu i na dodatek po robocie, i że nic na nas nie czeka: oburzony dzwonek do drzwi, komornik czy inkasent, jakiś przeraźliwie głośny telefon w środku nocy z informacją, że to pomyłka.

Zamykaliśmy wtedy przemęczone oczy, dając się uwodzić jednostajnościom szmeru pobliskiego lasu, a kiedy ogarniała nas ciemność, wyobrażaliśmy sobie to i owo, przeważnie jutrzejszy spacer, jak jedziemy pustą promenadą, czymś na kształt bulwaru o gładkiej i nietrzęsącej powierzchni, a za nami zostają całe te złogi powszednich utrapień przytarganych ze środka Polski.

Albo jak rankiem wybieramy się na targ z warzywami, a po drodze zahaczamy o pawilon z chlebem, jajkami i spirytusem do ukradkowego użytku. Jak obładowani wiktuałami wjeżdżamy w strefę ciszy i bezpieczeństwa, czyli do domu, w którym jeszcze śpią nasze wybranki. Budzimy je szczękaniem śniadaniowych talerzy, perfidnie kusimy zapachem smażonej jajecznicy, bo po jedzeniu zamiarujemy na dłużej pojechać w nieznane, odwiedzić stare kąty, zobaczyć, gdzieśmy jeszcze nie dotarli i co się zmieniło przez ten rok, porozmawiać z ludźmi i zaplanować, którędy pojedziemy bez lęku o wywrotkę.

Ale głównym powodem naszej wycieczki będzie zadanie. Mianowicie, gdy już namówimy żony, by poszły do nowo otwartej cukierni w porcie i gdy będziemy mieli pewność, że nas nie nakryją na przestępstwie, pod pretekstem oglądania zachodu słońca pojedziemy wieczorem na drugą stronę miasta, bym tam, gdzie jesteśmy nieznani, mógł zsiąść z wózka, a Adaś, by zajął moje miejsce i, jak to już mamy od lat w zwyczaju, spróbuję go popchać.

Ostrożnie, roztrzęsiony strachem, gdyż balem się przesadzić z pobudzaniem mięśni nóg, powoli, kurczowo trzymając się rączek wózka, wstawałem, co dla zaskoczonych przechodniów nabierało happeningowego posmaku i było czymś w rodzaju drwiny z kalectwa, gdyż faktycznie: facet podnoszący się z przegranej pozycji jest podejrzany; nie wzbudza zaufania, bo można przypuszczać, że udaje paralityka.

Więc ogarniał nas śmiech, bo wyobrażaliśmy sobie, iż są zaniepokojeni, nie wiedzą, jak powinni zareagować, współczuciem czy zgorszeniem, i by jeszcze dać im nowy powód do oburzenia, Adaś wyciągał z torby butelkę z napisem WINO i podczas gdy ja wiozłem go, człapiąc i dysząc niczym parowóz odchodzący na emeryturę, on, rozparty jak basza, wywijał flaszką i pokrzykiwał, bym ze stępa przeszedł w kłus, bo mu się spieszy.

Smok

Za górami, ale i za lasami, żył sobie smok wielce potężny. Tak wielce, że wszyscy się go lękali z wyjątkiem królewicza Zagryzka.

Królewicz był zupełnie zadowolony z tego, że smok pożywia się jagódkami, a nie jego poddanymi, że nie pragnie niczego więcej, aniżeli być smokiem, który w bajkach straszy dzieci, kiedy nie zjadły kaszki. Kaszka jest pożywna, zwłaszcza gdy nie ma wyjścia i trzeba ją zjeść, o czym wiedzą wszystkie smoki oraz wszystkie mamusie. Na przykład Zagryzek, choć był tylko królewiczem z nominacji, a nie z urodzenia, w rezultacie pilnego jej zjadania, został porządnym człowiekiem, który nie czytał gazet przy obiedzie, odpisywał na listy, wynosił śmieci i przynosił chlubę.

Smok za to nie mył uszu, bo miał trzy głowy i na każdej, po parze, co mu się myliło i trudno mu było się połapać, które z nich są już czyste, które zaś jeszcze nie. A że był smokiem nie bardzo rozgarniętym i szybko się zniechęcał, i we wszystkich trzech głowach naraz miał taki młynek, taki zamęt, jak u fryzjera — musiał coś zjeść. Ale co tu zjeść, kiedy jagódki zżarli ŹLI LUDZIE? Podrapał się smok w swoje głowy, ale nic nie wymyślił, tylko zalał się łzami.

Z tego zalania powstała rzeka, w której pluskał się Zagryzek. Codziennie to robił i jego poddani również. Nie pływali wszelako, tylko taplali się od strony płytkiej, ponieważ głębia zajęta była przez Marszałka Dworu, który dysponował miejscówką na wielodzietną rodzinę.

Marszałek, z powodu próżniactwa, uczynił się bardziej tłusty, niż mądry, co mu nie przeszkadzało nurkować we łzach smoka i złorzeczyć na swój los. Właśnie jego los, gdyby nie był taki nieskończenie zły, byłby z pewnością o niebo lepszy!

Wracając do smoka: chcąc być nim z prawdziwego zdarzenia, z jagódek przerzucił się na godziwe żarcie poddanych królewicza Zagryzka. Z początku szedł mu ten zwyczaj na zdrowie i szedłby mu tak dalej, gdyby nie Zagryzek. Jeszcze żywi ludzie byli zastraszeni, a nadgryzieni — do niczego, toteż chodził po pałacu jak struty i nie mógł znaleźć sobie miejsca. Smok tymczasem siał spustoszenie i był już tak gruby, że wśród innych smoków odróżniał się fałdami na swoich trzech paszczach. Zamiast ogni z siarką, wychodziły mu z jadaczki krótkie serie pogodnych płomyków. Były przemieszane z żartobliwymi ornamentami z pozostałości po niestrawionej Marszałkowej.

Szczególny kłopot miał z jej okularami: jako że pomniejszały różowy świat, jego żołądek również uległ skurczeniu i chociaż szkiełka dały się połknąć, to z oprawkami poszło mu kiepsko, bo z rozpędu zapomniał, że dobre wychowanie nakazuje szanującym się potworom zdjąć wszystkie bezużyteczności z artykułów spożywczych (to samo można powiedzieć o dziateczkach: nie powinny wycierać zupy w obrus, a obrusa — w gości, bo różne są metody jedzenia: jedne prowadzą do kąta, inne — na podwórko).

Jednak starczy dykteryjek, bo oto królewicz wypuścił z głowy rezolutną myśl polegającą na tym, by smoka zniechęcić do wyżerki ludzi z tej okolicy, by przekonać go do podróży w okolice całkiem odległe, gdzie mógłby swobodnie pastwić się nad poddanymi innego władcy.

W tym celu wysłał do niego parlamentariusza, który wrócił nie zanadto kompletny, ale rozradowany, gdyż potwór zamiast głowy zjadł mu tylko parę złudzeń i na koniec rzekł: – znudziło mi się być postrachem w tym rejonie, gdyż dostałem faks od szwagra, również smoka, ale jarosza, który prosi, bym nauczył go ziać ogniem piekielnym, co mu ostatnio nie wychodzi, jako że w epoce lotów kosmicznych nikt nie chce się bać bez wyczerpującego uzasadnienia. My, ziemskie straszydła, jesteśmy teraz dobroduszne. Jeżeli ktoś w nas wierzy, to raczej z litości, a nie wewnętrznej potrzeby

– Zasmucił się, lecz smutku nie przerywając, tak dalej prawił: – dawniej straszyło mi się jak po maśle. Byłem kudłaty i rosochaty, miałem jagódek w bród, a nie durne zaświadczenia o ich przejściowej nieobecności. A co mam dzisiaj? Oto Zagryzek nasyła mi żylastego typa! Jesteś niestrawny, a ja nie znoszę gotowanych posłów! – Rozżalił się i potarmosił wysłańca, ten zaś ledwie żywy z niepokoju, powiedział: – szanowny panie smoku, wiem ci ja, że jesteś anachroniczny i lada jakie UFO potrafi cię wyrolować ze zgrozy, ale, chociażeś przestarzały, to daj sobie zaszczepić trochę obwodów scalonych, a wyjdziesz na nowoczesne straszydło.

Żebym tak zdrów był — ucieszył się smok znienacka i nabrał w płuca powietrza, aż się las przerzedził, a rzeka wybrzuszyła. Lecz za chwilę zwiesił środkową głowę, czułki po sobie położył i zamamrotał cieniutko: – a co, jak mi wysiądą baterie? –

Umyślny ręce rozłożył i czując, że smok się wzdyma od podejrzliwości, począł cmokać, bo mu nic lepszego nie przyszło do głowy. Stracił fantazję, lecz cudem nie stracił kontenansu i rzucił się w smokowe rozterki: – to i co, luba maszkaro? Jeżeli tak się stanie, to podłączymy cię do zapory na rzece z twoich łez i wszystko będzie cycuś. A bodaj cię, stary zbereźniku, ty to masz fart!

– powiedział i pocwałował do innej bajeczki, gdzie na złotym tronie siedział zakatarzony Morał.

Zaloty królewicza Zagryzka

KRÓLEWNA stała się wkrótce młodą panną do wzięcia. Była ładna, co się zaś tyczy rodziny, to pewnego dnia przestała istnieć, a pozostałą częścią dworu zatrząsła plotka, że w konkury do niej ma niebawem kopnąć się osobiście sam Jegomość Zagryzek, krewki tetryk, który obiecywał przy świadkach, że spuści manto każdemu, kto by mu się ośmielił przeszkodzić w zalotach. Lecz że był z niego dosyć stary młodzian i że po cichu wszyscy wiedzieli, jak fatalnie pudłuje z bandoletów, jak niemrawo wywija bambusową szablą i zbroję ma wyszczerbioną na wszystkie strony, nikt zdrowy na rozumie nie miał ochoty wierzyć w jego groźby, każdy natomiast wolał śmiać się z niego w domu, bez publiki, w rozkosznych paputkach i przy kawce z własnymi paluszkami.

Zagryzek, choć był z niego sflaczały lowelas, wsiadł na pomyloną szkapę i z animuszem w gąsiorku, wyruszył na podbój serca królewny. Dużo by mówić, ile miał przygód, ale mówić o tym nie warto, bo już po kilku tygodniach trafił do pałacu bram. Był zmordowany od dźwigania kobyły, która, co prawda, nie umiała mówić, ale za to pięknie rżała ludzkim głosem.

Wycieńczony, dowlókł się do głównej stodoły dworzyszcza, gdzie lokaj w akselbantach, zamiast uniżenie prosić go na pokoje, dał mu talara i oznajmił:

– Poczciwy stary, rad jestem, żeś zawitał w moje progi, wszelako daremnie ponosiłeś trudy, albowiem tu ni jadła, ni napitku, ni tym bardziej barłogu nie uświadczysz. Ducha jednak nie trać, gdyż za najbliższym lasem ujrzysz szklaną górę, a na tej górze karczmę z wasalami. Gdy tam dojdziesz, obrok mieć będziesz, a i szkapa też sobie odsapnie –

Już lokaj zamachnął się, by drzwiami załomotać, kiedy Zagryzek, poirytowany, że fagas nie wie, kto przed nim klęczy, rzekł:

– Słuchaj no, wstręciuchu niemyty, jestem Zagryzek, a więc nie byle sroka spod ogona, toteż migiem prowadź mnie do królewny, bo inaczej przeflancuję ci ucho lewe na prawą stronę i będą cię brali za trędowatego –

Rozsierdzony lokaj wziął się pod boki, półgębkiem zarechotał, a na jego twarz wystąpiły cętki. Z wyraźną wzgardą zlustrował zaświnione szaty Zagryzka, w przeczyste niebo wzrok wbił, na koniec parsknął:

– dziadu wredny, usłyszże mnie choć raz. Jeżeli chodzi o królewnę, to ona już nie jest królewną, a pomywaczką fajansowych statorów, której zezwalamy pucować srebrne zastawy. Jako była władczyni, mieszka w karczmie na szklanej górze. Skończył się nam feudalizm i od dwóch dni mamy republikę, a ja zostałem jej najjaśniejszym Prezydentem. Doszły mnie wieści, że pozbawili cię tronu, berła i wszystkich termoforów, ale nie frasuj się: na razie nie są to wiadomości sprawdzone, tylko jakieś nierzetelne słuchy. Szwankują mi donosiciele, ponieważ republika, to u nas ustrój niemowlęcy i w asortymencie tajnej policji mam niedobory. Starzy szpicle nie mają powodu służyć mi aż do śmierci, a na nowych jeszcze nie zarobiłem.

Prezydent kichnął w rękaw, burak pastewny podobny do nosa w chustkę zagłębił i prawił dalej tak:

– ja tu z tobą gadu-gadu, ale czy jest sens narzekać z tobą, skoro z ciebie satrapa? W koperczaki się zachciało, a sprawy publicznej wagi gniją? Prorokuję ci, że wkrótce za banitę brany będziesz i w żadnym przyzwoitym pałacu miejsca nie zagrzejesz –

Zagryzek jednak nie miał zamiaru martwić się przy lokaju, toteż udał, że, począwszy od komody, wszystkie szafy grają mu i tańczą. Monarszą głowę swoją dumnie podniósł na znak, iż co do swojego losu żywi inne przekonania, wyminął go, wziął szkapę na barana i ruszył do karczmy na górze, a że góra była szklana, śliska i niedostępna, szkapa zaś ciężka, Zagryzkowi przyszedł do głowy pomysł, że potrzebne są tu czary, że trzeba ją spłaszczyć i przybliżyć, bo zanim do niej dojdzie, ducha wyzipie.

Był co prawda uważany za głównego magika swojego kraju, lecz widocznie magia jego miała moc tylko tam, bo natężał się i natężał, a im więcej się natężał, tym szkapa była cięższa, a góra bardziej wyślizgana i stroma.

Niech to dunder świśnie — krzyknął.

I dunder rzeczywiście świsnął jak na zamówienie.

Królewicz zdumiał się. Na wszelki wypadek odmówił trzy pacierze za spokój duszy dundra.

Poskutkowało: ucichło i w całej przyrodzie było jak na zamówienie: ptaki ujadały sopranami, strumyk wił się i szemrał po parowach, a góra z królewną stała sobie tak niziutko, jak pragnął, więc z łatwością wlazł na nią i do drzwi karczmy zapukał.

Te natychmiast otworzyły się zapraszająco, lecz królewicz nikogo nie ujrzał, więc pomyślał sobie tak:

mój ty dunderku roztomiły, pomogłeś mi się tu wgramolić, pomóż więc, bym był jak ongi, przystojny, młody i miał królestwo, a zmówię za ciebie ze trzy następne pacierze

Kiedy skończył myślenie, powiał solidny wiatr: karczma w pałac się zamieniła, w progu, dawniejszy Prezydent, już nie „najjaśniejszy”, tylko standardowy lokaj, pokłonami kobierzec trzepał. Zagryzka pod kolana ucapił i zaniósł do sali tronowej, gdzie szykownej urody panna, z garkotłuka w królewnę przeczarowana, witać go poczęła serdecznie.

Co sobie naobiecywali, jaka między nimi wybuchła sympatia, siła by gadać. Dość, że wkrótce odbyło się ich huczne weselisko i ja na nim byłem i beczki z miodem taszczyłem.

Królewna Fafulina

Zaraz, jak tylko się urodziła, zaczęła wyglądać po królewsku. Oczy miała duże, zielone, przecudownie władcze, górną wargę po mamie, a dolną po kucharzu, pupę krągłą i figlarną, lecz okrutnie kształtną po błędnym rycerzu, a w brodzie dołek foremnie toczony, na dziękczynne całusy przeznaczony. Jednym słowem, skóra zdarta z Zagryzka.

Kiedy raczyła się skrzywić osobiście, cały dwór trząsł się jak legumina. Gdy, dla hecy, kichnęła Podnóżkowemu w salaterkę z pieprzem, ze strachu spaczyła mu się fizjonomia i mając pokaźne luki w czarach i powabach, stracił uwodzicielskie szanse u Ochmistrzyni, zapuścił brodę i zaczął się staczać na pobliskie manowce.

Tylko Jaśnie Oświecony Tata, królewicz Zagryzek, nie przejmował się jej krzykami; kiedy miał wolną chwilę od panowania, załaził do jej komnaty i na berle udającym fujarkę, przygrywał Fafulinie do snu. Śmiała się wtedy zapowiedzią białych ząbków i zasypiała, cichcem sobie marząc..

Tańcowała bieda z nędzą

Bieda obraziła się na Nędzę, więc mieszkańcy tej bajki – niecnotki ustalili, że musi się odbyć dwubój z udziałem arbitra.

Bieda, jako arystokratka blisko spokrewniona z Niedolą, nie mogła pogodzić się z faktem, że o Nędzy, pospolitej wiedźmie z marginesu, zaczyna się mówić coraz więcej. W rankingach na popularność spadało się jej co tchu, tak, że nie nadążała się podnosić; podczas gdy Nędza rosła w siłę i dostatek, Bieda obrastała w zawiść.

O Nędzy było wszędzie; media zabijały się o przeprowadzenie z nią wywiadu, pchały się do niej z prośbami o wystąpienie w „Śniadaniu na dobranoc”. Stacje radiowe i inne meliny z dobrym słowem, organizowały przetargi na jej obecność w programie.

Bieda, dotychczas niekwestionowana przodownica wszystkich tabel z nieszczęściami, teraz nieprzytomna z wściekłości i wzgardy, zaszyła się w kąt. Moda na atrakcyjność Nędzy, zaczynała ją męczyć. Kiedy otwierała telewizor, z diabelskiego pudełka wyskakiwała skwaszona fizjonomia Nędzy reklamującej pieluchy bez konserwantów.

Mądry odludek żyjący na nielegalnym skraju wsi, smutny pokutnik zajmujący się nieróbstwem oraz doradztwem finansowym dla bankrutów powiedział, że do roli sędziego najbardziej pasuje mu bliski krewniak obywatela Głupawki, zasłużony frajer z pierwszych stron toaletowego pisma. Powiedział też, że w trakcie medytacji o czterech literach, doszedł do wniosku, że pojedynek należy odbyć w atmosferze przyjaźni, wzajemnego zrozumienia i ogólnie przyjętych uprzedzeń, a zwłaszcza, że powinno dojść do rozpisania referendum względem pytania o ukryty sens bójki o nic.

Jakby nie rzec, bohaterkami honorowej zadymy były dwie pierwsze damy zadupia i strach brał myśleć, co to będzie, jak ich nie będzie, jak, w pojedynkowym ferworze, usieką sobie czy odstrzelą!

Jak zdecydowano, tak postąpiono i plebiscyt wykazał, że bijatyka jest najlepszym sposobem okazywania sympatii. A krwawa jatka połączona z pokazami latających tasaków, to CZYSTA MIŁOŚĆ.

Salon odrzuconych

Razem z pierwszymi chłodami tego lata wyszedł przepis, że trzeźwym kierowcom należy zabierać prawo jazdy. Na ulicach powiało zgrozą, bo zwiększył się odsetek zalanych samochodów. Ludzie bali się nawet stać na chodnikach, a co dopiero wsiąść do taksówki, więc i ja straciłem pracę, a z nadzieją na jej odzyskanie, zacząłem tęgo popijać. Co nie należało do łatwych zadań, tym bardziej, że podówczas uchodziłem za nałogowego abstynenta.

Na chodnikach zalegały sfrustrowane gromady porzuconych fur: smutnych, rozklekotanych, z nieaktualnymi tablicami rejestracyjnymi, ze zderzakami obrażonymi na całki świat, tak że skrzynie biegów przestawały być automatyczne i tylko wiater hulał pod bagażnikami skulonymi z zimna.

Czasem jakaś litościwa dusza przynosiła im na rozgrzewkę pół basa wysokooktanowej okowity, dzięki czemu lube ciepełko rozpływało się po wszystkich wystających częściach karoserii.

I w ten sposób płynął mi niespieszny czas.

Z początku jeździłem po garażu, ale przeszedł mi ten zwyczaj, toteż w bezksiężycowe noce wymykałem się na szosę pilnie unikając chłopców z suszarką. Jeździłem sakramenckimi obrzeżami, po wertepach, anonimowym polem, leśnymi traktami, nieraz brzegiem plaży, zapiaszczonej i mdłej, a tak rozmokłej, że co chwilę musiałem wykopywać się z podłoża.

Szybko mi więc obrzydły te kursy bez celu, na oślep i dokądkolwiek, bo uświadomiłem sobie, że gdzie bym nie pojechał, nigdy nie zajadę tam, dokąd bym chciał.

Wobec tego spasowałem i chcąc nie chcąc stałem się członkiem bandy bezdomnych szoferaków. Zagarażowałem na dobre, a miało to miejsce pod chmurką, na jednej z bocznych ulic, z dala od rynsztoków śródmieścia, w pobliżu remizy, zaraz za śmietnikiem Domu Kultury.

Byłem teraz jednym z nich, bratem-łatem, automobilistą z uprawnieniami do leżenia pod maską swojego rzęcha, a na dokładkę zostałem się bez klientów i na chama wyrzucono mnie ze służbowej kawalerki (komornik oznajmił, mi uroczyście – jakbym nie wiedział! – że nie powinienem jeździć po trzeźwemu, gdyż wystawiam złe świadectwo pozostałym kierowcom).

Krótko mówiąc byłem w czarnej dupce, bez dachu nad głową, dołączyłem więc do reszty odstawionych od złudzeń i zwolnionych z otuchy. Zaprzyjaźniłem się z nimi, uczestniczyłem w dyżurach na placu parkingowym, polubiłem je nawet, bo pilnowanie czegoś, co nie istnieje, ma głębszy sens.

Wspominam o śmietniku, ponieważ w jego wnętrzu urządziliśmy sobie kafejkę do jednoczenia się w kupę, coś w rodzaju gustownej świetlicy połączonej z czytelnią, sypialnią i rozedmą przeznaczoną dla najbardziej niczyich spośród nas. Tam żeśmy – ze wzniosłymi miny – prowadzili dysputy o perforacjach losu i trąbach powietrznych oczekującej przyszłości. Tam też udawało się nam przez chwilę oderwać od myślenia na jawie.

Tam też, podczas palenia trawki lub ognisk, wykonywaliśmy chóralne skowyty, rozhasane przyśpiewki wywodzące się z mroku zetempowskich muz, jakieś fałsze refrenów i parafraz, jakieś mydlane kawałki w rodzaju nie płacz, kiedy zostanę Marino Mariniego czy budujemy stary dom.

Przez moment znajdowaliśmy się poza kłuciem w sercu, ćmieniem zęba, strzykaniem w przerdzewiałych gnatach. W rojeniach widzieliśmy, jak dookoła szumiał las, a drogą, kwietnym duktem zieloności, szła Stokrotka Polna, rumiana kumpela z harcerskich czasów. Były to czasy tak wysublimowane i tchnące taką melancholią, że uspokojeni, zapominaliśmy o tym, co nas zmuszało do poddawania się wyrokom losu.

Ale przeważnie drzemaliśmy: z dala od paragrafów, w takim oddaleniu, że zajmowane przez nas stoliki zanosiły się od cichych westchnień i ukradkowych łez. Lecz już pod koniec dnia czekał nas powrót do rozsądku. Spadaliśmy z obłoków na ziemię, by zająć się wyżymaniem obrusów, by były suche na rano, gdy odwiedzi nas Przewodniczący Zrzeszenia Zmotoryzowanych Opojów, by nam wygłosić kolejną pogadankę o życiu wbrew, by ubolewać, że wyłamujemy się z szeregu. Narzekać, że jesteśmy nieprzepisowo trzeźwi.

Wyznania skruszonego frajera

– Powiem, wszystko powiem, nawet to, czego nie wiem. Służbę zacząłem z powodów genetycznych. Dziadek, ojciec, wujek, cała nasza rodzina, każdy z bliższych, czy dalszych moich krewnych, był w tej armii żołnierzem na posyłki, a jak się wykazał pod kątem zabjalności, mógł liczyć na awans.

Każdy też, kto dawał się szybko poznać, zdobywał uznanie u szefa i piastował godność Pierwszego Nadcyngla. Moje pierwsze zadanie było dziecinnie proste. Opowiem, choć co to da? Dostałem cynk od zaprzyjaźnionego kolesia, że wylosowano mi bezpłatne stypendium upoważniające do wyjazdu na Sycylię celem podnoszenia kwalifikacji. Lubię sobie podnosić byle co, szczególnie wtedy, gdy mnie to gila. Najwyżej szarpnę się na zakup rozpylacza, bo słyszałem, że tam każda spluwa jest na wagę kicia i nikt mi nie da postrzelać za Bóg zapłać, no, ale mówi się trudno i kocha się dalej.

Jednakże, zanim zdążyłem się gruntownie ucieszyć, przyszedł kolejny SMS i już nie miałem z czego być zadowolony, bo nakazano mi wracać do domu i dokąd nie zrobię porządku z B., mam dać sobie spokój z Sycylią. Powiadano o nim, że prowadzi lewe machloje na boku.

B., którego zdjęcia wisiały w każdej szanującej się komendzie, szef palantów i przedstawiciel Konkurencyjnej rodziny, był to za dnia potulny komiwojażer posiadający gustowne lumbago. Ale pod wieczór, gdy wychodził z ogniska, żegnany rozkochanymi serenadami pod tytułem ach [i]kiedy, ach kiedy powrócisz jedyny,[/i] z głupola przeobrażał się w człowieka czynu, któremu nikt nie podskoczy. Wzrok miał wtedy ostry jak brzytwa, marynarkę z kuloodpornymi guzikami i spawalnicze lenonki dla picu.

Chociaż był z niego dosyć porządny obwieś, nasi zadecydowali, że dosyć się nażył i że pora mu do piachu, postanowili przeto utłuc go bez odwołania i ja miałem dać mu krzyżyk na drogę. Do odstrzału został uzgodniony na najbliższy wtorek, w dzień targowy, gdy do miasteczka ściągają najbogatsi handlarze końmi rasy wyścigowej, a we wszystkich przydrożnych zajazdach nie idzie wetknąć czapki z daszkiem.

*

Dzień przed egzekucją zapowiadał się fest, toteż z lekko uniesioną brwią filuta, udałem się do przygotowanej czatowni. Uzbrojony w tłumik marki browning i fuzję na trefne charaktery, już od rana siedziałem na rozwalającym się zydlu. Była to zaciszna dziupla samochodów sprowadzanych z odzysku, jakieś niekomfortowe rumowisko przestrzelonych dętek i sparciałych opon. Tam i sam ścieliły się żebrowane truchła kaloryferów, tu i ówdzie wynurzała się drżąca ze strachu i trzęsąca się z zimna opuszczona uszczelka, a gdzie nie spojrzeć, nie było nic widać.

W nocy, gdy nawet szczury pokładły się na zasłużony odpoczynek i ustał wszelaki chrobot, bunkier popiskujący gryzoniami gadającymi przez sen ożywił się i zajechała furgonetka do przewozu podejrzanych osób, z której wyguzdrał się B. w muskularnej asyście steryda z obrzynem.

Obstawa dobył z bagażnika dyplomatkę i podał ją B. Strzeliłem i pocisk ugodził ochroniarza. Fajtnął na wznak bez żadnych ale. Drugi wszedł w plecy B., tak, że gościu większym kawałkiem siebie znajdował się w furgonetce, a mniejszym na zewnątrz, co wyglądało, jakby nie mógł się zdecydować, gdzie ma spocząć na zawsze.

Było po ptakach i co rychlej należało się zmyć, ponieważ gdyby mnie kto przydybał w towarzystwie truposzy, nie mógłbym udowodnić, że zabiłem ich na własną prośbę. Przez chwilę nasłuchiwałem, ale po mojej robocie nie ma reklamacji. Jeno w skrzynce z pakułami oburzone szczury poczynały sobie skakać do zaspanych gardeł. Schowałem więc przybory do futerału i przez nikogo nie molestowany, powlokłem się w stronę Sycylii. A później, to już wiecie.

Dziadek „Jakmubyło”

Na oko ma pięćset lat, więc uchodzi za grzdyla. Jednak z niewytłumaczalnych powodów utrzymuje, że gdy nie może zasnąć i kiedy liczy, żadną miarą nie może dorachować się lat spędzonych tu. Nie pamięta, kiedy ostatnio sobie coś przypomniał, jakąś znaną twarz, jakiś solidnie przepłakany pogrzeb. Nie wie, czy jest kawalerem, czy bezpowrotnie szczęśliwym małżonkiem, czy jakaś zleżała hurysa ma jeszcze do niego jakieś prawa.

Pocieszam go jak umiem. Ale że nie jestem obcykany w prostowaniu zapętlonych charakterów, moje trudy idą na marne. Usprawiedliwiam się pod nosem, że ciężko mi przytulić go do serca na dużą odległość.

Dodatkowym utrudnieniem jest to, że dziadzio nie słyszy na zewnątrz, tylko do środka, więc po pewnym czasie tracę cierpliwość. Mija mi wszelka rozsądna motywacja do kontynuowania współczucia, macham ręką na jego tarapaty i stwierdzam, że jest sobie winien sam, bo kto to widział by w tak bezzębnym wieku mieć sklerozę! Ja w jego latach bywałem w mieście, ocierałem się o przecudne widoki opery, a raz miałem fart, bo niewiele brakowało, bym nadział się na przechodzącego biletera z filharmonii. Więc gdzie dziadkowi do moich doświadczeń, wspomnień i niewypowiedzianych westchnień, gdzie mu konkurować i pchać się na afisz z tymi swoimi zwapniałymi boleściami?

*

…dziwne, lecz za młodu dziadkiem nie był. Wypreparowany z minionej zadziorności, promieniejący refleksyjnym zasmuceniem, depresją wynikającą z tułaczki po fartach i niefartach, żył mimochodem, żył kaszląco, piskliwie i siłą rozpędu. Wstrząsany przypomnieniami, których za dobrze nie pamiętał, dopominał się respektu, poważania, szacunku dla swojego wieku. Błąkał się po doświadczeniach, sympatiach i antypatiach. Nie uznawał żadnych sprzeciwów i autorytetów. Bronił się przed własną starością. Śmieszny, nieporadny dziadek, w młodych sekwencjach swojego żywota nosił imię sławnego bohatera, który kogoś zarąbał. Teraz nosił imię przydzielonej renty.

Zmartwiony swoim zanikaniem, swoim wsiąkaniem w przeszłość przeputanych projektów, pragnący zawojować sobą tych, co się nim rozweselali, co nim się posługiwali jak prawidłem na buty, wieszakiem do suszenia kapeluszy, kapiącym parasolem wyjętym z deszczowej mgiełki, strapiony brakiem perspektyw, pozostawał w przekonaniu, że jest sam.

I był. Choć niekiedy posuwał się do międlenia w sobie przytłaczających wspomnień, choć zdawał sobie sprawę, że gdzie by nie splunął, tam wyrastały myśli obfitujące w sążniste zapowiedzi, oprawne w slogan i obietnice bez pokrycia, choć jeszcze wiedział, że, jak dotąd, zmuszony jest do zmartwień, z których nic nie wynika, do noszenia numeru renty, do spotykania się ze szlachetnością tylko w lustrze, to przecież sądził innych swoją miarą, to przecież lęk o własne brodawki przysposobił go do wiary w cuda, zmusił do otoczenia się metafizyką, do używania ciężkich dział nadrealizmu, do oszańcowania się pontyfikalną dydaktyką dla marynat.

Anna

Wynik braku wyobraźni będzie mi towarzyszył do sądnego dnia. I choć niekiedy zdarza mi się o nim zapomnieć, to przecież i tak, bez podpowiadania wiem, co jest, a co się nie znajduje w moim zasięgu: księżyc dalej flirtuje z wodą, odpycha ją i unosi, plamy na słońcu są jak przed miliardami lat, chmury ciągle brodzą po niebie, galaktyki nadal pędzą do nieskończoności, a to, że przybrałem inną formę, nie ma wymiaru tragedii.

Jak okiem sięgnąć, po jego twarzy, zmarszczonej niczym brukselka, rozlewała się poświata godności. Był to mężczyzna wzorowej urody. A także nieposzlakowanej powierzchowności; to jedną, to drugą ręką wymachiwał mi przed nosem każąc patrzeć i podziwiać, jak młynkując sobą, przesuwa się od drzwi, aż po zlew. W przerwach między kunsztownymi ewolucjami, pozwalał sobie na dyskretne zipanie w kułak. Z zakamarków sylwetki wyłaniały mu się kaskady baletowych podfrunięć i piruetów zwieńczonych stójką i frymuśną przewrotką z wymachami rąk.

Ecce homo, najnowszej generacji krzyk mody, wersja z antykorozyjnym polepszaczem, dożywotnią gwarancją na pół roku, z katalizatorem na sprężarkę i certyfikatem na wszelki wypadek – zatrajkotał. – Będzie ją pan mieć na zawsze, zrobi wszystko , co pan jej każe, w jej nazwie też ma pan wolną rękę – kusił, poklepując maszynę po wystających tranzystorach. – Chciałem z początku, by była moja, no ale czy z taką mordą dałbym radę być jej ulubieńcem? Nie, a z panem będzie pławić się we wszelkich pożytkach. I zniknął tak, jak się pojawił: zostawił za sobą pożegnalną smugę życzeń wszelkiej pomyślności, a na do widzenia, rzucił we mnie owocnym powrotem do zdrowia.

W pierwszej chwili nie wiedziałem, co z nią począć. Nazwałem ją Anna. Miała bladą twarz i zimne ciało, ale była to albo kwestia termostatu, albo przepuszczającej uszczelki. Od tego dnia na pytanie o stan cywilny odpowiadałem, że mam siodło.

*

Kiedy nadeszła wiosna, jej ciepłota osiadła w miejscu, a i we mnie nastąpiły przygruntowe odmiany; pozwolono mi na krótkie i niemęczliwe wyjazdy. Ofiarnie pchała mój wózek i docieraliśmy do parku. Był rozświergotany, i, mój ty Boże, ile miałem jej wtedy do powiedzenia! Wydawało mi się, że skoro przez te wszystkie miesiące zachowywałem milczenie, teraz, gdy wróciła mi chęć do życia, powinienem nadgonić utracone chwile, a zwłaszcza dać jej do zrozumienia, że bez płaczliwych emocji mogę z nią gawędzić o rzeczach ważnych lub mało istotnych, o sprawach, które wtrącały nas w śmiech, zmuszały do oglądania się za wyjściem z domu, w orzeźwiający nów, w przycupnięcia na ławce, gdzie, ukryci, schronieni pod opadającym bzem, obejmowaliśmy się, nie wiedząc o sobie nic.

Anna śmiała się wtedy, jak dawniej, jak przedtem. Trzymałem ją w ramionach i wydawało mi się, że odzyskałem z nią kontakt, że znowu zaczynamy się dostrzegać. Było mi dobrze, a w najstarszej, zaniedbanej i być może dlatego romantycznej części parku, tężały i wymilkały schadzkowe kłótnie. Ktoś biegł po mokrej alejce, a jego stopy rytmicznie uderzały o rosę asfaltu, mieszały się z odgłosami ścigających go, refrenowych nawoływań, należących do kobiety; moja miłość jak wiatr, jak jej oddech, była tu.

Zabawialiśmy się w nieskomplikowaną grę w sumienie. Obowiązywała w niej zasada, że wszystkie chwyty są dozwolone. Była to gra, w której stosowałem wobec niej zwyczajową metodę postępowania z ludźmi, metodę z cyklu “a pamiętasz”, te swobodne, polukrowane “małe co nieco”, które odświeżały mi samopoczucie, wyrzucały wszelkie taryfy ulgowe, wypacały ze mnie wszelkie złogi kompleksów.

*

Czułem się w mocy manewrować jej wnętrzem: jaka to frajda dla samotnego, mieć bezkarną możność kiereszowania cudzymi poglądami! Była zaprogramowana na rozwiązłą trusię; bez przeszkód mogłem chować ją do szafy, gdy mnie zgniewała, do lodówki, gdyśmy za dokładnie zajęli się światem wspomnień, w rezultacie czego przypominałem sobie o czymś, o czym niezręcznie mi było pamiętać. Mogłem, bez wyjaśnień, podchodów, umizgów, przestroić ją na szybsze, lub wolniejsze kapowanie, na większą lub mniejszą przenikliwość. Zależnie od nastroju, robiłem pokrętełkiem zręczne fiku-miku, by porzuciła jeden zestaw zachowań i weszła w podchodzący mi bardziej. Wierzyłem w panowanie nad nią, nad jej wnętrzem, które znałem przedtem.

Poprzednia nie nadawała się do moich awantur, nie doprowadzała mnie do przekonania, że to ja jestem zwycięzcą. Tamta, która mnie zostawiła, brylowała w wymówkach. Jej pretensje musiały górować nad moimi. I górowały: bawiąc się mną i bez ostrzeżenia, na odlew, ciskając o ścianę, dawała mi do zrozumienia, że znowu jestem od niej gorszy, że znowu dałem plamę.

Porównywałem obecną z jej rozpyszczonym pierwowzorem i nie znajdowałem w sobie ani krzty tęsknoty za wadami poprzedniej. W nowej chwyciłem się za bary z TAJEMNICĄ, z podziwianiem spojrzeń należących nie tyle do niej, co do mojego odchodzenia w mrok. Od chwili, gdy została ze mną i we mnie, utwierdziła się w przekonaniu, że jest skazana na usłużność wobec mnie, odkryła, że znajduje się na mojej łasce, że otaczają mnie postacie, których obecności wypada się jej obawiać, gdyż i ja się ich obawiam, gdyż i ja staram się ich nie zauważać, omijać spojrzeniami rzucanymi w innym kierunku, odwracaniem jej uwagi, które jednak dla mnie są, choć ona ich nie widzi, które narzucają jej mój punkt patrzenia.

Ps. po przewiezieniu mnie do Poprawczaka, miejsca, o którym wiedziałem tyle, co brudu za paznokciem, straciłem Annę z oczu.

Come back

Kiedy to było? Miesiąc, rok, parę dni temu? Co mógłbym jej ofiarować teraz? Mój biologiczny chronometr tyka, zwolnione reakcje, minuty, godziny zmielone przez dni, stepują po mnie. Świat jest zagadką, błyskiem źrenic trefnisia, więc muszę wyjechać, więc wyruszam.

Przekleństwo mojej wolności polega na tym, że nie potrafię przestać o niej mówić. Jakby to powracanie cokolwiek zmieniało, nabierało sensu! Ale nie. Obawiam się, że nic z tych rzeczy. Nie wskrzeszą jej żadne moje dywagacje. Mam nadzieję, że o niej zapomnę.

*

Ostatecznie tyle jest innych kobiet. Czekają, lecz czy mógłbym być dla nich interesującym obiektem? Tuziny dziewczyn, a każda bez jej uroku. Nie mam ochoty na ich poznawanie. Randki budzą mój sprzeciw. Nie mam ochoty na cierpliwe słuchanie uroczych kłamstw, wymówek, plotek wypowiadanych półszeptem, zwiewnym szwargotem intymnych afer. Tak wiele jest innych kobiet, różnych od niej, chętnych zdobywania mężczyzny, którego by hodowały na wzór i podobieństwo swoich wyobrażeń, stuprocentowych babonów zdolnych do odfajkowania flirtu, całe mnóstwo dziewczyn marzących o „gdzietechłopach” przyszpilonych do pantofla, wyselekcjonowanych spośród miliona, że myśląc o nich, martwię się, czy kogoś nie poznała i błądzę ulicami.

Odwiedzam bary, knajpy, mroczne zaułki w padającym deszczu. Miasto szydzi ze mnie, traktuje jak obcego, nieprzyjaźnie, wrogo. Nie rozumiem, skąd się to bierze. Chyba stąd, że zwykło witać mnie przytroczonego do niej. Wtulona we własne wspomnienia, może w innym mieście ma identyczne problemy, nie umie im zaradzić, odczuwa ból z powodów, co do których mój stosunek jest mało przychylny: moja tolerancja kończy się tam, gdzie drałuje zazdrość.

*

Jej oczy, charme, uśmiech, przyzwolenie na pieszczoty, swobodne błądzenia rąk, moje trafiania w miejsca sprawiające, że drży, że jest piękna, oddana i wyzwolona. Przez jej ciało przebiegają dreszcze: nerwy, ułożone w jednolity system połączonych naczyń, współbrzmią z moimi. Miasto dyszy nieprzerwanym rytmem urojonej namiętności. Wołam w czeluście bloków kamiennej dzielnicy przypuszczając, że mnie słyszy. Lecz ściany są milczące, dyskretne i niedostępne.

Gdzie jesteś, kiedy wrócisz, krzyczę w miejscach, dokąd prowadziły nas telefony. Myślę z uporem, że co było, to przeszło, nie ma dni, lat, miesięcy, nastąpił kres, nowy etap, mogłem przewidzieć, jak się to skończy. Place, inne nazwy wąskich ulic, parki z odmalowanymi ławeczkami, drzewa bez liści zwiastujących ciepło, jej wargi soczyste słodyczą kaprysu i ludzie, chyżo uciekający przed deszczem, wystawy przeładowane niedostępną feerią zbyteczności, inkrustowane przedmiotami zawiniętymi w światło neonów, ten sam, co zwykle, nastrój niepokojących preludiów, zerwań i przeprosin, te same iluzje, świergot wystraszonych wróbli, zmoczonych czekaniem na skroplony antrakt, te same sylwetki omijające kałuże. Ich nasączone wodą twarze, kobiety w zabłoconych kozaczkach z wyprzedaży. Nieprzemakalne, słabe, czego się nie da stwierdzić przed rozebraniem, ich podszyte wiatrem kurtki, ich dłonie zniszczone dźwiganiem niespodzianek.

*

Poznaję; oto jestem świadkiem mijających obrazów, impresyjnych wedut żywcem przeniesionych z innego świata, świata bez niej.

Dziki

Dzieciństwo miałem nieokazałe, lecz podobnie jak inni, wspominam je z całkowitym rozczuleniem. Ojciec zabierał mnie na wycieczki, pokazywał, czym się wzruszać, a przed czym zwiewać. Mama, szczęśliwa z naszej komitywy, opowiadała z dumą, że jest ze mnie zadowolona, choć, zdaniem dziadka, mój charakter pozostawiał wiele do życzenia.

Przy okazji nieczęstych zjazdów rodziny, temat mojego wychowania stanowił bezcenny gwóźdź programu; poddawano mnie wszechstronnej analizie i dokonywano gruntownej oceny moich postępów.

W dyskusjach o mnie prym wiódł starszy brat, najlepsza odnóżka naszego klanu. Lubił znęcać się nade mną. Wałkował sprawę aż do chwili, gdy nawet babcia przestawała trzymać moją stronę. Babcia, może z racji długiego i bogatego życia, tonowała jego napastliwe wystąpienia. Mówiąc ogólnie, była kochana. Zawsze mogłem liczyć, że mnie zrozumie, poprze, przytuli.

Gdy w tej chwili coraz mocniej i intensywniej powracam do wydarzeń z tamtych lat, nie umiem wyzbyć się przekonania, że popełniłem błąd sądząc brata surowiej, niż należało, że za ostro, za despotycznie odrzuciłem go od siebie. Lecz stało się: wyjechałem z rodzinnych pieleszy żegnany przez załzawioną babcię, która przeczuwała, że widzimy się po raz ostatni.

*

Tak czy owak zmiana wyszła mi na plus. Okrzepły, stwardniały, zacząłem patrzeć na świat chłodno i realistycznie. Oceniać go bez nadmiernego zacietrzewienia. Moje decyzje i obawy były decyzjami i obawami dostosowanymi do sytuacji. Nie trawiłem już marzycielstwa, tępiłem jego przejawy, zarówno u siebie, jak i rodziny, którą założyłem. Wydawało mi się, że będzie ona panaceum na wszystkie moje krzywdy, ale, zamiast tego, okazała się skutecznym środkiem na przeczyszczenie.

Przedtem towarzyszyły mi naiwne przekonania, że można uczynić życie doskonalszym, niż ono jest w istocie. Teraz jednak nadeszła dla mnie nagła i okrutna pora kompletnej odmiany zapatrywań: bez uprzedzenia, czy jakichkolwiek wyjaśnień, kiedy po pracy, znużony, szedłem do domu, szpica mściwych dzików złowiła mnie, upiekła i z jabłkiem w ryju podała na swój świąteczny stół.

Gu – Gu

Miał lekką palmę i dużą głowę, co najlepiej widać w pełnym słońcu; łysa czaszka, w której na moment pojawiały się myśli, by zniknąć w podskokach.

Pracował przy popielniczkach, a zarobione pieniądze wydawał na fajki, lecz nie palił, tylko częstował. Lubił obserwować twarze, sam jednak milczał. Zanim tu przyszedł, mieszkał na skraju odległego miasteczka, razem z matką. Kiedy umarła, przewędrował szmat kraju i znalazł schronienie u wdowy po dróżniku…

Z początku traktowała go nieufnie. Odnosiła się do niego z rezerwą, co było wyrazem niechęci do mężczyzn. Później oswoiła się z myślą, że jest od świtu w jej pobliżu, a jeszcze później, kiedy przekonała się do jego umysłowej ociężałości, pozwalała mu ogrzewać ręce nad kuchenką. Bełkocząc w podzięce, łakomie spoglądał na jej cielesne rozległości. Co tam sobie podczas tego bełkotania myślał, nie wiadomo.

Wkrótce jednak nastąpiło w powietrzu ocieplenie, i znikł pretekst do siedzenia w pobliżu piecyka, więc, by nie utracić z nią kontaktu, zaproponował w swoim “gu – gu”, że przeniesie dobytek „tutaj” i przy radosnej aprobacie właścicielki, wtarabanił się razem ze swoim tobołkiem. Najpierw zamieszkał w sionce, by, niepostrzeżenie, rozlokować się w sypialni, gdzie bywał coraz częstszym gościem.

Nie rozmawiali. Między nimi wisiała tajemniczość. Jej cienie obejmowały wszystko, co wydarzyło się przed pierwszym spotkaniem. Trudno było dociec, kim był jej mąż, jakie zmartwienia należały do wdowy, kim był on – człowiek, który miał lekką palmę i dużą głowę, a wszystkie zarobione pieniądze wydawał na fajki, choć sam nie palił. Trudno było dociec, kim była ona, skoro pewnego dnia znaleziono jej ciało na podłodze, minimalnie tylko zniekształcone siekierą, której obecność na stole zdawała się wskazywać mordercę.

Relacja z filmu

Film jest sensacyjny i umrzyków w nim więcej niż ludzi na widowni. Denaci są wszędzie: rozmazani na ścianach, skręceni w precel na piwnicznym betonie; tu oderwana główka, tam rzewne wspomnienie po kolejnym zafajdanym Harrym.

Odkrywczy szablon reżysera jest taki: partner kropniętego, dajmy na to Bond-bez-zer, postanawia zemścić się i robi to przez bite dwie godziny z przerwą na siku. Grzebie w hałdach złoczyńców, w końcu po wielu przygodach znajduje właściwego. Wślizguje się do bandy jego kumpli, zaprzyjaźnia, a w międzyczasie zdrowo popija z tutki i na zakąskę przeżywa odejście ukochanej flądry, która ma go powyżej, poniżej i ogólnie gdzieś.

Bond, to gliniarz po dziadku, ojcu i jego braciach, funkcjonariusz z rodzinnymi obciążeniami. Nie lubi dyskutować z rozterkami: naprzód strzela, później głowi się, po co.

Generalnie akceptowany nie jest. Zarówno przez środowisko krawężnikowe, jak seryjną patologię. Mruk; rzadko coś powie, a jak już powie, to nie wiadomo, śmiać się, czy płakać.

Pracuś. Przeważnie gania po dachach i schodach kamienic z podejrzanymi lub ściga wraże cztery kółka, po czym idzie na odwach spisywać fajansiarskie raporty. Konfliktowy. Nie znosi szefa. Nie trawi życia towarzyskiego. Samotnik. Czasem zdarza mu się oberwać. Wtedy ceruje sobie jestestwo z miną co najmniej znudzoną, palcyma odkażonymi w whisky wydłubuje kulę i udaje się z przeprosinową wiąchą do byłej kochanki.

Tu następuje psychologiczny fragment filmu, bo kobieta ma w oczach przebaczenie. Prędko więc dochodzi do wzajemnego pojednania; ekran trzeszczy od sodomy i gomory, a oglądający naród ma wkalkulowaną w bilet erotykę z figurami.

Rośnie temperatura, buzują hormony, w tle widać rozczochrane łóżko, a na nim, nie ulega kwestii, jakie to golasy i czyje piszczele; sine barwy znikają, pojawia się róż, brzmi sentymentalna piosnka, zapalone świeczki pełgają kusicielsko, mrożony szampan pyszni się w kubełku, lecz idylla zostaje przerwana, bo na arenę wydarzeń wdziera się zamaskowany oprych z kałachem, który strzela aż miło; gdzie popadnie i w rezultacie trafia w laskę, z której wymyka się ostatni dech.

Natomiast Bond jest w swoim żywiole: kładzie trupem faceta i na ekranie zostaje mokra plama w kominiarce. Po czym, by nie tracić czasu, akcja przenosi się do Stambułu i nie wiadomo dlaczego jestem razem z widzami wśród mrowia minaretów, bazarów, w plątaninie ciasnych uliczek przetykanych gwarem.

Reżyser jest malarzem kamery. Nie jakimś tam przeciętnym pejzażystą, ale mistrzem klasy B, poetą wyczulonym na grę świateł, na eksponowanie kwiecistych barw pstrokatych kobierców, które mieszają się z rumianym kolorem pyzatych straganiarzy i gdzie widz nie spojrzy, tam dostrzega ścisk, potrącankę, przepychankę, łysy czerep Bonda zmierzającego do meritum.

I w tym momencie musiałem wyjść, a jak wróciłem, to dawali następny.

Wieczór autorski

Pozwólcie moi mili, że kolejne sprawozdanie z nieszczęścia zacznę od słów niecenzuralnych. Ale też pozwólcie, że wypowiem je po cichu. Zrezygnuję z głośnego przeklinania, bo jako człek ze wszech miar taktowny i w zasadzie obryty w dobrym wychowaniu, potrafię zamknąć dziób we właściwym momencie.

Po niniejszym wyjaśnieniu przystępuję do właściwej relacji. Otóż ponieważ dostałem propozycję odbycia wieczoru autorskiego w mieście Londyn, opanowało mnie dawno nie doświadczane wzruszenie. W telefonicznej rozmowie poinformowano mnie, że tego a tego dnia zorganizowano na moją cześć imprezę pod tym tytułem i wszyscy moi fani będą się czuć zaszczyceni, zachwyceni, ucieszeni etc. mogąc mnie gościć u siebie.

Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu: chciano mnie widzieć i słuchać nie byle gdzie, tylko ZA GRANICĄ, w środku rozrywkowego ZAGŁĘBIA! Natomiast w rodzimym kraju, gdzie biło mi literackie serce, dla którego byłem gotów na wszelkie poświęcenia, nikt nie doceniał moich wysiłków, przeciwnie, gdy tylko cokolwiek napisałem, zaraz pojawiała się horda fałszywych apologetów i dawaj mi wykazywać, żem kiep, grafoman, pomyłka, sztuczna konstrukcja!

Poniżano mnie, obrażano, sekowano gdzie się da, nie zrażałem się tym jednak i nadal robiłem swoje, a jak wyrzucano mnie oknem, to właziłem przez komin. I tak sobie istniałem, znany i nieznany jednocześnie.

Zrażony kursującymi o mnie famami, założyłem bloga i wklepywałem mu w bebech różne quodlibety, a dla uniknięcia wrednych komentarzy, wyłączyłem je. To mi dawało swobodę w nieskrępowanym wyrażaniu myśli, daleko idący komfort pisania bez ograniczeń i polodowcowych norm.

Aż nastał czas, kiedy wchodziło mi na teksty dosyć sporo wizytatorów i po liczniku zorientowałem się, że mnie masowo czytają. Zachęcony niespodziewanym uznaniem postanowiłem zebrać je w jakąś nieabsurdalną całość i tak zgromadzone przesłałem do wydawnictwa chlubiącego się poważną renomą. W liście do wzmiankowanej oficyny poprosiłem o ocenę mojego produktu, ale choć z pokorą debiutanta czekałem ładnych parę miesięcy, żaden kutas nie odpowiedział. Dopiero gdy zacząłem korespondować z angielskimi polonusami, zaczął się ruch w interesie, poczęto moje teksty publikować, a to po emigracyjnych gazetkach, a to po forach polecano, promowano, dopieszczano mnie komplementami.

I z tych właśnie powodów, kiedy zadzwonili do mnie stamtąd, mile cmoknięty w ego powiedziałem, że owszem, pojadę, wygłoszę i uświetnię. Wszak kultura, to mój żywioł i nic, co jej dotyczy, bynajmniej mi nie zwisa, dodałem dla podkreślenia, żem luzak i na bon motach się znam.

Tu zwierzę się (w histerycznym zaufaniu), że ostatnimi czasy bywam nieprzyzwoicie rzadko poza domem i trzeba mnie końmi z niego wyciągać; nawykłem do wygody i nic na to nie poradzę. No ale sytuacja wyjątkowa, więc nie ma to tamto: czego nie robi się dla idei!

Toteż ubrawszy się w najnowszej generacji tużurek, natarłem włosy masłem i wziąwszy pod pachę kilka egzemplarzy swojej książki, poczłapałem na lotnisko przeznaczone do ekonomicznego transportu zgredów. Z okropnym furkotem nadłamanych skrzydeł, nieomal z prędkością zgaszonego światła pomknąłem do biletowych kas i zakupiwszy go wsiadłem do podniebnej bryczki, czyli do luku bagażowego i jako wypełniacz kufra pewnego dzianego biznesmena dojechałem do Londynu. A tam to już droga prosta jak w pysk strzelił; zgodnie z procedurą wsiadłem na kark barczystego taksówkarza i kazałem się zanieść pod wskazany adres.

W trakcie kolebania się na jego grzbiecie latały mi po głowie różne złote myśli, cytaty i zgrabne aforyzmy, własne i cudze, którymi postanowiłem uraczyć entuzjastów mojej twórczości na gorące przywitanie.

Jużem się widział, jak po jednej z moich wypowiedzi zrywa się burza oklasków, zaś ja stoję po kostki pośród aplauzów, wiwatów i nawoływań o bis, jak nieznany, a zaskakująco liczny tłum moich wielbicieli wyciąga ręce po moje książki i koneserzy sztuki proszą mnie o autograf, a po chwili, gdy emocje opadną, jak dyskutujemy, wymieniamy się poglądami, szczerymi analizami, syntetyzujemy, dywagujemy i atmosfera robi się swojska, bo nagle zrozumieliśmy, że łączy nas jakaś metafizyka, magia, konsensus lub symbioza dusz…

Lecz wszystkie te moje antycypacje urwały się nagle i przeistoczyły w prozaiczny sen wariata, bo gdy nareszcie dotarłem na miejsce i uprzejmy taksówkarz postawił mnie na ziemi, nikt nie przywitał mnie z otwartymi ramiony. Chleba i soli też nie dostrzegłem, a po sali, w której miałem zabłysnąć, hulała cisza i ze wszystkich jej kątów ziało nieopisaną pustką.

Opowiadanie pyszałka

Wyobrażam sobie, że napisałem opowiadanie i choć można się z tego uśmiać, zostało wydrukowane. Zakładam, iż ktoś je przeczyta. Zachęcony, biorę się za kolejne, tym razem świadomie, wierząc w potrzebę jego napisania. Lecz kolejne też jest do chrzanu. Zacząłem więc pisać trzecie. Też o niczym, ale z mile widzianą pointą. Pointa, razem z opowiadaniem, znalazła się w druku i otrzymałem, na początek, wiązankę słów panierowanych otuchami.

Wyobrażam sobie, że nabrałem ochoty do istnienia w modnym kolorze pop, a profesja wziętego nudziarza zaczęła mi pasować. Przejęty sodową rolą, wziąłem się do tworzenia kobyły. Ale powieść w wydaniu efekciarza ma swoje za uszami: atrakcyjny wątek, miłosną i koniecznie trzymającą za grdykę akcję, obleśną i dziarską, dużo wyczynowego seksu, nieco egzystencjalnych muld, pomarańczowych zachodów słońca na tle westchnień i niedostępnych gór, pogwarki z najstarszymi góralami, bosymi filozofami zmierzającymi do życiowej prawdy po szkle, kontenery frazesów i żwawych przyśpiewek, rozterkowy zawrót głowy, sława, chwilowo modne znajomości, grube i romantyczne listy ze stekiem anemicznych gratulacji, telefaksy od rozdzierających cudze szaty nad nie swoimi upadkami, jakieś monstrualnie skąpe honoraria, a wszystko nafaszerowane troską o człowieka, spreparowane tak, by wyciągnąć z pióra następny przekaz.

Zgodnie z przepisem na rewelację, wziąłem się za tworzenie fabularnego pieścidełka. Powiedziałem sobie, że jeśli taka liryczna fujara jak X, mógł zmajstrować “Przygody Y w Z”, to tym bardziej ja, którym sporo chwil odślęczał przy czytaniu Jaspersa i Fromma, ja, który, nie chwalący, znam Ciorana na wyrywki, a w małym palcu mam wszystkie nienapisane utwory Nabokova, potrafię uporać się z napisaniem arcydzieła!

Jednak już po publikacji mojego wypracowania, które okazało się takie tam i było nieźle pompatyczną ramotą, jeszcze jedną książką, jakby powiedział Cortazar, uważam za minus powieści fakt, że w ogóle trzeba ją pisać. I dlatego wolę wyobrażać sobie, że upichciłem tekst, którego nikt nie przeczytał. 

Obczyzna – Polszczyzna

Jak dotąd, wydawało mi się, że piszę po polsku, czytam po polsku, kapuję po polsku. Ale tylko mi się tak wydawało, gdyż kiedy rozkraczył się mój komputer, a niektóre jego funkcje zrobiły sobie przerwę w działaniu, zmartwiałem ze strachu. Zatem co rychlej sięgnąłem po pomoc angielskiego odpowiednika profesora Miodka.

Tenże wirtualny jegomość, translator, tłumacz, miglanc-poliglota, wyjaśnił mi na wstępie, że zaprogramowano go w celu uproszczenia kontaktu na linii fachowiec – profan. Poinformował, że dobrze trafiłem, bo ma prawo jazdy na komputerze i zamontowano mu ratunkową opcję dla głąbów. W ramach pocieszenia dodał że poprowadzi mnie ciemną doliną techniki.

Na dobry początek oznajmił, że jestem niewąski tuman, osioł, zgred i nie powinienem reperować urządzeń wymagających inteligencji, powiedział to zaś w potłuczonym żargonie informatyków. Dorzucił, że komputer jest urządzeniem delikatnym i zanim zacznę korzystać z jego usług, należałoby, abym posiadł wiedzę o dynksach i wihajstrach wbudowanych mu w pępek.

Przy okazji nadmienił, że jak jeszcze raz ośmielę się grzebać mu we flakach, zabierze się za reset mojej cielesnej powłoki, co zapachniało mi  groźbą karalną.

Po tej reprymendzie wyjechał z propozycją, bym przestał udawać greka i samodzielnie zapoznał się ze wskazówkami na temat przywracania komputera do pionu, a jak mi nie wyjdzie z naprawą, bym udał się  z rzęchem do serwisu.

Na ogół jest ze mnie posłuszny gapa, toteż wziąłem się za sylabizowanie. Lecz podczas czytania owych instrukcji wyszło mi, że polskiego nie znam, a co znam, to są same ersatze i językowe fidrygałki. Tak więc moja polszczyzna podwinęła ogon, stuliła uszy i padła na grzbiet, ponieważ uzmysłowiłem sobie, że bez dekodera nie wydolę ugryźć wzmiankowanych zaleceń. A nie dam rady, gdyż są podobnie zrozumiałe, jak nasze ustawy podatkowe; hermetyczne, skonstruowane po to, by zrozumiał je tylko ten, co je  ułożył.

Konkluzja: żeby samemu wykonać w komputerze cokolwiek z napraw, trzeba mieć co najmniej doktorat z naiwności.

Wiedza

Przekonujesz się, że nie można umieć na 100%. Człowiek pobieżny, uważający się za erudycyjnego macho, popełnia śmiertelny grzech pychy, ma skażone, toksyczne, wąskie pole manewru, dysponuje chybotliwym zestawem argumentów, które są w zasadzie słuszne, niejako właściwe i ogólnie wyznawane: dopóki nie puknie się w głowę i nie odkryje nowych.

Ulega czarom pseudo problemów: im mniej wie, tym łatwiej mu lawirować pomiędzy interpretacjami. Orientuje się co prawda, że komuś biją dzwony, lecz co to za powód do dumy, skoro nie zna ich znaczenia dla samotności dzwonnika, ma blade rozeznanie o jego rodzinie i jeszcze skromniejsze pojęcie o ilości spróchniałych schodów prowadzących na wieżę, gdzie mieszka, nie mówiąc o ewolucji ludwisarstwa w Kolumbii.

Lecz kiedy już nareszcie przekopał się przez encyklopedyczną wiedzę o kraju, skąd bije dzwon, i gdy stał się niekwestionowanym autorytetem w temacie „Kolumbia”, jedzie po mapie spłoszonym wzrokiem i widzi, że tuż obok rozciąga się Wenezuela, jego następna, rozdzwoniona ignorancja, kolejna przestrzeń nasycona sidłami dylematów, strefa, w której dzwony stanowią ledwie szczyt góry lodowej, bo oto pojawiają się przed nim dodatkowe zagadnienia związane z dziejami metalurgii podczas wypraw krzyżowych.

A gdy przebrnął przez problemy związane z dzwonami, dowiaduje się, że w Hiszpanii, krainie byków i Picassa, też jest co nieco do przyswojenia i tam też można popisać się nieuctwem. I z taką niekompletną wiedzą, przekonany o doskonałości swojej uczoności, wdrapuje się na sejmową gęgalnicę.

Odbiór literatury

Żółtko, znane z wichrzycielskich skłonności do przesady, stara się grać pierwsze skrzypce w biznesach z białkiem, lecz sędzią ich sporu pozostaje kura.

Kogut-marzyciel, mówi, że do odbioru poezji, prozy, malarstwa, czy muzyki, konieczne jest przygotowanie.

Kura na to, że skąd znowu, że, by się podnieść z hamaka i wzruszyć do łez, słucha Beethovena. Nie musi latać po podwórku z fakultetami od cioteczki Sorbony, by mieć ochotę na znoszenie jajek itd., ale gdy ma durnieć z podziwu nad lada szmirą, z marszu dostaje wysypki, odkochuje się w weterynarzu, ma migrenę, estetyczną biegunkę i drażni ją światło.

*

W ten sposób można streścić wiersz Staffa – Mowa:

Nie trzeba rozumieć śpiewu słowika

Aby się nim zachwycać.  

*

morał: żółtko i białko, to treść i forma, kura, to czytelnik, a pytanie o pierwszeństwo jajka nad kurą, to bigos nie nasz, tylko zatrudnienie dla szklanej kuli koguta, czyli krytyka. Jak wiadomo, ma on rację z urzędu i to niekoniecznie wtedy, gdy ją ma.

Muza

Miał obcą duszę na drętwiejącym ramieniu. To ciepłymi, to zimnymi strużkami potu żłobił go lęk. Gdy zdarzało mu się uczestniczyć w życiu całkiem nowym, jeszcze nieznanym, a już podniecającym, obracał się na wznak.

Przez kraty lśniły gwiazdy i czuł się wtedy jak jedna z nich.

Goniły go przekleństwa, raziły światła, ścigały wspomnienia.

Nawet przytłumiony blask pochodni dopadał go z większą intensywnością.

*

Zakryty po szyję, miał oczy zamknięte, właściwie lekko niedomknięte i wydawało mu się że obok stolika z przyborami do fajki stoi gruba kobieta w czarnej sukni, patrzy na niego uważnie, przenikliwie, z ironią.

Przysiadła na łóżku i bez żadnych wstępów, zaczęła mu klarować : „skoro mówi się, że między ludźmi nie ma porozumienia, należy być konsekwentnym i opisywać własny świat tak, by być zrozumianym przez siebie i w sobie, a czytelniczą wygodę postawić na drugim miejscu. Dać sobie spokój z wyjaśnianiem go, założyć, że, trudno i darmo, niech się sam boryka z tym, co mu bredzą ślepcy o kolorach; ile pojmie, tyle jego.

Trzeba być własnymi oczami. Widzieć rzeczywistość ignorującą obcy gust. Język literacki powinien być inny od języka urzędowego, zgrzytającego banałami.

Nie ma w nim śladu po sucharkowej akuratności, sezonowych przepisów, paragrafów i namolnych frazesów stosowanych w pralni, w kotłowni, czy w innej biurokratycznej melinie.

Od administracyjnego różni się tym, że jest przetworzony przez wspomnienia, projekcje i życiowe doświadczenia pisarza – umilkła, lecz po chwili ,powiedziała: „a teraz tak pisz, jakby te zasady istniały naprawdę”.

Kraczydła

Przeptaszenie stało się ciałem; na dzień dzisiejszy jest nas dziesięć, no, może dwadzieścia miliardów z hakiem i całym pogłowiem obijamy się na drzewach. Natomiast na dzień wczorajszy było nas, średnio licząc, ze dwa razy mniej.

Poprzednio nie mogliśmy swobodnie drzeć mordy, bo każdy ptaszek miał swoją prywatną gałąź, konar z podsłuchem przebranym za dzięcioła. Teraz, jak wszyscy, mamy sublokatorów. Im kto wcześniej zaczyna zawodzić, tym prędzej wywrzeszczy sobie większą substancję odpoczynkową – tego też co rychlej przenoszą aż pod koronę drzewa, gdzie przewidziano dla namolnych większe metraże, znośne warunki, istne raje.

Z czasem i dla nich wprowadzono szlaban na kłapanie dziobem. Kto został przyłapany na lamentowaniu bez zezwolenia i pytlował na dziko, tracił prawo do stałego zasiedlania gałęzi. Z punktu dostawał skierowanie do bajora na zadupiu i tam, do upadłego, mógł zajmować się roszczeniami. Niewielu więc było chętnych do oficjalnego kręcenia dziobem.

Ten, co pomstował po cichu i na pół gwizdka, bez uprzedzenia zostawał odgórnie doceniony i mógł dopraszać się podciągnięcia pod ulgowy przepis gwarantujący możliwość zasiedlenia całego drzewa. Wtedy wywyższał się na swojej powierzchni, puszył się, szarogęsił i kokosił ze swoją metrażową pomyślnością, aż wszystkich przestrzennie upośledzonych za mocno kłuło to w oczy i nie było wyjścia: musieliśmy przywołać go do porządku i, dla przykładu, walić go w cztery litery, by nabył ogłady.

A cały ten galimatias z zagęszczeniem powstał z powodu wron; wrony od zamierzchłych czasów żyły w opozycji do logiki:

a)

opowiadały się za demokratycznym znoszeniem jaj,

b)

zawzięły się na nas złośliwie postanawiając przekształcić się w liczebniejsze stado i zajęły się nauczaniem śpiewu.

Reorganizacja

Wakowało stanowisko i należało je zapełnić. Problem ten zakwalifikowano do łatwych: starczy skrzyknąć wolnych znajomych i do ataku. Ale nie w moim miasteczku, gdzie znajomych brakuje od zawsze; godne zaufania osoby siedzą po mamrach, a niedobitki smutasów walają się po rozdrożach. Po długotrwałych debatach uradziliśmy, że zanim znajdziemy NOWEGO, sprowadzimy z sąsiedztwa awaryjną niedojdę i już na miejscu dokonamy odpowiedniego szkolenia.

*

Zazwyczaj senna dziura, ożywiła się pod wpływem świeżego niezguły. Stary przestał już rozbawiać kogokolwiek. Wypompował się z entuzjazmu. Razem ze swoim ociężałym dowcipem, melancholijnie truchtał pomiędzy płotami, powoli gibał się na nagrobkową stronę, zamyślał na nieznaną intencję, drzemał w pozach co najmniej sprośnych. Ręce miał znoszone, brzuch nieforemny, a nogi sękate. Nadawał się na złom dla clownów. Jego kawały nikogo już nie bawiły i nadaremnie potykał się na bananach. Rzucanie tortem w burmistrza też było nudne za setnym razem.

Nowy był za to śmieszek i jajcarz tryskający zaraźliwym humorem. Był to facet młody, jeszcze nie potłuczony przez życie, żył samotnie i oszczędnie, a najważniejsze: miał własny sprzęt rozweselający. Nazywano go Głupi Jaś, ale po godzinach zwał się mgr Biznesmen. Jak to nowy, nie zostawił na nas suchej nitki, a na deser sparodiował sam siebie.

Bajka o niereformowalnych

Za onych dni panowało się na niewielkim obszarze, bo duże — unieważniono. Tam właśnie wysadzano się na wielkie czyny, odbywały się kukiełki, sadzono ponure nieużytki, miedze i grusze, tam też odbywały się igrzyska połączone ze wciskaniem ciemnoty.

W krainie z owej bajki czego nie było, zaraz robiono, a robiono solidnie, wygodnie, za nic mając forsę. Sąsiednie kraje ściskało w dołu i skręcało z wściekłości to w lewo, to w prawo, to na różne pośrednie sposoby. Przykładowo, staw aktualnego królewicza Zagryzka dobrzy ludzie przykryli brezentem, gdyż w szybkich porywach nadchodziła Sroga Zima Zła.

Ryby łapały kurcze, wędki, przywidzenia. Udało się wyperswadować zakładanie sumom kagańców, ale nie dało rady zmusić sędziwego raka do założenia nocnej koszulki. Kategorycznie oświadczył, że zima – nie – zima, w zwyczajach raków nie leży ciepły przyodziewek i co to za porządki, a w ogóle, czy nie ma już większych zmartwień?

Na takie słowa ludziom się sposępniało i nie wiedząc, jak rakowi odrzec, żeby mu weszło w pięty, chyżo, a z respektem przestępowali z nogi na nogę. Gdyż w samej rzeczy zmartwień mieli do znudzenia, a co jedno, to poważniejsze od drugiego. Poszli więc do Zagryzka, ten zaś wygłosił referat i utwierdził się w przekonaniu, że na zimę staw trzeba będzie wysłać do cieplejszych krajów.

Bajka dla pracowitych

Wśród akuratnych krasnoludków pojawił się leniwy bęcwał, którego nikt nie mógł zawrócić na drogę wyznaczoną prawdziwym krasnoludkom, co to każdą robotę odwalą chętnie, składnie i za frajer. Zakała – zgodnie orzekły duszki, bo taki margines działa na innych jak zaraza. Trzeba go wychowywać, pobłażać mu, mieć oczy na zawiasach, co kwartał zmieniać obwolutę…

Ale ten krasnal wyrósł na tęgiego formatu naukowca i czego się nie chwycił, od razu było uważane za ósmy cud świata. Taki był zajadły, że nawet prototypy wychodziły mu od razu ulepszone: kosiarka na topiony smalec, bronchit z ulęgałek, paskudne kaczątko z dziobem do natychmiastowej wymiany, buty bez kota i żelazny wilk z plastikową kitą. Wynalazki te budował w pocie czoła po to, aby się wszystkim jakoś majtało.

Któregoś jednak roku pod ludzkie domostwa zbliżyła się odwilż, więc skrzaty przeleciały się po umysłach i wykombinowały, że trzeba zmienić porę roku. I tak się stało; zamiast wiosny, zdarzyły się wykopki. Lecz że nie było co kopać, na początek wykopano z posady krasnala – wynalazcę, by sobie za dużo nie sądził.

Bajka dla strachliwych

W pewnym kraju, przed wiekami, żył sobie potwór. Nikt się go nie bał, dlatego musiał bać się sam. A wiodło mu się bardzo pierwszorzędnie, dopóki nie wyszedł rozkaz, że wszystkie potwory należy udomowić.

Chwyciła go wielka rozpacz i żeby się nieco pokrzepić, udał się do mlecznego baru, gdzie zjadł kluski z paragonem. Zadowolony, by się nieco odkwasić od trosk, poleciał na rozmowę ze szwagrem.

Przyczaił się bardzo sumiennie w krzakach i czekał na krewnego, który przyczaił się dosyć niedbale, w związku z czym ucapili go tamtejsi krajanie, a złowiwszy go w sieć, odesłali na najbliższy koniec świata.

Tymczasem nasz cwany bohater, widząc, co się święci, zaparł się pochodzenia i przystał na służbę do potwora. Miał u niego jedzenie, smycz, własne pchły, a zimą – futro ze szwagra.

Ojciec Mizgoła…

…zasłużony pogiętek z rodu szlacheckiego, miał na stanie syna. Pierworodny, z racji pokaźnego wzrostu nazwany Niziołkem, cieszył się jego wszechstronnymi względami. Mizgoła chodził mu pod szkołę dla odwrotnych prymusów, a w niedzielę pozwalał spać do pierwszej w nocy.

Aż pewnej dżdżystej i niesfornej zimy, poczuł wielką niemrawość w przerdzewiałych gnatach i za kudły chwycił go mus; foremne przeczucie, że zbliża mu się wielka pora zabrać za zdychanie, syna więc do drwalni zawołał i w te słowa rzecze:

– Moje ty cacuszko niedocacane, trzeba ci wiedzieć, że jestem wiekowy i długo nie pobawię na tym łez padole, jednakowoż zanim trafi mnie szlag, chciałbym ujrzeć wnuka. Wychowałem cię na dobre pacholę, nigdy mnie nie zawiodłeś, więc jako Tata też powinieneś ujść w tłoku. Idź za głosem serca i nie waż mi się na oczy pokazywać bez ukochanej, a ja postaram się dodychać do twojego powrotu, gdy zaś wrócisz w pół żywy z mitręgi, w nagrodę dostaniesz po matusi elektryczną gitarę, po mnie zaś – żyźniejszą połowę spłachetka.

Syn podjął ojca pod skrzeczące kolanko i gdy się miało ku stęchłemu dniowi, wziął nogi za pas, suchy prowiant, worek na oblubienicę i wypętał się z domu podśpiewując duchem.

Szedł, szedł i szedł, i przystawał coraz częściej, bo był okrutnie utrudzon i zmordowan wielce, a im dłużej nikogo nie widział, tym bardziej chciało mu się czegoś gorącego, i taka ci nim targała tęsknica, tak mu się ckniło do domu i porządnego żarcia, że nie dostrzegł, jak zrobiło się ciemno, straszno i pohukująco.

Jak okiem rzucić, skroś wichury i fujawicy, nic nie szalało. Pokładł się tedy pod dębem i zaczęło mu się zbierać na żal. Lecz zanim zdążył rozżalić się na dobre, zmorzył go sen.

Spał, spał i spał, a nad rankiem z rowu wstał, i było mu jak ręką odjął: w przeczystym powietrzu ni jednej maszkary, słonko przygrzewa po Bożemu, a las szumi po ludzku, więc zaczął trusiać pychotne jedzonko, co to Matuś w ojcowym pindelku dali mu z płaczem na kaprawą drogę.

Czegóż tam nie znalazł: salcesony śwarne i pachnące majdanem, ser dziureczny, odstały i mocno spleśniały, chlebuś z omastami (na domowej skwarce), a do picia – jogurt.

Gdy się pożywił, na świat popatrzył objedzonym okiem i zaraz jął się rozglądać za nieźle młodym pudłem.

Ale gościńcem nic nie kroczyło, nie pełzało i nie kryło się za chaszczami. Lecz co to, ach co to, czyżby, ach czyżby dziewczyna? Z radości przymknął jedwabne oczęta i nagle zobaczył, że między tym, co widzi, a tym, czego nie dostrzega, skrada się wielgachny potwór. Traktem międliło się coś rozlazłego, a jak wyszło zza krzaków, okazało się to coś nieurodziwą staruszką.

Baba zapiszczała w te słowa:

– O mój złoty chłopcze, uratuj mnie biedną i nieszczęsną. Czarownik niecnota w złą złośnicę mnie zaklął i szpetnym wierszem przynudzać każe! Ratuj mnie, a chyżo, a ja ci się jakoś wywdzięczę do smaku.-

Po słowach tych zrobiło się Niziołkowi niesporo i zbędnie, bo gdy starucha nie chce być staruchą, mówi do rymu, lecz nie do ładu i składu, sprawa jest nie bardzo. Pomyślał wiec naprędce:

– Czemu nie ratować, jak nie mam innej do roboty i czy to ja wypadłem komu spod ogona? Są gorsi, co ratują i jakoś im się wiedzie. Wiedźma nie wygląda na autentyk, licho wie, tak sobie kwęka, czy prawdą leci, ale słyszałem od tatuliny, że jak się pocałuje ropuchę w największą gulajkę, to ona w rumianą laskę się zmienia, tak też z tej mańki staruchę zażyję, a do domu jak wrócę, na gitarze będę sobie grał, oj dana!

– I pocałował babę.

Zamęt się uczynił i cała dróżka wirując i unosząc się to do góry, to opadając niżej, niż było jej pisane, pokryła się pyłem, a przed nim stał kawaler jak malowanie, lecz już nie płakał w żadnym rozsądnym kierunku, tylko śmiechem się zaniósł i powiedział tak: –

– Witaj moje ty niedocacane cacanie, to ja, twój ociec, Mizgoła. W twoim oku widzę zdziwienie. Powiem ci, jak doszło do zamiany wiedźmy na mnie. Czując się płocho, zawarłem szkaradny pakt z Kusym. On mi wróci młode lata, jeżeli ty, bez podpowiadania, z własnej woli pocałujesz najgorszą paskudę, jaką przed tobą postawi. Jeżeli byś tego nie uczynił, byłoby ze mną krucho i wkrótce bym szczezł. Szukanie żony, to pretekst. Nie martw się tym. We wsi, za lasem, jest mój stary kumpel i on ma córkę, która by mi się nadała na twoją. Obrotna, gospodarna i do amorów gotowa. Dzisiaj nie, ale jutro pójdziemy. A pole dostaniesz.

Wyznania skruszonego frajera

– Powiem, wszystko powiem, nawet to, czego nie wiem. Służbę zacząłem z powodów genetycznych. Dziadek, ojciec, wujek, cała nasza rodzina, każdy z bliższych, czy dalszych moich krewnych, był w tej armii żołnierzem na posyłki, a jak się wykazał pod kątem zabjalności, mógł liczyć na awans.

Każdy też, kto dawał się szybko poznać, zdobywał uznanie u szefa i piastował godność Pierwszego Nadcyngla. Moje pierwsze zadanie było dziecinnie proste. Opowiem, choć co to da? Dostałem cynk od zaprzyjaźnionego kolesia, że wylosowano mi bezpłatne stypendium upoważniające do wyjazdu na Sycylię celem podnoszenia kwalifikacji. Lubię sobie podnosić byle co, szczególnie wtedy, gdy mnie to gila. Najwyżej szarpnę się na zakup rozpylacza, bo słyszałem, że tam każda spluwa jest na wagę kicia i nikt mi nie da postrzelać za Bóg zapłać, no, ale mówi się trudno i kocha się dalej.

Jednakże, zanim zdążyłem się gruntownie ucieszyć, przyszedł kolejny SMS i już nie miałem z czego być zadowolony, bo nakazano mi wracać do domu i dokąd nie zrobię porządku z B., mam dać sobie spokój z Sycylią. Powiadano o nim, że prowadzi lewe machloje na boku.

B., którego zdjęcia wisiały w każdej szanującej się komendzie, szef palantów i przedstawiciel Konkurencyjnej rodziny, był to za dnia potulny komiwojażer posiadający gustowne lumbago. Ale pod wieczór, gdy wychodził z ogniska, żegnany rozkochanymi serenadami pod tytułem ach [i]kiedy, ach kiedy powrócisz jedyny,[/i] z głupola przeobrażał się w człowieka czynu, któremu nikt nie podskoczy. Wzrok miał wtedy ostry jak brzytwa, marynarkę z kuloodpornymi guzikami i spawalnicze lenonki dla picu.

Chociaż był z niego dosyć porządny obwieś, nasi zadecydowali, że dosyć się nażył i że pora mu do piachu, postanowili przeto utłuc go bez odwołania i ja miałem dać mu krzyżyk na drogę. Do odstrzału został uzgodniony na najbliższy wtorek, w dzień targowy, gdy do miasteczka ściągają najbogatsi handlarze końmi rasy wyścigowej, a we wszystkich przydrożnych zajazdach nie idzie wetknąć czapki z daszkiem.

*

Dzień przed egzekucją zapowiadał się fest, toteż z lekko uniesioną brwią filuta, udałem się do przygotowanej czatowni. Uzbrojony w tłumik marki browning i fuzję na trefne charaktery, już od rana siedziałem na rozwalającym się zydlu. Była to zaciszna dziupla samochodów sprowadzanych z odzysku, jakieś niekomfortowe rumowisko przestrzelonych dętek i sparciałych opon. Tam i sam ścieliły się żebrowane truchła kaloryferów, tu i ówdzie wynurzała się drżąca ze strachu i trzęsąca się z zimna opuszczona uszczelka, a gdzie nie spojrzeć, nie było nic widać.

W nocy, gdy nawet szczury pokładły się na zasłużony odpoczynek i ustał wszelaki chrobot, bunkier popiskujący gryzoniami gadającymi przez sen ożywił się i zajechała furgonetka do przewozu podejrzanych osób, z której wyguzdrał się B. w muskularnej asyście steryda z obrzynem.

Obstawa dobył z bagażnika dyplomatkę i podał ją B. Strzeliłem i pocisk ugodził ochroniarza. Fajtnął na wznak bez żadnych ale. Drugi wszedł w plecy B., tak, że gościu większym kawałkiem siebie znajdował się w furgonetce, a mniejszym na zewnątrz, co wyglądało, jakby nie mógł się zdecydować, gdzie ma spocząć na zawsze.

Było po ptakach i co rychlej należało się zmyć, ponieważ gdyby mnie kto przydybał w towarzystwie truposzy, nie mógłbym udowodnić, że zabiłem ich na własną prośbę. Przez chwilę nasłuchiwałem, ale po mojej robocie nie ma reklamacji. Jeno w skrzynce z pakułami oburzone szczury poczynały sobie skakać do zaspanych gardeł. Schowałem więc przybory do futerału i przez nikogo nie molestowany, powlokłem się w stronę Sycylii. A później, to już wiecie.

Krytyk

Blablak udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że minimalizując liczbę przecinków, pytajników i zaprzeczników do maksimum, zaoszczędza się niejedną cysternę cennej substancji i dzięki tak poczynionym cięciom w temacie farba, wydać można o te trywialne parę książek ponad normę.

Wprowadził do krytyki nie tylko interpunkcyjną analizę Iliady i zajął się wszechstronnością używalnictwa jej znaków przestankowych, ale poszedł za ciosem i dokonał rozbioru wszystkich utworów literatury wybitniackiej: nie szczędząc sił i środków, zajął się klasyfikowaniem arcydzieł pod kątem interpunkcyjnego sabotażu. Stwierdził mianowicie, że nawias stosowany z nieczęsta, podnosi walory smakowe utworu, a używany bez opamiętania, wywołuje ciężką obstrukcję.

Choć nie miał pod ręką księgi Don Kichote, zauważył, że na jej 557 stronie (dwa centymetry w lewo od słowa rycerz) znajduje się niefunkcjonalny przecinek, i obliczył, że ilość zawartego w nim tuszu o deficytowej barwie, pomnożona przez dotychczasowy nakład dzieła, pozwoliłaby wydać jeszcze jeden tomik z poetyckim potencjałem w circa trzech egzemplarzach.

Nadmienić się godzi, że jego pionierskie prace przyniosły spory wsad w rozważania o wielokropku pochodzenia bezpańskiego. Dokonał on między innymi spostrzeżenia, iż zamiast wysłużonych trzech, z powodzeniem wystarczą dwie kropki, a mając nieskrępowane dojścia do bibliograficznych lochów, podjął się chałupniczej mordęgi polegającej na wyświetleniu roli Wielkich Liter w tekstach pisanych przez Małych Kawalarzy z Eutanazji Środkowej.

W tej chwili Blablak jest w trakcie zażywania środków domóżdżających i dlatego zrezygnował z prowadzenia dalszych rewolucyjnych badań nad interpunkcją, lecz jako renesansowy człowiek po technikum literackim przerzucił swe zainteresowania w stronę krytyki. Z upodobaniem więc zajmuje się opiniowaniem utworów pisanych współcześnie. Jest recenzentem, rzeczoznawcą, naczelnym ekspertem od mniemań twórcy, głównie zaś tłumaczem jego intencji. Lubi się wypowiadać na tematy, o których nie ma pojęcia, a że uważa się za nieomylnego, kocha klarować czytelnikom, co autor miał na myśli; według niego czytelnik jest prymityw, ciemna masa, nie ma własnego zdania i należy go bez przerwy oświecać.

Poniedziałek

Impuls, by zobaczyć, co zmieniło się w mieście, zaskoczył go. Dawno już niczego nie pragnął i do niczego nie dążył; obrzydło mu rozumienie ludzi, którzy nie odpłacali mu tym samym: nie odwzajemniali mu się bodaj minimalną próbą wniknięcia w jego charakter.

*

Przemieszkiwał hen, pod samiuśkim lasem, za docierającym i tu, niekiedy cichym, a niekiedy natarczywym echem życia, w miejscu idealnym dla mizantropów, co miało swoje niewątpliwe plusy i minusy. Minusów jednak było mniej, gdyż ze względu na odległość i trud, z jakim pokonywało się dystans uwalniający go od metropolii, w odosobnieniu tym czuł się lepiej niż ci, co do niego trafiali.

Dziękował więc za spadkową chatynkę, za istny pałac umożliwiający mu powrót z wiecznego rozdrażnienia. Przedtem nie troszczył się o dom, nie poświęcał mu czasu, lecz gdy go odziedziczył, kiedy stał się kawałkiem podpiwniczonego dostatku, nie było rzeczy, której by dla niego nie zrobił.

Zdał sobie sprawę, że poprzednio prowadził jedwabne życie idioty: osobistości przegranej. Do wszystkiego się przyczepiał, chciał o wszystkim decydować, na wszystko mieć wpływ, nie cierpiał krzyków, podniesionych głosów, nawet szeptów nie w porę. Teraz mało co go interesowało.

Chował się przed problemami, które przestawały rozwijać się zgodnie z jego przewidywaniem. Był z nich wyłączony, na krańcu tego, co go jeszcze pasjonowało. Zakończył w sobie pewien maniakalny etap doświadczeń i rozpoczął nowy: element porzuconej rzeczywistości.

Wcześniej zaperzał się, a kiedy się wykrzyczał, przechodziło mu całe to napięcie i zaczynał z innej beczki. Potulny, uwolniony od zalewającej go krwi, wnikał we własny świat, by, coraz rzadziej i coraz bardziej niechętnie, pokazywać się na zewnątrz.

A dzisiaj? Przyznawał się do swojej niecierpliwości: uwidoczniona i znana prawda o niej była zaledwie fragmentem, częścią niewyznanej i obiektywnej, wyimkiem prawdy z pewnością nie tłumaczącym go z zacietrzewienia, z rozdrażnionego, cholerycznego reagowania na otoczenie.

Tak o nim myślano, a on, z różnych przyczyn, nie chciał zmieniać im krzywdzącej go opinii; bo choć gdy po chwili niekontrolowanego wybuchu, miotania najgorszymi cholerami, a czasem, nie trzymającymi się kupy oskarżeniami – przenosił się do swoich spraw, cichł i sprawiał wrażenie skruszonego.

*

Piątek nie budził w nim zaufania. Gdy, jak zwykle, uważał się za skończonego, przynosili mu telegram z przymusową propozycją wycieczki do miejsc znanych z rzeczywistego cierpienia, skierowanie do następnych zmartwień, dawano mu wolne od przyzwyczajenia do spoko.

W czwartki nie wychodził. Zasłaniał się reumatyzmem, kwękającą pamiątką po borowinie. W środę zdarzał mu się bezrobotny facet z elektrowni, wścibski i szalenie bystry w rozglądaniu się po jego chudobie, tu spojrzy, tam zajrzy i od razu wie, czy warto posiedzieć, wkupić się w jego przychylność, czy kto gdzie mu co da na drogę, do saszetki, czy do zrozumienia, blady jakiś, wymięty, no i te jego ręce.

Zaś w poniedziałek – w ten szewski czas, jak najbardziej; to był wymarzony dzień na przechadzki, dzień prawie że stykający się z niedzielą, jakkolwiek niedziela, to irytujący gwar, odświętny deptak: podstawowe komórki wyłażą ze swoich nor, przodem bachory, z tyłu szyja rodziny, nadęta, upierścieniona, w kokardach, żabotach i pretensjach.

Tu miał przestrzeń pełną świeżego powietrza, chciał, to spał, nie chciał, to szedł pod pachę ze świtem, w stronę jeziora, nad pobielaną ciecz wchodzącą w horyzont, przenikającą czas i gdy już tak napatrzył się do syta, podążał wzdłuż nasypu, w kierunku bagien rozrzuconych tu szczodrze.

*

Nie lubił jesieni. Jesień była dla niego za oślizłą porą roku: przenikliwe zimno, drobny deszczyk, wczesna ciemność, rześkie i mroczne wstawanie, były to przyczyny narodzin jego melancholii.

Co innego wiosna. Wiosna proponowała mu wycieczki do lasu i zroszone czystością barwy zieleni. Gdy czuł chandrę podobną do samotności, do braku nawiązania kontaktu z kimkolwiek, jedynym przed nią ratunkiem było podróżowanie po odległych epokach, wkraczanie w nieobecny czas przeżyć, chodzenie po czymś, co do teraz nazywał łąką.

Gdy tak szedł przed siebie, nie myśląc o niczym szczególnym, widok domu w środku polany sprawił, że jego nogi same skierowały go tam, gdzie ostatnio był z ładnych naście lat temu. Rozczulający widok szkraba z przeszłości, niespodziewanie nałożył się na chatkę z wesołą smużką dymu i widok ten zaczął wydłużać mu twarz, bo w miejscu, gdzie spodziewał się okna swojego pokoju i gdy niemal oczekiwał pojawienia się swojej piegowatej facjaty, zobaczył dziurę po nieistniejącej szybie, czeluść przybitą do dwóch skrzyżowanych dech, a na podwórzu, zamiast powiewającego ogona Czaka, drobną, roztrzęsioną maszkarę z ujadającej wściekłości; była tycim stworzonkiem wpisanym do encyklopedii pod hasłem pies.

Zaskoczyło go to uderzające podobieństwo do zwierząt; być może nagromadzona furia – wysusza, być może z mikrej i zjeżonej psiny, też kiedyś był tłusty brytan, a teraz została z niego skóra i kość.

Z szopy przy pompie wyszedł gruby knypek z siekierą gotową do strzału i omiótł go niezbyt przyjaznym wzrokiem. Ziewał, a w jego szczęce czarne pieńki grały w chowanego. W słońcu przemknęła bezcielesna postać, omamowy, dyszący chęcią zemsty goguś, podobny do nieznajomego. „I ten cię zawiódł, i on też jest twoim Brutusem, Brutusie” – szydził piesek. Miał wrażenie, jakby całym drgającym ciałkiem drwił z niego zawzięcie.

Zapragnął uciec przed jego ironią, schować się pod pierzynę, przenieść natrętną myśl w inny kres, znaleźć się w miejscu nieodwołalnej samotności, skąd mógłby wypatrywać siebie idącego łąką, i tak sobie gwarząc z marzeniami, po godzinie marszu dotarł do tramwajowej pętli.

Wsiadł do pierwszego lepszego. Było czubato. W trakcie jazdy, barczysty jegomość z podgardlem perliczki, rozwalony na siedzeniu, beznamiętnym wejrzeniem smarował okno, a gdy, przed przystankiem, tramwaj nabierał szybkości, lub gdy zawadiacko przygrzewał na zakrętach, babina z paczką dwa razy większą niż ona, co moment, z uśmiechem proszącym o wybaczenie, lądowała mu na klapach jesionki.

Przyglądał się mu przez parę minut, a gdy się zorientował, że choć babina co i rusz trąca go paką w kark, cham w jesionce nie ma zamiaru wstać, jak obcęgami chwycił go w dwa palce za ucho i powiedział przyjaźnie: a ku ku!

Na krzaczastej wysokości brwi ukazał się jego obraz, odbite w szybie, zaparowane widmo i od tego momentu babina z paczką przestała być ważna. Był teraz dla siebie samoistnym źródłem rozpędzonych plotek, jej odszukaną skarbnicą i bezcenną kopalnią wiedzy, pudłem z utraconymi informacjami o minionych ludziach i fenomenach zdarzeń, on zaś czuł się nie tylko smętnym kronikarzem epizodów z historii, ale jej świadkiem, jej potwierdzeniem.

W nagłym porywie entuzjazmu, jednocześnie, omusnęły go te same, a mimo to różne, jasne przypomnienia ciemnych spraw, niewyjaśnionych, a bliskich, zapadłych w pamięć i bez wyraźnej przyczyny wynurzających się z niej, objawiających w drobiazgach, w gestach i poruszeniach głowy, w spojrzeniu z lustra, w tanecznym, wolnym od trosk przechadzaniu się po ulicy. Owładnął nim ten sam, lecz odmienny sen: nieobecny, patrzył na zdejmowaną i układaną na mchu jesionkę, na buty kołysane wiatrem, na wywalony język.

Spoglądając poprzez okna, w skrzypiącym trakcie pożegnalnej jazdy przez osiedla, nieoczekiwanie obce, żyjące własnym, szokująco nowym rytmem, miał dziwaczne przekonanie: nie znalazł się tu na darmo.

Tramwaj, ze zgrzytem ulgi, zatrzymał się między przystankami. Zrozumiał, że jest to znak. Wysiadł, a babina demonstracyjnie klapnęła na opuszczone przez niego miejsce.

*

Szedł, nie mając pojęcia, dokąd. Nareszcie wydało mu się, że jest na miejscu. Zaciągnął się powietrzem i zakładając powróz pomyślał, że po raz pierwszy od lat nie musi się niczym przejmować i zamartwiać tym, co nastąpi później, gdyż to, co miało nadejść, już jest. I wiedział że nic gorszego już go nie spotka, bo najlepsze zdarzenia są już za nim, więc z rozbawieniem stwierdził: jutro też jest dzień.

Chce się żyć!

Ostatnimi czasy czuł się paskudnie, jak obrabowany, zdradzony, istny muł i nieokrzesaniec, którego teleportowano z buszu prosto na światła rozpędzonej ulicy. Stał na niej sam, głupi i opuszczony, zagubiony pośród mętliku skrzyżowań, zaułków i wieżowców gwarnej metropolii, ogłuszony klaksonami, z włócznią w pozłotku, w plugawej sukni, z walkmanem na Irokezie.

Osobiście nie znosił mieć się z pyszna, robić za wała na lipnej gwarancji, być branym za światowca z kurnej chaty: zżerała go zazdrość. Miał dosyć upokorzeń. Nie chciał być ubogim krewnym, stanowczo miał niewiele ochoty na odstawianie muskularnego chojraka, bo wiedział, że jest słabeuszem i nie wzdychał do tupania, wrzeszczenia, pouczania, jak się powinien miewać.

Obawiał się tylko, czy po męsku zniesie cios, gdy zrozumie, że nic mu nie jest, a nawet, że jest gorzej niż przypuszczał, bo na szczegółowych badaniach wylazło szydło z wora i okazało się, że to tylko przeziębienie, w zasadzie ma końskie zdrowie i na próżno usiłował cienko prząść. Dręczyły go wątpliwości: zastanawiał się, czy ujedzie bez narzekania, czy choć z godzinę uda mu się wytrzymać bez zbolałej miny; jeszcze mu zostały w pamięci pokazowe strzykania, tiki, łupanie w stawach. Jeszcze pamiętał swoje artystyczne skrzywienia, nieśmiałe załamania rąk, wznoszenia i zamknięcia oczu z kataraktą. W domu, gdzie mógł cierpieć bez przeszkód, gdzie był otoczony markotną troskliwością, gdzie byle łachudra nie utrudniała mu chlipania w mankiet i stale wybaczano mu nieznośne nastroje, gdzie, do woli i do przesady posługiwał się taranem swojej choroby i lubił patrzeć, podglądać, jak ich skręca, jak międlą w sobie obsceniczne wyrazy na jego temat, stwierdził naraz, że stracił wszelkie specjalne prawa i nikt mu nie schodzi z drogi, a przeciwnie, popychają go na niewinną szafę, trącają łokciem i dają sójkę w bok, że gdy szedł, ludzie pryskają na boki, zaczynają przestawiać go po kątach i ośmielają się drwić z niego prosto w nos, ośmielają się komentować, wykpiwać i podważać każdy jego krok i każde posunięcie.

Z niego, co było niesłychane, nie do przyjęcia!

Ale dzisiaj wstaje wypoczęty i od razu gotowy do podjęcia kieratowej pracy. Żwawym truchtem podąża w stronę umiłowanej wygódki. Nie trapią go daremne rozważania. W życzliwej scenerii secesyjnych rur, nucąc ogryzki przebojów, doprowadza się do dziarskiej formy, zmywa nocne zacieki i goli chytrą mordkę śledziennika.

Nienawykły do żmudnej schludności, unicestwia natarczywy kudełek tkwiący nad miejscem przewidzianym na czoło. Konwaliowo rozpachniony, ubrany w czyściutką włosiennicę, udaje się do kuchni. Spóźnionym duszkiem chłepcze lurę o bezkofeinowym smaku, chowa do teczki drugie śniadanko i zbiega ze swojego terrarium na parking.

Tam warczy na niego i przestępuje z koła na koło – podstawiony pojazd. Punktualnie i bezszelestnie zawozi go pod bramę Zakładu.

Przed wejściem na teren wita go cierpka oferma nosząca ksywę szef, a na murze dozorcówki wisi tablica ogłoszeń. Jej słowa ostrzegają: „z powodu braku nafty, a także ze względu na turbulencję narastających problemów, tarapatów oraz pozostałych rozrywek, publiczne strzępienie ozora na temat indywidualnych trosk jest surowo wzbronione i wstrzymane do kolejnego odwołania.”

Czyta, że jeżeli już jakaś awanturnicza pierdoła nie może za siebie, nie umie powstrzymać się od głośnego wyrażania myśli, ma moralne wapory i ciśnie ją, by się z nimi podzielić, to siła wyższa, niech sobie warcholi do woli, lecz tylko i wyłącznie po godzinach wydajnej pracy, w miejscach rzadko uczęszczanych, zadaszonych i wyznaczonych przez Wysoką Komisję. Na koniec tablica poinformowała go, że manifestacyjne obnoszenie się z frustracją jest nawykiem szkodliwym.

Po zapoznaniu się z odezwą, nie wie, co robić, jak się zachować. Z emocji zapomina przystroić twarz we właściwy i pożądany grymas powagi. Zamiast niego wykwita mu na obliczu mimowolna, lecz ostentacyjna radość, co zmusza go do korekty wyglądu. Szef jednak udaje, że nie dostrzega nagannej miny i na stronie, dyskretnie, zawiązuje but.

Po okazaniu dowodu tożsamości, przechodzi przez strażniczą dziurę na drzwi i w ten oto sposób jest w środku Zakładu. Szef prowadzi go do hali z taśmociągiem, skąd wypływa strumień haftek do balowych sukien.

*

Gdy stwierdza, że po latach bijatyki z losem, przyjdzie mu dorobić się uznania i być może dadzą mu pozażywać odrobiny szczęścia, roznosi go nagła i nieprzerwana duma. Wydaje mu się, że chwycił Pana Boga za nogi, a haftki są jego skarbem, znalezioną, obrzmiałą skrzynką wymoszczoną perspektywami, alternatywami, złotem i bezlikiem wspaniałości.

Czuje, jak życie puszcza do niego zajączki i przestaje go nękać podpuchami. Obiecująca myśl o skarbie stepuje mu po głowie, toteż bez ceregieli rozpoczyna ksiuty z fantazją.

Na wstępie postanawia, że choćby się waliło i paliło, nie będzie sobie kutwić na marzeniach i nie da się wpędzić w smutek. Solennie przyrzeka sobie, że od tej pory będą w nim istnieć bez ograniczeń powodujących wzdęcia, przy otwartej kurtynie, na pełen regulator.

Dostrzega namiętne stado wystrzałowych kobiet, zwiewną płeć z biustami sprężynującymi od silikonowych możliwości. Na myśl o tym, że wkrótce będą mu leżeć u wyniosłych stóp, z obleśnych ust na transmisyjny pas cieknie mu oskoma, a po plecach tupią miłosne ciarki. Poczuł w sobie moc, a na twarzy pojawia mu się optymistyczna zgorzel.

Idzie za ciosem i rzuca się w stronę upojnych wizji: wyobraża sobie, że zamiast być tu i teraz, w świecie wybrakowanych dążeń, jest tam, gdzie nigdy nie był, a rozpędzona rzewność fabrykuje mu dalsze profity, te mianowicie, że niebawem ujrzy się w jeszcze ciekawszych otoczeniach i wkrótce zacznie lśnić od niespotykanego szacunku.

Nieoczekiwanie, jak spod ziemi, na jego zwiędłe oblicze wyborykał się dawno nie używany i od nowa promienny uśmiech człowieka, który wprawdzie wie, co to obciach i plucha w głowie, ale że nie pozwolił się zabiadolić i zredukować do mało ważnego bycia w niebycie, może teraz, ze skarbem na dłoni, zamiast z ręką pod kościołem, być zadowolonym do ostatniej kropli krwi.

Oto nareszcie, jako finansowy ozdrowieniec, łaskawca gotowy do otrzymywania rzęsistych splendorów, stanie w rzędzie ludzi, którym się powiodło, odkuje się za wszystkie chude lata i ofiaruje swoim prześladowcom wdowi grosz niespodzianego majątku, będzie ich spróchniałą deską ratunku, zmieni im poharatany i ziewający byt w tarantelę karnawałowych podskoków.

Już widział się obryzganym atencjami i upaćkanym nagrodami oraz owacjami na stojąco; już dostrzegał siebie na wszelkich możebnych i niemożebnych piedestałach, i patrzył, jak się na nich rozpościera, wierci, nadyma, już zobaczył, że wataha domokrążnych poetów zmawia się, by ułożyć o nim szaszłykową piosenkę do wycia przy grillu, a on odbiera należne ordery, aplauzy i dostojeństwa, już zachłannym okiem imaginacji dostrzegał, że jest uhonorowany estymą i został nominowany na człowieka stulecia; już niemal tak było, gdy przyturlała się do niego nad wyraz upierdliwa myśl, że czego by nie dokonał, i tak nie doigra się uznania u Anny, potulny więc i rozgoryczony, do cna wyczerpany swoimi wizjami, zdezorientowany i przerażony, postanawia rzucić dotychczasowe sposoby na przetrwanie, spakować manatki i wypiąć się na sterczenie przy taśmie, wyjechać w nieznane, gdzie można być sobą, a na upartego, gdzie można być nikim, schodzi więc z obłoków, a kiedy wraca do domu, nie mówiąc za dużo, wkłada do kufra swoje zgrywne miny, łzy i cierpienia, nostalgie i rekwizyty, dekoracje i przyklejane wąsy. Bez żalu, zrównoważonym krokiem opuszcza rodzinny rezerwat, udaje się w stronę dworca, by najbliższym osobowym z przesiadką pojechać do diabła.

Szpilka

Przechodzimy przez bramkę do wykrywania niezamożnych portfeli i po załatwieniu sprawy z wypełnieniem ankiety na temat stanu majątkowego, wstępujemy do wnętrza supermarketu.

Witani przez diabolicznie uśmiechnięty personel w hawajskich przyodziewkach, idziemy do punktu sprzedaży mydła end powidła.

Zaraz za jego wejściowymi drzwiami dostajemy palpitacji gałek ocznych, bo ogarnia nas głupawka i atakuje rozkoszny widok półek oblepionych dobrami wszelakimi.

Być może znaleźć szpilkę w stogu siana jest niesłychanie trudno. Lecz jeszcze trudniej odnaleźć WŁAŚCIWĄ, ukrytą w kopcu innych szpilek. Pragniemy odszukać taką z czerwonym łebkiem. Chociaż z czerwonym, to akurat pomysł felerny jest, bo ten kolor za mocno kojarzy się z komuchami. No, ale dla świętego spokoju niech będzie, że chcemy zdobyć szpilkę o łebku w barwie neutralnej: wyblakłej i apolitycznej.

Jakkolwiek interesują nas (tylko i wyłącznie) szpilki i jakkolwiek przywiało nas tu, by zakupić (tylko i wyłącznie) jedną z nich, a potem dać dyla przed kompletną utratą finansowej wiarygodności, to nie możemy oprzeć się pokusie i odczuwamy mus, by spenetrować resztę sklepu.

Wytrzeszczony, pożądliwy wzrok przekłada wajchę i atakuje nasze handlowe ślinianki; w tempie zreumatyzowanego żółwia przemieszczamy się od regału do regału; nie straszne nam ceny i nic to, że w domu czeka nas awantura pod tytułem: a na cholerę żeś to kupił/a.

Kupujemy, bo a nóż za sto lat nam się przyda. Ale jako że jesteśmy wycwanieni w nabieraniu na plewy i nie mamy w zwyczaju kupować kota w worku, prosimy subiekta o pomoc, bośmy się pogubili w przyciskach.

Chcemy, by nam powiedział, co to tam jest, bo niby wygląda jak telefoniczna komórka, tyle że z boku ma jakiś wrzód niejasnego przeznaczenia.

Sprzedawca w hawajskim przyobleczeniu podjeżdża do nas na służbowej deskorolce i tłumaczy, że wrzód, to zwykły wtyk na słuchawki do radia. I dodaje, że podobnych bajeranckich dynksów komórka ma więcej, bo aparat jest uniwersalny, multimedialny, a zwłaszcza modny.

Ma też maciupcią latarenkę z barometrem i zapalniczkę z gwizdkiem, a gdy prosimy, by nam zademonstrował, jak to działa, proponuje nam wizytę u producenta, bo jemu nie płacą za inteligencję.

W tym miejscu przypominamy sobie rozrzewniające czasy opisywane przez Prusa w „Lalce” i początki zawodu ekspedienta Rzeckiego. Zanim stary Mincel dopuścił Ignasia do lady z klientami, przeczołgał go przez zajęcia z towaroznawstwa, by chłopak wiedział, co sprzedaje.

Wracając do igły: co półka z produktami, to bardziej namolna, zaś wszystkie są wielkości tankowca. Przy każdej należy przyklęknąć i pomodlić się do Fiskusa.

Kiedy, docieramy nareszcie do zbiornika z przysłowiowymi szpilkami, okazuje się, że w naszym koszyku na zakupy nie ma ani milimetra wolnego miejsca i wypiętrzył się problem: gdzie wetknąć to, po co przyszliśmy. Zatem decydujemy się na heroiczny gest i odkładamy najmniej niezbędne. Przy czym odkładamy byle jak, ponieważ nie pamiętamy, gdzie leżały wprzódy.

Po wykonaniu zadania meldujemy się w kolejce do kasy. Przed nami ze dwa mendle postaci z pojemnikami wypełnionymi po brzegi oraz paru emerytów z trochą nieśmiałych bułek i czymś samotnym owiniętym w toaletowy papier ze świątecznym zajączkiem. Toteż stwierdzamy, że czeka nas godzinny postój.

Starzy klienci blaszaka okazali się zapobiegliwsi od nas i przynieśli ze sobą rozkładane krzesełka, my zaś przebieramy odnóżami mając desperacką nadzieję, że nikt nie zwędził naszego samochodu i będziemy mieli czym dojechać do domu.

Ale skończyło się na strachu i oto jesteśmy we własnej chałupie i oto odwijamy szeleszczące opakowania.

Naszym złaknionym oczom ukazują się SPRAWUNKI, a wśród nich upragniona szpilka. Co prawda ma łebek niezgodny z naszym życzeniem, gdyż takowej nie mogliśmy znaleźć, lecz nie bądźmy drobiazgowi! Przypomnijmy sobie chwile, gdy zamiast mięsa, wisiały smętne haki. Pocieszmy się: widok półek z badziewiem w sreberku jest mniej traumatyczny od pójścia do sklepu z widokiem na napis: TOWARU BRAK.

Ruch, to zdrowie!

Dbamy o siebie tyle, co nic. Leczymy się incydentalnie. Ruszamy się niewiele. Przeważnie siedzimy. Jeżeli stoimy, to tylko w korkach. W pracy odwalamy robotę przyspawani do dwóch urządzeń: krzesła i komputera. Po pracy jedziemy do domu. W domu siadamy przed telewizorem i czekamy na obiadek. W przerwie na rozruch pudła z nowinami, bierzemy z lodówki zgniłą wodę nazwaną pepsi oraz na przekąskę – nędzne kilo frytek.

Po godzinie rajskiego tycia przed ekranem, stara od garów wnosi talerz ociekający cholesterolem i z kanapy przemieszczamy się na krzesełko przy stole. Telewizor ma wygódkę w postaci pilota i nie musimy odrywać się od ukochanej kiełbaski, by zastąpić program o diecie – cud, programem o kurczakach z ropy naftowej.

Okno w pokoju mamy szczelnie zamknięte, bo słyszeliśmy w reklamie, że zepsute powietrze ma niszczący wpływ na frekwencję naszych wągrów, a cyrkulacja zaduchu zlikwiduje nam hemoroidy.

Po szczęśliwym pochłonięciu półmetrowej kiełbasy podlanej piwem, wracamy do ulubionej pozycji brzucha wycelowanego w sufit. Po pierwszym beknięciu, patrząc na świat najedzonym okiem, zapadamy w błogi sen o świątecznej golonce po meksykańsku.

We śnie widzimy dwie tłuste i rozjuszone gicze cielęce walczące o widelec. Widelec wpadł po zęby w słoik z musztardą. Rozlega się jego rozpaczliwe wycie i budzimy cię zlani potem. By się otrząsnąć z koszmaru, przesiadamy się do komputera.

Fotelik jest mięciutki, obrotowy i dopasowany do zwiotczałego tyłka. Maszyna burczy, warczy i gwiżdże na nas, lecz jej ekran poczyna uwodzicielsko mrugać dając nam sygnał, że jeszcze żyje. Przystępujemy więc do relaksu.

Relaks nazywa się zażartą grą w coś o nic. Gra jest formą gimnastyki palca średniego. Pozostałe mają wolne. Korzystamy, że nasze dzieciątko poszło na balangę i zaczynamy ujeżdżać.

Znajdujemy się w kartonie Pana Smoka i naszym zadaniem jest sprawić mu łomot i skasować mu trzy wredne głowy broniące skarbu.

Ochoczo rzucamy się do tej herkulesowej pracy. Nic to, że mamy zadyszkę i wszystkie możliwe kolki naraz. Przy elektronicznym bydlaku czujemy się wysportowanymi gladiatorami zdolnymi do niejednej krucjaty. Toteż z krzepkim jazgotem pomylonego Tarzana wyruszamy na wojnę z bajkowym niegodziwcem.

A po drodze przygód mamy w bród. Co chwilę zza węgla jakiegoś korytarza wyskakuje barczysty opętaniec z laserowym mieczem i albo się go wymiksuje do niebytu, albo gra zaczyna się od początku.

W ten sposób odpoczywamy przed pójściem do łóżka. Idziemy spać, bo pociecha wróciła z imprezki i chce dosiąść komputera, ale przed snem należy przegryźć małe co nieco. By nie budzić karaluchów, na zadartych paluszkach wsuwamy się do kuchni i zaglądamy do wnętrza lodówki.

A tam specjały, cymesy, przepychy, całe stosy kalorii, istne rozpusty i orgie smakowe! Aż strach, że tyle dobra ominie nasz przełyk, że wszystkie te słoiki, puszki i torebki nie trafią na nasz język, że nie zaczniemy ich gryźć, szarpać i rozdzierać na sztuki, bo z przerażeniem stwierdzamy, ze razem z dzisiejszą kiełbaską połknęliśmy ostatni ząb.

A ząb to był zasłużony, bo ząb mądrości! Jeszcze niejedno mięsko mógłby drasnąć, cóż, kiedy nie chciało się nam pójść do sadysty od leczenia kłów.

Szukamy winnych naszych ubytków i znajdujemy: to te słodkości, pyszotki, batony i desery pozbawiły nas szczerego uśmiechu, wymiotły z twarzy grymas wiecznego zadowolenia i dały w zamian uśmiech ponurego żula.

Mur

– Doświadczyłem w życiu niejednego, z różnych pieców jadłem zakalec, jestem więc stary wyga, lecz mimo wszystko znajduję się tutaj, w ścisłym kółku paranoików; pełnię funkcję wykwalifikowanego idioty. Oczywiście naukowo wygląda to inaczej: wmawiają we mnie różne prześmieszne rzeczy, jak dysfazję i dystonię, również nie obeszło się bez wertykalnego oczopląsu, okropne, a na dodatek sprawa światła. To zakrawa na świństwo: w nocy nie można, w dzień nie wypada, pilnują cały czas, te przeklęte żarówy oświetlają wszystkie łóżka i człowiek zmuszony jest zwlekać się z wyra, tam zaś w toalecie… co wam będę opowiadał, przychodzą do głowy historyjki, że tylko patrzeć, jak rano wyskoczy nowy objaw. No i ten zapach; lizol, czy inne licho.

W tym miejscu aż prosi się, by przytoczyć wam dykteryjkę. Mówił mi tutejszy znajomy, że jeden taki z osłupieniem, osobiście nie wierzę, bo niby jak w osłupieniu można tak działać, precyzyjnie dajmy na to, ale fakt pozostaje faktem, bo ja teraz nie jestem blagierem i ostatnio czuję się lepiej. Jak rano jest obchód, to docent Kiwadło nie może się mnie nachwalić, a w zaufaniu wam powiem, że jegomość spiskuje z blondyną od EEG, jednak wracając do sprawy, to umówmy się, że nazywają mnie Jotem, zresztą nie nazwisko się liczy, tylko wnętrze, a wnętrze posiadam, choć mam dopiero dzieśiąt lat z hakiem i nie raz wiem, że nic już nie zwojuję, co najwyżej poszwendam się po cudzych życiorysach i padnę na zawał sumienia. Choć niegdyś – kiedy to było – chciałem zrobić coś wielkiego, coś, co wstrząsnęłoby ludźmi. Teraz mogę najwyżej schować się za rogiem korytarza i stamtąd postraszyć pierwszego lepszego hipochondryka, któremu wydaje się, że żyje, a jest plugawym donosicielem. Odczuwam wtedy satysfakcję, zwłaszcza gdy uda mi się gruntownie zdemolować jego poczucie przyzwoitości, a czym wobec tego jest niesubordynacja pracownika cmentarnego i jeżeli już mamy wziąć pod młotek sprawę grabarzy, to od razu wiadomo, że ich zrzeszenie funkcjonuje równie kulawo jak ta manufaktura, z czego wynika, że prędzej można wśród wariatów znaleźć prawdziwego człowieka, niż z tamtej strony klamki, gdyż niewątpliwie, jest w tym ociupinka półprawdy, a cząsteczka mieszaniny, czy też odwrotnie, bo słowa nie odpowiadają symbolice znaczeń, ale rzecz nie w tym, by mówić, co się myśli, tylko żeby myśleć, co się mówi, amen.

Odwrócił się, znużony.

Stali, bardziej zdumieni, aniżeli wówczas, gdy przyszli. Umysł Jota, napompowany oburzeniem, bulgoczący nadmiarem rozpaczy, bełkotem, który wyciekał spoza zębów, przypominał niezrozumiały jazgot obranego ze skóry wieloryba.

– Żałosna karykatura dawnego Jota – powiedział trzeci i wyszli na papierosa, podczas gdy Jot wpatrywał się w zamknięte drzwi, w zacuchnięty medykamentami korytarz. Zamyślił się, otrząsnął, powrócił do pobliskiej rzeczywistości.

Przy oknie, wychodzącym na skrawek rzeczki, obserwował, jak wszystko mija. Zamyślił się nad przemijaniem pamięci; ludzie, którzy poczłapali zafajczyć, całkowicie mu zobojętnieli. Zmuszać się wobec nich do gramatycznej ekwilibrystyki byłoby nonsensem.

Wrócili godni, odprężeni, Jot zaś pomyślał, że przyszli, by ostatecznie przekonać się o rozmiarach jego rozkojarzenia. Korytarzem, po cichu i prawie niezauważalnie przemknął kitel Kiwadły. Docent mimo to trzymał się za głowę, może w celu przygłaskania łysiny.

 – Jesteśmy – oznajmił pierwszy. Majestatycznie wypiął pierś i wyjrzał przez okno. Z rozpiętej marynarki wyglądało mu zdeformowane ciało.  – Jak tam samopoczucie – oschle zapytał drugi, abstynent intelektualny. Wzruszył ramionami, czym speszył Jota, który oznajmił: – okay (Jot wyobrażał sobie, że mógłby, jak we śnie, wykładać i nie jest, gdzie jest, na korytarzu, lecz w sali, przy tablicy, a ci ludzie, to uczniowie i że zaraz odezwie się dzwonek na przerwę, który będzie wyzwoleniem. Z czego – nie wiedział).

 – Przyszliście zobaczyć, jak się rozkładam – stwierdził, jakby nie ulegało to wątpliwości. Zgodnie z waszymi oczekiwaniami jestem na skraju przepaści. Przez wrodzoną uprzejmość będę znosił wasze odwiedziny, jak też dobrodziejstwo inwentarza w postaci piekła tutejszych zabiegów.

 Zapanowało pobłażliwe milczenie. Jot, słysząc ciszę – czy był to dzwonek obwieszczający pauzę? – postanowił wytrwać w narzuconym sobie tonie, jak zardzewiały żołnierz na granicy wojen.

 – Tak więc nie żałuję, że tu leżę. Z różnych powodów. Choćby dlatego, że zdobyłem doświadczenia, które potwierdziły i wzbogaciły mnie, a czego się tu nauczyłem, z pewnością nie zapomnę. Nie zapomnę między innymi pierwszego wrażenia. Oto stoję przed wami w znanej postaci, te same ręce i nogi, jednak tylko zewnętrznie jestem, jak dawniej.  Moje wnętrze zostało brutalnie spacyfikowane i nikt nie zapytał mnie, czy chciałbym być czemukolwiek poddawany. Jedynym wtedy pragnieniem był spokój, absolutna bezszmerowość istnienia.

 Jestem tu za człowieka niższej kategorii. Nikogo tutaj nie interesuje, że zgromadziłem książki, że piszę, bo co czytać i pisać może psychiczny? Najwyżej bzdury, które zdolne są wciągnąć klozetową babcię, ponieważ sądzą, że taki jak ja, nie potrafi wyciągnąć piernika spod wiatraka. Ale jeśli uda mu się przeleźć przez ich nieufność, zostanie poklepany po łopatce jako nieszkodliwy matoł i niedzielny fantasta.

Rozpalał się i gmatwał, jednocześnie miał wrażenie, iż mówi do ściany. Było mu przykro, jak wówczas, gdy przygnębiło go spostrzeżenie, że świat trzyma się w kupie tylko przy pomocy ustawicznych zmian ciśnienia. Bo jakże inaczej zrozumieć, że podczas niżu zamiera w człowieku chęć do walki. Roześmiał się na myśl, że znajomi i niż są identyczni w działaniu (pomyślał, że w jednej ze swoich książek natknie się na sytuację, w której się znalazł i że dowie się, jakim jest kołkiem).

Byli mu teraz idealnie obcy. Otaczał ich mur, byli właśnie tym murem: nieprzystępni, ufortyfikowani, jednocześnie skoro cały świat jest szpitalem, zasługiwali na litość. Stwierdził, iż wszystko jest zarazem: więzienną pajdą tortury i miastem, niezależnie od ponownie przechodzącego korytarzem Kiwadły, od faktu, że ktoś, jak ci tutaj, udają istnienie.

Spoceni, otoczyli się nieprzystępnością, która pokrywała naskórkową troskę. Patrząc na nich, zamiast trzech twarzy, widział jedną, za to idealnie wypucowaną z wątpliwości, miast sześciu nóg – dwie, olbrzymie narośle, a generalna twarz była konsekwentnie pusta. 

Menel

Mówiliśmy na niego „ten Wiktor”, „kochany Przecinek”, „ta wredna Dynia”. „Przecinek”, bo na widokówkach pisanych do nas, było tych przestankowych zasieków więcej, aniżeli sensu pomiędzy nimi. „Dynia”, bo pękaty. Niekiedy był „Garbusem”, czym popadnie, zależnie od okoliczności.

Mówiliśmy do niego w akompaniamencie odpowiednich akcentów, zająknięć, przydechów i spojrzeń, z tą choreografią wzmocnień, z tymi nic nie mówiącymi omówieniami, które ilustrowały nie tyle jego, co nas.

Mieszkał nie wiadomo gdzie, na waleta, przygodnie, w piwnicach z wybitą szybą, na klatkach schodowych. Może kogoś miał, rodzinę, krewnych z kłopotami, watahę przypadkowych znajomych, którym zawsze się jakoś kulało i nigdy nie narzekali.

Nie byłem na bieżąco w tych jego parantelach; zresztą nie tylko ja, inni również blado się w nich orientowali, bo faktem jest, że gdy zachodził do naszej konfraterni, do naszej meliny „Pod Wesołym Mamlaczem”, z grubsza biorąc obchodził nas niewiele, ot, starczało nam energii na jakieś zdawkowe cześć rzucone w przelocie, a potem na szybki powrót do stygnącego sznapsa, do przerwanej rozmowy.

Kiedyś był tu mile widziany, był naszą maskotką, prawie ulubieńcem, a teraz, gdy zjawiał się wśród nas, jak zwykle nie w porę, z gwałtownym entuzjazmem poklepywaliśmy go po skoliozie, zachęcaliśmy do snucia zwierzeń, które, udawaliśmy, że nas interesują.

W atmosferze pełnego niezrozumienia, w otoczeniu naszej “aprobaty” i serwowanych drinków przekonywaliśmy go, że ciągle jest dla nas ważny, niezbędny i niepowtarzalny, a on to przełykał, brał za dobrą monetę, rozklejał się, cieszył się jak dziecko, któremu obiecano księżyc na gumce.

Uśpiony naszym bazyliszkowym podziwem, starał się nie dostrzegać, że ukradkiem, ponad nim i jego bezradnością, przesyłamy sobie migoczące znaki, że z utęsknieniem wypatrujemy chwili, kiedy nareszcie przestanie truć i zniknie.

W miarę łagodny i w miarę nierozgarnięty, ze stoickim spokojem znosił głupotę mądrzejszych, więc lubiliśmy go. Ale niekiedy, będąc górą w jakimś sporze, umiał to wykorzystać, umiał mścić się za krzywdy, podnosić nastroje do rangi “wydarzeń”, które decydowały o jego zmiennym samopoczuciu.

Gdy miał zły dzień, stawał się nieustępliwy, ponad miarę spostrzegawczy. Jednak przeważnie starał się nie wiedzieć, że go lekceważymy, że nabijamy się z jego niegustownych, teatralnie ogródkowych przeżyć.

Na moment, na migawkową chwilę, zanim wróci do swoich losowych nadżerek, pod schody, na dworzec, do mniej niż samotnej rzeczywistości wagonu, stawał się tym, czym był niegdyś: człowiekiem posądzanym o zdrowy rozsądek. Jego twarz odzyskiwała poprzednie kolory, znużone oko przestawało być nieufnym, argusowym wziernikiem, zalęknionym i nieprzystępnym judaszem popatrującym na niepewny i pokątny świat. Odrodzone optymizmem, zdawało się wyrażać to, co nas w nim drażniło, peszyło, co sprawiało, że mógł czuć się od nas lepszy.

Na samym początku powszechnej euforii zjawiał się częściej „Pod Wesołym Mamlaczem”, ale gdy karczma przeobraziła się w bilardowy pub o stu lampionach, gdy zyskała nazwę sprzeczną z przeznaczeniem, lecz zgodną z dochodowym duchem czasu, Wiktor wsiąkł.

Nagle przestało go być w nadmiarze, a jego wyfiokowane rozrzewnienia przestały nam dokuczać. Pojawiły się ploty, że trafił do mieściny słynącej ze złóż nostalgii oraz Domu Przewlekłej Opieki.

Gdzie jak gdzie, ale tam, pośród swoich odbić w rzece i refleksów na obcym tarasie (o którym to tarasie pisał nam tym swoim afektowanym maczkiem, tym z piekła rodem, nieczytelnym pismem, którym nas uwodził, zachęcał do odwiedzin), mógł wreszcie znaleźć to, czego bezskutecznie pragnął: wyrozumiałość.

Naciągał nas na odwiedziny, na które nie dawaliśmy się namówić, zapraszał nas do Domu kilka razy w ciągu roku, a my, po bohatersku i do końca udawaliśmy przed sobą, że jego namowy nie dochodzą do nas.

Quasimodo

Często czułem się jak krasnoludek wierzący w dzieci. Nieraz widziałem to, do czego nie powinienem się przyznawać.

Zacznę od Mamy. Był to czas, gdy wolałem nudzić się zespołowo, wyjść na podwórko, zobaczyć inne dzieci, usłyszeć, jak żyją, co robią, kiedy starych nie ma na horyzoncie, no i czy mają prawdziwego tatę. Jednak mogłem się z nimi zadawać tylko na placu zabaw.

Do nas nie miały po co przychodzić: za dużo im było nie wolno; wszędzie wysprzątane na błysk, trzeba wkładać pokrowce na buty, nie zostawiać śladów na meblach, a zbyt głośny śmiech jej zawadzał.

Przybiegała wtedy z awanturą, stawała w drzwiach i zabierała się za „troskę o nieletnich”. Albo snuła marudne rozważania o niepewnym jutrze. To samo z bieganiem, tupaniem, wszelką ekspresją; cudze szczęście stanowiło dla Mamy policzek: jeżeli w domu wisielca nie wypadało nawijać o stryczku, to przy niej nie uchodziło manifestować radości.

No, a kto udźwignie tyle zakazów? Toteż na ogół siedziałem sam.

Nie była w stanie niczego dla siebie załatwić. Dla mnie – tak. Kupowała mi najlepsze rzeczy. Odpowiednie i najdroższe. Ciuchy szyte na miarę, kompakty z bajerami, wiśnie „prosto z krzaka”. Sama poprzestawała na resztkach.

Robiła za mnie wszystko, chociaż byłoby lepiej, gdyby mnie tak nie wyręczała i dopuściła do zaradności. Nie pozwalała niczego tknąć. Miałem się tylko uczyć. Jej refrenem było powiedzenie: to nie na twoją głowę, ja zrobię lepiej, rób tylko tyle, ile możesz. Więc nie robiłem niczego i do dzisiaj mało potrafię.

Nie dam rady, nie mogę, nie umiem, były to moje mantry, wygodne słowa, usprawiedliwienia przychodzące zaraz po przebudzeniu. Choć zdawała sobie sprawę, z jakim trudem włażą mi do glacy poszczególne ciekawostki i męczy przyswajanie różnorodnych wiadomości, zwłaszcza dat, była zdania, że nie należy mnie za często chwalić, zachęcać do wzmożenia wysiłków, przesadnie mobilizować, bo wpędzi mnie to w depresję i zmusi do porzucenia umysłowych treningów.

Uważała raczej, że trzeba mnie chronić przed wbijaniem w dumę, traktować je w sposób naturalny, podchodzić do nich zwyczajnie, jak do zakichanego obowiązku względem niej lub – jak do terapeutycznych ćwiczeń mojej rozwichrzonej pamięci.

A ojciec? Tato nie potrafił na mnie patrzeć, wzdrygał się na widok karłowatego dryblasa, jak mnie nazywał. Nagle miał dosyć mojego rozmamłania, drgawek, czkawek i dygotów, tego, że jestem nieprzepisowo dorodny, jakkolwiek sam był wzrostu niedostrzegalnego, więc pewnego dnia wyniósł się w cholerę. Zaraz też wplątał się w nowe doznania, rządził na innym pastwisku, znowu szukając czterolistnej koniczyny, choć, jak chlapnęło się Mamie, skapcaniał do reszty i był już pod każdym względem niedorajdą.

W ślad za nim wymknął się z życia mój dziadek. Pamiętam, że nigdy nie potrafił zaakceptować warunków panujących w naszym domu, kołkowatego syna z muchami w nosie, wnuka, czyli mnie, pełzającego wybryku natury. Byłem wtedy poza domem, w jakimś sanatorium czy szpitalu, a gdy wróciłem, Mama starała się nie płakać.

Gdy jeszcze żył, zajmował prawą część małżeńskiego łoża. A kiedy umarł, miałem własny pokój i całe wyro.

Mama panoszyła się teraz w jednej kanciapie, a ja w drugiej i mogłem pozwolić sobie na zainstalowanie elektronicznych urządzeń, wieży, drukarki, komputera marki „fiut”, składaka opatrzonego mianem „ostatni dzwonek”.

Zacząłem też gromadzić pocztówki, wyblakłe albumy z podobiznami antenatów. Pochodziły z odległych czasów, tak rozmytych w pamięci, że gdy starałem się o nich dowiedzieć czegoś bliższego, nikt nie mógł zaspokoić mojej ciekawości. Przedstawiały zdjęcia z nieznanych miast i kurortów. Były sepiowymi wizerunkami wyburzonych domów. Przeglądałem je z mieszanymi uczuciami. Jeżeli dotyczyły bliskich mi osób, wywoływały we mnie przeszłość, odżywały we wspomnieniach.

Z ich powodu znajdowałem się myślami w pobliżu tych, którzy odeszli. Lecz kiedy przedstawiały twarze, których nie kojarzyłem, lądowały w koszu, bo nie były warte ocalenia. A przecież inni może mieliby odmienne zdanie, bo rzeczy i sprawy błahe dla mnie, dla pozostałych są często bezcenne i krewny czy przyjaciel osób na nich przedstawionych – chciałby mieć je stale przy sobie, gdyż to, co jednemu nic nie mówi, drugiemu wyciska łzy.

Zbierałem również płyty z encyklopediami, szczególnie geograficznymi, biografie malarzy, kompozytorów, literatów i opisy ich dzieł. Pokazywały miejsca, do których nie pojadę, tereny utracone, amputowane, obszary, których inaczej poznać nie miałbym szans.

Z początku traktowałem to kolekcjonerstwo jak niezłą metodę zabijania czasu i zabawę w magazynowanie informacji. Pochłaniały mnie lektury traktujące o wybitnych. Pozwalało mi to zachować resztki zdrowego rozsądku, skorygować przesadne mniemania o sobie, osuszyć zbiorniki z wybujałymi ambicjami, ale przede wszystkim utwierdziło w przekonaniu, że co było do powiedzenia, zostało powiedziane wcześniej i mądrzej, w związku z czym nie wypada otwierać wyważonych drzwi, po raz kolejny odkrywać koła i pływać wśród odgrzewanych kotletów.

Byłem więc ostrożny w ich doborze: pasjonowałem się książkami Mistrzów. Przedkładałem je nad powielaczowe cymesy rankingowych twórców. Wolałem poznawać teksty zwolenników rzetelnej wiedzy aniżeli produkty pochodzenia szmirowatego.

W dzień nie wychodziłem. Za to mogłem uczyć się. Nie narzekałem na brak zajęcia: zmęczyła mnie nauka – czytałem, nużyło czytanie – słuchałem radia lub oglądałem płytki z encyklopediami i lizałem świat przez komputerową szybkę.

A w przerwach między złudzeniami o poprawie mojego zdrowia Mama zmuszała mnie do gimnastyki intelektualnego mięśnia. Sprawdzała, jakie mam osiągnięcia, czy dokonuję postępów. Na tapetę wjeżdżały krzyżówki, kostki Rubika, quizy, szarady, rebusy.

Lub grałem w szachy z mózgiem na prąd, ale „ostatni dzwonek” był za bardzo przebiegły: co rusz dawał mi baty. Wstawałem wtedy przed nią, zrywałem się za wcześnie, bo poprzedniego dnia za wcześnie kładłem się spać: uważałem, że bez wstawania w środku nocy życie jest za krótkie.

A któregoś dnia, gdy byłem pochłonięty wertowaniem swoich zbiorów, przez uchylone drzwi usłyszałem maminy głos, niechcący ułowiłem uchem, jak chełpi się moimi postępami i opowiada znajomym ze schodowej klatki, że niedługo wyjdę „na ludzi”.

*

Od kiedy Mama stwierdziła, że dorosłem i większy nie będę, spece od medycyny poradzili, by mnie przekonała, bym dogadał się ze swoją aparycją i dał sobie siana z wychodzeniem z pokoju. Oznajmili, że mogę się powolutku żegnać z planami na przyszłość i powinienem odmeldować się z marzeń o skokach na trampolinie, bo nadeszła dla mnie właściwa pora na medytację „o czarnych godzinach i najwyższych czasach”; powinienem zająć się przestawianiem zwrotnic z przyzwyczajeniami i studiowaniem nekrologów.

Mówili, że mogło być znacznie gorzej, bo choróbsko nie wybrzydza, zabiera, co jest, i chodu, więc niech nie traci wiary, nie martwi się skoliozą, ostatecznie są jakieś wkładki i nakładki, wyjścia, przejścia i dojścia, sanatoria i domy z opieką. Jeszcze nie ma tak, by nie było wyjścia! Przecież znane są przykłady, iż ludzie powracają do formy, mają remisje, a niektóre są długotrwałe, utrzymują się latami, więc nie trzeba się załamywać, mówić, że już nic i nigdy, i tylko klops.

Powiadali, że koniecznie musi ją wypełniać pozytywna wizja, bo tak już jest: fizyczna utrata staje się psychicznym zyskiem. Należy mnie nakłonić, bym odstawił zmartwienia, przekabacić mnie na zdrowy rozsądek, podszepnąć, bym nie ustawał w wysiłkach, nie opuszczał się w zaufaniu do medycyny i nie zwieszał nosa na kwintę, zacisnął serce w pięść i powiedział sobie: kto tu rządzi.

Ma mnie przypilnować, bym jadł wszystko, co z magnezem, witaminki oraz inne kpinki, ćwiczył ile wlezie, wziął hantle w garść i ruszył na barykady, ale powoli, z rozmysłem, z namaszczeniem, nie pchał się z entuzjazmem, nie pajacował z ćwiczeniami, że nie od zaraz, ale będzie dobrze, a kto wie, czy nie jeszcze lepiej.

Byli nasączeni optymizmem, zbawczymi radami, poleceniami, pociechami, przestrogami, toteż cały mój dotychczasowy, uporządkowany świat skurczył się, złachmycił, zatrzasnął przede mną podwoje z obietnicami, a Mama, jak zwykle – energiczna i nie znosząca sprzeciwu, postanowiła dodać mi otuchy, wypompować ze mnie zgorzkniałą krew i nie dopuścić, bym zwątpił w świetlaną przyszłość.

Od razu też zadbała o kontakty z kumplami z podwórka. Już nie suszyła mi głowy, że przychodzą i brudzą. Nagle była tolerancyjna, przegrzeczna, uśmiechnięta, a niekiedy – taktowna, bo kiedy chcieliśmy zostać sami, wiedziała, gdzie są drzwi.

Ni stąd ni zowąd wpadła na pomysł, że do prowadzenia normalnego życia potrzebuję świeżego powietrza i mniej dusznej atmosfery, czyli wyjścia z domu. Załatwiła mi wieczorówkę, ogólniak dla pracujących i specjalny, akumulatorowy wózek. Miałem mieć zajęcia przez parę godzin w tygodniu. Ale pojawił się problem, bo wymagano zaświadczenia, że pracuję, a lekarze mi zabraniali. Pogadała więc, z kim trzeba, i nikt się nie czepiał.

Szkoła była faktycznie średnia. I to pod każdym względem: przetłoczona, pedagogicznie posępna i niskobudżetowa. Uczyłem się jednak, bo chciałem do czegoś dojść, coś osiągnąć, wejść na grzędę, zająć czymś zgorzkniały umysł, uspokoić Mamę, że sobie poradzę.

Na początku szło mi pod górkę. Reszta klasowej ferajny trzymała się ode mnie na dystans. Różniłem się od niej. Nie była przyzwyczajona do widoku Quasimoda. Ale do rzeczy: tylko Wiktor godził się na moje towarzystwo. Gdyśmy się poznali, siedział tuż przy tablicy, a ja – stolik za nim, tak że zobaczyłem jego twarz dopiero na przerwie. Z początku nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Lecz całe to odczucie uległo zmianie, gdy podszedł. Nie powiedział ani słowa o mojej kontrowersyjnej prezencji, tylko, jakbyśmy znali się od lat, poczęstował mnie papierosem.

Przyjąłem bez sprzeciwu, co mnie zatkało, bo, po pierwsze, nie palę, a po drugie, jestem nieoswojony z życzliwością. Bałem się jednak odmówić, obawiałem zaprzepaścić niespodziewaną okazję zawarcia nowej znajomości, toteż udałem, że bez odrazy wdycham dym i dopiero po dzwonku pojechałem na salę.

I wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałem, że byłem zaślepiony krzywdzącymi sądami: upychałem wszystkich do jednej przegródki. Odkryłem, że i wśród zdrowych zdarzają się wyjątki, a przy odrobinie dobrej woli mogę przemóc dotychczasowe uprzedzenia i zaprzyjaźnić się z nimi.

Później wspólny papieros stał się tradycją naszych monosylabowych spotkań. Dopiero po tygodniu odezwał się do mnie. Na lekcjach nie pytano go, bo sprawiał wrażenie, że zna odpowiedź. Inni tak, reszta dyskutowała, popisywała się i wpadała na nieuctwie. Natomiast on stronił od wyrażania poglądów i początkowo sądziłem, że ich nie posiada. A kiedy już zdecydował się odezwać, zyskałem pewność: dysponował niejednym.

O czym mówiliśmy, nie pamiętam, przecież trochę minęło. Może o matmie, bo miał z nią sęki, może o historii, bo to była ta właśnie dziedzina, w której mogłem się wykazać, zwrócić na siebie uwagę; przez moment, dopóki nie uświadomił sobie, że wcale mi nie chodzi o historię, ale o to, by z nim być.

Już następnego dnia przeprowadziłem z Mamą rozmowę. Byłem zasadniczy, nieugięty, pełen skamlącej elokwencji. Przytaczałem argumenty, szermowałem aspektami, apelowałem, przekonywałem, że człowiek musi mieć kogoś, kto by go akceptował. Przecież chce, bym miał znajomych.

Wzruszała ramionami, mówiła, że Wiktor jest „taki jakiś” i nie kończyła – jaki. Co miała na myśli, pozostawało zagadką. Chyba nie godziła się, że zajął moje serce, a może były tego inne powody, nie wnikałem. Wreszcie ustąpiła, wysprzątała mi pokój, prześcieliła łóżko. Przygotowała kawę, były ciasteczka, zezwoliła nawet na muzykę i spotkaliśmy się.

*

Przyszedł odprasowany i ogolony. Dla mnie miał notatki pożyczone od kumpla, coś jakby ściągi z zaległych lekcji, Mamie przyniósł wiązankę, ponudził z nią o upałach i efekcie cieplarnianym. Nie omieszkał też wyrazić się o ekologii. Wspomniał o genach i Emilu Zoli, co było lekkim przegięciem, bo choć Mama czytała to i owo, biedny Emil nie nadawał się do dłuższej konwersacji, a genetyka należała do jej słabszych stron, odniósł więc mizerny efekt. Naprawił swój błąd, zagadał go przytomnie, szybko i chytrze nawrócił do rozważań o nieśmiertelnej pogodzie, aż Mama zeszła z pomnika i podążyła do kuchni. A gdy nareszcie zostaliśmy sami, mogłem pokazać mu księgozbiór i komputer, zdezelowany odkurzacz pamięci, z którego byłem dumny.

Wyciągnąłem też swoje zbiory. Pokazywałem wielobarwne obrazki z przyrody, śmieszne zwierzątka żyjące w lasach sponiewieranych przez deszcz, a on wyrażał uprzejme zdumienie, prawie podziw i niemal zachwyt nad różnorodnością form istnienia. Lecz już w trakcie oglądania scen z życia ssaków i pluskwiaków, po zapoznaniu go z ich zwyczajami, gdy przeszedłem do bibliotecznych działów z literaturą, malarstwem i muzyką, przerwał mi dotychczasową prezentację i rzekł, że my, jako pasożyty wyposażone w baniak z inteligencją, nieważny bąbel umieszczony na naszym wierzchołku, narośl eufemistycznie nazywaną mózgiem, my, zdobywcy i grabieżcy, nie mamy prawa porównywać się do zwierząt, i gdyby to od niego zależało, zakazałby ludzkiemu robactwu pełzania po Ziemi, a mówi mi o tym jako żarliwy humanista, który, wbrew pozorom, też dużo czyta.

Nie mógł rozgryźć, dlaczego musi to aż tak długo trwać, czemu z taką mordęgą przebiegają w nas procesy uczenia się subtelności, szlachetności i człowieczeństwa, natomiast powtarzanie błędów idzie nam gładko i bez zastrzeżeń. Ludzie, twierdził, nie potrafią żyć bez narzekania. Uwielbiają obnosić się ze swoimi boleściami, gramolić na świecznik dla znerwicowanych palantów, by zaprezentować kreację z męczeństwa. Jego zdaniem, świat nie miał nigdy inklinacji do roztropnych działań, zazwyczaj przedkładał rozpustę chęci nad awitaminozę możliwości. Co wszelako nie przeszkadzało ludziom umierać za jego aktualne hasła, tracić energię i zdrowie w walce o obronę jego transparentów, występować, miotać się i zagrzewać do boju.

W tym celu rzucano przed ludzi ochłapy pieśni nawołujących do wyrównywania krzywd. Jednoczyły armie sprawiedliwych i dawały, komu trzeba, należny odpór. Skrzykiwały armie zmęczonych nędzą i głupotą. Wiadoma sprawa, pechem własnym, a ignorancją wrogów.

Mówił, że niepostrzeżenie zmierzamy do umysłowych jaskiń. Z lubością tworzymy kolejne zsyłki, wygnania, nowe upodlenia i nieszczęścia. Pchamy się we własne sidła. Z upojeniem nurzamy w minionym kombatanctwie. Wystawiamy na pokaz nasz nędzny, nieudany i zapętlony los, jak na licytacji niewolników, razem z przebrzmiałą urodą, popsutym uzębieniem i krótszą nogą.

Nachalnie wdzięczymy się do potencjalnych nabywców naszej niedoli. Zadajemy im zalotne pytanie: kto da więcej za nasze wrzody, kupi nas na dobre czy złe. Czy rozdzieramy szaty w sposób wystarczająco żałosny, a nasz ból jest bardziej twarzowy z profilu lub mniej en face? W jaki sposób mamy się ustawić, aby uzyskać większą cenę?

Wolność nas oszołomiła – kontynuował – przytłoczyła rozmiarami. Nie wiemy, co zrobić z jej nadmiarem. Wyzwoleni od łańcucha wczorajszych norm, reguł, narzuconego stylu i dozwolonej poprawności, zagubieni wśród bezpańskich przyzwyczajeń i pozrywanych więzi, które mówiły nam, jak mamy widzieć, czym się bulwersować, w jaki sposób należy odczuwać, pozbawieni presji bycia średniakami, oderwani od matki-cenzury, tej wewnętrznej, samodzielnej i niewidocznej, a także tej oficjalnej, urzędowej i mysiej, wpadliśmy z deszczu pod rynnę, wdepnęliśmy w nową zależność: tworzenie wspomnieniowych pęt.

Przez lata kazano nam jeść dzieła Marksa na obiad, śniadanie i w biegu do pracy. Nie było od niego zwolnienia. Istniał i po swojemu interpretował. Nawet Historię Starożytną. Wyjaśniał prostym ludziom wredną dolę uciśnionej mrówki. Na deser dawano nam popić z leninowskiej barci. Zamiast modlitwy był Stalin i jego złośliwe radości z cudzych tragedii.

Wszelki nadmiar, przesyt, znieczula, powoduje, że intencje mają odwrotny skutek do swoich pierwotnych zamierzeń. Im więcej namawiano nas do niechcianej miłości, ciągnięto za mózg do obowiązkowej przyjaźni, tym większy narastał w nas sprzeciw i tym bardziej pragnęliśmy wydobyć się z bajora. Obawia się, że gdy już nie ma zagrożenia i wreszcie wolno nam myśleć bez bata, popadniemy w nową zależność i zaczniemy produkować nowe, tym razem własne obroże.

Automatyzmem, nieomal obyczajową powinnością, stało się cierpiętnictwo; jest dobrze, bo źle, a frasunek – uskrzydla. Im bardziej narzekamy, tym mamy zdrowszy sen. Zgryzoty, porażki, smuteczek do kawy, a na przekąskę sąsiad, który stracił pracę, popija, robi awantury, szlaja się po starych, czerwonych czasach, kiedy żyło mu się jak w krowim placku: ciepło, sucho i nad podziw akuratnie.

Trudno nam znieść widok człowieka szczęśliwego. Sąsiad jest co prawda bogaty, ale od razu pocieszamy się, dodajemy z przekąsem, w formie wybaczenia sobie zawiści, że – „ma parchy”. Osobnik zadowolony budzi roześmianą niechęć. Musi potrwać z parę milionów lat, co najmniej tyle, ile trwało schodzenie z drzew, by zaszły w nas mentalne modyfikacje.

*

Nie podejrzewałem go o wygłoszenie takiej ilości oskarżeń. Kiedy się z nimi odkrył, tak był podniecony i histerycznie zdenerwowany, jakby wyrzucił je z siebie po raz pierwszy i dopiero teraz dotarło do niego nieposkromione oburzenie, nad którym stracił kontrolę.

Przeraziłem się jego oczu. Były rozbiegane. Wędrowały po wnętrzu mojego pokoju, szukając punktu oparcia. Ale furia, podobna do gwałtownej burzy, trwała zaledwie moment. Z twarzy zniknął mu grymas wściekłości i przestał ją wykrzywiać.

Toteż tylko pro forma i dla uspokojenia wybuchowej atmosfery, nie kontynuując niebezpiecznego wątku, dyskretnie tylko mówiąc, że zdarzają się wyjątki, ludzie wiedzący, do czego służą mózgowe fałdy, pokazywałem mu swoje ukochane zdjęcia, przedstawiałem kopie rzeźb i portrety filozofów, kasety z lekturami, wirtualne książki do czytania i słuchania, zeskanowane z prawdziwych, a Wiktor poddał się wyciszeniu, nagle zmienił temat i powiedział, że nie sądził, iż znajdzie u mnie aż tak duże archiwum. Jest otumaniony jego rozmiarami i jeśli mu pozwolę, to będzie do mnie zachodził częściej, by zaznajomić się z nim dokładniej.

Oczywiście, nie miałem zastrzeżeń, a i Mama zdążyła się do niego przekonać. Poczęła nawet mówić o nim częściej i wyrażać lepiej. Gdyż z Wiktora był nie lada spryciarz: wiedział, jak z nią rozmawiać. Wyczuł, że jest chciwa na komplementy i uznanie, z premedytacją więc zarzucał ją „duserami”. Nic zatem dziwnego, że wkrótce stał się powszednim gościem, niemal domownikiem nocującym u nas. To znaczy w moim pokoju, gdzie Mama wstawiła łóżko po ojcu.

*

Często podczas nocy prowadziliśmy wstępne, relaksacyjne gadki o niczym. Układaliśmy się w hamletowskich pozach i rozprawiali o gęsiach na łańcuchu i zaprzeszłych grzechotkach. Co nas prowokowało do krzykliwej wymiany zdań lub dołowało, bo po każdym krasomówczym bajdurzeniu uderzaliśmy w czułostkowe tony z emfazą w tle.

Rezultatem owego uderzania było to, że po paru godzinach intensywnej gadaniny, padaliśmy z wyczerpania. Ja wkrótce zasypiałem, on zrywał się z legowiska skoro świt i cwałował do pracy. A kiedy wracał, zaczynaliśmy od nowa. Nigdy nie mówił, gdzie spędza godziny pomiędzy pobytami u mnie. Pod tym względem zachowywał milczenie. Lecz był tajemniczy nie tylko w tej sprawie, bo i w kwestii rodziny, tego, gdzie mieszka, jak mu leci.

Raz tylko wyrwałem z niego coś w rodzaju wyznania: oznajmił, że lubi sobie połazić to tu, to tam. Ogląda ludzi stłoczonych przy wystawach. W skupieniu przystaje przed witrynami księgarń, antykwariatów, sklepów z pozłacanymi drobiazgami. Zerka na tytuły książek, których nie będzie miał. W uśmiechach i przeprosinach ustępuje miejsca przy oknie, w którym odbijają się kałuże i sylwetki tłoczących się obserwatorów. Odchodzi w ciszy, znika w tłumie. Na podwórzu jakiegoś domu, skryty za śmietnikiem, podziwia mrok i przelotny deszcz. Deszcz wkrótce obumiera i ulice zaludniają się na jego cześć, jak gdyby tylko po to, by miał znowu kogo przepraszać i komu się kłaniać.

*

Jednego wieczora siadł przy moim łóżku, chwycił mnie za rękę i oznajmił, że musi ze mną pogawędzić. Zaczął od filozoficznych rozważań o czasie. Trochę mnie to zdumiało, bo czas nie stanowił przedmiotu naszych dotychczasowych dyskusji. Byłem jednak ciekaw, jak sobie z nim poradzi, toteż zamieniłem się w przysłowiowy słuch.

Popatrzył na mój księgozbiór i oznajmił, że przeczytanie tak dużej dawki tekstów jest uzależnione od ilości posiadanego czasu. Osobiście nie należy do gatunku zapobiegliwych i zdaje sobie sprawę, że za mało chodzi wokół swoich interesów. Ale podkreśla: trudno znaleźć człowieka, który by nie chciał odkryć sensu swojego życia. Nie tego, że jest Wielki i Nieodzowny, dysponuje charakterem ze spiżu, ma zagwarantowany czas istnienia, bo na taką opinię zasługuje tylko dureń, tylko jak być człowiekiem skazanym na uczciwość, gdyż ciągle słyszy, że kto nie wrzeszczy na swój temat, ten nie istnieje. Innymi słowy: kto nie zarabia, ten jest fajtłapa, a kto jest fajtłapą, ten zamiast „witaj, kasa” słyszy „żegnaj, rozum”.

Nagle roześmiał się, zmienił temat i popatrzył na mnie stwierdzając, że dotarło do niego, iż jestem dłużej chory, niż zdrowy, a więc w pewnym sensie znajduję się w stanie naturalnym. Zdrowy, który nie był obłożnie chory, ma nikłe pojęcie o ludziach zmniejszonych szans. I odwrotnie, chory od urodzenia nie ma żadnych odniesień do sytuacji człowieka zdrowego. Więc nie rozumie zdrowych, idących do pracy i zagonionych walką o byt. Po chwili ciszy, dodał, że już wie, co ma zrobić dalej: poukładał sobie w głowie, na początek nic głupiego, same projekty.

Zacznie od zerwania z dotychczasową pracą, bo chce zmienić swoja egzystencję. Być jak ja, tyle że bez bonusów w postaci chorowania. Chciałby też poznać Historię, krainę bezkresu dziejów, otwartą dla mnie, a dla niego wciąż hermetyczną, poruszać się po niej swobodnie, bez krępującego gorsetu faceta gmerającego w cudzej szafie.

Następnego dnia przyjechała mama mojego taty i w całym domu zapanował bajzel. Od progu wyskoczyła z pretensjami: to skandal i w ogóle jak można było doprowadzić do tego, że Tadeusz pęta się po dworcach i piwnicach, głodny, brudny itp. Krzyczała, że przecież jeszcze parę miesięcy temu miał gdzie mieszkać, a teraz – kto wie, czy regularnie się odżywia. I gdzie śpi, bo u niej jest za ciasno i jak przez przypadek przyszedł do niej, to mu z punktu powiedziała, że nie ma co liczyć na jakiś kąt, ostatecznie od czego ma własną rodzinę.

I nawet radziła, że musi pogadać, może przeprosić, ale nic z tego, bo kochany Tadzio już od małego był uparciuszek. A gdy się wywrzeszczała, Mama zrobiła herbatę i usiadły do koncyliacyjnej gadki.

Teściowa opowiedziała, co i jak. Z moim starym nie utrzymuje kontaktu od lat, więc nie miała pojęcia, że odszedł od nas. A tym bardziej, że łazi po obcych i prosi o coś do żarcia. Toteż gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi, nie spodziewała się syna-domokrążcy. On też. Chyba poczuł się głupio, no ale matka, to matka, a syn, to syn; jest jakaś więź i nie zawsze było źle, krótko mówiąc, chciał wrócić.

A szopka z jego mamusią miała zrekompensować nam brak skruchy „brudnego Tadzia”. Sam, biedaczek, nie pofatygował się z fajką pokoju. Wisiał mu ten problem i wolał być bezdomnym fanfaronem, niż męczyć się z nami. Przypuszczam, że teraz był szczęśliwszy i gdyby nie spotkanie typu ślip w ślip z barakudą, nigdy by nie wpadł na pomysł z usprawiedliwianiem swojej absencji.

Z początku ogarnął mnie lęk, że Mama pozwoli się zagdakać, ale babcia popełniła błąd, bo napomknęła o oddaniu mnie do domu opieki. To zaowocowało natychmiastowym wypieprzeniem jej z lokalu i życzeniami dobrego spadania ze schodów. A kiedy zniknęła, Mama przytuliła mnie i zaczęła płakać.

I tak sobie siedzieliśmy, w ciszy i milczeniu, aż przyniosło Wiktora.

Jak go ujrzałem z plecakiem, doszło do mnie, że powziął decyzję; miał rozwiane włosy, błysk w oku, jakby swoim wyglądem chciał oznajmić, że się wyprowadza. Wątpi, czy kiedyś tu wróci, jednak nie ma innego wyjścia, tylko zmienić klimat. Odkrył w sobie naturę włóczykija. Z pracy zrezygnował. Zanadto go absorbowała. Podejmie w innym mieście, lecz będzie to nic poważnego, może na wolnym powietrzu, strzyżenie trawników, malowanie ławek, zoo czy cokolwiek dorywczego. W takim razie czas się żegnać i jako wykwalifikowany powsinoga dziękuje nam za wszystko, a zwłaszcza za to, że nie pytaliśmy o rodzinę.

Tatuś

Kiedy myślę o Mamie, nie umiem zapomnieć o chwilach tak odległych i niewyraźnych, że tylko niekiedy udaje mi się do nich przeniknąć. Wówczas pragnę zbadać podskórne pejzaże zmarnowanych dni.

Nagle z mroku pamięci wyłania się akordeon, zakurzona pozostałość po ojcu i widzę poprzedni dom, studzienne podwórko, ślepca z rogu ulicy, żebraka wygrywającego smętne melodie, a w kącie, tuż obok muru przystrojonego w zieleń potrzaskanych butelek, betonowy śmietnik pełen odpadków i szczurów. I nie ma w tym nic niezwykłego, bo nie panuję nad odruchami; wspomnienia przytłaczają mnie ogromem i różnorodnością, a kiedy się w nich zanurzam, jestem zakłopotany, jak gdybym, nieproszony, wlazł z buciorami w cudzą intymność. Nie ma nic dziwnego, gdyż nazbyt wiele kosztuje mnie pobyt w tamtym świecie.

Z tej przyczyny bywam w nim rzadko i raczej niechętnie; gdy wracam do rzeczywistości, trudno mi się pozbierać. Męczy mnie wtedy krótki oddech, trapią gwałtowne palpitacje, a wzrok – nieobecny i przygaszony – nie pozwala na ponowne pojawienie się w otaczającym świecie. Zwłaszcza, kiedy przypominam sobie rodziców Mamy.

Jeździliśmy tam od wielkiego dzwonu, ale odwiedziny uzależnione były od ich planów i kaprysów; przedtem musieliśmy umówić się na wizytę. Telefonicznie, szczegółowo obgadać jej termin. Co do minuty uzgodnić odpowiedni dzień i godzinę tak, by nie zastać ich w trakcie awantury. Byśmy nie stwierdzili, jak u nich jest, gdy są bez widowni.

Tu powiem, że dla nas pożytek z tego ustalania był żaden, gdyż moje zabawy, jak i Mamy rozmowy, były niczym filipiki niewidomych prowadzone na migi.

Punktualnie, razem z rozkładem jazdy, przychodziliśmy do ich kamieniczki, która kiedyś należała do dziadka. Było to jednak w czasach przed moimi narodzinami, zanim się rozpił i skapcaniał.

Po sztucznym i niewylewnym powitaniu w przedpokoju, po wymianie misiowatych zapewnień o wzajemnej miłości i odfajkowaniu cmoknięć, tudzież frenetycznych uścisków, osowiała i leciutko naburmuszona babcia, ciężko i z rezygnacyjną ostentacją siadała przy stole masując obolały kark. Dziadek wydzielał z siebie jakieś rozkasłane i abstynenckie pomruki, a każde z nas, w milczeniu, wlepiało wzrok w obojętnie co, w popsutą pozytywkę, w zegar z odważnikami, pochyłe lustro, w którym odbijały się drzwi prowadzące na balkon, w brązowe deski wyszorowanej podłogi.

Podczas owego spektaklu nudziłem się jak mops: czekałem na sygnał, gdy dziadek da mi zajrzeć do ogrodu, bym pobiegł na łąki za domem i zapodział się w górach i dolinach trawiastego piachu. Na puszczenie mnie na podwórko. Tam, w ogrodzie, tuż za beczką smoły, odzyskiwałem siły. Mogłem, ukryty w konarach wiśni, zajadać jej owoce i rozmyślać o Bóg wie czym.

Odprężony, wracałem po paru godzinach i kiedy zanosiło się na wspólne spoglądanie na zegar kurantowo odcharkujący godziny, Mama zaczynała mówić, że na nas już najwyższa pora. Z udanym przestrachem łapała się za głowę i oznajmiała, żeśmy się zasiedzieli. Dochodziło wtedy do obustronnie czułostkowych serenad z akompaniamentem ulgi, a ich śladem podążały babcine i dziadkowe pytania o to, kiedy się znowu zobaczymy, my zaś, rozczarowani, śpiesznie wracaliśmy do swojego zacisznego wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

I tak to trwało, aż dziadek zdziecinniał. Z rzadka pojawialiśmy się u niego. Podobno przestał pić, rzekomo lekarz mu zabronił, z czego najbardziej ucieszyła się babcia, no, a babcia podupadła także; nikt już do nich nie załaził ze swoim krytykanckim wtrącaniem trzech groszy.

Cała rodzinka wydawała się być zajęta pielęgnacją własnych wrzodów, a Mama i ja, byliśmy na etapie godzenia się z odejściem ojca, w okresie zapominania jego twarzy, zachowań, dziwnych nawyków do wychodzenia w nocy i jeszcze dziwniejszych powrotów skoro świt, kiedy to, hałaśliwie wesół, pochylając się nad moim łóżeczkiem, śpiewał: krakowiaczek ci ja.

Ale zacznę od początku, to znaczy od chwili, gdy umarła. Odeszła, kiedy byłem za mały, by się dowiedzieć, czy wyjechał z mojego powodu. Na jej pogrzebie, trzymany przez ciotkę za rękę, myślałem, gdzie i co ze mną będzie. I pragnąłem, żeby trwało jak dawniej, jak wówczas, kiedy miałem pięć lat i byliśmy wszyscy. Wtedy przyszła mi do głowy plaża.

Wędrowaliśmy wzdłuż brzegu, Mama, która nazywała mnie swoim Marcinkiem, ja i jeszcze jakiś fircyk niewart wzmianki. Na horyzoncie, daleko, to znikała w głębi, to wyłaniała się z fal, niepozorna kreseczka statku. Niebo przeczyste, morze posiekane bielą roztańczonych mew, spienione grzywami roziskrzeń, ani jednej chmurki, cicho i w słońcu. Nagle zrobiło się burzowo, sielanka zasnuła się mgłą i wszystkie mewy gdzieś poznikały razem ze swoim zawodzeniem. Rozległ się grzmot, a falami zakołysał wiatr. Na plaży nie było nikogo; właściwie nie powinno to być żadnym zaskoczeniem, bo akurat wówczas, po raz pierwszy poczułem, że jestem sam.

Ale po pogrzebie wróciłem do domu z ciotką, co mnie uspokoiło, wyrwało z niepewności. Zamieszkała ze mną. Jak mi oznajmiła, weszła do domu Mamy, by nade mną czuwać, strzec mojego prawidłowego rozwoju. Ale ja sądziłem inaczej. Mianowicie uważałem, że pojawiła się tu, by odgryźć się za dotychczasowe życie przy rodzinie i wyzwolić z pełnienia roli ubogiej krewnej.

Z ciotczynych aluzji zrozumiałem, że moja Mama również nie była wobec niej w porządku: też zadzierała nosa i też nie przepuszczała żadnej okazji, by dokuczyć jej za jakieś przewiny z przeszłości.

O co im poszło, nie wiem; dysponowałem wyłącznie domysłami. Niewykluczone, że miały do siebie pretensje o mojego ojca. Zawiodły się na nim obie. Jednej i drugiej obiecywał ożenek, a gdy zorientował się, że Mama dostanie spadek, a ciotka odziedziczyła zaledwie wyrazy współczucia, rozpoczął matrymonialną kampanię zakończoną moim rozwrzeszczanym istnieniem, po czym zwiał.

To je zbliżyło, a kiedy okazało się, że spadek należy traktować z przymrużeniem oka, bo dziadkowie zbankrutowali, gdy odpełzł nie wiadomo gdzie i do kogo, zostały przyjaciółkami. Miały nawet coś w rodzaju wspólnej depresji z jego powodu, ale wkrótce im przeszła i kombinowały nad powrotem do normalności; jakkolwiek nadal władały nimi problemy z dokonywaniem właściwych wyborów, dylematy z wyodrębnieniem prawidłowych opcji, to przemyśliwały, czy aby nie rzucić się w wiry i odmęty konkretnej roboty, w coś z sensem, jak życie bez chłopa. Toteż nie mówiły o miłości. Wystrzegały się jakichkolwiek nawrotów do wyznań; temat o kryptonimie uczucie, był dla nich za śliski. Mówiły: „jeżeli kochać, to bez zastrzeżeń”.

*

Była starszą siostrą Mamy. Wiecznie zatroskaną, mało kontaktową, burkliwą nawet. Starała mi się przedstawić jako wyznawczyni rozsądku i ascezy. Na próżno jednak: przybierając surowe miny, chcąc zrobić wrażenie osoby apodyktycznej, kogoś o ugruntowanych, niezłomnych zasadach, zamiast osiągnięcia celu, jakim byłoby wbicie mi do głowy, że jest pryncypialna i nie żartuje, gdy mówi o moim trudnym charakterze, o przywarach świadczących, że zostałem rozpuszczony przez Mamę i potrzebna mi jest dyscyplina – rozśmieszała mnie, bawiła, a to z tego względu, że wypowiadane przez nią słowa nie zgadzały się z łagodnym wyrazem jej twarzy i przeczyły uśmiechniętym oczom. W każdym razie kiedy już miałem przeszło dwadzieścia lat, ciotka zmarła.

Powoli przygasała. Początkowo czepiała się życia. Z ożywieniem dowcipkowała, jak gdyby chcąc zaprzeczyć biologicznym procesom, uchronić się przed nimi. Żartowała ze mnie i z siebie, opowiadała nieznane fragmenty wydarzeń ze swojej przeszłości, z dzieciństwa Mamy. A jednak: bagatelizując cierpienia i pomniejszając znaczenie ich ataków, z czasem osłabła. Na własnej skórze przekonała się, że nie wystarczy silna wola i upór, by pokonać to, co niszczy. Jeszcze rwała się do robienia śniadań i przepierek, ale widać było że poddaje się, ulega, rezygnuje z fanfaronady. Nie podnosiła się z łóżka i nastąpiło odwrócenie ról: jak przedtem, kiedy byłem mały, chodziła przy mnie, tak teraz ja starałem się o nią troszczyć.

Jej spojrzenia coraz częściej matowiały, blakły, nieruchomiały; skierowane do wnętrza, nieubłaganie oddalały się od mojej rzeczywistości, a na miejsce opuszczone przez nią, wskoczył wysportowany, muskularny typek odgrywający przede mną operetkową rolę przeuroczego; ni stąd ni zowąd wynurzył się z niebytu i od progu klnąc, krzyczał, że jak zwykle nie zdążył, a pozorując zmartwienie z powodu śmierci Mamy, składał mi zaległe kondolencje. Mimochodem przysięgał, że już rozumie, co to rodzina i że o mnie zadba.

*

Jednym słowem, tego dnia nastąpił nieoczekiwany powrót marnotrawnego tatusia. Przyznam, iż podobne zapewnienia działają na mnie przeciwnie. Jeżeli ktoś mi oświadcza, że jest uczciwy, szlachetny czy prawdomówny, z mety mam wątpliwości na temat jego ukrytych intencji, a wietrząc w nich fałsz, rośnie mi gula.

Początkowo zachowywał się niczym komornik: rzucał spojrzenia pełne zadumy, przechadzał się w milczeniu: miarowym krokiem, dostojnie, w zamyśleniu. Cały czas jednak łypał w stronę mebli, co wyglądało, jakby chciał dokonać ich pospiesznej wyceny. Czułem, że z każdą następną chwilą był do mnie coraz przyjaźniej usposobiony. Jak gdyby w moim spojrzeniu wyczuł naiwność i dojrzał coś w rodzaju chwiejnego oczekiwania, czy mimowolnej nadziei.

To go ośmieliło, rozzuchwaliło, dodało pewności: wtedy już napastliwie, niemal bezwzględnym tonem zażyczył sobie, by tytułować go tatusiem. Jednakże choć nie mogłem przestać go kochać, wciąż i nadal dostrzegać w nim kogoś bliskiego, to przecież tkwiąca we mnie zadra sprawiała, że wolałem nie zwracać się do niego w ten sposób.

W zamian mówiłem do niego Stary. Stary, należało do określeń bezpiecznych, neutralnych, poniekąd bezosobowych. Zdecydowanie, gdyż tatuś nie pasowało do drania, który mnie olał. Lecz gdy zrobił mi solidną awanturę wspartą łubu-du i kiedy zaczął ciskać we mnie czym popadnie, poszedłem na kompromis: natychmiast uderzyłem w pokorne, lamentacyjne, czołobitne tony okazując mu wariacki szacunek; począłem go wielbić z opętańczym zapałem, wniebogłosy wychwalać, przedkładać nad wszystkich znanych i nieznanych ojców z osiedla. Wszelako w moim ojcze pobrzmiewały nutki drwiącej służalczości.

Po kwadransie westchnięć i oburzonych min oświadczył, że zamieszka w pokoju po ciotce. Z nadmierną pompą w głosie powiedział, że niebawem sprowadzi bagaże, a jak przyjdą, zabierze się za dokończenie dzieła swojego życia; lecz choć wytężałem pomyślunek, za nic nie mogłem zrozumieć, o jakim dziele truł i o czym ono będzie.

*

Pokój ciotki był największy ze wszystkich trzech; z logią i windą do nieba. Przez tydzień, który przeznaczył na zaprowadzenie w sobie duchowej aklimatyzacji, z pokoju dobiegały mamroczące odgłosy, a ja nie miałem pewności co słyszę, bo prócz Ojca, nie było tam nikogo.

Początkowo wstawał razem z kurami. Z entuzjazmem, a później z odrazą, gdy na zewnątrz panowała szarość i rozlegał się stukot butelek z mlekiem. Wówczas unosił z wyra opasłe dupsko, po czym wybiegał, gnał przed siebie, jak gdyby wiedząc, dokąd, ja zaś słyszałem szklany szczęk śniadaniowych talerzyków, a po drugiej stronie ulicy widziałem otwieranie okien: na parapety wykładano pościel do wywietrzenia.

*

Kiedy pokój zamieszkiwała Mama, a potem ciotka, zjawiałem się w nim często. Teraz – nie. Nie, gdyż zamykał go na klucz. Co gorsza, jak był w domu, nie dawał mi zaglądać do środka. Jednak pewnego dnia, wychodząc, zapomniał o drzwiach, więc zajrzałem. Odkryłem w nim skład kolorowych świerszczyków ze zdjęciami do oglądania w odosobnieniu, a kiedy się rozejrzałem dokładniej, stwierdziłem, że jest to teraz rupieciarnia, mroczna i smrodliwa pieczara, regularnie nie wietrzone rumowisko przedmiotów o niewiadomym przeznaczeniu, sterty porozwalanych gazet i szpargałów powsadzanych byle gdzie, a zamiast firanek, zawieszonych jeszcze przez ciotkę, w miejsce jasnych zasłon budzących pogodne skojarzenia, na oknie zobaczyłem poplamioną szmatę o wyglądzie koca.

Pocieszało mnie, że Ojciec, wychodząc z domu, przez kilka godzin włóczył się po ulicach, by wrócić bez uprzedzenia, przez moment mogłem więc zapoznawać się z zawartością jego trumny. Jednak nie znalazłem w niej niczego godnego uwagi; w przeważającej liczbie nie były to pisma fachowe, profesjonalne i niezbędne do pracy jego życia, ale papierowe rupiecie upstrzone notatkami, które mógłbym prędzej znaleźć na śmietniku, niż u kogoś, kto odgrażał się, że dokona czegoś wiekopomnego. Co było zgrzytem, ewidentnym dysonansem: jakby w trakcie prelekcji o Bizancjum przerwano referentowi, by zacząć rozwlekłą i nieskończoną dyskusję o doprawianiu sałaty, wobec czego stwierdziłem, że zanim doszedł do rozumu, pokręciły mu się synapsy.

Lecz gdy już poczęło mi się wydawać, że go rozszyfrowałem i jest, jak inni, hipokrytą, gdy, od niechcenia, zacząłem przeglądać jego zbieraninę, w jakimś tygodniku z krzyżówkami znalazłem listy do Mamy. A właściwie – przymiarki do nich, urywki luźnych stroniczek z opisami zdarzeń. Odręczne, niełatwo czytelne, które miały coś wyjaśnić lub do czegoś przekonać, lecz ani nie przekonywały, ani nie wyjaśniały niczego, przeciwnie, wprowadzały w stan rozgoryczenia.

Droga!

Tęsknię za Tobą, jednak masz mnie gdzieś i wcinasz te swoje zielone winogrona, a choć nie oczekuję odpowiedzi, to przecież trochę mi ich brak.

Napisałem, że nie są konieczne, bo sam wiem, co znaczą czasowe deficyty. Zdaję sobie sprawę, że nie sposób jest, mając rozliczne i terminowe sprawy, odpowiadać na każdy. Z tego to powodu napisałem, co napisałem, ale byłoby przyjemnie wiedzieć, że dochodzą. Chociaż może nie jest to aż takie ważne, byś odpowiadała i jak zwykle za wiele chciałbym… Mimo to będę nadsyłał; przeczytasz, bądź nie i odpowiesz, lub też nie. Choć fajnie by było dostać wiadomość zamiast przypuszczeń.

A pomysł, że być może czymś Cię obraziłem, jest moim stałym przekleństwem i nic na to nie poradzę; ilekroć ktoś za długo milczy, zaraz mam w głowie zamęt i uruchamiają się skrupuły. Jakkolwiek w naszym przypadku to ja za długo byłem niemową. Zbyt późno zauważyłem, że powinienem od razu do Ciebie wrócić i na nowo poznać Marcinka. Lecz się stało: odszedłem, czego żałuję. Ze skruchą dodam: gdy byliśmy razem, naiwnie sądziłem, że szczerość absolutna, pozbawiona elementów tajemnicy, intymności, to szczerość wydana na pastwę ludzi wrogich, bezinteresownie zawistnych, chcących splugawić, zohydzić, ośmieszyć każdą myśl przekraczającą ich skarlały rozum. Teraz już wiem, że składam się nie tylko z podczytywania Jaspersa lub Fromma. Składam się także z niezadanych pytań: o Twoje zdrowie, co macie na obiad, skąd pożyczyć do pierwszego i jak ustrzec się przed waszą nieobecnością.

Za późno zrozumiałem, że są dwie filozofie. Jedna, to poziom wyższy. Pascal, Einstein i im podobni. Oraz druga: pogardzana, szara, przeciętna. Ta druga, to doświadczenie nazywane mądrością życiową. A obie są ważne i równorzędne. Wierzę w powroty utraconych rajów; jeżeli zdarzy się piekło znieczulenia i będziemy poza sobą równie szczęśliwi jak teraz, pamiętaj, że „teraz” będzie bez naszego udziału, gdyż nie można rozłączyć tych, co są nierozłączni.

Przyzwyczajeni do rytmu znanych spraw, czujemy się bez nich fatalnie; mamy pretensje o to, że ktoś lub coś pokroił nasz tort z losu na niesprawiedliwe porcje; niekiedy jest przyjemny, często zaś okazuje się słodyczą omaszczoną keczupem. Złudzenie: podzielił go nie ktoś lub coś, ale CZAS. To on jest złodziejem, oszustem, przeniewiercą, to od niego otrzymujemy nie te kawałki losu. Inne, lecz jakże na miarę naszych możliwości. Ty dostałaś Marcina, ja samotność bez was. Wybacz mi więc, że musieliśmy się rozstać; z czasem nie powinienem się spierać, bo nie on mnie otumanił, ale zły punkt widzenia. No, dosyć moralizowania. Jak się zdobędę na odwagę, to resztę Ci dopowiem po przyjeździe.

Z duszą na ramieniu, wystraszony jego niespodziewanym powrotem i chrobotaniem kluczy w drzwiach, odłożyłem list na miejsce, wybiegłem z pokoju chowając się szybciutko w drugim. A kiedy już byłem bezpieczny, przyszło mi do głowy, że nawet on zasługuje na zawieszenie kary, więc zacząłem ćwiczyć się w czułym wypowiadaniu słowa „tatuś”.

Hufce miłosierdzia

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów uleciały ze mnie wszelkie troski, toteż przestałem odnosić depresyjne wrażenia. Szedłem razem z muzyką, otoczony łąkami i bzyczącą zielenią traw. I byłbym tak szedł dalej, uparcie radosny, wpatrzony w nierówne płyty chodnika, gdyby nie zawiniątko, które wyprysło z torby jakiejś starowinki. Potoczyło się po zebrach i wpadło mi pod obcas. Zaryłem nosem w ziemię i już mi było mniej wspaniale.

Właścicielka torebki starała się mnie przeprosić. Jeden z przechodniów zajął się czyszczeniem mojego buta o nogawkę drugiego, trzeci zrywał boki, co nie zostało zrozumiane przez czwartego, który coraz ospalej klaskał z uciechy na widok moich prób wygramolenia się z kałuży, aż piąty – demonstracyjnie splunął w neutralne plecy szóstego i ziewnął bez przekonania.

„Lata ptaszek po chodniku, jest mu raźniej, niż w słoiku” – rozdarłem się, by nie wypaść z roli. Jak zauważyłem, facet numer dwa puścił się w pląsy z babuleńką, ta zaś tupała, chwytała się pod boki, robiła kółeczka, wymachy i przykuce.

– Ale siara – zachłysnął się typek z łysawą fryzurką i wskoczył na zaimprowizowany katafalk, czyli na mnie, by odryczeć odezwę o pomoc. Żałowałem, że nie ma tu kogoś z fortepianem, bo gram jak szatan, lecz i tak było super. Łysawy zlazł ze mnie sarkając, że mam niemuzykalny głos. Byłem zdegustowany, dlatego zaryczałem „myśmy przyszłością narodu”. Jedyną odpowiedzią był pomidor.

Od chwili mojego pośliźnięcia się minęło drobne pół dnia, gdy w te pędy przyjechały odnośne organa. Była to kilkuosobowa ekspedycja doradców i konsultantów w jednoosobowych prochowcach.

Z narożnego domu wydelegowano staruszkę na noszach, by mi ubolewała. Płakała dyskretnie, we własną garderobę i bez chęci zysku, gdyż nie przyjęła chusteczki do wycierania zacieków na twarzy.

Wzruszyłem się tym jawnym współczuciem i nie chcąc wyjść na gbura, postanowiłem ułożyć wierszyk ku czci. Zażądałem papieru i ołówka. Kto mógł, wręczał mi wieczne pióro, długopis, flamaster, papeterię, a staruszek z przeciwka przytachał wiaderko.

Wzniosłem oczy do nieba. Księżyc łyskał i jarały się gwiazdy na peryferiach ciemności. Wiatr przesuwał daty. Ucieszyłem się, bo był to oczekiwany nastrój i zdanie o przesuwaniu dat pasowało mi na pierwszą linijkę. Jednak nie było co dywagować, ponieważ z chwilą napisania o wietrze, bania z natchnieniem odwirowała w siną dal, a z okolicznych zaułków przywleczono honorowych świadków ze składanymi krzesełkami.

Uzgodniono na wstępie, że bez powołania specjalnej komisji, nikomu nie wolno niczego wiążącego ustalać; to, czy leżę, czy siedzę, było od tego momentu wiadomością tajną, a nawet – poufną i temat mojego upadku został objęty tajemnicą ścisłego zarachowania.

Padł natychmiastowy wniosek, że należy zabezpieczyć obecność biegłego. Niestety, okazało się, że biegły przebywa na zwolnieniu, gdyż złamał przepis. Powołano więc rezerwowego rzeczoznawcę, który miał być czujnym i opiekować się całokształtem mojej wywrotki.

Chrapał przy mnie na pół etatu, lecz wkrótce musiano go zwolnić, gdyż był donosicielem wygadującym przez sen różne takie.

Odprawiono go do innych zdań, ale na wszelki wypadek w pobliżu mojego legowiska zamontowano Prezesa Ochotniczej Sekty Biegłych, bo szła noc i nie było komu świecić oczami; zanosiło się na złą widoczność, a tłumy, zapędzone do skandowania mi słów otuchy obawiały się, by mnie ktoś nieupoważniony nie rozjechał.

*

Zanim padłem przygnieciony snem, usłyszałem łoskot zamykanej ulicy. Zamykano ją dla ruchu kołowego. Byłem w niebie dla podekscytowanych i na dodatek podsłuchałem, że jeszcze w tym tygodniu przyjedzie pogotowie, więc położyłem się możliwie wygodnie i objął mnie Morfeusz.

Eremita

Działo się to w epoce, gdy ludzie byli szczęśliwi bez przeprowadzania sondaży. Nie zdradzę tajemnicy gdy powiem, że zanim został powołany do zasiadania i odbierania hołdów, dzieciństwo spędził w kuwecie dla przyszłych VIP-ów.

Za siedmioma górami, ośmioma morzami oraz jednym pobojowiskiem, wśród nieprzebytej kniei, z daleka od mieszkalnych sadyb, znajdowało się wysypisko dla niezguł, a w jego mrocznym mroku żył był sobie pewien pustelnik.

Odkąd porzucił politykę, a właściwie od kiedy polityka zrezygnowała z jego usług, człowiek ów zamknął się w sobie, odseparował się od przeżywania lipnych problemów i począł wieść prawie subtelne życie.

A że było to życie kontemplacyjne i wymuskane ciszą, odkrył, że ma w sobie smykałkę do wrażliwości. Jął więc odżywiać się dobrym słowem, przebywać pośród fiołków i pachnidełek, jednym słowem, przepadał być szlachetnym na pełen gaz.

*

Pustelnik, jak głoszą wołowe przekazy, jest to szaraczek parający się samotnością, osobnik widywany z nieczęsta, lichy w sobie i płochliwy nad wyraz. Spokrewniony z jaśniepańską dynastią Swawolnych Doliniarzy, wywodzi się z ze szczepu onegdaj wędrownych, a teraz osiadłych palantów.

W jego żyłach, oprócz serwatki, krążyła złodziejska krew, postanowił więc zaordynować sobie stateczny tryb życia, przestał bywać na widoku, w zasięgu czyjegoś podniecenia, zerwał z przemieszczaniem się po swoim rozdrażnieniu, z byciem traktowanym jak przysłowiowa menda.

Blisko spokrewniony z chodaczkową arystokracją piastującą władzę, w niechlubnej przeszłości związany z luźną kupą i zbrojną bandą leserów trudniących się pyskowaniem po próżnicy, zrejterował z hucznego istnienia; zaszył się na bezludziu i od tej pory był nazywany facetem absolutnym, ponieważ zajmował się substancjami figielkowatymi o nazwie absolut.

Hamlecik

Maurycy usiadł w kątku, przy kontuarze, w pobliżu półotwartych drzwi, obok muzyka, którego zatrudniono w Klubie na etacie wirtuoza. Poprzez kawiarniane opary widział, jak wsysały do środka zastępy smakoszy kawy. Co pewien czas wykopywały – nasyconych, a brzuchaty szatniarz kłaniał im się cyklicznie, jakby miał czkawkę z dobrego humoru.

Lubił tu bywać, kochał być „w przyczajeniu i rozmodleniu”, jak nazywał ten swój kibicowski proceder, po cichu i anonimowo patrzeć na gwarny ruch toczących się, dyskusyjnych sabatów, intelektualnych podróży donikąd, wędrówek, w których jeszcze nie tak dawno brał udział. O czym niechętnie i niemal z rozżaleniem wspominał sąsiadom od kieliszka. A między stolikami, po dywanowej wykładzinie, laskonogie kelnerki wystrojone w służbowe uniformy i przyszywane uśmiechy, zwijały się mechanicznie: serwowały temu rachunek, tamtej – wino, a wszystkim bez wyjątku – ciepławe „sorry”.

Rozdygotane paniusie, wystrojone jak choinki na Wielkanoc, z mężami zamiast breloczków, kładły dłonie na szklankach cieczy z herbatą, podczas gdy krępy baryton dawał wycisk słuchaczom. Śpiewał co żwawsze kawałki z „pieśni do słów”, a ujeżdżający po klawiaturze pianista zamiast kapucyna trzepał rytm. By nie wypaść z roli artysty, wadził się z własną nieudolnością, zachęcał, prosił, szturchał klawiaturę grubymi kiełbaskami. Grał z nerwem, nie zwracając najlżejszej uwagi na wyczyny śpiewaka, który omdlewająco dyszał w stronę zabłąkanych melomanów.

Wkrótce baryton przestał szlochać do słuchu, lecz, uparcie zachwycony własnym talentem, wsłuchany w swoje wizje, nadal improwizował, nieprzerwanie rąbał co rusz inne arie, aż kilku zniecierpliwionych ludzi wzięło się za kurtuazyjne brawka dające mu znak, że ma spadać i zapadła cisza przerywana mlaskaniem.

W części sali, tuż przy drzwiach do kibla, znajdował się stolik klubu. Jak zawsze, siedzieli jego znajomi. Postanowił, że zanim wyjedzie z miasta, pożegna się z nimi, więc podszedł do siedzących i opadł na krzesło. Popatrzył na apaszkę Piotra, zamówił herbatę i spytał:

– W czym rzecz?

– A tak, mówimy o królach i wojnie – powiedział Franio. – Niegdyś było oczywiste, gdzie żmija ma ogon, a teraz są na ten temat chytre koncepcje.

Z tego, co słyszał, wysnuł wniosek, że Franio, profilaktyczny cwaniak, radykał i wolny strzelec jakichkolwiek idei, złagodniał ostatnimi czasy, jakby obluzowały mu się szare komórki. Wycofał się z dotychczasowej agresji, przycichł i przestał odstawiać specjalistę od cudzego postępowania, co dla klubowiczów oznaczało, że się mentalnie rozcieńczył. Krążyły nawet pogłoski, że dokonał w sobie przebudowy dotychczasowych mniemań. Nagle zmętniały mu poglądy, stały się płynne i trudno pojmowalne.

Z dnia na dzień zrobił się uśrednionym wyznawcą każdego trendy-przekonania. Gdy przychodził do Klubu, gdzie czuł się dopasowany do tapety i uroczy po staremu, w prywatnych glanach i bez krawatowych poglądów, zachowywał się jak płyta, która zanim pękła, przestała się zacinać.

Odwracając się do Maurycego, Franio uzupełnił:

– Mówimy, że równość w łóżku, to aktualne hasło wyemancypowanej baby. Popatrz na Jolę, prawomocną zdzirę Tadzia. Wiesz, co z niej zostało. Zastanów się, co wyrośnie z córeczek. Takie same, lub mniej więcej podobne, osowiałe „kreacje”. Ani się nasz Tadzio spostrzeże, jak znajdą wybranych jełopów, którzy pozwolą im na pomiatanie sobą. Awans w dół przypieczętował jego los. Jola tak go nakręciła, że nie ośmiela się myśleć na własny rachunek. Przysłoniła mu horyzont i jest jego refleksem. Kiedy nie ma jej w pobliżu, Tadzio kapcanieje, robi się wytarmoszony z wigoru.

– Ona mu w glacę, a on dziękuje ze strachu – dorzuca Krystyna, nauczycielskie zjawisko. Jest tutaj brana za ciotkę-poczciwotkę, nieraz jednak rżnie błyskotliwą. Początkowo zagubiona w popisowych oracjach tutejszych mędrców, w ich swobodnym przerzucaniu się z tematu na temat, w uściślaniu, nawiązywaniu, abstrahowaniu i mówieniu śmiało i od rzeczy, bez sensu, lecz z przekonaniem, po przejściu erudycyjnej kuracji, nabrała stosownej ogłady, towarzyskiego poloru, szybkiej orientacji w tym, o co tu do cholery biega.

Owa sprytna mimikra pozwoliła jej być nie tylko niemą ozdobą klubowych pogawędek, ale pojednawczą negocjatorką. W razie potrzeby, kiedy stolik tracił animusz i należało przerwać nudę, potrafiła Tadzia rozłożyć na czynniki pierwsze, zadać mu bobu, popędzić kota, umiała odrzeć go z objawionej prawdy i złachanych sentencji i nim zdążył doczołgać się do końca zdania, już w ekspresowym tempie wątlał i nikczemniał stając się jej łupem i ze wszystkich stron obśmianą padliną.

Gdzie może, niewinną odstawia, w koczku chodzi, nadgodziny ściboli, a do Klubu z powodu Piotra zagląda. Piotr, naczelny Hamlecik stolika, jest przystojny, ma spojrzenie dogłębne, zaborcze. Pozuje na notorycznego uwodziciela. Tu i ówdzie bywały, z otwartymi ramionami przyjmowany, na zmiany otwarty, zipiący nowymi prądami, wesoły, jak trzeba, smutny, jak nie. Obwołany za arbitra, zostawał nim. Frania przestawi, Tadziem potrząśnie, ze wszystkich stron podoba się Krystynie, a ona wie, co dobre.

To dla niego wykierowała się na ludzi. Razem trafili na studia, wspólnie w bagna i przeręble rozmów. Uważa ją za siostrzyczkę, tylko jej zwierza się ze swoich podbojów, zgryzów i rozterek, przy czym, nieświadomie, druzgocze jej serce zachowując jak niefrasobliwy kokiet, a wzajemne życie przeistoczyło się w mrzonkę.

Krystyna już linieje, Piotr będzie wkrótce zmurszały, stanie się lakoniczny, elokwentny z wysiłkiem, dla niepoznaki zębem błyśnie, brzuchem zaświeci, spocone cylindry przetrze i coraz częściej okrasi zakłopotaną twarz niepewnym uśmiechem z naftaliny. Co rusz dzieciństwo zacznie wspominać zapamiętując się w tkliwości, słaniając z nostalgii: „hej! w góry, miły bracie, tam przygoda czeka na cię”. Ale jeszcze nadrabia miną, wciąż jest surowy, nieprzejednany, apodyktyczny, temat zmienia, senne oczy krótkowidza mruży, za rumianą przeszłością nostalgicznie wzdycha. Tak, to dopiero nastąpi, przyjdzie znienacka, bez uprzedzenia.

Naraz Maurycy poczuł się zmęczony. Rewelacje o Tadziu już od dawna nie były rewelacjami. Słyszał je wielokrotnie i za każdym razem nie mógł wyjść ze zdumienia, że choć pozostali w Klubie słuchali ich nadal, z zapartym tchem i kurtuazyjnym zaciekawieniem, nikt nie przerywał tokowania. Z coraz większą, bezwzględną niechęcią wracał do tamtych kontaktów. Coraz chętniej bronił się przed nimi, coraz łatwiej przychodziło mu odmawiać uczestnictwa w rozmowie z kimś, kto mu przeszkadzał w pozostawaniu w snach. Zaczął wchodzić w hermetyczny świat swoich osaczeń i przeczuleń, w nieufną obserwację ludzi, którzy udawali, że cierpią, a chcieli wtłoczyć go w męczącą codzienność.

Już nie tolerował widoku przewlekle zgorzkniałych, tryskających obłudną energią. Zakłócali jego smutek i rozpychali po lękach, szwendali się po cudzych myślach w zabłoconym obuwiu, udając, że ich cierpienia mają klasę, certyfikat i dobre pochodzenie, że mają ekskluzywne przeżycia i bardziej zasługują na zrozumienie, aniżeli on.

Był rozczarowany miejscem, w którym słowami spreparowanymi z dymu i puszek po piwie grano w dyskusyjnego salonowca. I słyszał zdania zastępujące chustkę do nosa, ordynarną szmatę, w którą smarkano i oglądano jej zawartość pod światło. Klub stawał się miejscem, w którym tramwaj w oku służył za olśniewającą metaforę, wyznaczał ślepym gadkom ślepą drogę. Działy się w nim „zbiegi okoliczności” i zdarzały „przypadki”, „wyjątki uzasadniające regułę”, „ewenementy”. One zaś pęczniały w nim na podobieństwo rozbrzmiewających, bukolicznych, pospolitych rżeń fircyków przykutych do sztampy, oblepionych w cierń.

Odważna jeremiada o naleśnikach ze śmietaną przynosiła im więcej satysfakcji, aniżeli sążnisty referat o bohaterstwie. Wyspiański nie miał takiego wzięcia jak szczegółowa dysertacja o śledziach w oleju. Lowry bladł przy apoteozie szprotki, a Proust przegrywał na punkty z knedlami, więc machnął im ręką na pożegnanie i wyszedł.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM

2 komentarze

  1. Andrzej Goryński 11.04.2020
  2. asc 12.04.2020