03.07.2020

Najnowszy artykuł Michaela Shellenbergera ukazał się na łamach „Forbes” i natychmiast został zdjęty. Czytałem go na jego stronie internetowej i rozumiem przerażenie redaktorów „Forbesa”. Jeden z najbardziej rozpoznawanych w dzisiejszym świecie ekologów przeprasza za rozpętanie histerii wokół zmian klimatycznych. Urodzony w 1971 roku Shellenberger jest współzałożycielem Breakthrough Institute oraz Environmental Progress. „Time” w 2008 roku nazwał go „bohaterem walki o środowisko”, jest autorem kilku książek i jest uznawany za autorytet w sprawach środowiska.
Dlaczego przeprasza? Zdradził, czy wręcz przeciwnie odkrył, że środowiskowi aktywiści bardziej szkodzą niż pomagają?
Michael Shellenberger nie jest pierwszy. Jeszcze w 1986 roku stojący na czele kanadyjskiego oddziału Greenpeace, Patrick Moore, doszedł do wniosku, że ten ruch przynosi znacznie więcej szkód niż pożytku, że sprzeciw wobec energii nuklearnej i przeciw GMO jest tragiczną pomyłką, a formy aktywizmu i dławienia rzeczowej dyskusji są nieakceptowalne. Oczywiście „ekolodzy” uznali, że Moore zaprzedał się korporacjom. Na przełomie tysiącleci duński aktywista Greenpeace, Bjorn Lomborg, postanowił w naukowy sposób rozprawić się z książką krytykującą ruch ekologiczny, a długi proces sprawdzania wyników różnych badań zakończył się wydaną w 2001 roku książką pod tytułem The Skeptical Environmentalist, w której stwierdzał, że im dłużej i staranniej sprawdzał, tym bardziej dochodził do wniosku, że to on był w błędzie.
Michael Shellenberger powtarza to doświadczenie i w swoim artykule stwierdza:
W imieniu ekologów na całym świecie chciałbym oficjalnie przeprosić za strach klimatyczny, który wywołaliśmy w ciągu ostatnich 30 lat. Zmiany klimatyczne rzeczywiście dokonują się. Ale to nie jest koniec świata. To nawet nie jest nasz najpoważniejszy problem środowiskowy”.
Autor przypomina swój życiorys lewicowego ekologa od wczesnej młodości, który jako siedemnastolatek pojechał do Nikaragui, potem do Gwatemali, a potem do Azji. Jako ekspert do spraw energii prezentował swoją opinię w amerykańskim Kongresie i był zapraszany w roli eksperta przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC).
Dziś, patrząc z przerażeniem na rozpętaną przez ekologów i nieustanie podbechtywaną przez media głównego nurtu histerię klimatyczną, Shellenberger pisze:
- Ludzie nie powodują „szóstego masowego wymierania”,
- Amazonia to nie „płuca świata”,
- Zmiana klimatu nie zwiększa ilości ani natężenia katastrof naturalnych,
- Obszar zniszczonych przez pożary lasów zmalał na świecie od 2003 roku o 25 procent,
- Ilość ziemi, którą wykorzystujemy na hodowlę zwierząt na mięso (największe wykorzystanie ziemi przez ludzkość), zmalała o obszar prawie tak duży, jak Alaska,
- W najbardziej bogatych krajach emisje dwutlenku węgla maleją, a w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji spadają już od połowy lat siedemdziesiątych,
- Holandia stała się bogata, a nie biedna, ucząc się wykorzystywania terenów znajdujących się poniżej poziomu morza,
- Produkujemy o 25% więcej żywności, niż potrzebujemy, a nadwyżki żywności będą nadal rosły, gdy świat będzie coraz cieplejszy,
- Utrata siedlisk i zabijanie dzikich zwierząt stanowią większe zagrożenie dla gatunków niż zmiany klimatu,
- Spalanie drewna jest znacznie gorsze dla ludzi i dzikiej przyrody niż paliwa kopalne,
- Potrzebujemy nie mniej a więcej nowoczesnego, „przemysłowego” rolnictwa.
Autor zapewnia, że są to fakty wynikające z najbardziej rzetelnych i metodologicznie sprawdzonych badań naukowych, zarówno przeprowadzonych przez IPCC, jak i sprawdzanych i zatwierdzonych przez ten zespół, przez FAO (oenzetowską organizację do spraw wyżywienia i rolnictwa), i przez inne główne instytucje naukowe.
Autor jest świadomy tego, że będą mu próbowali przypiąć łatkę prawicowego negacjonisty klimatu. Tak się dzieje, kiedy zamiast spokojnej dyskusji urządza się wojnę. Od kilku lat próbował zapobiegać likwidacji elektrowni atomowych, uważając, że energia z elektrowni atomowych jest najlepszym sposobem osiągnięcia znaczącej redukcji emisji gazów cieplarnianych. Coraz częściej zdawał sobie sprawę z faktu, że aktywizm środowiskowy jest obarczony ciężkim grzechem zaślepionego fanatyzmu.
… unikałem wypowiadania się przeciwko histerii wokół zmian klimatycznych. Po części dlatego, że się wstydziłem. W końcu jestem tak samo winny tej histerii, jak każdy inny ekolog. Przez lata sam określałem zmiany klimatu jako ‘egzystencjalne’ zagrożenie dla ludzkiej cywilizacji i nazwałem to ‘kryzysem’. Ale przede wszystkim bałem się. Milczałem na temat kampanii dezinformacyjnej na temat klimatu, ponieważ bałem się utraty przyjaciół i finansowania naszych instytucji. Kilka razy zbierałem się na odwagę, by bronić nauki o klimacie przed tymi, którzy wprowadzają w błąd i poniosłem ciężkie konsekwencje. Więc nic nie robiłem, gdy moi koledzy nadal siali panikę w społeczeństwie.
Shellenberger pisze, że był milczącym świadkiem jak niszczono karierę nie tylko wybitnego naukowca, ale i jego wieloletniego przyjaciela, Rogera Pielke, tylko dlatego, że prezentował rzetelne dane na temat tego, że klęski żywiołowe nie mają żadnego związku ze zmianą klimatu.
W końcu sprawy wymknęły się zupełnie spod kontroli. Politycy robią kariery polityczne na klimatycznej histerii. Krzyczą „Świat skończy się za dwanaście lat”, „zmiany klimatyczne zabijają dzieci”. Powtarzanie w kółko twierdzenia, że zmiany klimatyczne są największym wyzwaniem w dziejach ludzkości, okazało się skuteczne: ludzkość udało się wprowadzić w błąd i zastraszyć. W niezliczonych badaniach prowadzonych na całym świecie nie mniej niż połowa respondentów wierzy, że zmiany klimatyczne spowodują wyginięcie ludzkości. Jedno z badań brytyjskich wykazało, że wiele dzieci ma nocne koszmary związane z klimatyczną histerią.
Michael Shellenberger ma sam nastoletnią córkę i pisze, że musiał ją uspakajać pokazując, że nauka mówi co innego niż gazety i telewizja. W umysłach młodych ludzi zasiano nieuzasadniony, ale paraliżujący rozsądek strach. Zrozumiał, że musi działać, że nie wystarczy jeden, czy drugi artykuł, że musi napisać książę. Jego wstrząsający artykuł jest informacją o ukazaniu się tej książki, która nosi tytuł Apocalypse Never: Why Environmental Alarmism Hurts Us All.
Jak sam pisze, ta książka to efekt dwudziestu lat badań i trzech dziesięcioleci działalności w środowisku aktywistów ekologicznych. Pisze, że nie przestał być ekologiem i nie przestaje walczyć o ochronę środowiska. Jednak wrzaskliwe nakręcanie paniki szkodzi środowisku, utrudnia walkę z ubóstwem, szkodzi nauce i opiera się na jawnych kłamstwach.
Media – pisze Shellenberger – od końca lat 80. ubiegłego wieku przekazują apokaliptyczne wiadomości na temat zmian klimatycznych i nie zamierzają zatrzymać tego ciągłego straszenia.
Ale fakty wciąż mają znaczenie i trzeba przeciwstawić się wprowadzającym w błąd dziennikarzom.
Wysokoenergetyczna cywilizacja jest lepsza dla ludzi i przyrody niż cywilizacja niskoenergetyczna, do której chcieliby wrócić alarmiści klimatyczni. Na to, że jest lepsza, mamy niezbite dowody.
Kończąc swój artykuł Shellenberger pisze, że być może nie jest rzeczą dziwną, że wieloletni działacz na rzecz środowiska i walki ze skutkami zmian klimatycznych rzuca wyzwanie rozpętanej wokół tych spraw panice.
Natychmiast po lekturze tego artykułu ściągnąłem książkę i zacząłem ją czytać, jest wstrząsająca (i świetnie napisana), ale po dwóch rozdziałach doszedłem do wniosku, że najpierw muszę opowiedzieć o tym artykule, który zapewne nie ukaże się ani w „Gazecie Wyborczej”, ani w „Rzeczpospolitej”. Najgorszy rodzaj wstydu zabrania przyznania się do błędu. „Forbes” pospiesznie się wycofał, z innych stron słyszę, że być może jest to najważniejsza książka od wielu lat.
Z pewnością, warto ją przeczytać i ocenić samodzielnie. Nie wiem, czy znajdzie się wydawca, który zdecyduje się na jej szybkie udostępnienie w języku polskim. Tymczasem polecam ją wszystkim zwolennikom otwartej i uczciwej dyskusji o klimacie (tym w mediach i tym na naszym globie.)
Michael Shellenberger kończy swój artykuł wyrażając nadzieję, że czytelnicy przyjmą jego przeprosiny, czy przeproszą nas również ludzie, którzy „informują” nas o zbliżającej się apokalipsie ilustrując swoje rewelacje zalaną Statuą Wolności, lub (jak to już widziałem) zalanym aż po iglicę Pałacem Kultury?


Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

W 1973 r. zapytałem Hermanna Kahna : „czy nadal uważa pan, że zagrożenie wojną atomową jest tym największym problemem świata?” Odpowiedział, z beztroskim uśmiechem na ustach : ” myliłem się wtedy – największym naszym problemem jest wyczerpanie naturalnych rezerw.”
(nie zmyślam. W tej chwili nie mam czasu, ale chyba jeszcze dziś zdążę dopisać.)
To bardzo ważny artykuł i już mi go wcześniej znajomy z USA podesłał. Histeria nigdy nie prowadziła do dobrych rezultatów. Również histeria klimatyczna. Przekleństwem mediów jest presja kliknięć, stąd niechęć do spokojnych analiz, które nie mogą liczyć na „masowego czytelnika”. Dotyczy to również książki Michaela Schellenberga.
Jak zwykle prawda jest gdzieś pośrodku….Co do elektrowni atomowej to ma 100 % rację… ( jak i GMO..) Już dawno ta planowana w Żarnowcu powinna pracować ale wystraszyli się suwerena..Elektrownie kupiła Finlandia gdzie pracuje do dziś…
Nie mam nic przeciwko przeprosinom Shellenbergera (jeśli czuje się winny), ale niech przeprasza w swoim imieniu. Nikt nie upoważnił go do przepraszania „w imieniu ekologów na całym świecie”. Podejrzewam, że spora część ekologów i klimatologów (myślę, że nawet zdecydowana większość) nie podpisuje się pod przeprosinami Shellenbergera (tym bardziej, że nie jest on z wykształcenia ani ekologiem, ani klimatologiem).
Próbowałem zamieścić podobny komentarz w „Listach z naszego sadu”, ale nie został zaakceptowany przez redakcję. Bardzo trudno zamieścić na stronie państwa Koraszewskich komentarz polemizujący z ich opiniami.
Już Panu wyjaśniam. Istotnie Shellenberger niezręcznie użył nazbyt szerokiego określenia, co jest sprawą dzisięciorzedną z punktu widzenia meritum tego, o czym pisze. W „Listach” nie prowadzimy tablicy ogłoszeniowej i akceptowane są w zasadzie tylko komentarze dotyczące meritum, a więc, w tym przypadku dotyczące tego, czy prezentacja w mediach problemu jest alarmistyczna, czy rzeczowa i faktycznie oparta na wynikach badań naukowych. Rozumiem, że nie jest pan ani ekologiem ani badaczem i nie może Pan na ten temat zabrać głosu, przynajmniej tam, gdzie oczekuje sie rzeczowej dyskusji. (Czasem rzeczowa dyskusja nie wymaga nadzwyczajnych kwalifikacji, pokazałem kiedyś uczniowi liceum obrazek z zalanym Pałacem Kultury i zapytałem o zdanie, młody człowiek wyjął z kieszeni telefon, sprawdził na jakiej wysokości z nad poziomem morza znajduje się Warszawa, potem jak wysoki jest Pałac Kultury, potem patrzył na mnie przez chwilę z niedowierzaniem i zapytał, czy dużo jest takich „poważnych” dziennikarzy, którzy traktuja nas jak kompletnych idiotów?)
Usunąłem zduplikowany komentarz.
Ale jak sam Pan zauważył, to nie klimatolodzy i ekolodzy rozsiewają bzdury takie jak np. ta z zalanym Pałacem Kultury (nie mają więc za co przepraszać) – robią to dziennikarze i aktywiści środowiskowi (błędnie nazywani ekologami), którzy nie mają wiele wspólnego ze specjalistami z wyżej wymienionych dziedzin. Problem z artykułami na temat zmian klimatycznych, które ukazują się na Państwa stronie jest taki, że one także pisane są wyłącznie przez autorów niebędących specjalistami, a opinie w nich wyrażane są często sprzeczne z obecną wiedzą naukową. Dziwne, bo artykuły z innych dyscyplin naukowych, które publikujecie pisane są przez specjalistów – o biologii piszą biolodzy, o medycynie lekarze, o ptakach ornitolodzy itd. O klimacie piszą natomiast wyłącznie doktor nauk politycznych (Lomborg), zoolog (Ridley), a teraz Shellenberger (magister antropologii kulturowej). Kiedy próbowałem polemizować z ich opiniami powołując się na specjalistów np. ze strony Nauka o klimacie, to albo moje komentarze nie były publikowane, albo otrzymywałem nieprzyjemne, niegrzeczne odpowiedzi. Przypominało to trochę dyskusje z antyszczepionkowcami – ja powoływałem się na specjalistów, a Państwo na niespecjalistów i mity jak np. ten, że w średniowieczu było cieplej. Otóż globalnie nie było cieplej.
Rozumiem, że jest Pan wysokiej klasy specjalistą, więc tymczasem sprawdzę, czy stonka nie zaatakowała moich ziemniaków, zbiore cukinię, żeby nie przerosła, wyrzucę trochę komentarzy, które nie nadają się do publikacji gdyż są kompletnie nieciekawe i wrócę do lektury książki człowieka, który ma sporo do opowiedzenia.
Nie jestem specjalistą, ale Pan również nie jest. Różnica między nami jest taka, że ja dyskutując z Panem przytaczam stanowiska naukowców klimatologów, a Pan powołuje się na niespecjalistów. Trochę to dziwne, bo skoro nie zna się Pan na temacie, to jak może Pan ocenić wartość merytoryczną artykułów, które Pan publikuje. Opinie autorów, których Pan publikuje często były krytykowane przez klimatologów. Nie wydaje się Panu, że w takiej sytuacji (samemu będąc laikiem) rozsądniej jest zaufać ekspertom? Oczywiście eksperci też mogą się mylić, ale szansa na to jest jednak mniejsza. Z lekarzami, którzy Pana leczą też Pan polemizuje powołując się na znachorów? A co do reszty Pana komentarza, to tak przeważnie wyglądają dyskusje z Panem – złośliwości i kpiny zamiast argumentów.
Inaczej się pisze do ludzi wiedzy, inaczej do głównego nurtu odbiorców, a jeszcze inaczej do aktywistów. Ze zmianami klimatu jest tak jak z zasadami BHP wśród większości ludzi. Jeśli się nie postraszy i przerazi obrazami krwi i obciętych części ciała, to bardzo trudno zdyscyplinować ludzi żeby stosowali się do zasad bezpieczeństwa. Ten sam mechanizm widzę w całym pospolitym ruszeniu na rzecz zmiany naszych praktyk i zwyczajów w celu zmniejszenia impaktu środowiskowego. Jak wszyscy wiemy ludzie (z małymi wyjątkami) nie lubią zmian. Ludzie i żaby nie są w stanie zauważyć, że temperatura ich kąpieli przekracza krytyczną wysokość w przypadku powolnego jej wzrostu. Stąd tak potrzebny mechanizm szoku.
Ludzie, którzy pracują z informacją i wiedzą z reguły nie potrzebują się szokować wzajemnie żeby docenić powagę sytuacji i zwiększone prawdopodobieństwo wystąpienia sytuacji kryzysowej. Za „strasznych ludów” robią wtedy aktywiści. Pod warunkiem, że informacja o potencjalnym kryzysie dotrze do głównego nurtu mediów, a wbrew pozorom nie jest to oczywistość. Żaden rząd nie jest zainteresowany wytworzeniem potencjału zmiany w swoim społeczeństwie, którego nie jest w stanie w pełni kontrolować. Można zaryzykować stwierdzenie, że nie całe spektrum informacji na temat zagrożenia dociera do ludzi. Zmiany klimatu w przeszłości naszej planety wielokrotnie doprowadzały do apokaliptycznych skutków dla życia, a to dlatego, że rozpoczynały reakcję łańcuchową różnych zjawisk. I klimat zmienia się cały czas. Dzisiejszy trend może doprowadzić do dalszego ocieplenia i katastroficznych skutków dla nas w przyszłości ale też po jakimś czasie może zacząć się cofać. Może rozpocząć kolejny stadiał, czyli kolejną fazę zlodowacenia. Nie wiemy, czy ostatnia epoka lodowcowa skończyła się na dobre, czy jeszcze trwa. A mieliśmy już w przeszłości taki okres ocieplenia pomiędzy kolejnymi zlodowaceniami, w którym na polskich ziemiach rosły magnolie. Mieliśmy też katastrofalne susze pod koniec epoki brązu, które doprowadziły do masowych wędrówek ludzi. I rozpoczęły nową epokę w historii ludzkości, która trwa do dzisiaj.
Shellenberger pisze do tych samych ludzi, do których przemawiają aktywiści środowiskowi. Sam siebie definiuje jako jednego z nich. To dobrze, że ktoś próbuje zrównoważyć histerię. Jednak nie powinien rzucać haseł typu „środowiskowi aktywiści bardziej szkodzą niż pomagają”, bo to nieprawda. Wypełniają swoją rolę. Widoczne zmiany w środowisku w czasie pandemii i spowolnienia przemysłu pokazują każdemu z nas, czarno na białym, jak duży wpływ ma człowiek na środowisko. Wolta Shellenbergera może mieć inne przyczyny. Polityczne. I wtedy rzeczywiście znowu lądujemy z dyskusją na osi prawica-lewica.