Ernest Skalski: Rozprawka na ciszę wyborczą

10.07.2020

Jeśli w najbliższą niedzielę Rafał Trzaskowski przegra minimalną różnicą głosów, to będzie nadal prezydentem Warszawy, broniącym jej i innych samorządów przed niszczącą ofensywą PiS. Na pewno stanie się naturalnym kandydatem na premiera w wyborach 2023 roku – jeśli jeszcze będą – i faktycznym lub może formalnym liderem PO, a może nawet całej demokratycznej opozycji. Nie można bowiem całkowicie wykluczyć, że pójdzie ona wreszcie po rozum do głowy i go tam znajdzie. Jednym słowem, Rafał Trzaskowski będzie KIMŚ.

Jeśli przegra te wybory Andrzej Duda, to będzie NIKIM. Jeśli wygra, to będzie NIKIM za pięć lat, mając ich 53.

Przewaga Trzaskowskiego nad Dudą i Dudy nad Trzaskowskim zmienia się w przedziale jednego procenta. To znacznie mniej niż błąd w sondażach. W tej sytuacji niedzielny meldunek z exit poll o godzinie 21 będzie informacją o wyniku, który może się jeszcze zmienić. Raczej jeszcze nie będziemy widzieli kto będzie prezydentem przez kolejne pięć lat.

Tyle słów wstępu.

Taka całkiem najnowsza historia Polski zaczyna się w roku 2005, gdy pojawia się zjawisko POPIS. Skończył się podział na komuchów i solidaruchów (ew. z przedrostkiem post), wynikający z przemiany 1989. Jarosław Kaczyński lansuje dwie Polski; solidarną i liberalną. On z PiS to ta solidarna, a Platformę pozycjonuje jako liberalną. Poniekąd słusznie. Nie wymyślił swojego elektoratu. Dostrzegł go.

POPIS, czyli PiS kontra PO, od piętnastu lat dominuje na scenie politycznej. W wyborach 2005 roku już przeciw sobie obie partie uzyskują łącznie poparcie nieco ponad połowy wyborców. Od tego momentu mieszczą się w przedziale 69 – 74 procent. Trzeba głupoty i zaślepienia, żeby przez lata, z uporem atakować POPIS jako zmowę solidarnościowych elit, rozpisaną na rolę złego i dobrego policjanta. Ewentualnie jako na dwie zacietrzewione mafie, które dla swoich partykularnych korzyści, kosztem kraju, toczą polsko-polską wojnę plemion.

Co rusz, z bardzo różnych politycznych kierunków, pojawiają się pogromcy złowrogiego duopolu. Przecież tyle jest ważnych problemów do rozstrzygnięcia! Lepper, Palikot, Kukiz, Petru, Biedroń, Hołownia. Po wstępnych sukcesach stają się marginesem w polityce lub włączają się do gry po jednej ze stron. Jakoś nie mogą przekonać do siebie ogółu wyborców,

Można stale oszukiwać jednostki, można przez jakiś czas oszukiwać wszystkich, lecz wszystkich stale oszukiwać nie można – uważał prezydent Lincoln, w epoce, nie przez wszystkich czytanych, dzienników. Zatem w kipiącym informacją XXI wieku, trudno uwierzyć, że większość aktywnych obywateli to ludzie skutecznie oszukiwani przez pogrobowców Solidarności. Dla nich tym najważniejszym problem do rozstrzygnięcia jest to, w jakiej będą żyć Polsce. A to zależy od tego, czy będzie nią rządził PiS z Kaczyńskim, czy Platforma z kolejnymi liderami. Nie miał więc racji Jakub Majmurek, pisząc rok temu w Gazecie Wyborczej: „Przypadkiem zaczęła się polaryzacja PO-PIS w 2005r., gdy…dwie postsolidarnościowe partie zaczęły ze sobą rywalizować”. To nie przypadek, a prawidłowość.

Wszystko już było

I nie jest to jakaś wyjątkowa sytuacja w historii. Dwudziestowieczny wybitny brytyjski historiozof, Arnold Toynbee wykazał, że od czasów starożytnych w zacofanych społecznościach w nowoczesnym otoczeniu, silniejszym pod każdym względem tam Imperium Rzymskiego, tu Unii Europejskiej – pojawia się jako prawidłowość podział na nurt modernizacyjny, przejmujący nowoczesność od tego otoczenia i obóz zachowawczy, walczący o zachowanie tradycyjnego modelu. Konflikt między nimi staje się czymś naturalnym. Oczywiście może on w różnych krajach bardzo różnie przebiegać. Toynbee dostrzegł go już w Judei w czasie Heroda Wielkiego, króla z łaski Rzymu, i zwalczających go zelotów.

U nas, wchodzenie przez Mieszka i Chrobrego w ówczesne chrześcijańskie uniwersum wywołało reakcję pogaństwa, w postaci buntu Masława. W nowszych czasach mieliśmy starcie sarmatyzmu z polskim Oświeceniem. Duopol PO-PiS jest więc solidnie osadzony w historii powszechnej i naszej.

Jako absolwent – 1957 – historii Uniwersytetu Moskiewskiego, nie mogę się powstrzymać przed sięgnięciem do dobrze opisanego sporu w historii Rosji.

Rozwinął się za panowania Aleksandra II, 1855-1881, ale jego dwa podstawowe nurty; słowianofile i zapadnicy (od zapad-zachód) zostały zdefiniowane w latach czterdziestych, jeszcze przy Mikołaju I. Przy czym elementy obu można prześledzić w poprzednich stuleciach.

Dla zapadników Rosja i Zachód były częściami tej samej wszechstronnie rozumianej cywilizacji, z tym że Zachód reprezentował wyższy poziom rozwoju, gdyż wcześniej przebył drogę, którą Rosja dopiero miała przebyć. Zakładali przy tym, że przejdzie ją szybciej niż przechodził ją Zachód i może, z rozpędu niejako, nawet go wyprzedzi w rozwoju.

Dla słowianofilów Rosja była odrębnym bytem kulturowym, wyższym i lepszym niż zdegenerowany Zachód. Dlatego – uważali – należy zachowywać te wartości, dzięki którym Rosja może nie tylko przetrwać, lecz również wypełnić misję odrodzenia Zachodu. Nie wykluczało to — ich zdaniem — postępu technicznego, fabryk, kolei, nowoczesnego uzbrojenia.

Zaczęło się jeszcze w XV wieku, od koncepcji Trzeciego Rzymu, którym miała zostać Moskwa, po zdobyciu przez Turków Konstantynopola – „drugiego Rzymu”, po pierwszym właściwym, w Italii. Z tego tytułu książętom moskiewskim, potem – carom i jeszcze potem cesarzom Wszechrusi miała przysługiwać pozycja światowego protektora słusznego, czyli prawosławnego, chrześcijaństwa.

Rosyjska odrębność to dla słowianofilów była triada; prawosławie, samodzierżawie, ludowość. Przy zachowaniu samodzierżawia przewidywali powołanie doradczego przedstawicielstwa narodu.

Celem zapadników była monarchia konstytucyjna.

Oba nurty uważały za konieczne zniesienia feudalnego poddaństwa chłopów drogą odgórnej reformy. Zapadników, poza elementarnym poczuciem sprawiedliwości, dodatkowo motywował strach przed rewolucją.

Symbolicznym wyznacznikiem postaw obu nurtów była przeciwstawna ocena Piotra I. Zapadnicy cenili go jako wielkiego reformatora, który uratował Rosję unowocześniając ją i wprowadzając jako mocarstwo do polityki europejskiej. Dla słowianofilów był to burzyciel odwiecznych podstaw Rosji, który wtłoczył ją w zachodnie, złe, porządki, zmuszając Rosjan do ich przyjęcia.

Niezależnie od tego, jak przebiegał spór słowianofile-zapadnicy, ostanie słowo należało do jednej osoby.

Aleksander II zniósł poddaństwo chłopów, wprowadził nowoczesne sądownictwo, powszechną służbę wojskową i jeszcze sporo innych nowinek. I choć w niczym nie uszczuplił swej absolutnej władzy, Rosja stała się przy nim innym państwem. W dużym stopniu zbliżonym do tego, czego oczekiwali zapadnicy.

Gdy w marcu 1881 roku udało się go zabić terrorystom Narodnej Woli, nastąpił okres wszechstronnych kontrreform reakcjonisty, Aleksandra III, słowianofila z ducha, przywiązanego do rosyjskiej tradycji i obyczajów. Odbiło się to nawet na umundurowaniu żołnierzy, których ubrał w bluzy „gimnastiorki”, wzorowane na chłopskiej koszuli. Przetrwały jeszcze drugą wojnę światową.

Przez dwa wieki nurt modernizacyjny wygrywał i modernizował swoje kraje odgórnie. Piotr I, Katarzyna II, Aleksander II. To w Rosji. W Austrii była Maria Teresa i Józef II. Ci reformatorzy byli władcami z bożej łaski. Kres ich rządów wyznaczał Bóg. Niczego nie zawdzięczali wyborcom i nie musieli się ubiegać o kolejną kadencję. Mogli sobie dobierać kompetentnych wykonawców, nie bojąc się konkurencji z ich strony. No i chyba, najbardziej istotne. Państwa, które reformowali dawały się ogarnąć i zarządzać z jednego punktu.

Dla porządku, trzeba dodać do grona reformatorów Napoleona Bonaparte, Bismarcka i Stołypina. Pierwszy powiedział, że będzie rządził dopóki będzie wygrywać, lecz nie przewidział swojej klęski. Dwaj pozostali działali z upoważnienia swoich monarchów.

Ex oriente…

Równolegle z rosyjską dysputą ścierały się te same tendencje w Japonii, gdzie zwyciężył nurt modernistyczny — rok 1868, rewolucja Meiji — i kraj stał się istotnym elementem zachodniej, nowoczesnej, cywilizacji. W Chinach zwyciężył konserwatyzm, czyniąc ich historię ponurym koszmarem na wiele pokoleń. I dziś jeszcze, kiedy są już mocarstwem gospodarczym i politycznym, ich mieszkańcy poddani są bezwzględnej dyktaturze.

Bliższy i dla nas ważniejszy, jest przykład współczesnej już Rosji. Prawie dwadzieścia lat temu, omawiałem w Gazecie książki dwójki rosyjskich politologów. Dmitrij Trienin, w „The end of Eurasia”, pokazywał, że Rosja Putina, od wschodu zagarniana przez Chiny, od południa granicząca z burzliwym i niebezpiecznym światem muzułmańskim, gotowa jest otworzyć się na bezpieczny dla niej Zachód, skąd może oczekiwać kredytów, inwestycji, know how, oferując ze swojej strony wsparcie w walce z terroryzmem. Praktycznie w Afganistanie. Lilia Szewcowa, w „Putin’s Russia”, na podstawie badań socjologicznych, stwierdzała, że w społeczeństwie Rosji, po burzliwych latach dziewięćdziesiątych istnieje gotowość zarówno do powrotu autorytatywnego systemu, jak i do wyboru demokracji zachodniego typu. I że tradycyjnie zdaje się ono na wybór dokonany przez władzę.

Po paru latach rozmawiałem z obojgiem autorów. Konstatowali dokonanie fatalnego wyboru. W roku 2010 Szewcowa wydała, już po rosyjsku, książkę „Odinokaja dierżawa” (samotne mocarstwo) Wiele wyjaśnia podtytuł: „Dlaczego Rosja nie stała się Zachodem i dlaczego Rosji tak trudno idzie z Zachodem”. Wyboru za Rosję dokonał Putin wspierany przez bezpieczniacką kamarylę – „siłowików” – i zwasalizowanych oligarchów. Nie pasowało mu bycie demokratycznym prezydentem przez dwie kadencje. I właśnie załatwił sobie pełnię władzy do roku 2036.

Zmarły kilka lat temu historyk Jurij Afanasiew, jeden z liderów demokratycznych przemian w czasie upadku ZSRR, skądinąd mój kolega ze studiów, doszedł do tego, że w Rosji nie ma społeczeństwa. Jest tylko ludność. Słysząc to, sądziłem, że przesadza. Po ostatnim referendum już tak nie myślę.

Turcję załatwił podobnym manewrem Erdogan, Węgry – Orban, Białoruś – Łukaszenka. A Polska od pięciu lat też jest obiektem podobnego zabiegu w wykonaniu Kaczyńskiego. Coś to mówi o roli jednostki w historii.

Historia popędza

Jednostki, które tu wymieniamy, nie zdobywają władzy w czasie, który francuski historyk, Fernand Braudel określa jako długie trwanie, lecz podczas przemian. Innymi słowy: transformacji. Pod naszą rozumiemy okres przechodzenia z „komuny” do demokratycznej III RP. Powrót do głównego nurtu cywilizacji. Ten zaś, jak to nurt, przecież nie stoi w miejscu. Zmienia się, stawia kolejne problemy, wymusza kolejne wybory i można znaleźć się w nim na bardzo różnych poziomach.

Transformacja staje się stanem stałym. Trwa i będzie trwała, stawiając nowe wyzwania, a my ciągle skupiamy się na jej etapie sprzed trzech dekad, na tym, czy miał rację Balcerowicz, na PGR-ach, na historycznych rozliczeniach, „nocy teczek” i temu podobnym. Owszem, to wszystko było ważne. To wszystko jakoś rzutuje na dzień dzisiejszy, jeśli rzutuje pańszczyzna i liberum veto. Lecz nie odpowiada na pytanie co się transformuje w co. Aktualne podziały polityczne, konflikty biorą się już głównie z tego, co dzieje się dziś, a nie z tego, czy ktoś stoi tam gdzie stało ZOMO, czy tam, gdzie leżał na styropianie. I układają się w historycznym schemacie; w miarę zwarty obóz zachowawczy i szerokie, niespójne zróżnicowane wewnętrznie, spektrum modernizacyjne.

A ruch rozpoczęty czterdzieści jeden lat temu jest coraz szybszy. Szczególnie w takim kraju jak nasz, który w czasie jednego pokolenia stara się odrobić zacofanie, w niektórych aspektach, wiekowe. Mamy przy tym wzorzec, oddalającą się metę, jaką są rozwinięte kraje Zachodu.

Wkraczamy nie tylko w coraz nowszą technologię, za którą bywa trudno nadążyć. Zmieniają się również sposoby pracy, komunikowania się, poglądy na wiele spraw, sposoby życia, obyczaje. Przy czym wiele się zmienia, lecz wiele zostaje po staremu i trudno to rozdarcie jakoś ogarnąć. Prawdę powiedziawszy, dużo tego, jak na jedno życie, Ludzie są różni i różne są ich reakcje co powoduje różne skutki psychiczne, ruchy społeczne i przedsięwzięcia polityczne.

Ten kardynalny cywilizacyjny podział wynika z odmiennego podejścia milionów ludzi do rzeczywistości, z ich usytuowania w społeczeństwie, z bagażu ich pojęć i emocji. I to jest istotą dramatu, który teraz przeżywa Polska.

Lewica zauważa tylko i wyłącznie poczucie krzywdy tych, którzy na transformacji stracili materialnie, choć o wiele więcej jest tych, co skorzystali, ale nie tyle, ile inni. „Nie hojne programy socjalne najbardziej przyciągają wyborców do PIS, a lęk przed unią Europejską, niechęć do elit politycznych oraz religijność. Są więc oni nie tyle produktem „nieudanej transformacji” … a raczej globalizacji i zmian cywilizacyjnych…” („Polityka” nr 28, str.21)   – stwierdza, mym zdaniem słusznie, Europejski Sondaż Społeczny, badający populistyczne elektoraty Europy Wschodniej. Postępowa inteligencja, a głównie lewica, nie chce zauważać tych, którzy nie mogą się pogodzić z naciskiem i dominacją nowoczesności i europejskości nad swojskością. Zbyt szybkie i zdecydowane są dla nich laicyzacja i sekularyzacja. Przeszkadza im seksualizacja codzienności, z eksponowaniem mniejszości LGBT. Boją się utraty rzeczywistości, w tym otoczenia i nawet kraju, który uważają za swój.

To środowisko od piętnastu lat zagospodarowuje Jarosław Kaczyński.

Dysputa czy wojna

W XIX-wiecznej Rosji — wracam do swego obszaru zainteresowania — debata słowianofile vs. zapadnicy przez dłuższy czas była prowadzona po obu stronach przez autorytety; naukowców, publicystów, działaczy państwowych i religijnych. Na wysokim poziomie i bez wzajemnej wrogości. Podziały nie były ostro zarysowane, Przedstawiciele obu nurtów w pewnych sprawach zgadzali się ze swymi oponentami. Ale pod koniec XIX wieku, wybitny filozof, Władimir Sołowiow, zapadnik i jednocześnie głęboko religijny ekumenista, zauważył, że podział się zdecydowanie upraszcza. Słowianofilstwo stawało się prymitywnym nacjonalizmem i walka z nim, jak przy Piotrze I stawała się walką między obskurantyzmem i oświeceniem.

To już nie była tylko bezinteresowna dyskusja wewnątrz inteligenckiej elity. Pod koniec XIX wieku, nawet w warunkach absolutyzmu, pojawiły się warstwy świadome politycznie, artykułujące swoje – często obskuranckie – poglądy, rzeczowe interesy, oraz obawy i obsesje. Taki sam mechanizm w sto lat później zadziałał w Polsce.

Modernizm i konserwatyzm to potencjalna płaszczyzna dialogu – jak Polak z Polakiem – a nawet ostrego sporu, ale i koniecznego kompromisu. Lecz w tym trybie Kaczyński byłby demokratycznym liderem ruchu, a potrzebował, jak Putin et consortes, być niekwestionowanym wodzem. Proklamował dwie Polski, by spór stał się wojną, bo wojna wymaga dowodzenia. A zagrożona część potrzebuje poczucia racji i siły, zespolenia i przywództwa.

Obóz, w poczuciu zagrożenia, wymaga wodza, zwartości i dyscypliny. Na ogół każdy polityk zmierza do wzmocnienia i utrwalenia swojej władzy, ale wodza popiera w tym jego obóz, potrzebujący silnej ręki. I to jest droga do dyktatury, na której jesteśmy już bardzo zaawansowani.

Po drugiej, modernistycznej stronie nie ma jednolitego obozu postępu. To wiele różnych grup i warstw, zróżnicowane poglądy i interesy. Demokratyczna i pluralistyczna społeczność, która potrzebuje sprawnych polityków, a nie charyzmatycznych przywódców. Posługuje się w sporach miękkimi narzędziami i długo nie docenia zagrożenia ze strony obozu… reakcji. Nazwa, zużyta w Polsce trzy pokolenia temu, pasuje do sytuacji dziś.

Punkt rozdzielczy

Czasy reform Aleksandra II i Bismarcka minęły. Niekiedy, w pewnym zakresie, dyktatura potrafi być sprawna, vide ChRL przy Xi. To może być specyfika Dalekiego Wschodu. W większości wypadków dyktatura nie daje sobie rady z państwem XXI wieku. W którym punkcie na mapie cywilizacyjnej znajdują się rządzone dyktatorsko: Rosja, Białoruś, Turcja, Węgry? Jaki jest tam dobrostan większości, jakie perspektywy? Niedemokratyczne reżimy, by trwać, konserwują zacofanie społeczne i gospodarcze, w miarę możności izolują się od demokratycznej zagranicy. Może się to odbywać przy zachowaniu demokratycznych pozorów, pod hasłem postępu i nowoczesności. Zawsze jednak przy wskazywaniu wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, bo tylko tak podtrzymuje się walory obozu.

Jeśli reżim nie buduje wsparcia w kraju awanturniczą polityką zagraniczną, co robi Rosja i Turcja, a ogranicza się do narodowego podbijania bębenka, jak Polska i Węgry, to jest tolerowany. Peryferyjne, niedemokratyczne państwo nie jest przy tym poważnym partnerem na arenie międzynarodowej i jego interesy nie są poważnie traktowane. Może to trwać bardzo długo.

Od pięciu lat, w tym właśnie kierunku, transformuje się Polska pod władzą Kaczyńskiego, reprezentowaną przez Dudę, który dziś walczy o odnowienie kontraktu, na kolejne pięć lat po 6 sierpnia br.

Ten układ, produkt cywilizacji, zmienia się w rezultacie przemian cywilizacyjnych, a niekoniecznie w wyniku wyborów. Wybory jednak mogą być hamulcem spowolniającym proces przemian. Mogą go zdecydowanie przyśpieszyć, a także stanowić punkty zwrotne, choć nie zmieniają wszystkiego z dnia na dzień.

Pod koniec tego tygodnia nie ma co kombinować. Poczekajmy. Jeśli nie na wieczór, to na poranek powyborczy.


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Ostatnie artykuły Autora

6 najnowszych

Ernest Skalski: Reszka górą

13.07.2020 To prawda, że historia się nie kończy i że nie staje w miejscu. Ale od 12 lipca br. będzie się toczyć w zdecydowanie złym kierunku. Najmocniej dostaną w dupę ci, którzy zapewnili…
Czytaj

Ernest Skalski: Rozprawka na ciszę wyborczą

10.07.2020 Jeśli w najbliższą niedzielę Rafał Trzaskowski przegra minimalną różnicą głosów, to będzie nadal prezydentem Warszawy, broniącym jej i innych samorządów przed niszczącą ofensywą…
Czytaj

Ernest Skalski: Od pogardy i nienawiści…

12.06.2020 …mamy Kaczyńskiego, jego przybliżonych, propagandzistów i wyznawców. Wydawałoby się, że wystarczy. A jednak nie. My, opozycja, w mediach bywamy ostrzy, bezwzględni, ale w granicach poprawności…
Czytaj

Ernest Skalski: Szwindel

28.05.2020 Mamy zagwozdkę z datą 28 czerwca. Są optymalne, ale i ryzykowne dla PiS. Notowania partii i prezydenta idą w dół i każdy tydzień coraz mniej…
Czytaj

Ernest Skalski: I ty masz rację

15.05.2020 Czy chciałbyś – pyta mnie mój przyjaciel – być głową państwa autorytarnego, jeśli jeszcze nie brązowego, to bardzo szybko ten kolor zyskującego, w którym sądy…
Czytaj
Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com